ODPOWIEDZ
32 y/o
For good luck!
197 cm
kucharz The Beaches Boardwalk
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

*to będzie po grze z Cynthią :cenzurowicz: *

Niby do niego napisał, że ma kaca i ból dupy, ale tak naprawdę, gdyby nie ból głowy, był w naprawdę dobrym nastroju. Wrócił od swojej dobrej znajomej bliżej popołudnia niż rana, niby nadrobił leki, wrzucił do swojej wody dodatkowe elektrolity i upewnił się, żeby zjeść coś pełnego.. Tyle że głowa nadal go bolała. Drugi dzień już. Jak na kaca, to brzmiało trochę zbyt grubo, prawda? Nie brał leków przeciwbólowych, chyba że naprawdę musiał, a ten konkretny ból nie był taki zły. Zostało mu spróbować biegania na świeżym powietrzu. Towarzystwo Charliego miało tylko pomóc; lubił gościa, okay? Nawet jeśli z zasady uważał, że wyższa klasa miała odrobine zbyt czyste i nie skalane pracą rączki, Charlie był w porządku.
Tak jak się umówili, podjechał po niego swoim samochodem, jak to Ward nazwała, w kolorze muchówki, z zapasem proteinowych batoników i przynajmniej dwiema butelkami z wodą na tylnym siedzeniu. Trochę uważał za zabawne, że jechali do parku, żeby pobiegać, ale może z drugiej strony miało to jakiś sens. Słyszał już kilka razy, że najlepiej biegać na świeże nogi, cokolwiek to nie znaczyło. Nie zmęczone? Ale dlaczego... no, tego już nie wiedział, aż taki mądry nie był. Po napisaniu krótkiego sms, dając mu znać, że dojechał, stukał palcami w kierownicę przez moment, rozglądając się po okolicy. Fancy. Mimochodem zaczął się zastanawiać jak daleko by od Charliego miał do Cynthii... i musiał potrząsnąć głową, żeby się skupić. Zwykle przychodziło mu to z trudem, ale najwyraźniej jego życie miało stać się odrobinę trudniejsze. Nie miał nic przeciwko tak naprawdę..
- Hey misiu pysiu. - rzucił pogodnie, szczerząc do niego zęby w szerokim uśmiechu, kiedy władował mu się do samochodu. No co? Love your bros. - Tam gdzie zawsze, nie? - dodał, ale zamiast czekać na odpowiedź, wrzucił wsteczny i ruszył w drogę kiedy tylko Marshall zapiął pas. GPS nawet nie był włączony, drogę do jego chaty i do parku w distillery district znał już na pamięć, nawet w zależności od pory dnia wybierając inne trasy, by ominąć korki. Pełny serwis! Chyba mu też nie musiał mówić, że mógł się częstować batonikami i złapać wodę jakby chciał, nie? Tak czy siak, wiedział, że jeśli czas zabieganego Charliego pozwoli, pewnie i tak skończy się na pójściu coś zjeść.

Charlie Marshall
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
LemonSpice
none
30 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dzień w Northland Power wreszcie dobiegł końca, ale Charles wcale nie czuł ulgi. W drodze do domu wstąpił do kwiaciarni, skąd wyszedł z wyjątkowo dużym bukietem dla Blair. Kwiaty były piękne, drogie i... miały stanowić idealną zasłonę dymną dla jego własnych wyrzutów sumienia. Normalnie takie rzeczy zlecał Thomasowi, wysyłając mu krótką wiadomość, ale dzisiaj czuł, że musi zrobić to osobiście, jakby własnoręczne odebranie bukietu piwonii mogło w jakiś magiczny sposób wymazać zapach ciastek z jego gabinetu. Sam stwarzał te wszystkie dwuznaczne sytuacje, sam pozwalał na gorące przyjaźnie, a teraz… natłok myśli stawał się nie do zniesienia. Wiedział, że na taki chaos w głowie najlepszy jest ruch, dlatego gdy tylko na ekranie telefonu pojawiła się wiadomość od Theo, zgodził się na propozycję bez sekundy wahania. Umówili się, że Theo zgarnie Charliego po drodze, dlatego już zjeżdżał windą na parter ubrany w termoaktywny strój, z Apple Watchem na nadgarstku (którym zawsze mierzył tętno, dystans i spalone podczas treningu kalorie, banan). Wyszedł z windy akurat w momencie, gdy otrzymał wiadomość od kumpla, że już dojechał na miejsce. Charakterystyczny dźwięk silnika słyszał już z daleka i przez chwilę zastanawiał się, czy auto Bachmanna w ogóle spełnia jakiekolwiek normy strefy czystego powietrza, ale władował się do środka bez żadnych pytań. - Wyglądasz okropnie, misiu pysiu - odparł Charlie na przywitanie, gdy już zapiął pasy i rzucił Theo przelotne spojrzenie. - Tak, tam, gdzie zwykle, nie ma co kombinować - potwierdził, po czym wyciszył telefon i włożył go do kieszonki na ramieniu. Rzucił okiem na batoniki leżące z tyłu - niby wiedział, że mógłby się jednym z nich spokojnie poczęstować, ale ciasteczka dalej śniły mu się po nocach i skutecznie odbierały mu ochotę na jakikolwiek cukier, dlatego po prostu wlepił wzrok w misia pysia. - Czytałem ostatnio badania, że bieganie na kacu zwiększa szansę na zobaczenie jednorożca w parku o 40%. Daj znać, jak jakiegoś miniesz - rzucił pod nosem z uśmieszkiem na ryju i poklepał kumpla po ramieniu, starając być najbardziej uroczą passenger princess ever.

Matheo Bachmann
isiek
wszystko jest okej
32 y/o
For good luck!
197 cm
kucharz The Beaches Boardwalk
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wyprosiłby sobie, ten samochód miał dopiero kilka lat, jeszcze nie spłacony cholera był! I tak, mógłby sobie pozwolić zaszastać kasą i kupić go w całości tak o, po prostu, ale nie chciał, okay? Nie lubił szastać kasą. Mimo że zarabiał dobrze, nie lubił się rozstawać z dużymi sumami pieniędzy w jednej transakcji, jeśli koniecznie nie musiał. Były takie rzeczy na których nie oszczędzał, jak jedzenie, witaminki i rzeczy generalnie potrzebne mu do treningu, ale samochód? Lubił słyszeć silnik. Nie było nawet takiej możliwości, żeby kupił sobie tą śmiertelną pułapkę w postaci samochodu, który pod sobą miał OGROMNĄ BATERIĘ. W razie wypadku i pożaru? Tyle. Kropka. W dodatku nie dało się tego gówna tak łatwo ugasić, a dym był toksyczny i... Dobra, może przesadzał, po prostu lubił słyszeć swój samochód.
- A ty jak banan, co innego jest nowe. - rzucił niemalże odruchowo, zerkając na niego kątem oka, mimo to uśmiechnął się lekko. Jego styl życia mógł być absolutnie różny i całkowicie niezrozumiały, ale Theo i tak go na swój sposób kochał, okay? Okay. - Zajebiście. Ale takiego, który da mi szczęście do końca życia, czy tylko sprawi, że nagle zaczną mi się podobać panowie? - parsknął nie odwracając spojrzenia od drogi. Liczył na to pierwsze, szczęście mogło przybierać różne formy, a zmiana poglądu na seksualność w sumie niewiele by zmieniła, oprócz oczywistego zainteresowania. Nuda.
- Tak serio, to łeb mnie nawala od kilku dni, jeszcze zanim zacząłem pić, to pewnie nie kac. - sprostował, bo to prawda była, sam ujął swój ból głowy "kacem", chociaż on sam głosował na jakiś emocjonalny ból głowy, jeśli takie coś w ogóle istniało. Ostatnie kilka dni w życiu Norwega to był zdecydowanie emocjonalny rollercoaster. Pojawienie się duchów z przeszłości w jego życiu, wyjście do baru, żeby wyłączyć głowę i przelecieć coś wysokiego i ładnego bez sznurków, a potem nieplanowana noc z Ward, która była ładna, ale wcale nie wysoka i.. No, tak, dużo się podziało. Krótko odetchnął, pokręcił głową. - Za długo nie widziałem twojego krzywego ryja. - przecież nie będzie mu dupy zawracał streszczając swojego tygodnia, nie? Ploteczki zawsze przyjął, ale marudzenie i zawracanie dupy nie było w jego stylu. Wolał biegać.

Charlie Marshall
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
LemonSpice
none
30 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Właśnie za tym tęsknił, wiecie? Za tą szorstką, męską szczerością. Bachmann był jedyną osobą, która mogła nazwać Charliego bananem prosto w twarz, a potem zaproponować wspólny bieg. Ewentualnie w odwrotnej kolejności, ale to szczegół. - Bananem to ja bym był, gdybym kazał szoferowi nas podwieźć do parku w maybachu, stary - odgryzł się z rozbawieniem, zerkając na przyjaciela. Rozsiadł się wygodniej na fotelu pasażera i przez ułamek sekundy przed oczami mignął mu obraz błękitnych oczu Ivy i tych nieszczęsnych ciastek, ale natychmiast odepchnął tę myśl w najdalsze zakamarki umysłu. Nanana, jestem zwycięzcą, nanana, dłuższe życie każdej pralki to Calgon. To nie był czas na żadne dylematy moralne. Teraz miał się skupić na jeździe i przygotować umysł do biegania. Na szczęście, Theo zaczął drążyć temat szczęścia do końca życia i ewentualnej zmiany preferencji, dlatego Calgon odszedł w zapomnienie, a Charles parsknął krótkim, szczerym śmiechem. - Zdecydowanie to pierwsze, ale znając ciebie, zaraz poznasz jakąś babę, która będzie kazała ci jeść jarmuż na kolację - skwitował odrobinkę złośliwie. Powoli dojeżdżali na miejsce, została im może jedna przecznica. Dobrze mu się jechało z przyjacielem, ale musiał… no… wiecie, rozprostować nogi i... zdystansować się od myśli o Blair i Ivy… które znowu pojawiły się w jego głowie nieproszone… Świetnie. Tak serio, to łeb mnie nawala od kilku dni, jeszcze zanim zacząłem pić, to pewnie nie kac. Oho, alarm, alarm, trzeba pomóc koledze w potrzebie, jak dobrze, że Charlie zgodził się na to spotkanie, teraz przynajmniej mógł zacząć myśleć o innych rzeczach niż fale i błękity. - Mogę dać ci numer do świetnego specjalisty… Jak on się nazywał… Bolomeo? Bartholomeo? Bartoleo…? No, mniejsza z tym, po prostu lepiej się zbadaj, będę cię jeszcze potrzebować - rzucił, a choć głos miał lekki, w jego oczach czaiła się autentyczna troska, jakby był jakimś mięczakiem albo innym planktonem. Wypuścił głośno powietrze, patrząc na profil przyjaciela. Miał wrażenie, że obaj uciekali dzisiaj przed czymś więcej niż nuda. - Mi też brakowało twojego marudzenia - przyznał szczerze i poklepał Bachmanna po ramieniu. Gdy w końcu dotarli na miejsce, a Theo zaparkował auto, Charles od razu wysiadł i rozprostował nogi, czując na policzkach mroźne powietrze. Jednak zamiast bawić się w prawidłową rozgrzewkę i spokojne przygotowanie mięśni, po prostu ustawił trening na Apple Watchu i bez ostrzeżenia ruszył z kopyta. - Goń się! Znaczy, goń mnie! MNIE! - krzyknął przez ramię, pozostawiając Theo w tyle. Mroźne powietrze paliło go w płucach, ale potrzebował tego bólu, by zagłuszyć chaos w głowie.

Matheo Bachmann
isiek
wszystko jest okej
32 y/o
For good luck!
197 cm
kucharz The Beaches Boardwalk
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zerknął na niego krótko, jakby się urwał z choinki albo urodził wczoraj. Dobra, w teorii "banan" to był ktoś, kto żył jak król za kasę rodziców, prawda? Tak przynajmniej Theo o tym myślał. Ludzie, którzy palcem w życiu nie kiwnęli, a mieli wszystko. Charles do nich nie należał i obydwoje o tym wiedzieli; tak, urodził się w bogatej rodzinie i nie, niczego mu nie brakowało dorastając, ale sam też pracował, by zająć miejsce w maszynie, którą stworzyła rodzina Marshallów. Studiował za granicą, robił, co do niego należało; może to nie była fizyczna praca, ale też to mógł szanować. Tyle że i tak wyglądał jak banan, okay? Jego spojrzenie zahaczyło o jego ciuchy, idiotycznie drogi zegarek.
- Srajbachu. - przewrócił oczami i, tak, roześmiał się sam na własny mały żarcik. Sam na nadgarstku miał tysiące dolarów, ale szczerze uważał, że za taką cenę Garmin miał znacznie więcej ciekawszych opcji i technologicznych wydziwiajek.
- Dobra, ale czemu szczęście do końca życia miałoby oznaczać związek, huh? Szczerze wolałbym pracę, w której się spełniam. - znacznie bardziej niż jakaś baba z jarmużem, albo innym ogródkiem w środku miasta. Zmiana pracy i tak siedziała mu w głowie, związki... No, to był większy temat.
- Niemieckie? Bartholomew? - dorzucił swoje pięć groszy, ale zaraz pokręcił głową. Tak, wiedział, że jakkolwiek czasami by sobie z siebie żarty stroili nawzajem, Charlie nie chciał, żeby Theo kopnął w kalendarz zbyt szybko. I vice versa. - Możesz dać.. Ale myślę, że to stres. Czy głowa może boleć od stresu? - nigdy się wcześniej nad tym nie zastanawiał, bardzo rzadko coś z bólem głowy rzeczywiście robił. Wypić więcej wody, przespać się, może zjeść coś lekkiego i zwykle pomagało prędzej czy później.
Wysiadając z samochodu, przeciągnął się, stając na moment na palcach i wyciągając ramiona w górę. Ziewnął przeciągle i już miał coś do niego powiedzieć, kiedy.. Goń się. Goń się? Goń mnie! Roześmiał się, ale nie ruszył za nim od razu, wspinając się na własne palce jeszcze kilka razy, zanim ruszył za nim lekkim truchtem. Był od niego większy, cięższy, prawdopodobnie byłby w stanie wycisnąć wagę Charliego nad własną głową i doskonale wiedział, że nie było takiej opcji, żeby go dogonić. Po co sobie ranić kolana, próbując? Podkręcił tempo po chwili, ale dalej kontrolował własny oddech, starając się pozostać w Zone II tego biegu. Nawet nie musiał włączać żadnego głupiego treningu na zegarku, jego Garmin zaczął mierzyć swoje z automatu; właśnie dlatego był lepszy niż jakiś srajłacz.
Jego głowa miała się okay. W skroniach pulsował ten sam tępy ból od kilku dni, który wydawał się pogorszać, jeśli się pochylał, ale kiedy biegł, wszystko było okay. Podążał za Charlesem spojrzeniem, przyspieszając raz po raz, by nie stracić go z oczu i.. Wiedział, że coś mu siedziało na wątrobie. Znał go, okay? Obydwoje mieli dzisiaj coś, co siedziało im na wątrobie jak niestrawność i co pewnie będą musieli przerobić nad jakimś żarciem albo chociaż ciepłym napojem; zwłaszcza Marshall, goniąc jak debil i łykając zimne powietrze.
- Chory będziesz, gamoniu! - szczeknął za nim, chociaż nie miał pojęcia, czy przyjaciel w ogóle mógł go usłyszeć. Eh. Dobra, jak zachoruje to Theo będzie musiał trochę zmienić swój grafik, żeby być jego personalnym szefem kuchni przez kilka dni i upewnić się, że jadł jak człowiek.

Charlie Marshall
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
LemonSpice
none
30 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że Charlie był wspaniały, nawet jako banan w krawacie od Hermesa, którego nie dostał na urodziny i musiał kupić sobie sam. Dostał za to winnicę! To to było dopiero bananowe. Jeszcze nie podzielił tą informacją z przyjacielem, ale gdy tylko zrobi, to na pewno zaprosi go na szalony weekend w Toskanii. Będą pić drogie wino pod gołym niebem i jeść oliwki. - Praca, w której się spełniasz, jest świetna, dopóki nie zdasz sobie sprawy, że wieczorem wracasz do pustego domu - rzekł Charlie nieco nostalgicznie. Był szczery z kumplem, bo czemu miałby nie być? Praca w Northland Power była dla niego wszystkim. Kochał to, co robił, ale tak naprawdę sensem jego dnia były wieczory z Blair. Uwielbiał do niej wracać, jeść wspólne kolacje i po prostu być razem po całym dniu w biurze. Te wieczory dawały mu spokój i pomagały mu się zregenerować przed kolejnym dniem w pracy. Tyle że ostatnio... coś się zmieniło. Wracał do domu znacznie później, bo ktoś inny potrzebował jego obecności. Ktoś potrzebował jego ramion, żeby się w nie wtulić i wypłakać, a Charlie nie potrafił odmówić. Tak, w jego życiu pojawiła się Ivy Harrison i nagle te idealne wieczory z Blair przestały być jedyną rzeczą, o której myślał. Kurde. Głos Theo wyrwał go z rozmyślań. Niemieckie? Bartholomew? - Tak, Bartholomew, skąd wiedziałeś? - zdziwił się Charlie. Możesz dać.. Ale myślę, że to stres. Czy głowa może boleć od stresu? - Hm... tak - przytaknął krótko, a w jego głowie znowu zaczęły tańczyć dziwne myśli. Zastanawiał się, czy powinien zwierzyć się Bachmannowi ze swoich rozterek. Z jednej strony chciał zrzucić z siebie ten ciężar, a z drugiej... jeśli Charlie powiedziałby mu całą historię, czy nie stałoby się to bardziej realne? Tak realne, że trudno byłoby temu zaprzeczyć? Właśnie dlatego teraz biegł, zostawiając przyjaciela w tyle, jakby wierzył, że te wszystkie myśli mogłyby zostać daleko za nim, gdzieś za Theo. Każde kolejne uderzenie butów wybijało rytm pytania - mówić czy nie mówić? Theo był jego najlepszym kumplem, ale powiedzenie na głos tych wszystkich... słów... chyba kosztowałoby Charliego zbyt wiele. Zwolnił tempo dopiero na zakręcie, w końcu pozwalając, by Theo go dogonił. Jego oddech był rwany, białe obłoki pary ulatywały z ust, a policzki piekły od mrozu. Odwrócił się, opierając dłonie na kolanach. - Pocałowałem kobietę w windzie - obwieścił ni z gruchy, ni z pietruchy, gdy tylko przyjaciel zatrzymał się obok niego. Raz kozie śmierć. Klamka zapadła. Co ma być to będzie. Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba. Poczuł dziwną ulgę po wypowiedzeniu tych słów, ale poczuł też... wstyd, bo przecież dżentelmeni nie całowali przypadkowych kobiet w windach, zwłaszcza, gdy w domu czekały na nich kobiety takie jak Blair. Wyprostował się powoli i utkwił wzrok w przyjacielu, dysząc ciężko ze zmęczenia. Nie powinien zrywać się do biegu bez rozgrzewki. Ani w ogóle zrywać się do biegu. W sumie to chyba powinien zostać w domu, pod kocem, udając, że ten tydzień w ogóle się nie wydarzył, ale stało się - słowa "pocałowałem kobietę w windzie" zawisły między nimi, a Charlie czekał na wyrok. Akurat teraz Apple Watch zawibrował mu na nadgarstku, wysyłając powiadomienie o tętnie powyżej normy. Nocotyniepowieszstary.

Matheo Bachmann
isiek
wszystko jest okej
ODPOWIEDZ

Wróć do „Corktown Common”