-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Właśnie w tym rzecz, że nie wiem 一 odezwał się w końcu, gdy przemyślał, ale niewiele wywnioskował. Od początku rozmowy nie szło mu to najlepiej. 一 Mam mały problem z określaniem intencji. Z wyczuwaniem nastroju, z... wiesz co mam na myśli?
Na ogół Rivera kierował się doświadczeniem, wypróbowanymi schematami opartymi o mechanikę podobieństw, czymś, co dawało się w jakiś sposób przynajmniej luźno odnieść do okoliczności, ale scenariuszy było wiele, a on jako człowiek celowo i z przyjemnością unikający interakcji - przerobił ich mniej niż większość.
Z reguły bez problemu potrafił rozpoznać zagrożenie, wiedział kiedy należało się postawić, a kiedy ratować skórę i taktycznie przeanalizować dostępne opcje oraz kierunki możliwej ucieczki. Niemal bezbłędnie wyczuwał gdy reflektor poświęcanej mu uwagi zaczynał przygasać i czuł, podskórnie i całym sobą, moment w jakim odwracał się w inną stronę, albo po prostu wyłączał się kompletnie. Rozróżniał kiedy na niego patrzono zamiast go widzieć, kiedy słyszano zamiast słuchać i znał ciszę w tylu wymiarach, barwach i tonach, że mógłby z niej ułożyć osobisty witrażyk.
Troska, serdeczność, bezinteresowność? Na tym wypieprzał się systematycznie, bo łatwo je było pomylić z czymś innym.
Poza tym utrwalone w nim przekonanie, że każdy prędzej czy później miał odejść bez względu na to czego by nie zrobił nadal pokutowało, a on słyszał je wyraźnie tym samym głosem.
一 No nie, to jest... to zupełnie nie o to mi chodziło, to nie tak, że cię nie potrzebuję 一 wszedł mu zdecydowanie w słowo, obiema dłońmi przesunął energicznie w górę - poprzez mostek aż do piersi - i z powrotem po kontur ostatniego żebra, kilkukrotnie, a brwi umarszczył w ogólnym niezadowoleniu. 一 Potrzebuję, po prostu nie jestem do tego przyzwyczajony i dziczeję kiedy próbujesz pomóc, bo... bo nie wiem czy będę ci coś winny, czy to nie za dużo, czy nie będzie problemu? Mówisz, że nie, ale skąd mam wiedzieć tak naprawdę? Czasami jest się miłym i mówi się pewne rzeczy, kurwa, czasami cokolwiek, bo wypada, a ja nie rozróżniam kiedy to jest, że to tylko gadanie a kiedy to coś więcej niż... nie chcę cię urazić, okay? Po prostu mówię co myślę, bo sam nie wiem co robić.
Chwilę później przyszła kolejna porcja szczerości nad parującą z rondla zupą i Milo na chwilę wsparł się ciężej na barku Gauthiera; zaczynały cierpnąć mu ręce, nogi bolały go od paru godzin, a plecy właśnie zaczynały składać oficjalne zażalenie.
一 Ja też nie mam pojęcia co z tym wszystkim zrobić, improwizuję 一 wymamrotał mu w bluzę, tam, gdzie wygrzewał mu jej fragment oddechem. 一 Po prostu to dla mnie nowość, że ktoś w ogóle zwraca uwagę na to czy wróciłem na noc czy nie. Głupie, ale to całkiem sporo do przerobienia jak na mnie.
Ta odsłona oczekiwania na jego powrót była dla niego zupełnie nowa. Estella zazwyczaj machała na to ręką, czasami przesypiała jego eskapady i wspinaczki po rynnie oraz okolicznych dachach. W poprzednich rodzinach zastępczych obecność poza domem nie była tematem żadnej dyskusji, w pierwszej ze względu na rygor, w drugiej przez obowiązki i zajęcia dodatkowe. Poza tymi doświadczeniami był jeszcze Diego, ale on czekał inaczej niż Dylan.
一 Poczuję się lepiej jak zjesz ze mną zupę 一 zaproponował niemrawo, bo gdy zerknął przelotnie na stół i początkowo bezrefleksyjnie wpatrywał się w swój talerz zauważył, że brakowało drugiego. 一 I jakby, okay, możesz pójść ze mną jeśli w ogóle zdecyduję się na... hmm, cokolwiek. Pablo jest pokurwiony, ale nie na tyle by wywinąć coś głupiego kiedy ewidentnie ma w tym jakiś biznes. W każdym razie żeby nie było, ja ostrzegałem, plus na swoją obronę przysięgam, wychowywałem się z nim tylko do trzynastego roku życia, więc tyle co nic, tak?
Poklepał go lekko po prawej piersi czując, że jeszcze chwila a dostanie zapaści. Albo drugiej odsłony załamania nerwowego z przemieszczeniem, wszystkie opcje były możliwe i Rivera nie do końca czuł się w tej kwestii decyzyjny.
Stanął na palcach i zamiast chować mu się za plecami oparł mu brodę na ramieniu, a jedną ręką chwycił za chochlę wyglądającą z rondla, drugą natomiast pokracznie - bo spod łokci Gauthiera - podniósł pokrywkę.
一 Wygląda przyzwoicie 一 skomentował rzeczowo, udając znawstwo. 一 Czerwona i płynna, czyli wszystko czym powinna być pomidorówka. Czekaj, nie... nie! Ja nam naleję, pokaż, no...
Manewrowanie zza kogoś, kto przerastał go o głowę, drobiąc boleśnie na palcach i celując na oko nie mogło wyjść bezbłędnie; na blacie pojawiło się kilka kleksów gdy nie trafił celnie w miskę, do jednej nabrało mu się za dużo marchewki, więc by ratować sytuację zaczął pospiesznie przebazowywać ją do drugiej, wszystko mozolnie i kilkukrotnie dłużej niż gdyby pozwolił się tym zająć Dylanowi.
Być może miał świadomość, że nawet tak parszywy dzień potrzebował jakiegoś impulsu, czegoś, co rozgoniłoby zaduch i rozładowało stres, a na pewno na taki przebłysk czegoś zwyczajnie domowego i normalnego po paru godzinach napięcia zasługiwał Gauthier.
一 Ujdzie?
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Możemy spróbować improwizować w tę samą stronę - zaoferował najpierw, cicho, jedynie na wpół skupiony na formowaniu myśli w sensowne zdania, jako że resztę jego uwagi przejmował powoli rysujący się przed jego oczami punkt widzenia Rivery na temat relacji międzyludzkich. Szybko okazywało się, że różnili się od siebie jeszcze bardziej niż Dylan kiedykolwiek byłby w stanie wywnioskować na własną rękę. - I, okay, znowu będziesz musiał uwierzyć mi na słowo, ale możemy coś ustalić? Nie jesteśmy transakcją. A przynajmniej mam nadzieję, że nie liczyłeś mi ile razy nocowałem u ciebie na kanapie, żeby mnie z tego rozliczyć - wytknął, sięgając w tył i lekko szczypiąc go w bok przez materiał szlafroka. - Nie robisz sobie u mnie długów po prostu istniejąc. Jak oferuję ci jakąś pomoc to z własnej woli i nierzadko z czysto egoistycznych pobudek, bo sam czuję się lepiej kiedy wiem, że wszystko u ciebie w porządku. No, przynajmniej stabilnie. I wiem, że mogę na ciebie liczyć, żeby dostać to wsparcie z wzajemnością - zapewnił, jako że nie było to jednostronne. Od kilku tygodni łączyło ich więcej niż tylko wspólna przestrzeń życiowa i ani razu, włącznie z aktualnym wieczorem, nie czuł się jakby musiał się dla niego wyjątkowo wysilać, a przynajmniej nie w tym sensie, z jakim miałby jakikolwiek problem. I przez poprzedni rok sytuacja miała się podobnie. - Obiecałem, że dam ci znać jakby coś było między nami nie tak i zamierzam się tego trzymać, ale mogę dołożyć do tego, że nie musisz kwestionować moich intencji. Możemy ustalić, że między nami nic nie "wypada"? - upewnił się, jako że sam szedł z tym przekonaniem od jakiegoś czasu, ale być może trzeba było wypowiedzieć to na głos. Jeszcze ani razu nie zgodził się na nic tylko z poczucia obowiązku czy nadmiernej uprzejmości, a jeśli miało to ułatwić sprawę mogli zrobić z tego przyklepaną umowę.
- Czyli nie muszę przed tobą chować taśmy klejącej? - upewnił się na wspomnienie o krótkim czasie wspólnego wychowywania się z Pablo. Zostawił dla siebie przemyślenie, że jednak coś przez te lata musiał podłapać, skoro przywitał go scyzorykiem. Z tego faktu akurat był nawet zadowolony. - A zupa brzmi świetnie. Czasem zdarza ci się nawet nienajgorszy pomysł - pochwalił, chociaż szybko pożałował tych słów, kiedy Milo odgonił jego ręce i sam zabrał się za podawanie reszty obiadu z ruchami mocno ograniczonymi przeszkodą w formie Dylana. Zgodnie z poleceniem nie pchał się do pomocy, jedynie raz podtrzymując garnek za rączkę, kiedy ten niebezpiecznie przechylił się na palniku popchnięty przez chaotycznie mieszającą w nim chochlę. Obserwował z nieukrywanym rozbawieniem jak zupa ląduje w połowie na blacie kuchennym, parokrotnie być może, całkowicie przypadkowo, podnosząc jeden z łokci by utrudnić mu robotę.
- Musisz popracować nad marchewką, ale tak z cztery gwiazdki za technikę - ocenił, zerkając krzywo na blat przypominający trochę scenę zbrodni rodem ze slashera klasy c, po czym wyjął mu z ręki chochlę i odłożył ją z powrotem do garnka, by nie narobił więcej szkód, chociaż cały czas na ustach tańczył mu uśmiech. W końcu odwrócił się w jego objęciach, dając mu zejść z palców, i przebiegł po jego twarzy wzrokiem, za chwilę śledząc trasę w dół jego policzków także kciukami. I potem jeszcze raz z prawej strony, kiedy zdał sobie sprawę, że rozsmarował mu na skórze kroplę pomidorowej.
- Jakbym za bardzo ci matkował to mi powiedz, okay? Zależy mi na twoim bezpieczeństwie, ale nie chcę cię osaczać - wrócił jeszcze na chwilę do wcześniejszej rozmowy, doskonale świadom, że zdarzało mu się trzymać rękę na pulsie odrobinę za mocno. Pochylił się, by przycisnąć pocałunek do czubka jego włosy i dał sobie kilka sekund na zostanie w bez ruchu, z zamkniętymi oczami pozwalając by loki łaskotały go w policzki i nos, po czym odwrócił się, aby zgarnąć miski z blatu i zanieść je do stołu. - Weźmiesz łyżki? - podrzucił przez ramię, zajmując miejsce z dużo lżejszym sercem niż kiedy ostatnio je opuszczał.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Opór wciąż był obecny kiedy przymierzał się do nowej perspektywy, do odpuszczenia sobie kwestionowania każdego słowa jakie padło w rozmowie, ale przynajmniej Milo miał świadomość, że musiał przynajmniej wychylić się poza strefę tego co znane. Dylan nie mógł prowadzić tych mozolnych prac nad ich świeżą relacją zupełnie sam, a supervising nie był dostatecznym wkładem aby Rivera czuł, że robił ze swojej strony dość.
一 Och, a więc zakładasz, czysto teoretycznie, że gdyby ktoś przykleił cię do krzesła to...
...sfałszowałbym jego zeznania podatkowe albo wmanewrował w defraudację mienia publicznego...
一 ...ugotowałbym ci zupę?
Naturalnie żartował - przynajmniej w tej części, którą wypowiedział na głos. Co do pozostałych nie miał wątpliwości, potrafił być wyjątkowo kreatywny w kwestii potencjalnych, osobistych vendett.
Zgodnie mruknął mu w ramię akceptując nową umowę, mimo że wciąż mrużył oczy jakby rozpakowywał każde słowo jak nowy zestaw czekoladek w poszukiwaniu takiej, której mógłby nie polubić. Nie znalazł niczego, bo Gauthier od czasu do czasu potrafił odpowiednio odsiać warstwę emocjonalną i wydestylować trochę czystej logiki, z którą Milo nie miał w zwyczaju podejmować dyskusji.
Nic nie wypada.
To miało prawo zadziałać.
一 Odjęło ci rozum? Zawsze mam fantastyczne pomysły 一 poprawił go, gdy w najlepsze rozlewał zupę po blacie i talerzach. Ręce nadal telepały mu się jak alkoholikowi na odwyku, co dodatkowo doprowadzało go do szału; zwykle był tym człowiekiem, któremu z uwagi na stabilność i statyczność dłoni wróżono spomiędzy dwóch karier (z wyróżnieniem - gdyby zależały one wyłącznie od zdolności manualnych, a nie szczególnych predylekcji charakteru oraz wykształcenia): chirurg lub snajper. Milo wybrał lutowanie z maszynową dokładnością.
一 Zgodzę się tylko jeżeli to cztery gwiazdki na cztery. Chyba nie cztery na dziesięć, co? Oh, carajo...!
Marchewka chlapnęła w zupę podczas widowiskowego skoku z krawędzi chochli, wymalowując im techniką action painting piękne, wyraziste plamy z pomidorowej na szlafroku i bluzie. 一 Okay, może być zatem cztery na pięć, muszę popracować nad finiszem.
Chochla z powrotem wylądowała w rondlu, ręce Milo wyślizgnęły się Dylanowi spod łokci, ale znieruchomiał jak zając na polowaniu, gdy w miejscu zatrzymała go niema prośba - tak przynajmniej rozpoznał tę nieco zbyt długą jak na zwykły, casualowy dotyk, obecność ciepłego oddechu w swoich włosach i pochylającego się nad nim mężczyznę. Dzisiaj nie miał nic przeciwko; był zmęczony, a przez to i mniej skłonny do awantur, mniej chętny na dzikie rejtery i spontaniczne otrząsanie się od rąk, które znał. Dzisiaj mógł po prostu biernie chłonąć.
Przy stole nie odzywał się znów zbyt wiele, zmieniło się tylko tyle, że teraz szorując nieelegancko łyżką o dno miski (słodka marchewka widocznie szczególnie mu smakowała) trzymał Gauthiera bosymi stopami za kostkę jednej nogi, szukając ciepła (zdążył podmarznąć podczas postoju bez skarpetek na kafelkach) i kontaktu. Czasami zerkał przed siebie by skontrolować czy nie jest jedynym który je, z drętwym odczuciem ścierpnięcia w okolicy ramion, od którego próbował bezskutecznie opędzić się co raz otrząsając się mocniejszym wzruszeniem barków. Nieprzyjemne spięcie mięśni towarzyszyło mu uporczywie często, ilekroć siedział przy stole nie sam a z kimś, w przykrym atawizmie po dawniejszych latach i odległych wspólnych posiłkach.
一 Zastanawiałem się... 一 zawiesił głos, czubek łyżki opierając o dno miski. Idealny kąt prosty, czuł się usatysfakcjonowany. 一 Słuchaj, ona wygląda na dzieciaka, ma może, nie wiem... trzy lata? Cztery? Ciężko mi określić, nie pamiętam czy Pablo wspominał coś na ten temat. Znasz się na tym? W sensie, nie mam pojęcia jak zająć się takim... hmm, a jak mnie nie polubi? Zawsze byłem tym najmłodszym, nie wiem jak to jest.
O dziwo myśl o pierwszym spotkaniu z Rose dezorganizowała jego spokój ducha w o wiele większym stopniu niż wiążąca się z nim konieczność skonfrontowania się ponownie ze starszym bratem. Ten dodatek Milo przyjmował już jako przykrość, z którą nie można polemizować, ale przy odrobinie starań dało się ograniczyć jej wpływ. Mógł go przecież ignorować. Odpowiadać tylko na to, na co było trzeba, albo zaapelować do jego przyzwoitości (o ile Pablo takową w ogóle posiadał, kwestia sporna i dyskusyjna) by zgodnie przeszli na to wymagane minimum.
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Hm? - zachęcił go do dokończenia myśli, nieudolnie łowiąc w zupie jeden uciekający plasterek marchewki, ze zmarszczką między brwiami wyrażającą pełne skupienie na zadaniu. W końcu triumfalnie podniósł głowę trzymając kawałek warzywa między zębami by pochwalić się przed Milo zanim wciągnął go do ust i faktycznie przeżuł, słuchając jego rozważań.
- Na dzieciach? Chyba całkiem nieźle - przyznał, opierając się łokciem o blat i podpierając głowę na pięści. - Jak chcesz, żeby cię polubiły, musisz chociaż trochę mówić ich językiem i to w sumie starcza. Jak ją zobaczysz raczej od razu się skapniesz czy jest wiesz, do ludzi czy nie za bardzo, jak zejdziesz do jej poziomu, w sensie dosłownie, jak kucniesz czy coś... Chociaż, czy musisz... - przeciągnął, mierząc go wzrokiem z zastanowieniem, po czym uśmiechnął się, przesuwając językiem po dolnej wardze. - No to wiesz, przedstawiasz się jak normalnie i sprawdzasz czy podejdzie sama czy się schowa za rodzicem. To drugie wymaga trochę więcej czasu, ale nieśmiałe dzieci też w końcu dają się przekonać jak da im się dość uwagi - wyliczył, cofając się do momentów poznawania zarówno znajomych swojego rodzeństwa, kiedy byli w podobnym wieku, oraz dość niedawnego spotykania dzieciaków swoich znajomych z liceum. Wciąż wydawało mu się to trochę abstrakcyjne, nie wyobrażał sobie mieć w tym wieku własnej rodziny, ale niektórzy dawali radę już od lat.
- Jak chcesz utrzymać takie przy życiu to mogę dać ci wskazówki, ale jak chodzi o samo poznawanie to warto dać im mówić za siebie i słuchać, zadawać pytania, okazywać zainteresowanie. Jak nie powie ci nic sama to możesz wyciągnąć jakiś punkt zaczepienia od Pablo i pociągnąć temat już z... um, Rose..? - upewnił się, jako że usłyszał to imię tylko raz i nie był pewny czy dobrze siadło. Zwłaszcza, że był w tym czasie trochę zajęty wkurwieniem na jej ojca. - Dasz sobie radę, a jak skończą ci się pomysły to pokaż jej ASAPa, zakocha się - zapewnił, odchylając się w tył by ponownie usiąść prosto i zakręcić ramionami w tył. Ten gest jednak przypomniał mu o czymś, co obserwował ze strony Milo przez połowę obiadu. Czy raczej kolacji. Prawdę powiedziawszy nie wiedział nawet która była godzina, zbyt zaaferowany wydarzeniami dnia by patrzeć na zegar od momentu, kiedy Rivera wrócił do mieszkania.
- Zrobić ci masaż? - zaproponował, zerkając w stronę jego barków w ramach wyjaśnienia co miał na myśli. Potrafił rozbijać niezbyt głębokie zbitki mięśni i o ile musiałby być wyjątkowo ostrożny wkoło potencjalnych siniaków, wychodził z założenia, że Milo jak mało kto mógłby potrzebować bardziej manualnego rozluźnienia ciała.
- A, jak chcesz ten deser to mamy tartę cytrynową w lodówce. Bo... najwidoczniej jak znikasz bez znaku życia moim pierwszym instynktem jest ubijanie bezy - westchnął i pomasował palcami czoło, z perspektywy czasu uznając całą swoją kuchenną eskapadę za niezwykle absurdalną odpowiedź na moment stresowy. Co prawda dało mu to coś, na czym mógł skupić uwagę, zamiast rwać włosy z głowy, jednak naprawdę wolałby być bardziej praktycznie użyteczny w momencie realnego zagrożenia.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 A o co można zapytać czterolatkę? 一 wymamrotał niemrawo w swoją zupę, zachodząc w głowę o potencjalne tematy. Czubkiem łyżki przetoczył plasterek marchewki przez talerz i zasępił się w zastanowieniu nad tym co zajmowało go w podobnym wieku. 一 Kiedy ja byłem dzieciakiem lubiłem... okay, nie jestem najlepszym wyznacznikiem, zwłaszcza, że pamiętam piąte przez dziesiąte, joder.
Drugim końcem łyżki podrapał się w skroń i na chwilę wsparł głowę o nadgarstek, zamknął oczy i odetchnął głęboko, ale bez jakiejkolwiek ulgi. Wydawało mu się, że pozbycie się Pablo z Simply Fix It powinno rozwiązać problem, wychodziło jednak na to, że wpadł z deszczu pod rynnę.
一 Rose 一 potaknął, zakładając, że również nie przekręcił przypadkiem imienia we własnym wspomnieniu. Nie byłby to zresztą pierwszy raz, w tej części mózgu odpowiedzialnej za ich zapamiętywanie Milo posiadał czarną dziurę. 一 W sumie fakt. ASAP jest genialny, nie... no, nie żebym sam sobie teraz słodził, ale to przecież jak WALL·E dwa zero.
Z zadowoleniem i znacznie luźniejszym żołądkiem wybrał ostatni kawałek marchewki i... niemal się nim udławił słysząc hojną propozycję ze strony Gauthiera.
Zdecydowanie zbyt często w jego towarzystwie miał problemy z prawidłowym przełykaniem.
一 To naprawdę zajebiście miłe z twojej strony 一 wyrzęził przez łzy, wdzięczny, że przełknięta z talarkiem marchwi zupa nie poszła mu przy okazji nosem. Mogło być gorzej, prawda? 一 ale obejdzie się, serio. Poza tym chyba przekroczyłem dzisiaj limit tykalności i nie czuję się zbyt chętny na fizyczność. Może na jakąś drobną, ale bez przesady.
Wiedział, że Dylan miał względem niego jak najlepsze intencje i w innej sytuacji - w innym ciele? - pewnie zgodziłby się bez zastanowienia, a z koszulki wyskoczył jeszcze w kuchni. Problem polegał na tym, że sytuacja była jaka była, tkwił w tym samym opornym na dotyk ciele i miał na sobie jedynie szlafrok.
Deser zdołał za to wywabić z niego jakiś entuzjazm, aczkolwiek Milo i tak spojrzał Gauthierowi prosto w oczy z niedowierzaniem, tak, jakby chciał zapytać: Serio? Beza?
一 Jak rozumiem to twój sposób radzenia sobie z nerwami? Cool.
Oczywiście, że miał ochotę na tartę cytrynową, jakże mógłby odmówić? Odsunął od siebie pustą miskę jasno sygnalizując, że pomimo pierożków i zupy wciąż miał miejsce na coś słodkiego, czym bił kolejne rekordy; w jego przypadku pełny, dwudaniowy obiad i deser za jednym posiedzeniem był swego rodzaju sukcesem, choć może bardziej właściwie byłoby uznać to za przejaw geniuszu Gauthiera.
Powoli zaczynał odczuwać skutki spotkania po latach, jeden zbyt głęboki przechył w bok doczekał się boleściwego świstu wdechu przez zaciśnięte zęby, pauzy w postaci wymownej ciszy i głośniejszego wypuszczenia powietrza przez nos, bynajmniej w wyrazie ulgi.
Cholerny Pablo miał parę w łapach, ścisnąłby mocniej a niechybnie strzeliłoby żebro.
一 Mamy jakiś paracetamol? Aspirynę? 一 zaryzykował, nie chcąc wywoływać sensacji, zwłaszcza, że Dylan pomimo najszczerszych chęci sprawiania wrażenia tego stabilnego i nieulegającego panice, prawdopodobnie prawie osiwiał tego wieczora, a Milo nie chciał dokładać mu się kolejnym zmartwieniem. Wątpił, by było to coś poważnego, nie raz dostał większy oklep i musiał sam wylizywać sobie rany, ale ciężej było ukryć dyskomfort gdy mieszkało się pod jednym dachem z człowiekiem o intuicji matki czworga i zdolnością obserwacji godną przeciętnego puszczyka.
一 Nic mi nie jest, po prostu pomyślałem, że będzie mi łatwiej zasnąć.
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Co lubi robić, przykładowo. Jak chodzi do przedszkola to spytaj o znajomych, albo czego się ostatnio nauczyła. Jaki jest jej ulubiony dinozaur - podrzucił, wzruszając ramionami. Dzieci były proste, przynajmniej w jego personalnym doświadczeniu. Niezaprzeczalnie pomagał w tym fakt, że mimo wszystko nie zgubił po drodze tego młodzieńczego czynnika, który pozwalał mu na nieopanowany entuzjazm na widok breloczków z dinozaurami przy kasie w supermarkecie, czerpanie radości z plastikowych gwiazdek świecących w ciemności czy z rzucenia śnieżką prosto w twarz Milo. - Nie masz kija w tyłku, a dzieci to lubią. Daj jej przejąć stery, zobacz dokąd cię zaprowadzi, ale nie bój nic, na pewno cię polubi - zapewnił, co do tego nie mając najmniejszych wątpliwości. Nawet jeśli nigdy nie poznał jego rodziny, musieliby wychować naprawdę nieprzyjemnego bachora by ten od wejścia miał mieć jakiś problem z chłopakiem aktualnie z jakiegoś powodu krztuszącym się marchewką. Wyraz zaskoczenia przemieszany z odrobiną zmartwienia, i gotowością by obejść stół by pomóc mu bardziej manualnie, wyrósł na jego twarzy w oczekiwaniu aż ten ponownie wciągnie oddech.
- Za ostre? - dopytał, uznając brak bardziej alarmujących objawów za znak, że mógł z czystym sumieniem wrócić do swojej roli komedianta. Przy okazji całkowita otwartość względem oczekiwanego poziomu kontaktu fizycznego była niezwykle mile widziana. Do tak prostych instrukcji mógł się dostosować. - I jasne, rączki przy sobie. Ale jakbyś kiedykolwiek czuł się spięty to wiesz gdzie mnie znaleźć - zaoferował się mimo wszystko na bliżej nieokreśloną przyszłość, przy okazji wbijając sobie do głowy by darować sobie nadmierne pakowanie w jego przestrzeń osobistą.
Na komentarz dotyczący własnych metod radzenia sobie ze stresem wstał od stołu, wydając z siebie jakiś bliżej nieokreślony dźwięk na przełomie niezadowolonego pomruku i zawiedzionego jęku. Zgarnął instynktownie swoją pustą miskę i talerz po ravioli zostawiony wcześniej przez Riverę i podrzucił je do zlewu, po czym sięgnął do lodówki po obiecaną tartę. Nowoodkryta informacja o samym sobie wyraźnie mu nie leżała, a widok gotowego ciasta zmuszał do złożenia ze sobą kontrastu między tym jak on spędzał wieczór, a jak robił to Milo. W tym momencie nie potrafił przypomnieć sobie jak wcześniej radził sobie w sytuacjach stresowych, w których czuł się bezsilny. Sprzątał? Gotował? Sortował pranie? Być może zawsze tak reagował, tylko nigdy nie zdawał sobie z tego sprawy. Spojrzał sceptycznie na wyjęty z szuflady nóż, po czym wymienił go na dwa widelce i wrócił do stołu z całą foremką ciasta.
Siadając z powrotem na swoim miejscu, skupił uważny wzrok na wyraźnie obolałym mężczyźnie. Nie zapomniał o jego obrażeniach, ciężko byłoby zapomnieć, jednak na chwilę dał radę uwierzyć, że nie było tak źle jak sobie wyobrażał.
- Mamy, oba - odparł, a zanim zdążył zasypać go dodatkowymi pytaniami otrzymał mało satysfakcjonujące wyjaśnienie. Wypuścił powietrze nosem, upominając samego siebie i flaczejąc jak przedziurawiona dętka zanim zdążył się odpalić. - Mam jeszcze jakiś... Tamto jest bardziej na siniaki, ale mam jeszcze jakiś typowo rozgrzewający na urazy podskórne, nie wiem jak on się... No, nieważne, też przyniosę, skorzystasz jak będziesz chciał - podsumował i ponownie wstał z miejsca by wrócić do apteczki, którą, jak zaczął sobie zdawać sprawę, powinien był przynieść w całości już za pierwszym razem. Wrócił do stołu z opakowaniem aspiryny i tubką żelu, które dołożył do zestawu obok wyczarowanego wcześniej słoiczka. Opierając się oboma łokciami o stół, podniósł jeden z widelców i wbił go w pofalowaną bezę.
- Co ci tak właściwie zrobił? Tak konkretniej? - upewnił się, nie podnosząc wzroku, skupiony na nabieraniu wszystkich warstw ciasta na raz. - Widziałem tylko tego siniaka i... Właśnie, wybacz, to było... Mogłem spytać, nie chciałem cię tak... Chyba liczyłem, że to tylko cień i chciałem to sprawdzić i nie pomyślałem jak ty się z tym poczujesz - przyznał, jako że jeszcze w korytarzu jego intencją bynajmniej nie było naskoczenie na niego i szarpanie go za ciuchy. Chociaż podświadomie zwrócił uwagę na to, że ten cały czas chodził w jego szlafroku, nie skupił się na tym szczególe aż do teraz i zaczynał kwestionować swoje podejście do tematu od pierwszych momentów złapania Milo pod łazienką.
Dylan Gauthier
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Syknął krótko, bez szczególnego entuzjazmu szarpnął luźno kostką, ale nie zdołał jej wyciągnąć spomiędzy łydek Dylana. Uznał, że należy mu się to małe zwycięstwo i odpuścił.
一 Nie znam się na dinozaurach 一 przypomniał beznadziejnie prosto, jedną ręką gestykulując by zaznaczyć, że należało się spodziewać rozwinięcia tej światłej myśli. 一 Zasnąłem po kwadransie tego twojego Parku Rajskiego, to nie moja domena.
Milo należał do tych beznadziejnych przypadków, które pomimo najszczerszych chęci pomyliłyby Triceratopsa z Pterodaktylem, a T-Rexa kojarzył tylko wyłącznie dlatego, że widział go na zbyt wielu memach aby zapomnieć.
Po heroicznej walce z marchewką Milo przestał już tak przychylnie spoglądać na jedzenie, nie przeszkodziło mu to jednak w wybraniu ostatniej łyżki zupy i rozejrzeniem się za deserem.
一 Wiesz, że nie jestem specjalnie... no. I nie trzeba, nie oberwałem aż tak, co ty myślisz, że ja jestem jakaś płotka? Powinieneś zobaczyć... aj, nieważne. 一 Ostatecznie machnął ręką czując, że sam zaczynał się zapętlać, a co gorsza - brzmieć niedorzecznie. Szczęśliwie Gauthier był zajęty nerwowym krążeniem po kuchni i zbieraniem naczyń by zauważyć, że Rivera omal nie poczęstował go najbardziej wytartym hasłem jakie zwykle padało w podobnych okolicznościach: „szkoda, że nie wiedziałeś tego drugiego“.
Widok dwóch widelców zamiast talerzyków w asyście całej, niepokrojonej tarty zaskoczył go, ale nie dość by zapytać. Milo i tak nigdy nie widział większego sensu w rozdrabnianiu się na porcje gry w grę wchodziły ciasta Dylana.
一 Za bardzo się przejmujesz 一 wtrącił zanim jeszcze wbił widelec w idealnie chrupką bezę. 一 Bywało gorzej, paracetamol to naprawdę luksus kiedy... okay, mniejsza. Dylan, hej. Hej. 一 Pstryknął mu palcami przed nosem, mając nieodparte wrażenie, że Gauthier w kuchni znajdował się aktualnie wyłącznie samym ciałem. 一 Kiedyś było trudniej. Naprawdę, o wiele trudniej, bo nie miałem kogoś, kto czekałby w domu. Sam się wylizywałem, a teraz nie muszę, zobacz. 一 Milo zatoczył nawet widowiskowy i bardzo ogólnikowy łuk obejmujący całą kuchnię, cokolwiek w swoim wyobrażeniu właśnie próbował pokazać. 一 Gdyby nie ty pewnie poszedłbym prostu do The Night Cup. Nie zjadłbym zupy. Nie zjadłbym ciasta. Nikt nie dałby mi paracetamolu i nie zagroził, że powyrywa mojemu własnemu bratu nogi z dupy. Nawiasem mówiąc liczę, że poza herbatą ktoś zawinie mnie jeszcze w burrito z kołdry i pozwoli mi spać pod ścianą, bo nie lubię z brzegu.
Wbił widelczyk w sam środek tarty i wygrzebał sobie wszystkiego po trochu, mając gdzieś etykietę i wstrzemięźliwość. Niewiele mógł poradzić, był beznadziejnie słaby ilekroć w zasięgu wzroku pojawiało się coś, co wyszło z piekarnika pod nadzorem Gauthiera i całkiem prawdopodobne, że nie znając umiaru wsunąłby całe ciasto na własną rękę.
一 Hmm? Och, nie trze... okay. Okay, przynieś, wypróbuję.
Nie wiedział dlaczego tak naprawdę zmienił zdanie w połowie. Może po prostu widok Dylana niewiedzącego co zrobić z samym sobą, rozdartego pomiędzy chęcią udzielenia mu jakiejkolwiek pomocy a bezsilnością zdusił w nim wrodzoną potrzebę dyskutowania ze wszystkim i każdym. Po prostu odprowadził go wzrokiem i przywitał bladym uśmiechem na widok kolejnych maści i blistrów. Poczuł jak pierwszy raz od powrotu uścisk mięśni nad którym nie miał większej kontroli rozluźnił się.
一 Powiedziałbym, że trochę typowa braterska przepychanka, może tylko nas nieco poniosło 一 mruknął wymijająco, by nie dolewać oliwy do ognia. Dylan i tak sprawiał wrażenie jakby znajdował się na skraju - zarówno załamania nerwowego jak i kryzysu egzystencjonalnego - a Milo próbował wciągnąć go z powrotem na stabilny grunt jak tylko się dało. 一 I nie przejmuj się, głupota. Sam nie wziąłem niczego i zaimprowizowałem z tym szlafrokiem, oddam zanim pójdziemy spać.
Kolejne smagnięcie stopą w łydkę miało na celu sprowadzić Gauthiera z powrotem na ziemię, do ich małej kuchni, bo uświadczenie go w tak zmizerniałym i umęczonym wydaniu bolał go w jakiś sposób fizycznie i Rivera nie potrafił tego znieść.
一 Uspokoisz się jak pozwolę ci rozpuścić mi tę saszetkę z paracetamolem?
Posłał mu długie spojrzenie przez stół, jednocześnie manewrując wyjątkowo niestabilnym konstrukcyjnie kawałkiem ciasta na koniuszku widelca.
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Jurajskiego - poprawił go czy tego chciał czy nie, nie potrafiłby przejść obok tego bez komentarza nawet jeśli ten zrobił to celowo. A szczerze w to wątpił. - I dobrze, że przypomniałeś, mamy do obejrzenia cały Jurassic World. Przyda ci się przeszkolenie, dla dobra Rose oczywiście - podkreślił, spoglądając na niego w sposób sugerujący, że nie zamierzał na ten temat dyskutować. Już czasem dawał radę
Pstrykanie mu palcami przed nosem zadziałało dokładnie tak, jak miało, i Dylan skierował na mężczyznę zaskoczone spojrzenie, kiedy ten wyrwał go ze spirali przekrzykujących się w jego głowie przemyśleń. Za bardzo się przejmujesz. Słowa rozebrzmiało echem w jego czaszce, wciągając mu na czoło zmarszczkę i wpychając na kolejny tor, chwiejny i niejasny, oferujący więcej pytań niż wskazówek, jako że nie wiedział jak mógłby niby przejmować się mniej. Wyliczanie różnic między tym, do czego Milo był przyzwyczajony, a co otrzymał dzisiaj, także nie miało oczekiwanego efektu, jako że w oczach Gauthiera to wciąż było niewystarczające.
- Oczywiście, że śpisz pod ścianą - wymamrotał w ramach potwierdzenia, łapiąc się tego jak małego światełka w tunelu do odzyskania kontroli nad sytuacją. Na chwilę grunt zdawał się przestać drżeć pod jego nogami, a niewypowiedziany i nieświadomy lęk, że Rivera będzie potrzebował dystansu do tego stopnia, że wylądują na noc w osobnych pokojach, odparował zanim zdążył się do końca zagnieździć. Zwykle nie miałby z tym większego problemu, o ile lubił dzielić z nim łóżko, nie naciskał na to co noc i także tym razem w razie potrzeby dałby mu przestrzeń bez sprzeciwów, jednak był święcie przekonany, że nie mając go obok kręciłby się całą noc w niepewności, czy wszystko było pod kontrolą. Oderwał spojrzenie od dziobanej widelcem tarty, by posłać mu pełne powątpiewania spojrzenie na bardzo ogólnikową i wymijającą odpowiedź, jednak poza uniesieniem brwi nie zaoferował żadnego komentarza. Nie wyobrażał sobie, by jego własny brat miał po typowej przepychance skończyć z siniakiem wyglądającym jakby tylko kilka sekund dzieliło go od faktycznego uduszenia.
- Do prania - wtrącił na temat zwrotu szlafroka i posłał mu łagodnie rozbawiony uśmiech, podnosząc własny upaćkany zupą rękaw bluzy. - I to nie ma znaczenia, możesz go brać, obiecuję więcej nie próbować cię rozbierać. Bez zgody - dodał dla rozwiania wątpliwości, nie widząc tej sytuacji jako tak całkowitą głupotę, jak twierdził Milo. Miał wrażenie, że już parokrotnie tego wieczora sprawił, że mężczyzna czuł się niekomfortowo i o ile za niektórymi decyzjami zamierzał stać murem, jak za swoją propozycją towarzyszenia mu na spotkanie z Pablo, tak reszta była impulsywnymi decyzjami, nad którymi chyba musiał zacząć panować. I najwidoczniej nie tylko nad nimi.
- Jestem spokojny - zapewnił go od razu, chociaż z niejasnego powodu nie uwierzył samemu sobie na słowo. Spuścił wzrok na blat stołu i dał sobie chwilę na niemrawe przeżucie nabranego na widelec kawałka ciasta. - Tu nie chodzi o mnie - zmienił taktykę, kiedy wszelkie próby obejścia kwestii własnego spokoju ducha wydały mu się zbyt dużym wyzwaniem. - Nie musisz... Nie skupiaj się na mnie, nie w tym momencie, bo przejmuję się i będę się przejmował, kiedy chodzi o ciebie. I to nie jest coś, co jestem w stanie wyłączyć, mogę co najwyżej skupić się na czymś, co może być ci w tej chwili potrzebne, bo chyba jedyny sposób na uspokojenie się to pewność, że wszystko jest z tobą w porządku. I to... w każdy sposób - przyznał, odkładając widelec na stół i sięgając po przyniesiony kartonik, by wyciągnąć ze środka saszetkę. - Fizycznie mogę się tylko domyślać, reszty... właściwie też. I nie oczekuję, że będziesz w stanie od razu sobie to wszystko ułożyć, ani że będziesz chętny mi o tym mówić, ale... Nie chcę cię dodatkowo stresować, ale nie umiem też po prostu zachowywać się jakby nic się nie stało - dodał, przekładając w palcach paczuszkę z lekiem, z którą po chwili wstał by zgarnąć szklankę z wodą i włączyć czajnik. Nie umknęło mu wspomnienie o herbacie i wziął to za dość klarowną wskazówkę co do kolejnego kroku. - To, że bywało gorzej, nie znaczy, że teraz jest dobrze. Możemy odwracać uwagę od problemu, ale to nie znaczy, że on zniknie. I tak, w rozpuszczaniu aspiryny jest coś uspokajającego - potwierdził, stawiając przed nim szklankę z zawiesiną
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Park Jurajski był jego absolutnym limitem, ale kiedy Dylan wyciągnął nową kartę przetargową w postaci Rose, Milo posłał mu równie niezadowolone, umęczone wręcz spojrzenie; to był cios poniżej pasa.
一 Cały?! 一 jęknął autentycznie przerażony, zaczynając poważnie poddawać w wątpliwość swoje zaangażowanie dla sprawy. 一 Ile to ma w ogóle części? I ile muszę obejrzeć?
Bo z jakiegoś bardzo naiwnego powodu założył, że obowiązek nie obejmował każdej z osobna, wraz z komentarzem reżysera oraz osobistym podsumowaniem Dylana.
Na widok kolejnej zmarszczki wieszczącej zbytek rozmyślania po stronie Gauthiera, Milo syknął krótko i pokręcił głową. Nie miał bladego pojęcia jakim sposobem w takich sytuacjach przemawiało się do rozumu dorosłym mężczyznom, tak jak i rozeznania, że na ten rodzaj zmartwień nie istniało żadne skuteczne remedium działające od ręki.
Nie pomogła nawet bardzo oczywista sugestia, wedle której Milo właśnie zadeklarował się do spędzenia całej nocy w jego ciepłym łóżku - obowiązkowo od ściany.
一 Co z nim nie tak? 一 Tym razem to Milo zmarszczył brwi nie wiedząc dlaczego całkiem porządny szlafrok, który ściągnął z wieszaka ledwie pół godziny temu miałby nadawać się do prania. 一 Przecież... ach, okay, to tak, to do prania 一 zreflektował się gdy Dylan bardzo obrazowo przedstawił mu powód. Kilka pomidorowych łat zamieszkało na rękawie, kilka na przodzie, choć łatwo je było przeoczyć bo szlafrok miał dość ciemny kolor, a Rivera ślepł przy osiągnięciu pewnego granicznego stanu zmęczenia.
Sposób w jaki Gauthier odżegnał się od rozbierania go w progu zdołał jednak rozbawić go dostatecznie, by poza przewróceniem oczami Milo przemycił jakieś weselsze parsknięcie śmiechem, po prawdzie prawie już zapomniał, że zanim doszło do konfrontacji prawie wybebeszono go z tej jednej jedynej warstwy jaką narzucił na grzbiet.
一 Po prostu trochę spanikowałem, okay? Nic się nie stało, przecież nie chciałeś... no, zakładam, że nie chodziło ci o... co nie? 一 wybełkotał naokrężnie, z odrobinę nieobecnym i głupawym uśmiechem. Nie potrafiłby wskazać na to co dokładnie tak go ubawiło, ale cokolwiek to było dotknęło go na jakimś dziwnym, bardzo szczeniackim poziomie poczucia humoru, co generalnie było u niego rzadkością. 一 Bo w innej sytuacji to może nawet? Pamiętaj, kategoryczność nie pozostawia miejsca na inne możliwości.
Zazwyczaj tego typu wnioski wychodziły ze strony Gauthiera, nowością swego rodzaju było uświadczenie ich z drugiego końca barykady i nawet Milo odczuł tę różnicę. Mrugnął, przebiegł nerwowo dłońmi po krawędzi blatu i wbił na krótko spojrzenie w cytrynową tartę.
一 Okay, to było dziwne. Nie wiem co miałem na myśli 一 odciął się w pośpiechu od swoich uprzednich przemyśleń rzuconych lekkomyślnie na głos i pokiwał głową tak, jakby sam potrzebował tego potwierdzenia. 一 Paracetamol. Tylko paracetamol nas teraz uratuje.
Bredził. Zaczynał to zauważać, zaczynał również rozumieć dlaczego to robił, pomimo że był ostatnią osobą której udzielało się ogólnopojęte gadulstwo; widok Dylana w tym stanie był dla niego czymś tak obcym, abstrakcyjnym i niepokojącym, że łapał się każdego sposobu jaki przyszedł mu do głowy.
Odprowadził go spojrzeniem do kuchenki i przez moment obserwował jak sztucznie cytrynowy (nie to, co pyszna tarta z bezą) proszek rozpuszcza się i wiruje w szklance, nerwowo podrygując przy tym stopami opartymi o poprzeczki na taborecie.
Nie rozumiał do końca, po części dlatego, że nikt nigdy nie martwił się o niego w taki sposób, a on sam też miał niewiele okazji by martwić się o kogokolwiek. Ponadto jeżeli już, u niego manifestowało się to zupełnie inaczej, więc i w tym przypadku brakowało mu dobrego odniesienia.
Nie mogąc znaleźć ani rozwiązania ani odpowiedzi, Milo westchnął wreszcie i czekając na swój napar z paracetamolu czy aspiryny - było mu wszystko jedno i kolorowo - odwrócił wzrok i odłożył widelec na bok. Dopiero kiedy dostał swoją magiczną zawiesinę i Dylan wrócił z nową porcją wyjaśnień, Rivera przeniósł na niego spojrzenie zdradzające, że właśnie się poddał i palcami rozmasował sobie obolałe skronie.
一 Dobra, wiem, po prostu to jest... wiem, że dla ciebie to też dużo, domyślam się, że ta reakcja to taki automatyzm i nie możesz... joder, jak to idiotycznie brzmi. W każdym razie jeżeli chcesz jeszcze w jakiś sposób upewnić się, że najgorsze co mi grozi to katar albo dysocjacja ze zmęczenia, to możesz zapakować mnie prosto pod kołdrę. A, nie! Nie, najpierw się przebiorę, zdecydowanie. Pomóc ci z pościeleniem łóżka?
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Wszystkie cztery - odpowiedział od razu na dwa pytania, jako że nie zamierzał odpuszczać mu żadnej z nich. Oczywiście, że wszystkie te filmy miały powtarzalny schemat i niewygórowane żarty, jednak zawierały także dociągnięte CGI i raptorki, a Dylan nie potrzebował do szczęścia dużo więcej. I wychodziło na to, że w tym układzie Milo także musiał to docenić.
Rozmowa potoczyła się w intrygującym kierunku, a podśmiechujący pod nosem mężczyzna zaskarbił sobie uwagę Gauthiera, na wpół zakopanego we własnym poczuciu bezsilności, na wpół dającego pociągnąć się jego tokiem myślenia czy tego chciał czy nie. O ile idąc śladem siniaka na jego szyi i niezbyt świadomie dobierając się do niego w korytarzu nie miał na myśli nic szczególnie niecenzuralnego, pośrednie zaproszenie do potencjalnej powtórki z rozrywki właśnie w tym celu przebijało się lżejszymi nutami przez panujące w kuchni spięcie.
- Będę pamiętać - zapewnił i prychnął, przecierając palcami czoło. - Może kiedyś dojdziemy co to właściwie miało znaczyć - dodał, jako że sugestia posiadała swoje potencjalne interpretacje i może nie byłby przeciwny do przetestowania na ile faktycznie by im to pasowało, ale zdecydowanie nie była to rozmowa na teraz. Przynajmniej nie dla niego. Był odrobinę zbyt głęboko we własnej głowie, i na równi nie potrafił, oraz nie chciał, odejść w pełni od problematycznej kwestii tego wieczora. Był na rozstaju dróg, nie do końca pewny na ile powinien próbować odwrócić jego uwagę od wydarzeń z Simply Fix It, a na ile odkładanie tego kiedy indziej i traktowanie jak normalnego dnia byłoby w tej chwili błędem. Miotał się, na tyle wyraźnie by wychodziło to na zewnątrz, jednocześnie nie potrafiąc znaleźć stabilnego gruntu pod nogami w celu bycia tym wsparciem, jakiego Milo w tej chwili potrzebował. W gąszczu mieszanych emocji i wszystkiego, czego w tej chwili zrobić nie mógł, oferta położenia się spać wydała mu się światełkiem w tunelu. Miał wrażenie, że dokładnie tego w tej chwili potrzebowali.
- Możesz przynieść swoją kołdrę, będzie więcej materiałów na burrito - polecił na pytanie o pomoc, pozwalając by myśl o możliwości zawinięcia się z nim bezpiecznie w łóżku na resztę nocy zalała go poczuciem ulgi. Zgarnął widelcem jeszcze jeden kęs tarty, poczekał przy stole jak cień aż mężczyzna skończy pić swoje leki i rozeszli się do swoich pokoi. Ogarnął kilka rzuconych na podłogę koszulek, by Milo czasem nie potknął się o żadną podczas drogi od drzwi do łóżka, poprzekładał poduszki, podrzucając jedną bliżej ściany wedle życzenia, a na koniec sam przebrał się z ciuchów ochlapanych pomidorówką w spodnie od dresu i luźny t-shirt robiące mu za piżamę. W międzyczasie skoczył jeszcze po dwa kubki herbaty i ogarnął w kuchni na tyle, by reszta tarty wylądowała bezpiecznie w lodówce, a naczynia w zlewie, dopiero po tym spotykając się z Riverą w progu swojego pokoju. Przepuścił go przodem, odstawił oba kubki na stolik nocny po swojej stronie łóżka, na które za chwilę się wgramolili.
- Jakbyś czegokolwiek potrzebował, obudź mnie w każdym momencie. Nawet jakbym miał z tobą po prostu posiedzieć - zachęcił mężczyznę podczas spełniania swojego zadania w formie owijania go od stóp po szyję we własną, puchatą kołdrę zimową. Dopiero po tym przykrył ich drugą i wygasił resztę świateł by po godzinie niespokojnej gonitwy myśli i trzymania Milo na oku, jakby miał wyparować mu sprzed oczu, zapaść w płytki, przerywany sen.
Umówiona data spotkania nadeszła po tygodniu wypchanym nerwami, wątpliwościami i mentalnymi przygotowaniami. Dylan nie zamierzał wycofywać się z wywalczonej możliwości uczestnictwa w niecodziennym wydarzeniu, trzymając się blisko Milo, upewniając się, że wciąż chce doprowadzić to do końca i gotowy w razie potrzeby otrzepać z kurzu swojego nieużywanego, prawego sierpowego. Wszystko to okazało się jednak zbędne. Im dalej po tarczy zegara poruszała się wskazówka, tym bardziej malało przekonanie, że ktokolwiek ich tego dnia odwiedzi. Oparty plecami o framugę w wejściu do salonu Dylan zerknął w stronę drzwi wejściowych, a później na swoją personalną kulkę nerwów, gryząc się z wypowiedzeniem na głos tego, co zapewne oboje w tym momencie myśleli.
- I wciąż ani słowa? - dopytał spokojnie, jakby prosił o sprawdzenie pogody za oknem podczas nieustającej ulewy, chociaż wewnętrznie zaczynało się w nim gotować. Całe to zamieszanie, wejście z butami w życie Milo, poturbowanie go zarówno fizycznie, jak i psychicznie, wszystko by doprowadzić do tego momentu i finalnie przegapić dogadaną godzinę spotkania. Jeśli Dylan miałby cokolwiek do powiedzenia, uznałby to za dostateczne wykroczenie by raz a dobrze odciąć człowieka wraz z całą rodziną ze swojego życia, jednak w tym momencie nie chodziło o jego rodzeństwo, ani o jego opinię w temacie. Darując sobie nieproszone komentarze i rady, dał Riverze zadecydować co zamierzał teraz zrobić i zerkając na niego kontrolnie by sprawdzić jak obrót spraw tak właściwie na niego wpływał.
Milo Rivera