-
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Joel Delaney Prince Williams
-
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Marszcząc brwi podnosił się ze śniegu, ale wtedy zobaczył, jak Prince’a również zalicza glebę i jakby trochę mu przeszło. Parsknął śmiechem, otrzepał z grubsza swoje spodnie i zaraz podszedł do przyjaciela, podając mu rękę.
- Jak ty stary wytrzymasz bez tego syfu - pokręcił z rozbawieniem głową i gdy Williams stał już na nogach, spojrzał w stronę Alexa, który rozpoczął dramatyczną próbuję przywołania psa.
- Co miałem niby zrobić? Złapać się zębami za jego ogon? - prychnął w reakcji na zdenerwowany ton głosu Alexa. Tak, nie poczuwał się do winy, bo nic by się takiego nie wydarzyło, gdyby Prince nie postanowił wpierdolić się na jego miejsce z przodu, tylko nadal grzecznie siedział na tylnej kanapie i pozwalał się gwałcić. Postanowił jednak nie dolewać oliwy do ognia i zamknął na moment mordę, patrząc w kierunku, w którym pobiegł pies. Po słowach Hall’a upewnił się w swoich przypuszczeniach, że nie ma szansy na dalszą podróż bez psa i westchnął ciężko.
- No co się rzucasz? Przecież zaraz go znajdziemy - odpowiedział, ale wcale mu się to oczywiście nie uśmiechało. Jeszcze to białe gówno zaczęło padać, osiadając na ciemnych loczkach Delaneya, z czego też nie był szczególnie zadowolony.
- Ty, ale się wkurwił - powiedział pod nosem, szturchając Prince’a łokciem. Nie czekał jednak na jego odpowiedź, a zaraz poszedł w stronę lasu. Ostrożnie, żeby znowu się nie wypierdolić.
- To jak on się w końcu nazywa do chuja? Monster czy CIPSON, bo nie reaguje na żadne z nich - powiedział z poirytowaniem, zatrzymując się tuż przed pierwszymi drzewami i biorąc się pod boki.
- Taki miał być wyszkolony, a tylko poczuł wolność i ma wszystko w dupie! - dodał, bardziej nawet do siebie niżeli do swoich towarzyszy niedoli. - CIPSON! CIPSON! Nie no kurwa, przecież tu jest najebane śniegu po kolana - wskazał przed siebie ręką. I co? Niby on miał w nim brodzić w swoich DROGICH, LIMITOWANY JORDANACH? No chyba żart.
Prince Williams Alexander Hall
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiShe/hertyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzyszłypostaćautor
— Delaney jest jakimś marnym pikachu, a ja charizardem — taa, bo najlepszym kompanem w starciach z psem okazał się ten kumpel, którego pies chciał zgwałcić. Nie ma za dobra zabawa — nie przepuściłbym go z moją samarką, ja mam honor! — i nieodpartą chęć naćpania się na miejscu z ludźmi, którzy nie będą go oceniali. Musiał przetrawić w głowie kobiety, otaczające go w ciągu ostatniego czasu. Praktycznie wszystkie doprowadzały go do szału. Uwielbiał, kiedy były prawdziwymi wojowniczkami z tą iskrą w oczach.
— Nie wytrzymam. — mruknął, robiąc podkówkę. Nie wyobrażał sobie takiego wyjazdu na trzeźwo. Chciał móc się bawić z kumplami, zapomnieć o wszystkim co działo się dookoła. Zobaczyć przeróżne kolory, a może tęczę? Jakoś musiał zagłuszyć ich marudzenie.
— Już nie będzie miał dojścia do cipek — parsknął Prince, szturchając łokciem Joela — wiesz, to takiej twarzy nie dostaje się za darmo — nie mógł się powstrzymać przed tym komentarzem. Wszyscy byli zjebami. Nie wiedział, który jest gorszy od drugiego. Zawsze budowało to mu sposób bycia. Westchnął cicho i uniósł wysoko jedną brew. Monster, Cipek, Cipson? No nie brzmiało, jakby miał na imię Potwór.
— Cipek? — dopytał, unosząc jedną ze swoich brwi i zaraz parsknął śmiechem na jego groźbę — już nie pierdol, że własny pies się Ciebie nie słucha — strzelił brązowymi tęczówkami, kręcąc przy tym głową. Widocznie ktoś nie odrobił lekcji przywołania, a nauczył niepotrzebnych komend jak poszukiwanie cipek.
— NIECH BĘDZIE — westchnął ciężko — pies ćpun. Powinien być mój — mruknął, bo skoro jaki właściciel, taki pies, to równanie było zdecydowanie łatwe. Cipson powinien zostać jego wiernym towarzyszem. Może dogadaliby się ze sobą? Jeśli skończyłby go gwałcić.
— CIP, CIP, CIPEEEEEEK!!! — krzyknął na całe gardło i kontynuował — dam ci jakąś CIPKĘ — przecież własnej mu nie odda, prawda? Miał w sobie honor, jeszcze sobie nie przyćpał — ODPISZEMY DO JAKIEJŚ ŁADNEJ NIUNI — rozglądał się biedny. Nowe buty, dupa mokra. Dobrze, że spadł na biały śnieg, a nie w jakieś błoto. Wtedy wyglądałby, jakby miał jakąś biegunkę, czy inne gówno.
— Ej, tam było coś czarnego!! — krzyknął, unosząc rękę — komuś fajeczki? — bo tak, misja ratunkowa według niego powinna odbywać się w totalnym chilloucie.
-
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Joel Delaney
Prince Williams
-
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Ja pierdolę, na co mi to było. Trzeba było ogarnąć sobie ładną brunetkę i siedzieć z nią teraz w jacuzzi, a nie... - złapał za jakiś potężny kawał kija i zaczął ciągnąć, próbując go wyszarpać z plątaniny innych gałęzi - łazić po jakimś zjebanym lesie za psem - dokończył i aż się cofnął o kilka kroków, gdy wreszcie mu się udało. Popatrzył na swoją zdobycz, odłamał kilka mniejszych gałązek i ruszył śladami chłopaków, sprawdzając kijem głębokość śniegu przed sobą. Wziął sobie do serca ratowanie swoich pięknych butów i nie zamierzał dopuścić do sytuacji, w której śnieg wsypałby mu się górą.
Bardzo się na tym skupił, pewnie nawet bardziej, niżeli na szukaniu psa i dogonił kumpli w momencie, gdy zrobili sobie krótką przerwę na papierosa.
- Naaaah - żachnął się w ramach odpowiedzi na propozycję fajeczki, bo nie zamierzał sobie zapychać płuc tym świństwem. Jakby nie patrzeć, potrzebował ich, by zarabiać hajs. Jednocześnie zmrużył lekko oczy i zaczął wpatrywać się w miejsce wskazane przez Prince'a, ale absolutnie nic tam nie widział poza śniegiem.
- Świetny pomysł, daj znać jak tam - zaaprobował słowa Alexa o sprawdzeniu krzaków, bo ni chuja mu się nie uśmiechało tam iść, więc postanowił być mental supportem. Długo się nie nacieszył, bo do jego uszu dotarło ty złodzieju, a zaraz coś o szopie i jakimś pierdoleniu. Ze zdezorientowaniem popatrzył na Prince'a, po czym ruszył w stronę Alexa, wykorzystując ślady, które zostawił w śniegu. W międzyczasie szop wykonał rzut za 3 prosto w twarz Hall'a samarką, a Joel niekontrolowanie parsknął śmiechem. Istny kabaret. Zatrzymał się tuż za Alexem, marszcząc nos i spoglądając nad jego ramieniem na paskudę siedzącą w krzaku.
- Nie lubię szopów. Mówię wam, one wiedzą więcej, niż nam się wydaje. A ten jest jeszcze wyćpany - powiedział, obserwując jak zwierzak syczy i szczerzy ostre ząbki. No, nie wyglądał na zadowolonego i to był ten moment, którym Joel chciał zaproponować odwrót, ale szop zrobił szybki ruch do przodu, atakując nogę Alexa. W tym samym momencie Delaney przypomniał sobie o swoim zajebistym kiju i wbił go w śnieg tuż przed zwierzakiem, zagradzając mu drogę. Mała bestia, lekko zdziwiona, cofnęła się o krok, co Joel postanowił wykorzystać. Wyciągnął swój magiczny kostur ze śniegu i zaczął nim merdać tuż przed ryjem zwierzaka, zmuszając go do cofania się.
- No już, sio! sio! Wracaj do nory, czy skądkolwiek tam wypełzłeś - i faktycznie to działało! Przez moment, bo zaraz szop, który najwyraźniej stwierdził, że nie ma już nic do stracenia, to jest jego las i chuj, zerknął w stronę Prince'a i zaraz rzucił się biegiem w jego kierunku.
- O kurwa... - Joel uskoczył w bok, dostając mini zawału serca, bo już był pewien, że ta szarża to na niego. Trochę mu ulżyło, gdy się jednak okazało, że pobiegł upierdolić Williamsa... - Prince! Spierdaaaaaaalaaaaaj - wydarł się, chcąc go trochę zmotywować. No nie uśmiechało mu się jeszcze jechać dzisiaj do szpitala z pogryzieniem po jebniętym szopie. No i znowu przypomniał sobie o kiju, a przecież ziomkowi trzeba jakoś pomóc.
- Łaaaap kijaaa! - złapał go jak dzidę i zaraz rzucił w stronę Prince'a, żeby dać mu jakieś możliwości obrony. Co prawda chyba trochę za mocno, prawie jakby chciał go nim ustrzelić, ale chciał dobrze, okej? Liczą się chęci.
Prince Williams Alexander Hall
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiShe/hertyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzyszłypostaćautor
— Już nie księżniczkuj, Delaney — mruknął Williams, przemierzając zasypy śnieżne. Jak tak dalej pójdzie to dresy, będzie miał całe mokre. Zaraz zaśmiał się cicho pod nosem — to ja tu od tego jestem — imię zobowiązywało, a jednak największą księżniczką wydawał się Joel. Czy to czas na zmianę imienia? Powinien solidnie się nad tym zastanowić, coraz bardziej bawiła go cała sytuacja. Pies postanowił się naćpać. Nie dość, że lubił cipki, to jeszcze narkotyki. Wykapany Prince. Może to było swego rodzaju bliźniacze dusze?
— To jakie jest jego imię? — zagadnął Prince, unosząc ku górze jedną ze swoich brwi. Cipek, Cipson, czy Monster. Ta kwestia wymagała sporego wyjaśnienia. Nie dałaby mu spać po nocach, a przecież potrafił być naprawdę bardzo uparty.
— No masz — mruknął do Hall'a i odpalił mu peta lewą ręką. Nigdy nie oddałby mu zapalniczki. Tu warto powiedzieć jedno piękne określenie. Prawą ręką zapala się przyjacielowi, a lewą dziwce. Zaciągnął się mocno papierosem, wyglądając, jak po spędzeniu całego dnia w kołchozie. Jedyne co go obchodziło to samarka. Niby miał jeszcze dwie, ale każda z nich była przeznaczona na JEDEN dzień.
— Jasne — rzucił, kiedy Alex poszedł w krzaki. Mógł poszukiwać w nich psiaka, on za to palił sobie szluga. Jakoś musiał wytrwać w obawie o własną samarkę. Aż zastanawiał się, czy Cipek faktycznie jest narkomanem. Wtedy zabrałby go Hall'owi. To byłby idealny duet.
— JAK TO?! — bo wcale ten szop, go nie obchodził. Dopiero kiedy usłyszał o ćpaniu szopa, to cały się obruszył — nawet Cipcia nie jest odpowiedzialna w waszym duecie — koniec pięknej przyjaźni z Cipkiem. Teraz to co najwyżej może mu otworzyć drzwi do kolejnej wycieczki.
— Jeszcze nie brałem, ale to halucynacje — stwierdził, mrużąc oczy. Aż musiał je przetrzeć, zwłaszcza kiedy zobaczył atak na Halla i próby obrony przez Delaneya. Jak tak dalej pójdzie, to się zesika ze śmiechu. Ta wycieczka bez prochów wydawała się mu coraz bardziej ciekawa.
— Nie wierzę — nie mógł przerwać salwy głośnego śmiechu — sio, sio. A ty co? Córeczka influencera? — może Joel powinien zostać Majeczką od Friza. Brakowało jeszcze tupania, a zamiast łopaty dzierżył kij.
— Kurwa — mruknął, kiedy szop ich wyminął. Tyle z tego wyjazdu prawie chwycił za kija, ale dostał nim prosto w łepetynę — CIIIIPSON, ATTAAAAAACK!!! — krzyknął głośno Williams, licząc, że pojawi się prawdziwa bestia. Prawie jakby został trenerem pokemonów, bo wtedy pojawia się czarna bestia i zaczyna się walka tytanów. Chociaż Cipek może jednak był Potworem? Warknął, szczeknął i uratował
— Jednak go lubię, dobry piesek — mruknął, chwytając psa za obrożę. Szybko podniósł go ku górze. Z ujebaną nogą Alex nie będzie mógł iść daleko... byle mógł ich zawieźć do domku — ja biorę psa, a ty nową księżniczkę w towarzystwie — zarządził Prince Polo i ruszył w kierunku samochodu.
-
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Joel Delaney Prince Williams Dallas Jensen
-
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zaraz pojawił się Cipek, szop obsrał się ze strachu i spierdolił w krzaki. Byli uratowani.
- Spierdalaj, Prince - mruknął, bo bycie księżniczką godziło w jego ego. Odrzucił również pomocną rękę Alexa, bo on tutaj nie da się z siebie naśmiewać i sam wróci do samochodu. Nawet, jeśli nie miał już kija do pomocy. Wszystko na nic, wszystko! Marzył już o tym, by wejść do domku, przykleić się do kominka, albo chociaż jakiegoś grzejnika i napić się whisky. Nawet może przy tym miziać Cipka, a co! Niech ma! W końcu uratował ich od wściekniętego szopa. No, piękna to była wizja, ale wtedy okazało się, że kluczyki do auta zaginęły i czar prysł.
- Nieeee nooo, nie gadaj nawet - jęknął żałośnie Joel, ze zrezygnowaniem patrząc, jak Hall oklepuje się po ciele. Był wtedy niemalże pewien, że utknęli w tym cholernym lesie na dłużej, ale NA SZCZĘŚCIE się mylił. Westchnął z ulgą i ruszył za ziomkami w stronę samochodu, dalszym ciągu skupiając się na tym, by uratować drogie kicksy przed śniegiem.
Gdy zaczęli zbliżać się do samochodu, Joel zaczął myśleć nad tym, jak wpierdolić się na przód przed Princem, ale wtedy Alex wpuścił tam psa. No tak, na tym fotelu brakowało tylko brudu z psich łap. Napewno świetnie się wkomponował w to rozlane piwo.
- Że co? Pies z przodu a my mamy się cisnąć z tyłu jak jakieś sardynki? - popatrzył na merdającego ogonem Monstera. Machnął jednak na to ręką i władował się na tylną kanapę, bo nawet nie chciało mu się już dyskutować. Musiał siąść trochę pod ukosem, bo kolana mu się nie mieściły.
- Tylko mnie z przyzwyczajenia nie złap za kolano - zażartował do Prince'a i chyba nawet poczuł ulgę, gdy samochód ruszył, wszyscy byli na pokładzie i zostało im ostatnie trzydzieści minut drogi do domku. Trochę nucił piosenki lecące w radiu, trochę patrzył za okno i WRESZCIE dojechali.
- O, Dallas już jest - zauważył, widząc zaparkowany samochód. Wypadł z fury Alexa tak szybko, jak tylko było to możliwe i prawie znowu się wyjebał, bo zdrętwiała mu noga.
- Stary, nie uwierzysz co nam się przydarzyło! Cipek ukradł Prince'owi dragi, które wpierdolił dziki szop, który potem próbował upierdolić Alexa i Prince'a! - powiedział na przywitanie, nawet nie zdając sobie sprawy, jak absurdalnie to wszystko brzmiało.
Dallas Jensen Prince Williams Alexander Hall
-
and this line ties me to this place
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Widząc ich w końcu, od razu rozłożył ramiona.- No ile można na was czekać?- rzucił rozbawiony, bo prezentowali się tak, jakby właśnie odwalili misję życia. Zgarnął ich po kolei w krótkie uściski, klepnął po plecach, a potem przeniósł wzrok na psa, wsłuchując się w słowa Joela z coraz wyraźniejszym rozbawieniem. Uniósł brew.- Cipek? - rzucił, zerkając na nich skonfundowany.- Cholera, nie podrzucajcie głodnemu takich rzeczy na myśl. Już nawet nie pamiętam, kiedy ostatnią widziałem z bliska. - Nonszalancko się uśmiechnął. - I know, I know. Unbelievable. - No tak, bo przecież Dallas bez głowy między nogami jakiejś laski to nie byłby Dallas.- Przyniosłem piwerko - wskazał głową na zgrzewki, śmiejąc się pod nosem.- Muszę wam opowiedzieć, co się odpierdala na meczach.- Westchnął tylko, kierując się do drzwi. Po chwili schylił się po piwa i porozdawał każdemu po zgrzewce.- Odkąd wypuścili to całe show o hokeistach, Heated Rivalry czy jak to się tam nazywa, na trybunach pełno jest nastolatek, które drą się do mnie jakieś Hollander!- Zmarszczył brwi.- Kim do chuja jasnego jest Hollander?!- Zerknął na Cipka, schylił się i go pogłaskał za uchem.- Dobra, otwierajcie to i opowiadajcie, co to za misję rodem z Jumanji odjebaliście i dlaczego nie byłem na nią zaproszony, eh?
księciunio alex basketboy