Parskam śmiechem, ja może nie byłem najlepszą partią do budowania gniazda, ale rzeczywiście wciąż lepszą niż człowiek gołąb. Kiwam głową, że ok, w takim razie ufam jej planom i poczekam ze spożywczymi zakupami. W sumie chętnie bym sobie kupił jakieś fajne mieszanki przypraw do kuchni, tutejsze jedzenie wchodziło mi jak małpie kit. Patrzę na nią pytająco kiedy wspomina o tym winie, ale nie chce mi powiedzieć komu, więc już nawet nie drążę tematu, zresztą nie ma jak, skoro już za moment atakuje nas cała armia gołębi, przed którą musimy uciekać aż do auta -
No teraz to się muszę poważnie zastanowić - fajne były ale z daleka, w sumie nie spodziewałem się, że mogą być aż tak bezczelne żeby kraść żarcie prosto z ręki -
Z tobą jak dojedziemy - to znaczy jak chciała teraz to też bym jej dał, ja czasem jeździłem zjarany i wcale nie byłem gorszym kierowcą niż na trzeźwo. Niemniej ściągam pierwszego bucha, a jak wciska gaz do dechy to się krztuszę przez chwilę. Potem jeszcze jeden mały buszek i wreszcie kiepuję za okno, znowu jedziemy, ale po tym jaraniu jestem zdecydowanie spokojniejszy. Puszczam muzykę drogi, tym razem padło na The Proclaimers - 500 miles, śpiewam sobie głośno, jedną rękę wystawiam przez okno i daję dłoni surfować na wietrze. Dojeżdżamy na miejsce, więc wysypuję się z auta. Oglądam rzeźbę ze wszystkich stron i nawet robię kilka zdjęć -
Mhm - czyli zapowiadał się spacerek, dla mnie bomba. Zakładam na nos żółte okulary, po czym daję się prowadzić w stronę głównej ulicy -
W sumie nic dziwnego, jakbym był piratem to też bym tu przypływał, chociaż ja chyba bardziej na wakacje - żeby się poopalać na plaży i popić z tubylcami. Śmieję się na jej stwierdzenie. Chcę zapytać o wszystko, ale nie ma czasu, bo już docieramy do głównej ulicy. Wygląda zjawiskowo, wokół pełno kolorów, zapachów, dźwięków. Łapię ją mocno za rękę -
Wszędzie! - sam nie wiem gdzie najpierw, od tego wszystkiego wokół czułem się jakbym był na haju. Oglądam portrety i widoczki, a jak tylko do moich uszu dociera znajoma muzyka (Madox ciągle tego słuchał), to ciągnę Lottę w tamtą stronę. Oczom własnym nie wierzę, nawet je przecieram ze zdziwienia -
Ja pierdole, wygląda jak mój kumpel, chodź bliżej - podchodzimy tak blisko, że stajemy na przeciwko, bo muszę się lepiej przyjrzeć. No wykapany Madox. Uśmiecham się do niego szeroko i rzucam
hola bebe, patrzy na mnie z czarującym uśmiechem odpowiadając
hola hermoso. Wyciągam z kieszeni pięć dych i mu wrzucam do pokrowca. Potem łapię się za koszulę, pokazuję na niego i znowu się odzywam, że wygląda
muy bien, tak jak zresztą wszystko co tu widziałem. Cała ta wyspa była bardzo
muy bien. Kończy utwór, więc przeskakuję nad pokrowcem i pytam się go czy mogę zrobić
foto, oczywiście porozumiewamy się głównie na migi, więc unoszę dłonie do twarzy udając, że robię zdjęcia. Nie ma nic przeciwko. Jednym zamaszystym ruchem przerzuca sobie gitarę na plecy. Podaję Kovalski swój aparat żeby nam zrobiła zdjęcie bo ja to muszę pokazać Madoxowi, że ma sobowtóra na Kanarach. Pozujemy razem, a on mi sprzedaje takiego klapsa w dupala, że aż podskakuję. Odsuwam się o krok, kiedy mi pokazuje, że chce numer telefonu.
No, no kręcę głową, po czym wskazuję na Charlotte i przykładam dłonie do serca -
mi amor. Mam nadzieję, że się zrozumiemy, ale chyba tak, bo tylko kiwa głową i powtarza
achhhh, amor. Potem się pyta czy chcę zagrać, udając że szarpie struny, a ja, że pewnie, w sumie czemu nie. Lubiłem tę energię, której przepływ czułem za każdym razem gdy jammowałem z nieznajomymi. Odbieram od niego instrument, przez chwilę zastanawiając się co właściwie mógłbym zagrać, nie znam zbyt wielu latynoskich piosenek, ale coś mi wpada do głowy. Widzę, że różowy Madox wyciąga w kierunku Lotty tamburyn, a sam chwyta za jakiś mały bębenek. Zaczynam grać Manu Chao - Me gustas tu. Śpiewam, że
me gusta różne rzeczy, a on dośpiewuje, że
me gustas tu. Wokół zbiera się coraz więcej ludzi, niektórzy do nas dołączają, więc przeciągam piosenkę - ktoś krzyczy
me gustas marichuana, na co reszta odpowiada
me gustas tu, potem pojawiają się kolejne wersy
me gustas cerveza, albo
me gustas la noche i za każdym razem odpowiadamy chórem
me gustas tu. Trwa to dobre siedem minut, zaś w pokrowcu przybywa coraz więcej gotówki. Wybrzmiewa ostatni akord, po którym obydwoje kłaniamy się nisko, a ludzie wokół klaszczą głośno. Kanaryjski Madox mówi mi, że to było
muy, muy bien, zaś ja jestem
carinio, cokolwiek to znaczy, zbijamy piątkę i ściskamy się na pożegnanie, oddaję instrument, a do pokrowca dorzucam kolejne dwie dychy -
Ale to było zajebiste - zwracam się do Kovalski, kiedy już znowu jestem obok i łapię ją za rękę. Teraz to ja dosłownie promienieję, bo muzyka jest dla mnie lepsza niż cokolwiek innego, lepsza niż najlepsze narkotyki, lepsza nawet niż seks. Zostałbym tu, z tym różowym Madoxem do wieczora, bo nagle w mojej głowie pojawiło się kilka kolejnych piosenek, które chciałbym zagrać, ale zamiast tego łapię Lottę w ramiona i ruszam dalej tanecznym krokiem. Chłopak w koszuli w penisy już zaczyna kolejny utwór.
Charlotte Kovalski