-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Kurde, jarał się.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Siedziała na dyżurze, kiedy za wibrował jej telefon. Chwyciła go, by sprawdzić nadawcę wiadomości i niemalże od razu na jej ustach wymalował się szeroki uśmiech. Aż koleżanki rezydentki zaczęły dopytywać, kto do niej napisał. Charlie. Tylko tego im nie powiedziała, zbyła odpowiedzią, a sama zaczęła z nim wymieniać SMS'y.
Czuła się odrobinę rozdarta. Czy powinna mu odpisywać, skoro ostatnio żałowała jednego? Tego że faktycznie się uśmiechnął, tylko wraz z każdą wymienioną wiadomością wiedziała jedno. Potrzebowała się z nim zobaczyć, dowiedzieć się, czy wszystko u niego w porządku, sprawdzić, czy na pewno wszystko u niego gra. To było wręcz silniejsze od niej. Choć pierwszą własną sprzeczność wyłapała szybko. Nie chciała, by ktokolwiek zobaczył ich razem. Chciała móc trwać u jego boku, nie zastanawiając się nad żadnymi problemami, tylko korzystać z tego... że mogła przy nim się uśmiechać.
Tak tez zrobiła, ubierając tego dnia kilka warstw. Ze szpitala wyszła w czapce, czarnym płaszczu, szaliku i rękawiczkach, a pod spodem miała jeszcze kilka warstw i błękitny golf. Była gotowa na przygodę. Wystarczyło zobaczenie jego auta, szybko uśmiechnęła się szczerze. Szybko podbiegła, by szybko wsiąść do auta. Oczywiście, nie trzaskała drzwiami. Znała zasady. Jeśli miała wątpliwości w głowie, zniknęły w sekundę w trakcie rozmowy.
Choć zastanawiała się, gdzie ją wywozi, co będą robili poza kawą. Największą radością skwitowała stanleya. Uważała to za swego rodzaj burżujstwa. Widziała go na tiktoku, a jednak oczy jej zabłysnęły. Chwilę wstrzymywała się przed wzięciem go, ale pod namowami Marshalla ostatecznie skapitulowała. Jak mogłaby mu odmówić?
Oczy otworzyły się jej jeszcze szerzej, gdy zaparkowali. Szczerze nie potrzebowała więcej do szczęścia. Te piękne widoki powodowały delikatne dreszcze, które przeszły przez całe jej ciało. Uwielbiała spędzać czas na łonie natury. Choć nie, uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy otworzył jej drzwi. Chwyciła go za rękę i wysiadła z auta. Zaraz zaciągnęła się mroźnym powietrzem, które wręcz ją uzależniało.
— Dobrze, chyba dam radę — skwitowała cała uradowana. Źrenice się jej powiększyły, kiedy rozglądała się, by zapamiętać te widoki. Okolice Toronto zimą miały w sobie prawdziwą magię. Zaraz zaczęła iść w stronę, którą jej pokazał.
— Ale mógłbyś mi zdradzić trochę więcej szczegółów? — zagadnęła, kiedy szli już kawałek. Przechyliła głowę, a uśmiech zrobił się jej widocznie szerszy — dlaczego mnie wywiozłeś, Charlie? — zagadnęła, bo wypadałoby znać lokalizację. Może przyjechałaby tutaj drugi raz? Ale tym razem sama, by na nowo podziwiać widoki i wracać wspomnieniami do tej chwili — czy to jakaś nie-spo-dzia-nka? — dopytywała dalej, a buzia nawet na chwilę się jej nie zamykała — uwielbiam niespodzianki — dodała finalnie, uśmiechając się jeszcze szerzej. Tak naprawdę za niewielką ilością rzeczy nie przepadała. Była cała rozpromieniona miejscem
— Czekaj — zaraz chwyciła go mocno za dłoń, a głowę uniosła ku górze, przymykając oczy. Tak, delikatne płatki śniegu zaczęły opadać na jej twarz. Zaraz głośno się roześmiała — patrz, śnieg zaczął padać — i to była chyba najbardziej magiczna chwila. Ivy miała w sobie coś z dziecka. Może gdyby znaleźli się w centrum Toronto, zaczęłaby narzekać, ale ta sceneria przemawiała za nią samą.
— Jak pięknie — przez chwilę wpatrywała się w jego oczy z przegryzioną dolną wargą. Tylko wtedy w jej głowie powstał szalony plan. Szybko pochyliła się w stronę śniegu — a, masz Charlie — i rzuciła mu świeżym, śnieżnym puchem prosto w twarz, po czym pobiegła przed siebie. To było przyjaźń, prawda? Przyjaciele się ze sobą droczą. Całkowita norma.
— Nie dasz rady mnie złapać! — krzyknęła, obracając się za chwilę. Zdawała sobie sprawę, że kara za takie przewinienie u wiceprezesa mogłaby zostać najgorszą, jaką by dostała.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Oczy jej zabłysnęły z ekscytacji. Uwielbiała niespodzianki. Ivy przypominała czasami małe dziecko, cieszyły ją małe rzeczy. Błękitny kubek z drobną kawą, paczka z jedzeniem z maka, a nawet ta prosta bitwa na śnieżki, którą teraz utrwalali. Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Z Charlim wszystko było... prostsze? Śmiali się, rozumieli i potrafili zrozumieć emocje, tkwiące w ich sercach. Nie miała wątpliwości, kiedy ją zapraszał. Dla niej było to wręcz proste. Krótka chwila zabawy oraz zapomnienia, na które mogła liczyć całą sobą. Zresztą wystarczyło usłyszeć jej głośny śmiech, kiedy biegła przed siebie, ile miała tylko sił w nogach.
— No wiesz?! — aż przez moment obróciła się, czując śnieżkę zderzającą się z ramieniem — tak w dziewczynę? — chociaż sam fakt, że wielki wiceprezes korporacji, Charles Marchall, postanowił jej oddać rzutem kulą śnieżką też był dziwny — żaden z Ciebie dżentelmen! — krzyknęła, pokazując mu niemalże od razu język. Niech zda sobie sprawę, jaki jest z niego potwór. Sama aż była tym zadziwiona, choć śmiech ani przez moment nie schodził z jej ust.
Nawet kiedy ją złapał.
Przez moment miała wrażenie, jakby znalazła się w niebie. Cały świat przestał nie istnieć, a były tylko dłonie Charliego, jego ciepłe ramiona. Śmiała się jeszcze przez chwilę, gdy ją obracał, ale zapadł moment, w którym już nie wiedziała, co się dzieje. Ta zapadająca między nimi cisza, była wręcz nieznośna. Zmarszczyła delikatnie własne brwi, kiedy zdała sobie sprawę z jednego. Jej wzrok mimowolnie padał na jego usta. Aż mimowolnie zwilżyła własne. Nie powinna o nim myśleć w ten sposób, a jednak każda komórka ciała aż błagała o przekroczenie granicy, którą sama ustaliła. Przyjaźń? Stawała się jedynie iluzją, czymś na wzór zasłony dymnej.
— Teraz... — zaczęła spokojnym tonem, przekrzywiając delikatnie głowę. Nabrała mocno powietrza do płuc i przez chwilę dała zapanować ciszy. Obezwładniała jej myśli, które krążyły w jednym miejscu. Warg Marshalla. Zaraz pokręciła mocno głową i poklepała się dłońmi po twarzy. Nie Ivy, ty taka nie jesteś, powtarzała sobie niczym prawdziwą mantrę, przed którą nie chciała uciekać. Musiała sobie wbić ją do głowy. Była dziewczyną Dantego i była z nim szczęśliwa. Cały czas powtarzała to sobie w głowie. Dopiero słowa Marshalla wybiły ją z myśli, a na jej twarzy znów wymalował się pogodny uśmiech.
— A o co gramy, panie Marshall? — zagadnęła przekornie, przechylając delikatnie głowę. Ciekawiło ją jaka jest stawka jej przegranej — masz zamiar mnie ukarać? — parsknęła, choć zaciekawił ją. Zaraz pokazała mu język. Kara wydawała się dla niej wręcz niemożliwa — jakoś w to wątpię, skoro chcesz mnie zatrudnić — więc kara nie wchodziła w grę. Inaczej nie podjęłaby z nim pracy, nie podpisała umowy... Mógł to być głupi żart, ale Ivy naprawdę lubiła je między nimi. Srogiego wiceprezesa jedzącego frytki z mcflurry w maku, czy tego wyśmiewającego tapetę na jej telefonie, a nawet tego który chciał jej karę odłożyć w czasie.
— To dowiem się co to za miejsce? — zagadnęła, kiedy wzrokiem zaczęła lustrować budynek. Aż chciało się powiedzieć: ciemno wszędzie, głucho wszędzie, ale prawda była taka, że Ivy nawet na moment nie zamykała się buzia.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zaśmiała się głośno szczerym śmiechem, słysząc o tym równouprawnieniu. Ciekawe, czy swojej narzeczonej kazałby wnosić lodówkę na ósme piętro do bajecznego apartamentu, w którym mieszkali. Aż się wzdrygnęła, kiedy ta myśl przebiegła po jej głowie. Nie, nie chciała myśleć o Blair. Zwłaszcza kiedy zaraz ją obracał. Myślała o jego ustach. Nie, wcale nie. Zaraz w głowie zaczęła wręcz krzyczeć na cały głos głośne: przyjaźń!!! Tyle powinno jej właśnie zostać w głowie. Przyjaźń. Przyjaźnili się. Zdecydowanie tak było i nie miała ku temu żadnych wątpliwości.
— Mogę się mocno zastanowić, skoro bez zatrudnienia mój pracodawca chce mnie karać — rezygnacja z procesu zatrudnienia przecież wchodziła w grę. Uniosła wysoko kąciki ust, a prawdziwy błysk czaił się w jej oczach. Chciała wiedzieć, w jaki sposób chciał ją ukarać. Tylko Ivy dlaczego były to same kosmate myśli? Aż potrząsnęła głową, nie mogła w taki sposób go widzieć. Sama nałożyła na nich granicę przyjaźni i powinna ją utrzymać — dobrze. Będę co dziesięć minut pokazywała — parsknęła śmiechem, kiedy ruszyli dalej. Powiedźmy, że teraz będą faktycznie kwita. Wywróciła oczami na jego uśmiech. Pod wieloma względami Ivy była niecierpliwa. Lubiła niespodzianki, kiedy się ich nie spodziewała, ale wyczekiwanie na kulminację przychodziło jej już z większym trudem.
Spięła się, widząc obcą osobę. Ivy jedynie skinęła głową z delikatnym uśmiechem, chowając całą swoją twarz w turkusowy szaliczek. Popchnięta ruszyła w stronę stajni, ale... jedno jej rozbrzmiewało. Panno Harrison? Dalej ukrywali się pod pozorami? Poczekała, aż drzwi stajni się za nimi zamkną. Nie chciała być nazywana przez niego panną Harrison. Nie byli w szpitalu, a... w stajni. Teraz już to wiedziała.
— Ukrywasz swoją przyjaciółkę? — zagadnęła Harrison, unosząc podbródek, by spojrzeć mu prosto w oczy. Ukrywał. Za to jej to nie przeszkadzało. Każde słowo wypowiadała z przekorą, której nie była w stanie zaprzeczyć.
Dopiero wtedy odwróciła głowę, a oczy jej zabłysnęły. Na twarzy wymalował się perfekcyjny, wręcz dziewczęcy uśmiech. KONIE! Nigdy nie była w stajni, nie oglądała tych zwierząt z bliska, ale kochała oglądać Mustanga. Jedna z piękniejszych bajek, przy której za każdym razem płakała jak bóbr. Pierwszy raz będzie mogła pogłaskać konika! Zaraz dołączyła obok niego i stanęła bardzo blisko.
— Jaki piękny... — powiedziała cicho Ivy i odsunęła się na krok. Oglądanie Charliego głaskającego Onyksa miało w sobie pewien czar, który chciała móc zapamiętać. Uniosła delikatnie głowę, spoglądając w stronę Marshalla — nie ugryzie mnie, Charlie? — zagadnęła z niewinności. Był prawdziwą bestią, a spoglądał na nią ciekawskim spojrzeniem — mogę go pogłaskać? — spytała, unosząc dłoń. Czekała na pozwolenie nie tylko Marshalla, a i konia. Raz uniósł do niej łeb, to delikatnie wzdrygnęła, chwytając mężczyznę wolną ręką za płaszcz. Szanowała te piękne istoty. Dopiero za drugim razem zaczęła go powoli głaskać.
— Cześć malutki... — patrzyła prosto w jego ciemne oczy — znaczy wielkutki — zaśmiała się cicho pod nosem — sporym przystojniakiem jesteś — zagadnęła, głaszcząc go z większym spokojem. Nie atakował jej, był spokojny i spoglądał na nią z zaciekawieniem. Hipnotyzował ją — jak twój właściciel — nie zdążyła ugryźć się w język. Ten koń rozplątywał jej usta, a ona nawet przez krótki moment nie odwróciła wzroku w kierunku Marshalla. Czuła się największą idiotką na całej kuli ziemskiej.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ta dwuznaczność niesamowicie w nią uderzyła. Niemalże czuła, jak gęsia skórka pojawia się na całym jej ciele. Był niebezpieczny. Wręcz uzależniający. Nie potrafiła zrozumieć tego, co czuła w tym momencie. Albo każdym. Przełknęła nerwowo ślinę, czując potrzebę rozładowania atmosfery. Tylko ile mogła się oszukiwać? Ile mogła twierdzić, że to tylko przyjaźń? Miała mężczyznę, czekającego na nią w domu, a mimo to w Charliego wpatrywała się jak w prawdziwy obrazek. Jakby był najważniejszą osobą na całym świecie, którą spotkała. To niewidzialne połączenie było wręcz niezaprzeczalne.
— Czy to wyzwanie? — spytała niemalże od razu — je też lubię, Charlie — dodała wprost, cały czas się w niego wpatrując. Miał w sobie coś, czego nie była w stanie określić. Patrzyła na niego wielkimi oczami, przypominając sobie o rozładowaniu atmosfery. Musiała, zdecydowanie musiała to zrobić, inaczej iluzja przyjaźni zniknie na dobre — inaczej nie chciałabym zostać chirurgiem... — zaczęła finalnie, próbując rozładować atmosferę. Jakby wszystko miało się zatrzymać w tym momencie. Te iskierki pojawiające się między nami, w końcu... miłoooość rośnie wokół naaaaas. Zaraz, nie. Żadna miłość, przyjaźń — trudno byłoby Ci mnie porwać od mojej pasji. Łatwo byłoby odrzucić twoją propozycję — stwierdziła finalnie, puszczając mu oczko. Zgodnie z prośbą powstrzymała się od pokazania mu języka. Pamiętała. Rozluźnianie atmosfery były jej zadaniem na tej bitwie o wielkie hasło zwane przyjaźnią. Na tym chciała się przede wszystkim skupiać.
— Nie próbuję... — mruknęła cicho, odwracając wzrok. Rozpracował ją. Próbowała go sprowokować, a zamiast tego była zmieszana. Głowę zawiesiła, wpatrując się w konie. Co gorsze, ona mu ufała i nie zastanawiała się nad jego intencjami. W dłoni wciąć dzierżyła błękitnego stanleya. Schyliła się do słomki, by upić odrobinę tej piekielnie dobrej kawy. Okej, dobra. Smakowała burżujstwem. W ten sposób smakował Charlie? Ivy Harrison, o czym ty do cholery myślisz? Ten uśmiech sprawiał, że łamała się. Zadziorny, pewny siebie. Jakby nie byli zajęci, już dawno rzuciliby się na siebie. Ona to wiedziała, on też. Ich bomba tykała coraz głośniej, czekając na wielki wybuch.
Nie potrafiła ukryć ciekawskiego wzroku, kiedy zaczął się przy niej rozbierać. Aż przejechała dłonią po twarzy. Sama zdjęłaby mu płaszcz, rozluźniła krawat, podwinęła rękawy tej bajecznie drogiej koszuli z miliona alpak. Tak wyglądało spełnienie jej marzeń? Była niczym zamknięta w klatce papuga, czekająca na najbardziej soczysty owoc. Owocem był Charlie. Najbardziej ognistym, jaki znała. Mimowolnie zlustrowała poluzowany krawat. Tylko wtedy... przypomniała sobie o jednym. KONIKI! One były teraz ważne, Charlie zabrał je tu dla nich.
Skinęła głową. Skupiła się na koniu. Tylko nie na tym mustangu chciała się skupić. Myśli coraz bardziej zaczynały się jej rozdwajać. To tylko spotkanie w szpitalu, kolacja w maku, winda, odrzucenie, pożar, a później ciasteczka... W ich relacji nie mogło być nic magicznego. Próbowała to sobie wmówić, uprościć własny tok myślenia, ale coraz bardziej się w tym gubiła. Niby cieszyła się z głaskania konia, ale czuła, jak jej własne ciało zaczyna ją zdradzać, a każda komórka wręcz krzyczy na całego: bierz mnie! Tylko nie mogła. Miał narzeczoną, ona chłopaka i zgodzili się na przyjaźń. Tym bardziej nie rozumiała, czemu te słowa jej się wymsknęły z ust.
A on wziął. Cała się spięła i nie spojrzała w jego oczy. Jego bliskość ją obezwładniała na każdy, możliwy sposób. Nie mogła tego wytłumaczyć racjonalnie. Wystarczyło unieść delikatnie głowę, by mogła zajrzeć mu do brązowych oczu. Tęskniła za nimi, ale równie mocno się nich bała. Wpatrywała się w ten rozluźniony krawat, jakby miał zostać jedynym punktem w całym świecie. Próbowała wyrzucić z głowy zapach jego perfum, ciepło jego ciała. Wtedy zdradziłaby samą siebie, a ich relacja... by wybuchła, jak ta bomba. Chciała coś powiedzieć. Tylko coś ugrzęzło w jej gardle, kiedy poczuła jego oddech. Zadrżała. Wiedziała, że już przepadła.
— Charlie — zaczęła nerwowym głosem, kiedy rozpinał jej płaszcz. Rzucił na nią jakieś zaklęcie. Zamiast się odsunąć, zrobiła wręcz przeciwnie. Przesunęła się jeszcze bliżej — Tak, bardzo duszno — powtórzyła, czując jak jej głowa staje się z każdą sekundą coraz bardziej pusta.
— Gdzie mogę odłożyć... — zmiana tematu zawsze działała — kubek od Ciebie? — to zadziała, prawda? Prawda? Tylko jej wzrok z kubka znowu wrócił na jego usta. Cholera. Był zbyt blisko niej. Wręcz czuła, jak serce galopuje jej szybko, kiedy był przy niej. Oddech niebezpiecznie przyśpieszył. Prosiła się o kłopoty, ale nic nie była w stanie zrobić.