ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.
I feel so lost among these entirely strange people.

Po co jej to było?
Człowiek raz chce zrobić coś dobrego i ostatecznie sam ląduje na straconej pozycji. W samym środku małego Armagedonu, który pewnie dla medyków był codziennością. Ale nie dla niej – jedyne o czym marzyła to zatrzasnąć na sobą drzwi niewielkiego mieszkania i odciąć się od tego wszystkiego. Od szturchającego ją nastolatka i ględzącej mu nad głową mamy coś o tym, że jeszcze trochę i przez niego oszaleje. Od pochrapującej po drugiej stronie starszej kobiety, z wyciągniętą nogą, w którą sobie coś najprawdopodobniej zrobiła. Od wszystkich tych hałasów i dziwnego zapachu, od którego robiło jej się niedobrze. Ale było późno, bardzo późno, a ona wiedziała, że prawdopodobnie nie dotrze do mieszkania przed tym, jak zastanie ich nowy dzień. Do diabła z tym.
Liyana od wielu lat żyła według prostej zasady: nie wychylać się. Nie mieszać się w nieswoje sprawy, odchodzić, kiedy dzieje się coś, co mogłoby ją wciągnąć. Łatwo przychodziło jej odwracanie wzroku i rzadko miewała z tego powodu wyrzuty sumienia.
Zachciało jej się zgrywać Matkę Teresę z Kalkuty. Jej wzrok powędrował kilka miejsc dalej, gdzie pod ścianą siedział facet, z twarzą zalaną krwią z rozciętego łuku brwiowego. Mogła się założyć, że ma jeszcze kilka innych zadrapań i siniaków i bardzo mu dobrze. Posłała mu rozzłoszczone spojrzenie – jemu i jego dziewczynie, którą omyłkowo wzięła za ofiarę jakąś godzinę temu.
Odwróciła głowę, obiecując sobie, że to był ostatni raz, kiedy stawała w czyjejś obronie.
Poderwała się z krzesła, widząc kobietę, którą już dwa razy zaczepiła.
Hej, czekam tu już godzinę, czy... – zaczęła, a kobieta wyraźnie zmęczona popatrzyła na nią i z westchnieniem skinęła na nią głową, wskazując, żeby poszła za nią. Lina w tym momencie poszłaby do samego dziewiątego kręgu piekła, byleby tylko już tutaj nie siedzieć. Ruszyła więc za nią i zgodnie ze wskazówkami, usiadła na czymś w rodzaju kozetki, a kiedy pielęgniarka zasunęła tę białą charakterystyczną zasłonkę, osłaniając ją od innych, Lina ucieszyła się, że zaraz będzie mieć to za sobą. Ale kiedy minęło dziesięć minut, a potem kolejne, zaczęła się niecierpliwić. Zeskoczyła ze swojego miejsca i odsłoniła zasłonkę, dokładnie w momencie, kiedy obok przechodził – sądząc po stroju – lekarz.
Przepraszam, jest jakaś szansa, że ktoś się w końcu mną zajmie? Czekam i czekam – może trochę zbyt dramatycznie to przedstawiła, ale obawiała się, że inaczej znów ją zbędzie – poza tym jeszcze trochę i może się tu zrobić niezła rzeźnia – dodała, wskazując na opatrunek, który przyciskała do swojego ramienia, ale ten już prawie w całości nasiąkł krwią, która sączyła się z rany. Trochę kropel poleciało również na podłogę, ale to nie jej wina, że nikt nie zajął się tym dokładnie. I tak robiła co mogła, by tamować krwawienie.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Kolejny taki sam dzień. Życie, a raczej egzystencja Horacego, opierała się na rytuałach, punktach, które musiał odhaczyć nim ponownie zamnknie oczy i wróci do swojego życia. Tam miał dom z białym płotem, własną kawiarnię i stojącą za ladą roześmianą narzeczoną. Czasem (w następnym odcinku) miał dziecko, czasem szli wszyscy razem na spacer, a czasem bawili się na podwórku. Potem budził się, przez kilka sekund czuł ciepło w okolicy serca - czuł szczęście. Z następnym mrugnięciem oka już go nie było, pozostawała tylko pustka i zimno, narastał gniew na niepamięć rysów twarzy. Nigdy nie pozwalał sobie na rozpamiętywanie w środku dnia, a tylko te kilka sekund co rano pozostawało mu na wspomnienia dawnego świata.
Później prysznic, kawa, zawsze ten sam omlet. Odbitka w szpitalu. Bałagan jak zawsze, chaos, zamęt, tornado, milion bodźców, które pchały go do przodu. Nie było czasu na prywatę, nie było czasu na myślenie i wywlekanie wspomnień na wierzch. Ten zawód był jego wybawieniem. Do końca zmiany pozostało jeszcze kilka godzin, chorych nie ubywało, a wręcz przeciwnie, nawarstwiało się ich coraz więcej. Wypadek przy głównej ulicy, złamania, płyn w klatce piersiowej, nastolatek, który przedawkował. Horacy metodycznie skreślał punkty na swojej liście, jeden po drugim, po kolei, nie pozostawiając żadnego miejsca na wkradnięcie się chaosu. Może dlatego tak dużo osób lubiło z nim pracować - nie poddawał się nurtowi tego miejsca, nigdy nie dawał się porwać wzburzonym falom sorowego oceanu, nigdy żaden sztorm nie był w stanie go pokonać. Nie panikował, nie krzyczał, nie jąkał się. Miał konkretny plan. Stał spokojnie nad wszystkimi i komenderował. Jak latarnia morska. Kiedyś powiedziała tak o nim jedna z pielęgniarek i to przezwisko przylgnęło do niego na stałe.
- Dobrze, mężczyzna z cukrzycą wstępnie ustabiliozwany, czekamy jeszcze na wyniki moczu, zawołajcie mnie jak będą. - rzucił do rezydenta, odhaczył kolejną osobę na tablecie i miał iść dalej, już patrzył na następną przydzieloną przez triage kartę, kiedy zaczepiła go ona.
- Musi Pani jeszcze zaczekać, robimy wszystko co w naszej mocy. - ot, stara formułka, która pozwalała zachować porządek. Trzy kolory sterowały oddziałem i nie wolno było zmieniać ich kolejności. Ona była zielona. Najmniej ważna. W zasadzie była to robota dla rezydenta, któremu sam zlecił opatrzenie rany. A jedną z niewielu rzeczy, która wyzwalała w Horacym jakiekolwiek emocje, było partolenie roboty. - Był u Pani doktor Nicholson? - zapytał, założył rękawiczki, po czym uniósł nieco opatrunek. Z rany polała się krew. Będzie musiał z nim porozmawiać, po raz kolejny. Wiedział o jego relacji z jedną z pielęgniarek, natomiast nic nie tłumaczyło, że zostawia zielonych i woli flirtować nad kubkiem kawy. Albo po raz kolejny zakręcił się przy "ciekawszych" przypadkach, bo w jego mniemaniu marnował się obsługując podstawowe zabiegi. - Nieważne, proszę usiąść. Zaraz się tym zajmę. - złapał ją delikatnie za opaskę z kodem kreskowym, którą miała założoną na drugiej ręcej i zeskanował - Pani Liyana Sinclair, 27 lat, bez uczuleń. Bójka? - wyczytał z karty. Wyciągnął z szuflady zestaw do szycia i potrzebne leki. - Będziemy musieli znieczulić rękę miejscowo, później założymy szwy i na koniec otrzyma Pani leki oraz zastrzyk przeciwtężczowy. Wszystko jasne? - w końcu podniósł wzrok znad tabletu i spojrzał na nią pytająco.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lina rzadko śniła. Może dlatego, że z reguły miała problemy z zasypianiem, a kiedy już jej się to udawało to była na tyle wyczerpana, że chyba jej umysł nie miał siły na żadne przetwarzanie innej rzeczywistości niż tak, w której musiała na co dzień funkcjonować. Od czasu do czasu jednak się to zdarzało, ale Sinclair nie lubiła tych nocy. Bo jej sny z reguły były koszmarami, po których budziła się z prędko bijącym sercem i ciężkim oddechem. A potem pierwsze, co robiła, to sięgała po telefon, by zadzwonić do mamy. By usłyszeć jej głos, przekonać się, że jest, że to, co widziała w snach nie miało wiele wspólnego z prawdą. Czasem śnił jej się brat. Tych snów też nie lubiła. Nie lubiła go takim widzieć – złym. Nawet jeśli w oczach wielu ludzi był najgorszym człowiekiem na świecie.
Może to ten chroniczny brak snu mącił jej w głowie i wpływał na kiepską ocenę sytuacji? Bo najwyraźniej miała z tym problem, patrząc na to, w jaki sposób potoczył się dzisiejszy wieczór.
Liyana popatrzyła na lekarza, powoli szykując się do potyczki słownej, kiedy zbył ją formułką, którą pewnie słyszał w swoim życiu każdy pacjent, ale zanim zdążyła się jakoś nastroszyć, on jednak wykazał nieco większe zainteresowanie niż te kilka słów, niczym z ulotki o najlepszym szpitalu w twojej okolicy. Dziewczyna powoli wypuściła powietrze z płuc, a jej wzrok złagodniał.
Nie było u mnie nikogo. To znaczy, była pielęgniarka, którą sama zaczepiłam, ona mnie tu przyprowadziła i kazała czekać. No więc... czekałam, ale nikt nie przychodził – powiedziała, pozwalając sobie na delikatne westchnięcie. Jej intencją nie była krytyka personelu, chociaż patrząc na tych wszystkich ludzi na sorze, rozumiała ich frustrację. Poza tym sama niejednokrotnie w swoim życiu spotkała się z brakiem zrozumienia, co pewnie powinno rozwinąć w niej większą empatię, ale niekoniecznie tak było.
Skrzywiła się odruchowo, kiedy padł powód, dla którego w ogóle się tu dziś zjawiła.
Bójka to trochę za dużo powiedziane – próbowała sprostować tę kwestię. – Nie biłam się z nikim. Próbowałam pobić kogoś, kto myślałam, że bije kogoś innego. – Pomyślała z niechęcią o parze, która pewnie wciąż siedziała na sorze, czego Lina im życzyła. Niech siedzą tu do samego rana. Łatwiej było scedować złość na kogoś niż przyznać się do złej oceny sytuacji. A tamtą oceniła po prostu mylnie. Miała w tym wszystkim pecha, że kiedy upadła na chodnik po tym, jak tamten facet ją odepchnął, trafiła w miejsce, gdzie pół godziny wcześniej ktoś rozbił butelkę z piwem. – Trochę dużo tych igieł – mruknęła, patrząc najpierw na zestaw, który lekarz wyciągnął, a potem na niego. Kiedy on się zbliżył, ona mimowolnie lekko odchyliła się do tyłu, świadoma, że nie bardzo ma jakąś drogę ucieczki, ale przecież zawsze warto było spróbować. – To konieczne? Te szwy? Nie wystarczą jakieś, nie wiem, plastry na rany, czy coś? Jestem pewna, że krwawi zdecydowanie mniej – zapewniła, kłamiąc przecież jak z nut, o czym musiał wiedzieć zapewne i on. Nie chodziło nawet o jakąś awersję do igieł, bo przecież miała na ciele kilka tatuaży. Bała się tylko tego, czy ta kontuzja nie wykluczy jej na kilka dni z pracy za barem.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Okej, rozumiem. W takim razie dobrze, że mnie Pani zaczepiła. - westchnął. Tym bardziej będzie musiał porozmawiać z Nicholsonem. Ile takich przypadków jak Sinclair zostało przeoczonych? Dodał to do niekończącej ilości zadań do zrobienia. Na Jego Sorze (w jego królestwie) wszystko miało chodzić jak w zegarku - mimo pozornego chaosu każda rzecz i każda czynność miała swoje miejsce i kolejność. Odnalazł po śmierci narzeczonej w tym szaleństwie jakąś stałość i kurczowo jej się trzymał aż po dziś dzień. To jedyne co mu zostało - miał światło jarzeniówek i zapach środka do dezynfekcji. Miał ręce, które wiedziały jak zszywać cudze ciała i głowę, która uparcie wracała do jednego. Nie byliśmy w stanie jej uratować. Zdanie zapętlone w jego głowie od kilku lat, ciągle powtarzane, przeistoczyło się w monotonny szum, podobny do tego, który wydają jarzeniówki.
- Nie biła się Pani tylko próbowała kogoś ratować. - skwitował i uśmiechnął się z przekąsem. - To głupie, ale nienajgłupsze co dziś widziałem. - Stał przez chwilę nieruchomo, przyglądał się rozcięciu i analizował fakty. Odłamki szkła mogły wbić się głębiej, a ustające krwawienie mogło być zawodnicze. - Plastry są dobre na obtarcia albo drobne rozcięcia na czole lub brodzie. - przysunął lampę bliżej niej. po czym delikatnie rozchylił brzegi rany.
-Tak, to konieczne. - jego ton nie był ostry, ale nie pozostawiał przestrzeni na negocjacje. - Jeżeli zszyję to teraz to pozostanie tylko cienka blizna. Jeżeli tylko zakleję ranę to może dojść do zakażenia. - Nie czekał na jej dalszą reakcję, po prostu zaczął przygotowywać zestaw. Nabierajc lignokainę do strzykawki zauważył jak się odchyliła. Nigdy nie umykały mu takie rzeczy. Nawiązanie kontaktu z pacjentem i zbudowanie zaufania były podstawą szkolenia, które odbywał z każdym ze swoich podopiecznych. - Proszę mi zaufać. - ponownie wrócił jego lekarski ton. Przyłożył gazik, oczyścił delikatnie brzegi rany i zabrał się za płukanie. - Spokojnie, teraz będzie kilka ukłuć i zaraz przestanie boleć. Poczuje Pani delikatne rozpieranie. - pracował szybko i pewnie. Nie musiał patrzeć na stolik, żeby wiedzieć, gdzie co leży. Tą precyzję budował latami, warstwa po warstwie, dyżur po dyżurze, noc po nocy, kiedy wybierał pracę zamiast snu, ciszę zamiast rozmowy, a kolejną procedurę zamiast nowego wspomnienia.
-Następnym razem warto ocenić sytuację, zanim rzuci się Pani komuś na ratunek. Świat nie potrzebuje bohaterów. Czasem potrzebuje świadków, którzy zadzwonią po pomoc. - nie chciał, żeby brzmiało to jak pouczenie, chociaż ton jego głosu był lodowaty. O, taki właśnie był Horacy. Zamrożony w czasie i przestrzeni. Czasem czuł jak tafla drga. Jakby pod spodem coś próbowało się poruszyć. A jej pytania, jej opór wobec igieł, jej nieumiejętność siedzenia spokojnie — to wszystko było jak kamień rzucony w zamarznięte jezioro. Niewielki. Niegroźny. A jednak słyszał w głowie to ciche, zdradzieckie trzask. Nie mógł sobie pozwolić na pęknięcia. Nie tutaj. Nie teraz. Nie po tylu latach budowania konstrukcji, która miała być nie do ruszenia.
Na chwilę podniósł wzrok znad zakładanego szwu. — Naprawdę wierzyła Pani, że sama da radę? — zapytał wcześniej, a teraz to pytanie wróciło do niego jak odbicie w szybie.
Naprawdę wierzył, że sam da radę. Że jeśli wróci na studia i jeśli będzie najlepszy i nie odpuści ani jednego przypadku to wyrwie każdą Jen z rąk śmierci. I wtedy bilans się wyrówna. Matematyka żałoby była bezlitosna. Nie chciał przyznać, że od dłuższego czasu opłakuje nie jedną, a dwie osoby.

Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Podejrzewała, że gdyby nie to, że sama postanowiła upomnieć się o swoje – to znaczy o należytą opiekę – to być może wciąż siedziałaby pod ścianą w korytarzu pełnym ludzi, oznaczonych kolorami. Posegregowanych. Ten czerwony, więc wymaga natychmiastowej pomocy. Ten zielony to jeszcze poczeka, może nawet do jutra, bo przecież w każdej chwili może się pojawić więcej czerwonych. Choć Lina mogła się założyć, że pewnie tych zielonych było najwięcej.
A co najgłupszego pan doktor dziś widział? – spytała, posyłając mu lekko zaciekawione spojrzenie. Nie była typem gawędziarza, który potrafi podtrzymywać rozmowę sprawnym small talkiem, milczenie nie stanowiło dla niej problemu i niezwykła wypełniać przestrzeni słowami tylko po to, aby nie zrobiło się niezręcznie. Nie pytała, jeśli faktycznie nie była czymś zainteresowana, a w tym momencie miała ochotę usłyszeć o jakichś ciekawych przypadkach.
Proszę mi zaufać.
Zabawne. Ludzie często to mówili, a z doświadczenia Liny wynikało, że najczęściej wtedy, kiedy za tymi słowami wcale nie kryło się nic dobrego. Proszę mi zaufać, tak będzie lepiej – ale dla kogo lepiej? Ciemnowłosa nauczyła się, że zazwyczaj lepiej jednak ludziom nie ufać. Ale czy w ogóle miała w tej sytuacji jakiekolwiek inne wyjście? Sama tu przyszła, choć głównie dlatego, że po jej upadku, całą sytuacją zainteresował się jakiś przechodzień, w końcu wykonując telefon na 112. Gdyby nie to, Lina zamiast do szpitala, wróciłaby do mieszkania, próbując sobie sama z tym poradzić.
Czasem nie ma czasu na ocenę, tylko trzeba działać – odpowiedziała i również w jej głosie pojawiła się ostrzejsza nuta, tak jakby w odpowiedzi na jego chłód, który chyba podświadomie wyczuła. Przez lata nabrała doświadczenia i całkiem nieźle szło jej odczytywanie ludzi, więc wydawało jej się, że tym razem też się nie myli. – A świadkowie zbyt często są bierni. Wolę być bohaterem z obrażeniami, który się pomylił niż niemym świadkiem, który nie zdążył zareagować – odpowiedziała, co jednak nie było prawdą. Liyana nie chciała być ani jednym, ani drugim. Najlepiej wychodziła na tym, że nie patrzyła na innych ludzi. Nie angażowała się w cudze konflikty, nie pomagała, trzymała się swoich spraw. Jej też nikt nie pomógł, na przykład tamtego wieczoru wiele lat temu w Corner Brook, kiedy wychodziła ze sklepu i zaczepiła ją grupka lokalnych łobuziaków. Trochę ją poturbowali, chyba przede wszystkim chcąc nastraszyć – za grzechy brata. Ale do dziś pamiętała, że byli ludzie, którzy widzieli tą scenę, ale nikt jej nie pomógł.
Zacisnęła nieco mocniej usta, w głowie odmierzając czas i licząc, że to szycie skończy się jak najszybciej. Tak, jak obiecał, nie bolało, ale uczucie było mało przyjemne. Lina tak mocno skupiła się na liczeniu sekund, że dopiero po chwili zorientowała się, że lekarz zadał jej pytanie. Wcześniej przymknięte powieki, teraz uchyliła, przekręcając głowę w jego stronę i zawieszając spojrzenie na jego oczach.
Podobno pewność siebie to połowa sukcesu – zaczęła, pół żartem pół serio, ale widząc dość poważną minę mężczyzny, ona również spoważniała. – Zawsze sobie radzę. W ten czy inny sposób. Czasem trzeba kombinować, żeby osiągnąć jakiś cel. Wyjść poza szablon. – Na przykład wymyślić, jak szybko wytrzasnąć pieniądze na opłacenie rachunków i leków dla chorej na depresję matki. Albo jak stawić czoła większemu przeciwnikowi, który nie ma dobrych zamiarów. – Pan też sobie musi codziennie radzić, prawda? Tutaj, z tymi wszystkimi pacjentami, czasem głupio heroicznymi – jej usta rozciągnęły się w lekkim uśmiechu – Jak pan sobie z tym radzi? – spytała mimowolnie, nawet jeśli w normalnych okolicznościach pomyślałaby, że może lepszym pomysłem jest urwanie tej pogawędki. Dopóki zszywał jej ramię i tak nie miała nic lepszego do roboty.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Igła przechodziła przez skórę krótkimi, precyzyjnymi ruchami. Liyana mogła czuć tylko ciągnięcie — dziwne, nieprzyjemne uczucie, kiedy Horacy ściągał brzegi rany do siebie. Używał dokładnie tyle siły ile trzeba, a jego ruchy były spokojne i niemal mechaniczne, takie przychodzące wraz z latami powtarzania tych samych czynności setki razy. Zbyt ciasny szew zostawiał brzydką bliznę. Zbyt luźny pozwalał ranie znów się rozchylić. — Najgłupsze? — powtórzył, jakby smakował to słowo, podczas gdy jego palce pracowały dalej. Przez głowę przemknęło mu kilka obrazów z ostatnich godzin. Nastolatek z sinymi ustami i pustą butelką po syropie. Mężczyzna, który przyjechał z bólem w klatce dopiero wtedy, gdy nie był w stanie wstać z łóżka. Kobieta z wybitym barkiem, która uparcie twierdziła, że „nic się nie stało”.— Mężczyznę, który próbował wyczyścić działającą kosiarkę ręką — odpowiedział w końcu spokojnie. — Przegrał z nią trzy palce.  - Zawiązał jeden z węzłów i przyciął nić.— Kolejny próbował otworzyć butelkę piwa zębami. Przegrał z kapslem. A w zeszłym tygodniu ktoś sprawdzał, czy paralizator naprawdę działa, przykładając go do własnej nogi. — Jego ton pozostał suchy, prawie obojętny. — Działał. - Na moment znów zapadła cisza, w której słychać było tylko szelest rękawiczek i ciche brzęknięcia metalowych narzędzi. Nic nie brzmiało  dramatycznie w jego ustach.  Kiedy powiedziała o bohaterach i świadkach, jego dłonie nie zatrzymały się, ale coś w środku drgnęło. Jak cienka rysa biegnąca pod powierzchnią lodu. Lepiej być bohaterem z obrażeniami niż świadkiem. To zdanie mogłoby istnieć w innym świecie. W świecie, w którym działanie zawsze coś zmieniało. W świecie, w którym ktoś zdążył.— Czasem świadek jest jedyną osobą, która może wezwać pomoc— powiedział w końcu. — Bohaterowie zbyt często trafiają tutaj na noszach obok ludzi, których próbowali ratować. W dodatku są źli, że nikt im nie przyzna medalu. -  Podniósł wzrok, kiedy spojrzała na niego. Jej oczy były skupione, uważne. Nie przestraszone. Raczej… czujne. Ludzie rzadko patrzyli mu w oczy podczas szycia, zwykle woleli wpatrywać się w sufit albo ścianę. Przez moment zastanawiał się nad jej pytaniem. Jak pan sobie z tym radzi? Większość pacjentów o to nie pytała. A jeśli pytała, oczekiwali żartu albo półuśmiechu w stylu „taka praca”. On nie był dobry w takich odpowiedziach.— Nie radzę sobie sam. Radzą sobie procedury. - to był już ostatni węzeł. - Każdy przypadek ma schemat. Najpierw stabilizacja, potem diagnostyka, potem leczenie. Jeśli coś przestaje działać, przechodzi się do następnego kroku.  - To brzmiało niemal jak instrukcja obsługi świata. Ale w jego głowie przemknęła myśl, której oczywiście nie wypowiedział: poza tymi przypadkami, których nie da się naprawić.Oczyścił ranę jeszcze raz, sprawdzając brzegi. Wyglądało idealnie. Założył opatrunek, dociskając gazę do jej ramienia i owijając je kilka razy bandażem. Dopiero gdy upewnił się, że wszystko trzyma jak należy to cofnął dłonie i zdjął rękawiczki. -Zaraz podam zastrzyk przeciwtężcowy oraz antybiotyk. Wystawię też skierowanie na zmiany opatrunku i później na zdjęcie szwów. - poszedł umyć ręce. Woda uderzała o stalowy zlew jednostajnym szumem. Ten dźwięk zawsze porządkował mu myśli - prosty, powtarzalny, przewidywalny. Dawał chwilę na zastanowienie się. — Chaos jest dla ludzi, którzy stoją obok — dodał ciszej. — Jeśli jest się w środku, musi istnieć plan. Inaczej wszystko się rozsypuje.  A wracając do bohaterów, w co dokładnie się pani dziś wpakowała? - odwrócił się, opierając plecy o krawędź blatu. Jego spojrzenie zatrzymało się na Sinclair na dłużej. Większość ludzi po szyciu robiła jedną z dwóch rzeczy: rozluźniali się, kiedy docierało do nich zmęczenie, albo wręcz przeciwnie, zestresowani zaczynali gadać bez sensu. Lina nie należała do żadnej z tych kategorii. Dalej była czujna. Horacy znał ten rodzaj uważności. Najczęściej widział go u ludzi, którzy zbyt często musieli polegać wyłącznie na sobie.  

Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lekcja pierwsza – ludzie byli głupi. Robili głupie rzeczy, może z braku świadomości, a może poczucia, że konsekwencje ich nie dosięgną. A może robili je, bo mogli i nie stała za tym żadna większa filozofia, a brak myślenia był tylko tym, niczym więcej, niczym głębszym.
Lekcja druga – zdarzali się tacy, którym można było zaufać. Przynajmniej w tak błahej kwestii jak zszycie rozciętego ramienia. Nie kłamał – nie bolało, więc Lina siedziała w miarę spokojnie, choć jak zawsze jej ciało było lekko spięte, a wzrok od czasu do czasu przesuwał się po najbliższym otoczeniu, jakby Sinclair szukała najszybszej drogi ucieczki. Tak w razie czego. To nawyk, który wszedł jej w krew i choć w Toronto było zgoła inaczej, nigdy się go nie pozbyła. Zawsze sprawdzała, którędy najszybciej i najlepiej się ulotnić, gdyby zrobiło się nieprzyjemnie.
Kiedy mówił, nieznacznie przechyliła głowę na bok w geście zasłuchania, a w jej oczach pojawił się jakiś cień rozbawienia, pomieszanego z pogardą dla tych beznadziejnych przypadków, którzy na własne życzenie lądowali tutaj, jako jeden z kolorów. Raczej tych mniej ważnych.
Myśli pan sobie wtedy czasem, że nie warto im pomagać? Nie warto ratować? – spytała, może niepotrzebnie, może zbyt zuchwale, nie zastanawiając się nad tym, czy takie pytania w ogóle wypada zadawać. Wiedziała, że jako lekarz miał obowiązek pomagać innym, kimkolwiek nie byli i cokolwiek nie doprowadziło ich do tego stanu, ale była jednocześnie ciekawa, czy jako człowiek czasem musi walczyć sam ze sobą. Z drugiej strony – czy naprawdę spodziewała się szczerej odpowiedzi, zamiast jakiejś wyuczonej formułki? W końcu sama była dokładnie tym – beznadziejnym przypadkiem, który znalazł się tu na własne życzenia.
Z pewnością miał inne spojrzenie na kwestię bohaterstwa i choć gdzieś w prawdziwej naturze Liyany leżało skontrowanie tego, pociągnięcie dyskusji, teraz w zamyśleniu pokiwała lekko głową. Chyba oboje mieli rację.
Mnie wystarczy naklejka dla dzielnego pacjenta – zapewniła, jeszcze przez chwilę nie spuszczając wzroku z oczu lekarza. Chwilę, która dała jej jakieś przekonanie, że mężczyzna wie, o czym mówi. Że jego pogląd na tę sprawę chyba nie wynika wyłącznie z tego, czego naoglądał się tu, w szpitalu.
Procedury, schematy. Lina z łatwością przyjęła to tłumaczenie i brzmiało dla niej rozsądnie. Poleganie na procedurach brzmiało bezpiecznie, stabilnie, jak coś, do czego mogłaby się przyzwyczaić. Czy z tego wynikała bezduszność, którą czasem spotykało się w gabinetach lekarskich, na posterunkach i w innych miejscach, do których zwracasz się po pomoc? Procedury ważniejsze niż ludzie? Chyba miała trochę oleju w głowie, nie zadając tego pytania.
Była zaskoczona, że tak szybko mu poszło. Ani się obejrzała, kiedy kończył szyć, co nie było równoznaczne z tym, że mogła sobie od razu pójść. Nieważne, nie śpieszyło jej się aż tak. Było późno, ale nie musiała rano wstawać, bo miała do pracy dopiero na wieczór następnego dnia.
Jeszcze bardziej zaskoczył ją, odzywając się ponownie. Uniosła głowę i znów odszukała spojrzeniem jego twarz.
Nawet najdokładniejsze plany czasem mogą zawieść – skontrowała, choć bez większego przekonania, bo przecież nigdy nie była w tym miejscu, co on. Mówiła jedynie to, co wydawało jej się prawdą, nie, co nią było. Przygryzła policzek od wewnętrznej strony, jakby biła się z myślami, czy przyznać się do wszystkiego, czy wymyślić coś na poczekaniu. – Natknęłam się na ulicy na kłócącą się parę. Wyglądało to na coś poważnego, facet ją szarpał i kiedy podniósł rękę to byłam pewna, że jej przyłoży, więc rzuciłam się na niego. – Teraz, kiedy wypowiadała to głośno, brzmiało beznadziejnie. – Po tym, jak się poszarpaliśmy, okazało się, że kłótnia nie była tak poważna i oboje są siebie warci – mruknęła, wspominając dziewczynę, która zamiast jej podziękować, puściła w jej stronę niezłą wiązankę obelg. – Ale proszę mi wierzyć, on wygląda gorzej – dodała po chwili, unosząc nieznacznie kąciki ust, bo chociaż z tego mogła mieć trochę satysfakcji.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Po jej pytaniu zapadła cisza, która nie była jedynie przerwą pomiędzy zdaniami, lecz czymś cięższym i bardziej rozciągniętym w czasie. Wypowiedziane przez nią słowa poruszyły w powietrzu warstwę myśli, których zazwyczaj się nie dotyka, bo łatwiej jest udawać, że ich nie ma. Horacy nie odpowiedział od razu, nie dlatego, że nie znał odpowiedzi, lecz dlatego, że wiedział, iż każda z możliwych byłaby jedynie fragmentem prawdy i wydawała się zbyt zdawkowa. W jego zawodzie ludzie często oczekiwali szybkich reakcji, natychmiastowych decyzji, krótkich komunikatów. Tutaj jednak nie było potrzeby się spieszyć.
Pytanie o to, czy czasem myśli, że nie warto pomagać, nie było pytaniem o procedury ani o etykę lekarską. Było pytaniem o granicę, której w teorii nie powinno się przekraczać — o moment, w którym człowiek przestaje widzieć w pacjencie organizm wymagający interwencji, a zaczyna widzieć historię, decyzje, błędy. Większość ludzi zakładała, że lekarze są od tego wolni. Że ich sposób patrzenia na świat jest czysty, kliniczny, odcięty od emocji jak sterylne pole operacyjne. Horacy wiedział jednak, że ta wizja nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością, ponieważ nawet najbardziej zdyscyplinowany umysł (jego) pozostaje umysłem człowieka, a człowiek z natury nie jest istotą szczególnie racjonalną.
Oddział ratunkowy był miejscem, w którym ta nieracjonalność ujawniała się każdego dnia. Trafiali tam ludzie, którzy zrobili coś głupiego, ludzie, którzy zrobili coś odważnego, oraz ludzie, którzy znaleźli się w złym miejscu o złym czasie, choć nic w ich zachowaniu nie wskazywało na szczególną lekkomyślność. W praktyce jednak granice pomiędzy tymi kategoriami rozmywały się bardzo szybko, ponieważ ta sama decyzja, która jednego dnia wydawała się aktem odwagi, następnego dnia mogła okazać się zwyczajną pomyłką.
Horacy wiedział, że ludzie są głupi. Nie w sensie obraźliwym, raczej w sensie biologicznym. Gatunek, który przetrwał dzięki improwizacji, instynktowi i błyskawicznym decyzjom, siłą rzeczy produkował ogromną liczbę błędów. Człowiek był istotą niedoskonałą, chaotyczną, podatną na impulsy i złudzenia. Robił rzeczy, które z zewnątrz wyglądały absurdalnie — wkładał rękę w mechanizm, który wciąż pracował, wchodził w bójkę, której nie miał szans wygrać, ignorował ból w klatce piersiowej przez trzy dni, bo miał ważniejsze sprawy. Bell widział ludzi w ich najwrażliwszej postaci — pozbawionych iluzji kontroli, bo ból i strach zdejmowały z człowieka większość warstw, które nosił na co dzień. Wtedy dopiero było widać, jak bardzo wszyscy są podobni: dyrektor banku i bezdomny reagowali na cierpienie w niemal identyczny sposób.
Stał oparty o blat, ramiona skrzyżowane luźno na piersi. Patrzył na nią, ale nie w sposób nachalny; raczej tak, jakby próbował ustalić, czy jej pytanie było prowokacją, ciekawością, czy może czymś pomiędzy.
Nie — odpowiedział w końcu — Nie zastanawiam się, czy ktoś zasługuje na pomoc. - Jego głos był spokojny, pozbawiony moralnego tonu. Raczej analityczny, jakby mówił o mechanizmie, a nie o ludziach. Mimo, że w jego głowie toczyła się teraz wielka debata pełna filozoficznych rozważań, nie mógł sobie pozwolić na inną odpowiedź. Tamtego by nie uratował. Tego, który zabił Jenny. Ktoś tak wnikliwy jak Lina, mógł się domyślić, że pod krótką odpowiedzią Horacego musiało kryć się coś więcej. Cisza, która minęła nim odpowiedział, była zbyt długa, a wyraz jego twarzy na krótką chwilę utracił cały swój profesjonalizm.
-Człowiek ma niezwykłą zdolność do robienia rzeczy, które prędzej czy później kończą się tutaj.— skinął lekko głową w stronę drzwi, za którymi toczył się nieustanny ruch oddziału ratunkowego. — Czasem z głupoty. Czasem z odwagi. Czasem z miłości. A najczęściej z mieszanki wszystkiego na raz. - westchnął. Jeszcze kilka minut zajęło mu wypełnianie karty, po czym wręczył Linie plik wydrukowanych dokumentów.
- Będę musiał go w takim razie za chwilę zobaczyć. - mimo wszystko, Lina nie była priorytetowym pacjentem. Zdawał sobie sprawę, że po sprawdzeniu jej ręki powinien zawołać kogoś niższego stażem, a sam powinien udać się do chorego w cięższym stanie. Z jakiegoś powodu tego nie zrobił.

Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czekała na jego odpowiedź, uświadamiając sobie, że naprawdę chciałaby ją poznać, a to pytanie nie było posłane przez nią w eter tylko po to, by czymś go wypełnić, żeby pozbyć się czasem niezręcznego w takich sytuacjach milczenia. To w większości sytuacji społecznych jej nie przeszkadzało. Właściwie często wolała milczeć, bo przekonała się już, że niektórych ludzi wystarczy tylko nieświadomie zachęcić, a można stać się adresatem cudzego strumienia myśli. Może przez to, że sama mało mówiła, ludzie brali ją za dobrego słuchacza, a może było to też związane z profesją, którą się aktualnie zajmowała. Przy hotelowym barze często siadywali ludzie, którzy potrzebowali się po prostu wygadać. A Liyana mimowolnie stawała się adresatką tych zwierzeń, bo po prostu była pod ręką. Bo pytanie „dolać?” otwierało nie tylko ich portfele, ale może przede wszystkim usta.
Ta cisza jednak przeciągała się na tyle długo, by Lina zaczęła się zastanawiać, czy jednak nie wygłupiła się jeszcze bardziej i zaczęła żałować tego, że ciągnęła temat. Może lepiej było działać jak zwykle – zdystansować się maksymalnie, ograniczyć do koniecznych komunikatów, odpowiadać „tak, nie”, podziękować i zmyć się jak najszybciej.
Ale potem lekarz się odezwał, zaspokajając jej ciekawość. Chociaż, czy tak do końca? Liyana świdrowała go wzrokiem, jakby mogła ocenić, czy jego słowa są stuprocentową prawdą, czy nie kryje się w nich coś głębszego, coś co mogłoby być rysą na odpowiedzi, jakiej każdy spodziewałby się od lekarza. Nie była pewna, czy mu wierzy, bo czy to nie było ludzkie? Pod jego opiekę z pewnością trafiali różni ludzie, Liyana była przekonana, że nie każdy z nich zasługiwał na ratunek.
Liyana przyjęła plik dokumentów, ale nawet na nie nie spojrzała. Kartki zaszeleściły cicho w jej dłoniach, gdy oparła je na kolanach. Siedziała nadal na brzegu kozetki, jedna noga lekko wysunięta do przodu, jakby w każdej chwili mogła wstać – choć wyraźnie było widać, że wcale się nie spieszyła. Za drzwiami coś stuknęło, ktoś zawołał czyjeś imię, a w oddali zapiszczał monitor. Ten szpital żył własnym rytmem, ale jednocześnie dziwnie uporządkowanym. Lina przez moment słuchała tych dźwięków tak, jakby próbowała je zapamiętać.
Pewnie dlatego to okropnie niebezpieczna mieszanka – podsumowała cicho, jeszcze przez chwilę przyglądając się lekarzowi, ale to jego kolejne słowa sprawiły, że Sinclair powoli się podniosła. Rozumiała, co to oznacza. Czas na nią już się skończył.
Dziękuję. Za szycie – krótka przerwa na głębszy oddech – i rozmowę. Do widzenia – uśmiechnęła się nieznacznie i z dokumentami w dłoniach, wyszła z pokoju. Nie mogła się doczekać powrotu do mieszkania. To była wystarczająco długa noc.
koniec.
Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”