28 y/o
REKORD SKOCZNI
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel-Noriega

Słuchała go, zaciągając się papierosem. Potrzebowała tego dymu, ale nie spaliła połowy, a włożyła szluga do pustej puszki. Wzrokiem wróciła do Williama. Rozchyliła mimowolnie usta, a z jej oczu popłynęły łzy. Potrzebowała tej szczerości, wypływającej od niego. Wraz z każdym kolejnym słowem coraz bardziej drżała.
Raz gdzieś wyczytała przepiękny cytat: Ciekawe, czy gdybym była deszczem, potrafiłabym połączyć się z czyimś sercem tak, jak padając na ziemię łączę ją z bytem tak odległym jak niebo z jego błękitem? Tylko to nie ona była ich deszczem. Tylko on. William był jak niebo, wolny, zaskakujący, a Lotte jak stabilna, zdystansowana. Właśnie spadł na nich deszcz, choć może to były łzy spływające po jej policzkach, albo jego słowa. Oparła głowę o kolana i wpatrywała się w niego. Tyle nieporozumień, niedopowiedzeń było między nimi, a teraz powoli do nich docierali. Dała mu wszystko w spokoju powiedzieć, czując, że chciałaby móc się w niego jeszcze raz mocno wtulić. Puszka, którą trzymała zaczęła jej delikatnie drżeć. Czy tego właśnie potrzebowała do szczęścia? Jego?
Też Cię przepraszam... — zaczęła drżącym tonem — za to że ciągle się unoszę, łapię Cię za słówka i próbuję Ci dojebać — od tego zaczynała się ich każda kłótnia. Mogła nie spinać się tak, dać się ponieść emocjom, spróbować mieć normalną relację sąsiedzką. Tylko ta jego rozzłoszczona mina była dla niej cenniejsza niż złoto — i że Cię wtedy uderzyłam... — dodała ciszej, wiedząc, że to go zabolało najbardziej. Emocje nią poniosły — ale poczułam się zdradzona, bo liczyłam na Ciebie — a poczuła tak, bo zaczynało jej zależeć. On zamiast zaprosić nią, przyszedł z jakąś szmatą z kancelarii. Nienawidziła sytuacji takich jak tamta. — a wtedy wepchnąłeś mnie w najgorsze gówno i myślałam, że obserwowanie tego sprawia Ci satysfakcję... — jej ojcu nigdy nie zamykała się buzia. Szczerze miała go dosyć na wiele możliwych sposobów, ale wtedy przekroczył wszelkie możliwe granice. Nikt wtedy nie zareagował, wszyscy patrzyli, on też — myślałam, że przyszedłeś patrzeć, jak cierpię — nigdy nie mieli poprawnej relacji. Zdarzały się te dobre momenty takie jak te na La Palma. Miała wrażenie, że wszystko się zmieniło. Skoro całkowita ciemność finalnie przyniosła im... ulgę?
Naprawdę nie uważałam Cię za złego człowieka... — chciała, by to wiedział — ale po sylwestrze też mogłeś do mnie zapukać, wiesz? — stwierdziła, pociągając nosem i rozmazując nerwowym ruchem dłoni łzy po twarzy. Cała się mieniła, wyglądała okropnie. Dobrze, że pod osłoną nocy praktycznie nic nie było widoczne. Tylko oni, gwiazdy i delikatne światło księżyca.
Bo mieliśmy to wszystko, co nas dzieliło — niewyjaśnione sprawy — auta, śmieci, rozwody... — rozwalenie toalety, ale by do tego się przyznać dalej była zbyt trzeźwa — boję się, że mnie wykorzystasz William — mruknęła jeszcze ciszej. Dalej się tego bała. Zbyt wiele wydarzyło się między nimi, a ona dalej chciała w to brnąć. Źle było, kiedy byli razem, ale jeszcze gorzej, kiedy ich nie było.
Mam to zrobić, żebyś zwrócił mi uwagę, że tego nie chcesz? — spytała jeszcze ciszej. Bała się jego odrzucenia. Co by wtedy zrobiła? Wtedy naprawdę musiałaby się przeprowadzić, a przecież... nie potrafiła sobie wyobrazić codzienności bez ich codziennych wojen.
Też Cię lubię William — nie sądziła, że te słowa tak trudno przejdą jej przez usta — nawet bardzo — za bardzo. Za mocno. — i chciałabym móc spędzić z Tobą te wakacje, naprawdę — dodała, przesuwając się nieznacznie w jego stronę. Bała się ciszy oraz tego, że nie obejmie jej ramieniem. Cały czas cicho szlochała, nie mogąc uspokoić siebie, ani własnych myśli. Czy wydarzył się właśnie cud nad Wisłą?
34 y/o
Indulge in local cuisine
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Teraz to ja się zamykam i słucham co ona ma mi do powiedzenia. Moje myśli krążą wokół wszystkich sytuacji, które wspomina - przypominam sobie te niekończące się kłótnie, a na wzmiankę o uderzeniu mimochodem sięgam dłonią do własnego policzka. Sam nie wiem czy bardziej bolało mnie to fizycznie czy mentalnie, chyba to drugie, chociaż ślad zdobił moją twarz jeszcze przez dwa dni, w tych drobnych dłoniach było zaskakująco dużo siły. Widzę łzy na jej twarzy i czuję jak i moje ślepia zaczynają piec, ale powstrzymuję się od płaczu, mrugam kilka razy i ukradkiem przecieram palcami powieki, żeby tego nie widziała. Też myślałem, że tamten widok sprawi mi satysfakcję, ale wcale nie, co zaskoczyło mnie chyba najbardziej. Wzdycham, ale dalej milczę, właściwie odzywam się dopiero kiedy kieruje do mnie pytanie - I wpuściłabyś mnie? - szczerze? Myślę, że udawałaby, że jej nie ma, ja chyba bym tak zrobił, chociaż teraz nie zamierzam się do tego przyznać - Wykorzystam? W jaki sposób? - unoszę obie brwi w niemym wyrazie zdziwienia. To brzmiało jakby miała o mnie naprawdę fatalne zdanie i chyba niespecjalnie mnie to dziwi. Dosłownie na końcu języka mam wyrzut, że z naszej dwójki to ona się ostatnio obraziła o próbę pocałunku, chociaż to nawet nie był on, ale się powstrzymuję tym razem, skoro dopiero co się pogodziliśmy, właściwie można powiedzieć, że nawet byliśmy w trakcie - A dlaczego myślisz, że mógłbym nie chcieć? - dobre pytanie. Kiedy przyznaje, że chciałaby spędzić ze mną te wakacje to kiwam głową - Ja też - przesuwam się, żeby znaleźć się na przeciwko niej i odkładam na wpół opróżnioną puszkę piwa - Czyli między nami ok? - upewniam się. Ode mnie mogła dostać rozgrzeszenie, myślę, że właściwie większość nieporozumień została poniekąd wyjaśniona, chociaż podskórnie czułem, że z czasem pojawią się nowe, cała ta relacja była pojebana jak lato z radiem i być może trochę mnie to kręciło. Unoszę ręce, żeby sięgnąć dłońmi do jej twarzy, do tych mokrych od łez, gładkich policzków, obejmuję je dłońmi i przecieram palcami, żeby pozbyć się wilgotnych śladów. A potem powoli się zbliżam, rozchylając nieznacznie wargi, mrużę oczy, w jednej sekundzie może poczuć mój oddech w okolicach swoich ust, a w kolejnej ciepło warg na swoich, bo łączę je w nie pierwszym pocałunku. Jestem w tym całkiem niezły, szczerze mówiąc to wykurwisty, tylko żeby nie było, że się chwalę. Zresztą ona też, o czym doskonale pamiętałem. Czuję smak tytoniu i gorzki posmak browara, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. Szlugi? Lubię. Piwko? Może być. A w połączeniu z jej ustami smakowało wybornie. Robi mi się mokro, ale nie od resztek łez na policzkach, ani nawet z podniety, tylko od jebanej puszki piwa, która mi się właśnie wylewa pod kolano. Mimo to nie przerywam, właściwie przeciągam tę chwilę bliskości, tak długo jak tylko się da, a kiedy wreszcie odrywamy się od siebie to zerkam w dół, na wielką plamę na moich spodniach - Jezu, to przecież wygląda jakbym się zeszczał - no trochę tak wyglądało. Podnoszę pustą już puszkę i zgniatam ją w dłoni.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
REKORD SKOCZNI
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel-Noriega

Czy wpuściłaby go do siebie? Odpowiedź wydawała się jej banalna. Oczywiście, że nie. Przynajmniej tak sądziła w pierwszej chwili, ale im dłużej analizowała, tym zdawała sobie sprawę z jednej bardzo ważnej kwestii. Przede wszystkim wszystko zależałoby od okoliczności, gdyby zapukał raz, pewnie udawałaby, że jej nie ma. Po drugim zaczęłaby się czuć nieswojo, ale finalnie by wyszła. Unikałaby go bardziej przez wzgląd na niezręczność i niedojrzałość, którą właściwie cechowali się obydwoje.
Oby dwoje wiemy, że potrafisz być przekonujący — mruknęła finalnie. Szczerze po la Palmie spodziewałaby się podobnej sytuacji. Wpuściłaby go, o ile okazałby się na tyle irytujący, że chciałaby móc się go pozbyć. Znał różne sposoby, by udowodnić własne racje. Chociaż kolejne pytanie zbywa ją z tropu, nabrała powietrza do płuc i jeszcze raz powoli zaczyna wszystko analizować.
Że będziesz, no... — zaczęła dość niezręcznie, poszukując w głowie odpowiednich słów. Żadne nie wydaje się jej wystarczająco dobre — przecież widzę, ile kobiet przewija się przez twoje mieszkanie — wyrzuciła to finalnie z siebie. Nie chciałaby zostać jedną z wielu i nie przeżyłaby złamanego serca... przez sąsiada — a nie chciałabym, żebyś mnie zranił — wycedziła to finalnie z siebie. Nie czuła się lepiej, a wręcz przeciwnie. Odsłonięcie się przed Williamem przyszło jej z takim trudem, że sama się go nie spodziewała. Mentalnie była przed nim praktycznie naga, zburzył jej obronny mur.
No przez to wszystko... — samochody, śmieci, rodzinę, rozwody, przekupstwa — dużo tego jest — mruknęła pod nosem. Coraz bardziej zdając sobie sprawę z jednego, w tym całym szalonym stylu odnajdywali coś. Zależało im na sobie, ale jak dotąd nie potrafili tego pokazywać — jesteśmy pojebani — mruknęła finalnie, określając nie tylko Billy'ego, ale i samą siebie. Doprowadzał ją do szału pod wieloma względami, trochę jak pies z kotem, ale z drugiej strony nie wyobrażałaby sobie codziennego dnia bez niego.
Tak — zdecydowanie było między nimi w porządku. Pierwszy raz porozmawiali ze sobą, jak na dorosłych ludzi przystało. Nie było żadnych niedopowiedzeń, źle zrozumianych słów, po prostu byli tu we dwoje. Jej to wystarczało, nawet jeśli łzy dalej delikatnie spływały po jej policzkach.
Chociaż wystarczyło jedno ujęcie dłoni Patela, by zaczęła się uśmiechać. Kilka razy pociągnęła nosem, próbując się uspokoić. Niemalże czuła, jak mocno bije jej serce w momencie, kiedy się do niej zbliżał. Ich oddechy mieszały się ze sobą, a jedynymi świadkami całej sytuacji były gwiazdy oraz księżyc. To był czuły pocałunek. Ani chwili nie wahała się, by go odwzajemnić, kosztując jego wargi, smakujące rumem i piwem. Były piekielnie słodkie. Uniosła dłoń, by położyć mu ja na karku i jeszcze chwilę pogłębić pocałunek. Może opowiedziałaby mu historię o szczęśliwych kochankach, których odbicia znalazły się w gwiazdach, ale... wtedy zauważyła plamę i nie mogła powstrzymać salwy śmiechu.
A może tak dobrze całuję, że się posikałeś? — zażartowała głośno, cały czas się śmiejąc. Aż musiała chwycić ją za brzuch. Musiał ją uspokajać. Ulubione wspomnienie... Szkoda, że nie miała aparatu. Otóż miała! Szybko chwyciła za telefon i zrobiła mu zdjęcie. Na urodziny dostanie magnes z przepięknym zdjęciem — chodź, idziemy stąd — powiedziała finalnie, bo nie chciała, żeby się przeziębił. Droga do hotelu była długa, a oni cały czas rozmawiali o największych pierdołach. Jakby finalnie znaleźli spokój.

Obudziły ją promienie słońca, przedzierające się przez białe zasłony w ich pokoju hotelowym. Uniosła delikatnie powieki i zobaczyła Williama. Nawet się uśmiechnęła. Odpowiadał jej ten widok. Dziwne niezręczności były już za nimi. Przysunęła się bliżej niego, cała rozpromieniona. Finalnie głowa odpoczywała. Nie miała migreny, pustki, chociaż może odrobinę kaca. Przynajmniej nie moralnego.
Dzień dobry, Billy — mruknęła, jeszcze leżąc. Tylko kiedy się podniósł, to jej nosa dotarł prawdziwy zapach mężczyzny — NIE! — pewnie obudziła połowę gości, którzy znajdowali się w hotelu w tym momencie. Szybko chwyciła za jego kołdrę i trzymała ją maksymalnie przy łóżku — trzymaj kołdrę na dole! — nie ma opcji, tu trzeba było uciekać — jebana strefa gazy, co ty jadłeś, że tak śmierdzi — to musiał być rum. Zdecydowanie. Zaraz szybko wstała z łóżka, by otworzyć na oścież okna w pokoju. Inaczej powstanie tu prawdziwa komora. Umrą szybciej niż uciekną.
Ohyda! — wzdrygnęła się na samą myśl — idę się umyć... — mruknęła, chwytając swój plecak. Nawet nie wiedziała, ile trwało jej odświeżanie się. Tym razem wyszła w kompletnie innym outficie. Pięknej, długiej, czerwonej sukience w egzotyczne kwiaty, mokre włosy i mnóstwem nałożonego kremu na twarz — twoja kolej, tylko się nie susz przy mnie, błagam — mruknęła pod nosem, chociaż pierwszy raz... chyba chciałaby go zobaczyć.... SUSZĄCEGO SIĘ. Byle bez skarpetek. Same bokserki, by mogła napawać się widokiem.
Chodź, teraz śniadanie — pośpieszyła go, uśmiechając się szeroko. Tym razem miała apetyt. Standardowa jajecznica, bułeczki, paróweczki. Chociaż ktoś mógłby powiedzieć kajzereczki, paróweczki i czteropak. Do tego kawusia. Biała. Usiedli przy jednym ze stolików na tarasie, by móc podziwiać widok — ej, to gołąb — rzuciła, a ptak faktycznie gruchnął i przechylił głowę — on nas obserwuje, Wiliam... — mruknęła pod nosem, wsadzając parówkę do ust. Nie ufała gołębiom. Pierdolony, latające szczury.
34 y/o
Indulge in local cuisine
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Chętnie bym jeszcze pospał, ale przebudzam się, kiedy czuję obok siebie jakiś ruch. Przecieram dłonią twarz, a kiedy otwieram oczy i widzę, że się na mnie gapi to mrugam kilka razy - Co? - pytam i sam przez chwilę wlepiam ślepia w jej promienny uśmiech - Cześć - witam się, a potem odrzucam kołdrę i wstaję, zaś kiedy tak wrzeszczy to się odwracam w jednym momencie jakby faktycznie się coś stało - Co?... - powtarzam, po czym wywracam oczami - Ostrzegałem, żebyś mnie nie pospieszała jak jem, a ty ciągle tylko szybciej, bo musimy zaraz iść - wzruszam ramionami. Zresztą sama pół nocy waliła bączury, wiem, bo się przebudziłem w pewnej chwili i słyszałem. Niemniej kto ma odbyt ten sra, takie są fakty, nie ma się czego wstydzić, normalne, ludzkie rzeczy. Staję na palcach i przeciągam się bardzo mocno, obserwując jak otwiera okna i chwilę miota się po pokoju - Dobra - znika w łazience, zaś ja wyglądam przez okno, z naszego pokoju rozpościera się piękny widok, na dole kręcą się ludzie, są mi całkiem obcy, ale uśmiechają się i machają, więc też się z nimi witam. Przysiadam na parapecie, żeby w ciszy rozkoszować się naturą. Myślę o wczorajszym wieczorze, przypominam sobie naszą rozmowę i długi, czuły pocałunek. Na moją twarz wstępuje delikatny uśmiech. Nie wiem ile minęło czasu, jednak jak wreszcie wychodzi z łazienki to od razu odwracam się w jej stronę i wbijam w nią spojrzenie, przesuwam wzrokiem po długiej, czerwonej sukience w egzotyczne kwiaty - Ej mam ze sobą podobną koszulę - śmieję się, bo faktycznie, też była czerwona i też w kwiaty. Wstaję, żeby powyciągać z plecaka swoje rzeczy, pokazuję jej nawet tę koszulę - Chciałabyś popatrzeć - w sumie to mogła, bo ja sypiam w samych majtkach, czasem nago, ale już nie będę taki bezwstydny przecież, zresztą nie pozwoliłaby mi się położyć obok siebie gdybym nie miał nawet gaci. Ruszam w kierunku łazienki, ale zatrzymuję się jeszcze w drzwiach i ponownie mocno przeciągam, napinam wszystkie mięśnie, żeby się mogła jeszcze przez chwilę podelektować takim boskim widokiem z rana, a zaraz zamykam za sobą wrota. Biorę mega szybki prysznic, włosy przeczesuję tylko palcami, mam wspomnianą koszulę, krótkie spodnie i klapki, a także trochę biżuterii, lubiłem biżuterię - No już, gotowy - i głodny. Siadam przy stoliku i zanim zacznę jeść to spijam kilka łyków kawy - dla mnie czarna i gorzka, taką lubię najbardziej. Smaruję sobie bułkę masłem, ale kiedy zwraca mi uwagę na gołębia to na chwilę zamieram, unoszę w zdziwieniu obie brwi, przenosząc spojrzenie na ptaka - Co? Boisz się gołębi? - nie wyglądał groźnie, właściwie ładnie, nie był taki parchaty jak niektóre - Kiedyś czytałem taką teorię, że ptaki nie istnieją tylko to rządowe kamery do monitoringu, może cię wcale nie obserwuje tylko nagrywa - mówię jej, znałem dużo różnych teorii spiskowych, w niektóre nawet wierzyłem, chociaż w tą o gołębiach akurat nie - Co dziś robimy? - pytam, wracając do śniadania. Odrywam kawałek bułki i rzucam ją w kierunku gołębia, a już za moment przylatuje kolejne dziesięć i zaczyna się walka o bułkę. Dwa siadają nawet na oparciu wolnego krzesła i teraz to się dopiero w nas wgapiają - O chuj, tego się nie spodziewałem - zrobiło się jakoś dziwnie.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
REKORD SKOCZNI
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel-Noriega

Blebleble, od dziś nie ma tyle alkoholu, jeżeli mamy razem spać — zaraz pokazała mu język, bo przeżywała to jak mrówka okres, lub Hitler okupacje. Aż zmarszczyła nos, kiedy zapach spod kołdry znowu do niej doszedł. Nie spodziewała się po nim... tak wybuchowej mieszanki. Alkohol? Lokalne jedzenie? Czy wczoraj brał coś jeszcze?
To był szybki prysznic, by odświeżyć się po nocy, a mimo to po wczorajszej nocy chodziły po jej głowie dosyć luźne myśli. Większość związana z Williamem. Tylko jak ona o tym komukolwiek powie? Cześć, całowałam się z wrogiem i jednak naprawdę go lubię? Jak to brzmiało, przecież to był czysty absurd w najszczerszej formie.
Naprawdę? — przechyliła delikatnie głowę — zajebista — uśmiechnęła się zaraz szerzej. Ładne zdjęcia będą w trakcie dzisiejszego dnia. Oni, rajska wyspa i czerwone ubrania. Całkiem ładny, wręcz rodzinny obrazek. Zaraz jednak mruży oczy — nie, nie chciałabym — sprzedała mu kuksańca łokciem w bok. Pokręciła głową, bo tak. Chciałaby. Tyle że nie przyznałaby się mu do tego głośno — chciałbyś, żebym chciała — zaraz wytknęła język. Dalej atmosfera delikatnego wbijania w siebie szpileczek nie minęła. Nawet ją to odrobinę budowało, bo... mogła z nim normalnie rozmawiać, a jednak niewiele się zmieniało. Chociaż na ustach wciąż czuła smak jego ust.
Już się tak nie pręż Alvaro — i rzuciła w niego poduszką, strzelając oczyma. Czasami był dla niej najbardziej niemożliwą osobą. Tylko koniec końców powodował, że na jej twarzy malował się uśmiech, a ona mogła odetchnąć pełną piersią. Może dlatego go polubiła? Cokolwiek się działo, to przy nim była tak po prostu i po ludzku szczęśliwa.
Cudownie — skomentowała i przez moment zatrzymała się przy drzwiach — ale nie wyglądamy za bardzo jak... para? — spytała, spoglądając na niego badawczym spojrzeniem. Machnęła na to krótko ręką i zaraz znaleźli się na śniadaniu. Pasowała mu ta czerwona koszula. Nawet rozmarzyła się na parę sekund, ale szybko zaczęła jeść śniadanie.
Nie lubię ich — stwierdziła, spoglądając na gołębia. Zaraz wpakowała gryza bułeczki do ust — dziwisz się? Pamiętasz tamtego napalonego gołębia? — tego, który chciał budować z nią gniazdo. Aż na samą myśl przeszły dreszcze po całym jej ciele. Nie chciała wracać do tamtego momentu. Chociaż to wtedy zaczęła kiełkować jej słabość do Williama.
Chyba w to nie wierzysz, co? — prychnęła Charlotte, sięgając po łyka kawy — to irracjonalne — zaraz odwróciła się w stronę gołębia. Zaskakującym było, że gdzie by się nie pojechało, wszędzie były one. Długo nie myślała, zanim wróciła do jedzenia. Pałaszowała, jakby to miał być jej ostatni posiłek, a na jego koniec beknęła głośno. Aż uśmiechnęła się przeuroczo.
Dzisiaj? — spytała samą siebie i zaczęła analizować plan własnej wycieczki — Santa Cruz de la Palma — jedno z większych, a przede wszystkim piękniejszych miast La Palmy — a potem hotel. Podobno robią dzisiaj imprezę dla singli — zatrzymała się przez moment, przegryzając dolną wargę. Bo czy powinna na nią iść? Nie lepiej byłoby pójść na wybrzeże oceanu, tam pić w spokoju wino z Patelem — i chciałabym na nią pójść — stwierdziła finalnie, spoglądając na niego badawczym wzrokiem. Niby wczoraj się całowali, mówili, że się lubią, ale czy... mogliby bawić się z kimś innym? Pewnie dłużej by o tym myślała, gdyby William nie był debilem i nie postanowił karmić gołębi. Z terrorystami się nie rozmawia, a gołębi się nie karmi.
Weź ich nie karm — mruknęła niemalże od razu — to latające karaluchy!!! — i aż cała się wyprostowała, widząc cudowne rozmnożenie gołębi. William może naucz się tego z winem? — o kurwa — aż otworzyła buzię, kiedy gołąb podleciał i wyrwał Patelowi bułkę z ręki — ale złodziej! — skubany, to był PRZE gołąb, że mu się udało. Zaraz nadleciały kolejne dwa, siadając na ramionach Willa — chyba zostałeś mędrcem gołębi — parsknęła Charlotte i już wyciągała telefon, by zrobić mu zdjęcie. Cyk, foteczka. Pewnie zaczęłaby je rozganiać, a zamiast tego do stolika przyleciały kolejne. To już było za wiele. Gołębi gang. Gang gołębi bang. To się nie mogło skończyć dobrze, zaraz zamiast egipskiej plagi będą mieli palmową plagę w postaci najgorszego ptaszyska na świecie.
To gołębi gang!!! — krzyknęła Lotte, wstając od stolika. Dobrze, że zjadła połowę śniadania, bo te latające piranie właśnie usiadły przy jej talerzu. Prawdziwe piekło na rajskiej wyspie. La isla bonita? Raczej wyspa jebanych latających szczurów. Albo wyspa latających wywłok.
34 y/o
Indulge in local cuisine
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- A to rozumiem, że jak wrócimy do naszego hotelu to też się przenosisz do mojego pokoju? - albo ja do niej? Mnie tam w sumie bez różnicy, możemy dzielić łoże, chociaż ja się trochę rozpychałem w nocy, nawet dzisiaj kilka razy zarzucałem na nią rękę albo nogę. Najwidoczniej jej to nie przeszkadzało. Koszula zajebista, to prawda, zresztą same takie miałem, ale to ciekawe, że niezależnie od siebie znowu mieliśmy zmatchowane stylówki. Podskakuję jak mi sprzedaje kuksańca w bok, a jak tylko wystawia język, to chcę ją za niego złapać, ale nie zdążam niestety. Następnym razem muszę mieć lepszy refleks. Tak, tak, może sobie i mnie wmawiać, że nie chciałaby, ale obydwoje wiemy, że było inaczej, już nawet tego nie komentuję. Za to jak rzuca we mnie poduszką to łapię szybko za klamkę i się chowam za drzwiami - Pudło! - wystawiam jeszcze łeb za skrzydło od drzwi i tym razem to ja jej pokazuję język. Już za chwilę biorę szybki prysznic, a jak tylko opuszczam łazienkę, to staję na przeciwko Lotty, żeby porównać nasze ubrania. No wyglądało to jakbyśmy serio się zmówili. Wzruszam ramionami na jej pytanie, mnie to właściwie nie przeszkadzało, przecież chodząc za rękę i się całując pod gwiazdami wcale nie wyglądaliśmy jak para. Parskam śmiechem na wspomnienie o tamtym specjalnym gołębiu - A faktycznie, chciał z tobą budować gniazdo - to było kompletnie absurdalne i dla mnie w sumie całkiem zabawne. Zresztą jak cały tamten wieczór. Wtedy całowaliśmy się po raz pierwszy, a to czy tylko na tym się skończyło na zawsze pozostanie zagadką - Nie, co ty, nie jestem szalony - miała rację, to było irracjonalne, tak samo jak płaska ziemia albo chemtrails, ale już masoneria? Sprzedawanie dzieci do Hollywood? W to byłem w stanie uwierzyć, a nawet wierzyłem. Przyglądam jej się kiedy głośno beka, a moja zaskoczona mina wyraża więcej niż tysiąc słów - Czyli do miasta? A jest tam jakiś targ albo coś? Chciałbym kupić pamiątki - miałem już cygara, ale jeszcze ten miodowy rum, może jakieś pocztówki, magnesy, inne pierdoły, cokolwiek co rzuci mi się w oczy, chętnie kupiłbym sobie jakieś nowe błyskotki, najlepiej robione ręcznie, w sumie miałem dużo pomysłów - Imprezka? Brzmi super - dla mnie bomba, spalę się i najebię jak wieprz - To dzisiaj imprezka hotelowa, a jutro lokalna, widziałem jak robią takie na plaży, ostatnio ktoś nawet kręcił ogniem, chcę tego spróbować - nie wiem czy to był dobry pomysł w sumie, żebym się bawił ogniem, ale gdybym miał okazje to bym na bank spróbował. Wyglądało dosyć trudno, a w rzeczywistości pewnie było jeszcze trudniejsze, ale chuj, ja się nie nauczę? - No co? Też są głodne - mówię, ale się w sumie nie spodziewałem, że nagle ich się tu tyle zleci, chciałem nakarmić jednego, przyleciał z rodzinką. W dodatku największy skurwiel dosłownie wyrywa mi żarcie z ręki, a ja aż podskakuję na swoim krześle - Hej!... - pieprzony złodziej, daj palca wezmą całą rękę. Kolejne dwa mnie obsiadają i faktycznie zaczyna się robić jakoś tłoczno. W pierwszej chwili to się czuje jak jakiś druid, jednak wcale mi się to nie podoba. Mogłem im nic nie rzucać. Lotta zrywa się ze swojego miejsca i ja również, przeganiając ptaki ze swoich ramion - Uciekajcie! - krzyczę do nich machając rękami, ale każdy robi tylko małe kółko w powietrzu i wraca do stolika. Zaczynają już żreć moją jajecznicę, a jeden nawet dziobie parówkę - Dobra, spadamy stąd - zjeść już i tak nic nie zjemy. Z budynku wybiega jakaś pani z miotłą i zaczyna je przeganiać, ale ja już ciągnę Kovalski do środka - To co? Do miasta? - jeszcze tylko szybka nawrotka do pokoju po rzeczy, wymeldowanie się i znowu siedzimy razem w aucie, ja oczywiście jako pasażer. Otwieram okno i wyciągam z kieszeni lufkę, bo zamierzam się upalić na drogę.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
REKORD SKOCZNI
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel-Noriega

Nie wiem — mruknęła cicho pod nosem, odwracając wzrok — dobrze mi się dzisiaj spało — nie przeszkadzała jej żadna ręka, ani noga. Charlotte była typowym niedźwiadkiem, śpiąc z kimś w łóżku. Mocno się przytulała, a jeżeli Will słyszał jej bąki, to na pewno wiedział, jak mocno się do niego przytulała. Nawet przez moment się nie odrywając. Dalej poszło już szybko. Koszule, kuksańce, wystawianie języka i... gołębie.
Dalej utrzymuje, że wolałabym zbudować gniazdo z Tobą a nie z nim — zaśmiała się cicho pod nosem, kręcąc przy tym delikatnie głową. Tamta taksówkowa przygoda była absurdalna. Szczerze nie wiedziała w to, co się tam działo. Jakby grali w największej komedii zwanej przez niektórych życiem. Nawet ten wyjazd ją przypominał, skoro gołębie znowu się pojawiły. Z tego wszystkiego co do nich brakowa już tylko Państwa Patel.
Na pewno w mieście, które jest stolicą wyspy, będą sklepy z pamiątkami — odpowiedziała poważnym tonem — ale na zakupy przypraw, win, rumu bym się wstrzymała. Pojedziemy jeszcze do lokalnej destylarni i winiarni — plany dalej miała przygotowane. Co prawda proste, wręcz banalne, kilka miejsc było do odhaczenia — obiecałam komuś lokalne wino — rzuciła zagadkowym tonem, spuszczając wzrok. Wolała nie dolewać oliwy do ognia. Może to był ten latynos, który był u niej przed obiadem? Albo jej fwb? Kto wie. Niech William myśli.
Potem już tylko kiwała głową. Imprezki z Williamem brzmiały dobrze, wręcz idealnie. Umieli odpinać wrotki i jechać bez kasku razem. Wystarczył odpowiedni przepływ wiatru, a oni już byli w dobrej sekwencji zdarzeń. Za to wiatr przywiał do nich gołębie. Cholera.
Głupi jesteś, nauczone są dokarmiania przez turystów — aż pokręciła na niego głową. Zaraz gołębia akcja rozkręciła się na dobre. Jajecznica wręcz rozszarpana przez latające potwory, pani z miotłą, ale przynajmniej byli już w aucie.
Dalej lubisz gołębie? — zagadnęła, odwracając do niego głowę, zanim ruszyli — do Santa Cruz de la Palma — poprawiła go. W trakcie researchu dowiedziała się, że są różne Santa Cruz. To nie było jedynym, które istniało. Santa Cruz była też na Teneryfie, chociaż to na La Palmie wydawało się najbardziej magiczne — będziesz jarał beze mnie? — mruknęła pod nosem, widząc lufkę— dramat — i to do tego antyczny. Pokręciła głową na to jaranie bez niej, a kiedy tylko William miał zamiar wziąć bucha, mocno wcisnęła gaz. Jechali, znów mogli podziwiać widoki. Lasy, góry, ocean, czy było coś czego nie było na La Palmie?
Chodź, jesteśmy — stanęła na jednej z głównych dróg obok plaży. Z jednej strony miasto, z drugiej plaża z oceanem. No i ta przedziwna rzeźba obok, której stanęli przypominająca żółwia — musimy kawałek przejść do starego miasta — zaraz zamknęła auto, a na telefonie sprawdzała trasę na najważniejszą ulicę — wiesz, że to miasto było atakowane przez piratów? — nie wiedział. Nic nie przeczytał, a ona robiła za lokalnego przewodnika. Chociaż żałowała, że nie przyjechała tu w sierpniu, zobaczyłaby rekonstrukcję ataku piratów, co roku właśnie w tym okresie się ona odbywała — chyba ten atak znów następuje skoro tu jesteś — powiedziała półserio, półżartem, puszczając mu oczko. Czekała tylko aż William, zacznie ją dopytywać o szczegóły miasta. Tym razem nie miał czasu, bo stali przed miejscem, do którego zmierzali. Ulicą, przez którą, gdy przejdziesz, jesteś w stanie zwiedzić całe miasto.
Calle Real — powiedziała, chwytając go za rękę — to główna ulica William — od razu było to widać. Takich tłumów to nigdzie na tej wyspie jeszcze nie uświadczyli — mamy tu sklepy, wille, gastro — wszystko, czego potrzebowali, żeby dobrze się bawić — to gdzie chcesz wejść? — zagadnęła, przechylając głowę. Nawet uliczni artyści stali gdzieś po bokach, rysując portrety, malując widoki z La Palmy, a gdzieś w oddali dało się usłyszeć brzmienie latynoskich rytmów. Gdyby ktoś przypatrzył się bliżej, przypominał, kogoś bliskiego Patelowi. Zamiast blond czupryny była różowa, a nawet tatuaże się zgadzały. Chłop wygrywał właśnie 100 Años od Malumy, a co wydawało się najdziwniejsze... przygrywał w różowej koszuli z różnymi obliczami męskich członków.
34 y/o
Indulge in local cuisine
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Parskam śmiechem, ja może nie byłem najlepszą partią do budowania gniazda, ale rzeczywiście wciąż lepszą niż człowiek gołąb. Kiwam głową, że ok, w takim razie ufam jej planom i poczekam ze spożywczymi zakupami. W sumie chętnie bym sobie kupił jakieś fajne mieszanki przypraw do kuchni, tutejsze jedzenie wchodziło mi jak małpie kit. Patrzę na nią pytająco kiedy wspomina o tym winie, ale nie chce mi powiedzieć komu, więc już nawet nie drążę tematu, zresztą nie ma jak, skoro już za moment atakuje nas cała armia gołębi, przed którą musimy uciekać aż do auta - No teraz to się muszę poważnie zastanowić - fajne były ale z daleka, w sumie nie spodziewałem się, że mogą być aż tak bezczelne żeby kraść żarcie prosto z ręki - Z tobą jak dojedziemy - to znaczy jak chciała teraz to też bym jej dał, ja czasem jeździłem zjarany i wcale nie byłem gorszym kierowcą niż na trzeźwo. Niemniej ściągam pierwszego bucha, a jak wciska gaz do dechy to się krztuszę przez chwilę. Potem jeszcze jeden mały buszek i wreszcie kiepuję za okno, znowu jedziemy, ale po tym jaraniu jestem zdecydowanie spokojniejszy. Puszczam muzykę drogi, tym razem padło na The Proclaimers - 500 miles, śpiewam sobie głośno, jedną rękę wystawiam przez okno i daję dłoni surfować na wietrze. Dojeżdżamy na miejsce, więc wysypuję się z auta. Oglądam rzeźbę ze wszystkich stron i nawet robię kilka zdjęć - Mhm - czyli zapowiadał się spacerek, dla mnie bomba. Zakładam na nos żółte okulary, po czym daję się prowadzić w stronę głównej ulicy - W sumie nic dziwnego, jakbym był piratem to też bym tu przypływał, chociaż ja chyba bardziej na wakacje - żeby się poopalać na plaży i popić z tubylcami. Śmieję się na jej stwierdzenie. Chcę zapytać o wszystko, ale nie ma czasu, bo już docieramy do głównej ulicy. Wygląda zjawiskowo, wokół pełno kolorów, zapachów, dźwięków. Łapię ją mocno za rękę - Wszędzie! - sam nie wiem gdzie najpierw, od tego wszystkiego wokół czułem się jakbym był na haju. Oglądam portrety i widoczki, a jak tylko do moich uszu dociera znajoma muzyka (Madox ciągle tego słuchał), to ciągnę Lottę w tamtą stronę. Oczom własnym nie wierzę, nawet je przecieram ze zdziwienia - Ja pierdole, wygląda jak mój kumpel, chodź bliżej - podchodzimy tak blisko, że stajemy na przeciwko, bo muszę się lepiej przyjrzeć. No wykapany Madox. Uśmiecham się do niego szeroko i rzucam hola bebe, patrzy na mnie z czarującym uśmiechem odpowiadając hola hermoso. Wyciągam z kieszeni pięć dych i mu wrzucam do pokrowca. Potem łapię się za koszulę, pokazuję na niego i znowu się odzywam, że wygląda muy bien, tak jak zresztą wszystko co tu widziałem. Cała ta wyspa była bardzo muy bien. Kończy utwór, więc przeskakuję nad pokrowcem i pytam się go czy mogę zrobić foto, oczywiście porozumiewamy się głównie na migi, więc unoszę dłonie do twarzy udając, że robię zdjęcia. Nie ma nic przeciwko. Jednym zamaszystym ruchem przerzuca sobie gitarę na plecy. Podaję Kovalski swój aparat żeby nam zrobiła zdjęcie bo ja to muszę pokazać Madoxowi, że ma sobowtóra na Kanarach. Pozujemy razem, a on mi sprzedaje takiego klapsa w dupala, że aż podskakuję. Odsuwam się o krok, kiedy mi pokazuje, że chce numer telefonu. No, no kręcę głową, po czym wskazuję na Charlotte i przykładam dłonie do serca - mi amor. Mam nadzieję, że się zrozumiemy, ale chyba tak, bo tylko kiwa głową i powtarza achhhh, amor. Potem się pyta czy chcę zagrać, udając że szarpie struny, a ja, że pewnie, w sumie czemu nie. Lubiłem tę energię, której przepływ czułem za każdym razem gdy jammowałem z nieznajomymi. Odbieram od niego instrument, przez chwilę zastanawiając się co właściwie mógłbym zagrać, nie znam zbyt wielu latynoskich piosenek, ale coś mi wpada do głowy. Widzę, że różowy Madox wyciąga w kierunku Lotty tamburyn, a sam chwyta za jakiś mały bębenek. Zaczynam grać Manu Chao - Me gustas tu. Śpiewam, że me gusta różne rzeczy, a on dośpiewuje, że me gustas tu. Wokół zbiera się coraz więcej ludzi, niektórzy do nas dołączają, więc przeciągam piosenkę - ktoś krzyczy me gustas marichuana, na co reszta odpowiada me gustas tu, potem pojawiają się kolejne wersy me gustas cerveza, albo me gustas la noche i za każdym razem odpowiadamy chórem me gustas tu. Trwa to dobre siedem minut, zaś w pokrowcu przybywa coraz więcej gotówki. Wybrzmiewa ostatni akord, po którym obydwoje kłaniamy się nisko, a ludzie wokół klaszczą głośno. Kanaryjski Madox mówi mi, że to było muy, muy bien, zaś ja jestem carinio, cokolwiek to znaczy, zbijamy piątkę i ściskamy się na pożegnanie, oddaję instrument, a do pokrowca dorzucam kolejne dwie dychy - Ale to było zajebiste - zwracam się do Kovalski, kiedy już znowu jestem obok i łapię ją za rękę. Teraz to ja dosłownie promienieję, bo muzyka jest dla mnie lepsza niż cokolwiek innego, lepsza niż najlepsze narkotyki, lepsza nawet niż seks. Zostałbym tu, z tym różowym Madoxem do wieczora, bo nagle w mojej głowie pojawiło się kilka kolejnych piosenek, które chciałbym zagrać, ale zamiast tego łapię Lottę w ramiona i ruszam dalej tanecznym krokiem. Chłopak w koszuli w penisy już zaczyna kolejny utwór.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
REKORD SKOCZNI
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel-Noriega

Ehhh, co za niesprawiedliwość — mruknęła, depcząc mocniej w pedał — kiepski z Ciebie kompan — wycedziła przez usta, delikatnie kręcąc głową. Prawdziwa princess passenger była z Williama. Puszczał muzykę, palił hasz, a może do tego powinien wyciągnąć wczorajsze puszki piwa? Aż zaczęła się zastanawiać, jak ze wszystkimi pamiątkami miał zamiar wrócić do Toronto. Przynajmniej znaleźli się szybko w Santa Cruz de la Palma i mogli odetchnąć z ulgą.
Kradłbyś złoto i serca dam? — zaśmiała się krótko pod nosem, unosząc jedną z brwi do góry. Serce jednej damy już ukradł. Mogła nie przyznawać tego głośno, ale po wczorajszej nocy patrzyła na niego jeszcze bardziej łaskawym spojrzeniem niż wcześniej — to lecimy — zaczęła i nie mogła przestać smarkać śmiechem, widząc, z jaką ekscytacją Patel przemierza ulicę. Było w nich coś pięknego, niejednoznacznego. Idealny widok. Naprawdę.
Naprawdę? Może też tu przyjechał na wakacje? — zagadnęła, idąc za nim. W ciszy przyglądała się wymianie zdań i prawdziwemu pokazowi języka migowego. Nie spodziewała się czegoś takiego. Musiała przyznać, im dłużej to trwało, tym wyżej unosiła brwi. Zaraz zrobiła im zdjęcia, kilka zrobiła też z telefonu, by mieć pewność, że na pewno wyjdą.
Pogroziła paluszkiem Gejoxowi. Nawet odrobinę mu pozazdrościła, sama nie klepnęła Willa w tyłek. Chyba. Nigdy nie wiadomo, co działo się w Sylwestra. Byłaby nawet skłonna oddać Patela, bo wyglądali razem przezabawnie. Tylko kiedy powiedział mi amor, kolana delikatnie się jej ugięły. Amor? Na tyle znała hiszpański, by zrozumieć. Zwaliła to na jego zjaraną głowę, choć wypomni mu to.
Po chwili zaczyna się wielkie muzykowanie. Trzyma tamburyn, uderzając w niego w rytm muzyki i krzyczy me gustas tu. Ona chyba gusta William coraz bardziej. Tłum razem z nimi wyśpiewuje, a na koniec słyszą głośne brawa. Wolność. To właśnie czuła, przebywając przy Patelu. Bez niego byłoby nudno, pewnie oglądałaby nudną, badziewną kapliczkę.
Zdecydowanie zajebiste — powtórzyła za nim, splatając ich dłonie razem — mógłbyś częściej grać, wiesz? — zagadnęła praktycznie od razy, idąc dalej naprzód. Rozglądała się za jednym sklepem, do którego chciała móc zajrzeć — poza tym... — zatrzymała się przez moment, ciągnąć go za rękę — mi amor? — kącik ust poszybował jej ku górze. Pewnie to taka wymówka, ale coś między nimi biło. Lubili się bardziej, niż sami się tego po sobie spodziewali.
Stop, stop — kolejne mocne pociągnięcie — idę obejrzeć biżuterię — rzuciła spokojnym tonem, pokazując głową sklep — o, a ty pójdź tam — zaraz pokazała mu inny z błyszczącym banerem — sklep z bongosami. Podobno są jakieś fancy, idealne dla Ciebie, lee — nie dokończyła, a chciała nazwać go lewkiem. Oboje byli pierdolonymi zodiakarami. Koziorożec i lew. Piękne połączenie. Uniosła delikatnie kąciki ust i zniknęła.
I jak William? — dopytała, pojawiając się w sklepie z bongosami. Ze sobą miała drobną, papierową torebkę z wielkim napisem La Palma. Widziała, że Patel był sroką. Oprócz czegoś dla siebie oraz mamy, miała też coś dla niego. Tylko na to musiała być odpowiednia chwila.
34 y/o
Indulge in local cuisine
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- Serca dam i rum - złoto to był tylko konstrukt społeczny, wynaleziony chyba po to, żeby ogłupiać ludzi. Ja uważałem, że dużo lepszy byłby barter, wtedy przynajmniej każdy musiałby robić coś pożytecznego, a tak? Jakiś zjebany papierek rządził światem, ale to nie pora na wymianę tak poważnych myśli, więc dla własnego komfortu nie mówię tego co mam aktualnie w głowie. Zresztą już za moment muzykujemy z różowym Madoxem i wtedy czuję się naprawdę wolny. Dźwięki gitary, tamburyna i bębna wypełniają każdą komórkę mojego ciała napełniając je czystą ekstazą. Muzyka była pierwotnym wyrazem radości, potrafiła łączyć ludzi, niezależnie od nacji i języka, tak jak teraz - jeszcze przed chwilą porozumiewaliśmy się na migi, a teraz czułem, że rozumiemy się pomimo wszelkich barier - ja, on, Charlotte i wszyscy, którzy zdecydowali się dołączyć. To było coś pięknego. Wracam do Kovalski i ruszamy dalej przed siebie - Ale ja ciągle gram, chcesz to mogę też zagrać coś dla ciebie, w pokoju mam nawet ukulele - piętnaście minut dziennie to była norma. Jak w moim mieszkaniu było zbyt głośno to były dwie opcje - albo puszczam muzykę, ale sam gram, pewnie niejednokrotnie zwracała mi na to uwagę. Tylko czym innym było piłowanie do lustra, a co innego wymiana energii z kimś innym. To właśnie było piękne w muzyce - wymiana dźwięków, czasem powstawała z tego kakofonia, ale nie bądźmy zbyt surowi, każdy kiedyś zaczynał, każdy miał kiedyś zły dzień - A ty lubisz muzykę? Moglibyśmy kiedyś porobić coś razem? Każdy umie śpiewać - jeśli nie granie, to śpiew, do tego potrzeba tylko własnego głosu. Kiedy wraca do tego mi amor, to naprawdę bym się zaczerwienił, tylko od słońca już byłem na tyle czerwony, że nic to nie zmieniło - Musiałem się jakoś wykręcić - teraz zresztą robię to znowu, bo co innego miałbym jej powiedzieć? Podobała mi się, właściwie coraz bardziej, ale w życiu nie przyznałbym się do tego głośno, wczoraj i tak powiedziałem więcej niż mógłbym chcieć - Hm? - zatrzymuję się, kiedy mnie ciągnie. Też bym chętnie obejrzał biżuterię, lubiłem błyskotki, może znalazłbym coś dla mamy albo przyjaciółek, tych miałem dużo więcej niż przyjaciół tak naprawdę, ale to tylko potwierdzało, że był we mnie jakiś pierwiastek kobiecości - No dobra, niech będzie - chyba nie mam wyboru. Wzruszam ramionami i odprowadzam ją wzrokiem, zaś sam znikam we wnętrzu wskazanego sklepu. Za ladą siedzi jakaś dredziara i uśmiecha się do mnie zjaranym grymasem. Rozmawiamy ze sobą łamanym angielskim, najpierw typowo o towarze w sklepie, ale jestem pierdolonym magnesem na baby, więc gadka szybko schodzi na delikatny flirt. Opieram się o ladę, kiedy pakuje mi dwa małe, urocze bonga, jedno dla mnie jedno dla Madoxa, kurwa, przywiozę mu chyba całą taczkę pamiątek. Odwracam spojrzenie na drzwi kiedy pojawia się w nich Lotta - Ooo, jesteś, co tam masz? - pytam i ustawiam się do pionu. Dziewczyna za ladą wita się szerokim uśmiechem - Dolores zaprasza nas na dziedziniec, ma jakieś zajebiste jaranie, ztestujemy nowe bongo - kiwam głową. Odbieram od ekspedientki torebkę, a ona niby to mimochodem przesuwa palcami po moich palcach. Uśmiecham się, układając na blacie gotówkę, znowu to robi - dotyka mojej dłoni odbierając zapłatę i zagląda mi przy tym głęboko w oczy - Chcesz się zjarać? - pytam Lotty, w aucie chciała, teraz była dobra okazja, w sumie fronty tutejszego budownictwa wyglądały wspaniałe, dziedziniec mógł być jeszcze lepszy. Dziewczyna zwraca się do Kovalski łamaną angielszczyzną, prosząc żeby zakluczyła drzwi i obróciła karteczkę na nich. Zaraz wracam.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”