27 y/o
PSUJ TROFEOWY
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Prince! On ma twoją samarkę! Ha! Żeee cooo? Alex szybko odwrócił się w stronę tylnej kanapy, zaalarmowany przez wrzaski chłopaków i powarkiwania Monstera, który stał dumnie na siedzeniu, a z jego pyska zwisał charakterystyczny, foliowy woreczek. - Nie wierzę - wydusił i zaczął się śmiać, widząc minę Prince’a. Zaraz jednak spoważniał, bo gdyby psiakowi udało się przegryźć woreczek, mieliby tutaj psa na haju, a tego wolałby uniknąć. Słyszał, że psy widziały w czerni i bieli, więc ciekawe, czy od… tego, co cokolwiek Prince miał w tej samarce, Pies zacząłby widzieć na kolorowo? Może zamiast gonić wiewiórki, nagle zacząłby z nimi debatować o sensie istnienia albo próbowałby zaprzyjaźnić się z drzewem? Chociaż bardziej brzmiało jak naćpany Alex niż Pies. - Dobra, zabierz mu to, zanim się ućpie - wydał polecenie Joelowi i wyciągnął rękę w stronę tylnego siedzenia, aby przytrzymać Psa i ułatwić kumplowi zadanie. Pies nie zamierzał jednak współpracować, bo przecisnął się przez Delaneya, niemal taranując go w drzwiach, i z radosnym szczeknięciem wyskoczył z auta prosto w śnieg. Kiedy Prince wydarł się tym swoim "Delaney, wybieram cię!", Alex puknął się palcem w czoło. - Kurwa, gdyby to był pojedynek pokemonów, to właśnie straciłbyś swojego startera - rzucił, kątem oka obserwując, jak Joel desperacko próbuje złapać uciekającego psa za obrożę. Miał nadzieję, że kumpel jest na tyle ogarnięty, że złapie Monstera i zaprowadzi go z powrotem do auta, ale bardzo szybko okazało się, że nadzieja matką głupich, bo oczywiście, że Joel wziął i się wyjebał, bo włożył jakieś niedojebane buty dla normików, mimo że mieszkali w Kanadzie i powinien wiedzieć, jakie buty się tutaj nosiło, do chuja! Monster tymczasem, z dumnie uniesionym ogonem i samarką w pysku, galopował już w stronę lasu, ewidentnie świętując swoje zwycięstwo. - No i co? Monster: jeden, Delaney: zero - warknął pod nosem. A mówił! Uprzedzał! UWAŻAJCIE NA PSA (czy coś takiego). Pierwszy raz w życiu to on ostrzegał przed konsekwencjami i koledzy akurat wtedy mieli wypierdolone! Wyjął kluczyki ze stacyjki, wysiadł i zamknął auto, po czym gwizdnął przeciągle dwoma palcami. - Monster! Pies! Cipek! CIPSON! Do mnie, do jasnej cholery! - zawołał, ale psisko już zniknęło między drzewami. Miał go w dupie, ha-ha. - Kurwa, mówiłem, że macie uważać na psa! - zwrócił się do swoich kumpli debili. Bez słowa zaczął iść w stronę lasu, kątem oka widząc, że Prince też zaliczył glebę. - No i pięknie. Dwóch inwalidów i pies na haju. Wyjazd marzeń, kurwa - rzucił pod nosem i zarzucił kaptur na łeb, bo na dodatek zaczął sypać śnieg, ja jebie. Przystanął na moment na skraju lasu, patrząc z politowaniem na kumpli, którzy wciąż walczyli z grawitacją. - Bez niego nie jadę. Albo ruszacie te poobijane dupy i idziecie szukać ze mną tego ćpuna, albo zostajecie tu i czekacie - powiedział, wkładając ręce do kieszeni. Wkurwił się, no.

Joel Delaney Prince Williams
isiek
wszystko git jest
29 y/o
For good luck!
198 cm
niski skrzydłowy w Toronto Raptors
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Pewnie by go rozbawiły krzyki Price’a, ale w rzeczywistości Joel wcale się na nich nie skupiał, próbując zabrać zwierzakowi samarkę z mordy. I na nic zdała się pomoc Alexa, bo Monster stwierdził, że się nie będzie tutaj z nimi pierdolił i dał nura pod pachą Delaneya. A ta gleba chwilę później to jeszcze dodatkowo wytrąciła go z równowagi i szczerze powiedziawszy, na moment przestał go obchodzić i pies i narkotyki, które ukradł. Przecież wcale się nie prosił, żeby Alex go ze sobą zabierał i tak samo nie kazał Williamsowi zostawiać woreczka na tylnej kanapie, a teraz nagle wina spadła na niego. Niech to dunder świśnie!
Marszcząc brwi podnosił się ze śniegu, ale wtedy zobaczył, jak Prince’a również zalicza glebę i jakby trochę mu przeszło. Parsknął śmiechem, otrzepał z grubsza swoje spodnie i zaraz podszedł do przyjaciela, podając mu rękę.
- Jak ty stary wytrzymasz bez tego syfu - pokręcił z rozbawieniem głową i gdy Williams stał już na nogach, spojrzał w stronę Alexa, który rozpoczął dramatyczną próbuję przywołania psa.
- Co miałem niby zrobić? Złapać się zębami za jego ogon? - prychnął w reakcji na zdenerwowany ton głosu Alexa. Tak, nie poczuwał się do winy, bo nic by się takiego nie wydarzyło, gdyby Prince nie postanowił wpierdolić się na jego miejsce z przodu, tylko nadal grzecznie siedział na tylnej kanapie i pozwalał się gwałcić. Postanowił jednak nie dolewać oliwy do ognia i zamknął na moment mordę, patrząc w kierunku, w którym pobiegł pies. Po słowach Hall’a upewnił się w swoich przypuszczeniach, że nie ma szansy na dalszą podróż bez psa i westchnął ciężko.
- No co się rzucasz? Przecież zaraz go znajdziemy - odpowiedział, ale wcale mu się to oczywiście nie uśmiechało. Jeszcze to białe gówno zaczęło padać, osiadając na ciemnych loczkach Delaneya, z czego też nie był szczególnie zadowolony.
- Ty, ale się wkurwił - powiedział pod nosem, szturchając Prince’a łokciem. Nie czekał jednak na jego odpowiedź, a zaraz poszedł w stronę lasu. Ostrożnie, żeby znowu się nie wypierdolić.
- To jak on się w końcu nazywa do chuja? Monster czy CIPSON, bo nie reaguje na żadne z nich - powiedział z poirytowaniem, zatrzymując się tuż przed pierwszymi drzewami i biorąc się pod boki. :bruh:
- Taki miał być wyszkolony, a tylko poczuł wolność i ma wszystko w dupie! - dodał, bardziej nawet do siebie niżeli do swoich towarzyszy niedoli. - CIPSON! CIPSON! Nie no kurwa, przecież tu jest najebane śniegu po kolana - wskazał przed siebie ręką. I co? Niby on miał w nim brodzić w swoich DROGICH, LIMITOWANY JORDANACH? No chyba żart.

Prince Williams Alexander Hall
27 y/o
For good luck!
188 cm
Raper we własnej wytwórni
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiShe/her
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzyszły
postać
autor

Joel Delaney, Alexander Hall

Delaney jest jakimś marnym pikachu, a ja charizardem — taa, bo najlepszym kompanem w starciach z psem okazał się ten kumpel, którego pies chciał zgwałcić. Nie ma za dobra zabawa — nie przepuściłbym go z moją samarką, ja mam honor! — i nieodpartą chęć naćpania się na miejscu z ludźmi, którzy nie będą go oceniali. Musiał przetrawić w głowie kobiety, otaczające go w ciągu ostatniego czasu. Praktycznie wszystkie doprowadzały go do szału. Uwielbiał, kiedy były prawdziwymi wojowniczkami z tą iskrą w oczach.
Nie wytrzymam. — mruknął, robiąc podkówkę. Nie wyobrażał sobie takiego wyjazdu na trzeźwo. Chciał móc się bawić z kumplami, zapomnieć o wszystkim co działo się dookoła. Zobaczyć przeróżne kolory, a może tęczę? Jakoś musiał zagłuszyć ich marudzenie.
Już nie będzie miał dojścia do cipek — parsknął Prince, szturchając łokciem Joela — wiesz, to takiej twarzy nie dostaje się za darmo — nie mógł się powstrzymać przed tym komentarzem. Wszyscy byli zjebami. Nie wiedział, który jest gorszy od drugiego. Zawsze budowało to mu sposób bycia. Westchnął cicho i uniósł wysoko jedną brew. Monster, Cipek, Cipson? No nie brzmiało, jakby miał na imię Potwór.
Cipek? — dopytał, unosząc jedną ze swoich brwi i zaraz parsknął śmiechem na jego groźbę — już nie pierdol, że własny pies się Ciebie nie słucha — strzelił brązowymi tęczówkami, kręcąc przy tym głową. Widocznie ktoś nie odrobił lekcji przywołania, a nauczył niepotrzebnych komend jak poszukiwanie cipek.
NIECH BĘDZIE — westchnął ciężko — pies ćpun. Powinien być mój — mruknął, bo skoro jaki właściciel, taki pies, to równanie było zdecydowanie łatwe. Cipson powinien zostać jego wiernym towarzyszem. Może dogadaliby się ze sobą? Jeśli skończyłby go gwałcić.
CIP, CIP, CIPEEEEEEK!!! — krzyknął na całe gardło i kontynuował — dam ci jakąś CIPKĘ — przecież własnej mu nie odda, prawda? Miał w sobie honor, jeszcze sobie nie przyćpał — ODPISZEMY DO JAKIEJŚ ŁADNEJ NIUNI — rozglądał się biedny. Nowe buty, dupa mokra. Dobrze, że spadł na biały śnieg, a nie w jakieś błoto. Wtedy wyglądałby, jakby miał jakąś biegunkę, czy inne gówno.
Ej, tam było coś czarnego!! — krzyknął, unosząc rękę — komuś fajeczki? — bo tak, misja ratunkowa według niego powinna odbywać się w totalnym chilloucie.
27 y/o
PSUJ TROFEOWY
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Erza na pewno nazwałaby go nierozsądnym psim rodzicem - widział w głowie, jak wymachiwała rudymi kosmykami i prawiła mu litanię o bezpieczeństwie czworonogów. A gdyby dowiedziała się o narkotykach?! Pewnie odebrałaby mu Cipka i załatwiła dożywotni zakaz posiadania jakiegokolwiek psa. Alex szedł teraz wkurwiony przez las, a podeszwy zatapiały mu się w miękkim śniegu. Nigdzie nie widział śladów łap i zaczynało go to niepokoić - albo szli w złym kierunku, albo padający śnieg zdążył je już przykryć. No co się rzucasz? Przecież zaraz go znajdziemy. Alex powoli zaczynał w to wątpić. Erza go zajebie. Zaufała mu, dała mu Psa, a on go zgubił. Ja jebe. - Hmpfmf - mruknął w odpowiedzi pod nosem. Nadepnął właśnie na jakąś gałązkę i rozległ się donośny trzask. Zatrzymał się i nadstawił uszu, próbując usłyszeć cokolwiek, co nie byłoby głosami jego kolegów - może Cipson przedzierał się właśnie przez jakieś krzaczory? To jak on się w końcu nazywa do chuja? Monster czy CIPSON, bo nie reaguje na żadne z nich. Alex przewrócił oczami i machnął ręką. - Może ma kryzys tożsamości, stary, weź, daj mu żyć - powiedział i zrobił kolejny krok przed siebie, niemal potykając się o wystający korzeń. Przeklął siarczyście pod nosem akurat w momencie, gdy Prince pierdolił coś o cipkach i niuniach, ale nie chciało mu się tego komentować. Zwłaszcza, że próbował teraz wymyślić wymówkę, dlaczego zgubił Psa. Czy perspektywa zostania dilerem wśród wiewiórek była wystarczająco przekonująca? Cholera, cholera, cholera... Zatrzymał się, gdy Prince wrzasnął o czymś czarnym i zaproponował fajki. Przeniósł wzrok na krzaki, w których Williams niby się czegoś dopatrzył, ale Hall nic nie dostrzegł. - Daj mi jedną - zażądał, po czym cierpliwie zaczekał, aż kumpel wysunie szluga z paczki, a potem osłonił dłonią płomień zapalniczki przed wiatrem. Zaciągnął się głęboko i wypuścił chmurę dymu, czując, że zaraz po prostu go pojebie. Tak z drugiej strony to nie chodziło tylko o Erzę, dobra? Przez te kilka tygodni zdążył się już przyzwyczaić do obecności wielkiej, czarnej kupy futra w swoim mieszkaniu i perspektywa pozostawienia go samego w lesie była w chuj smutna. - Idę sprawdzić tamte krzaki - mruknął i ruszył w kierunku krzaków, które kilka sekund wcześniej wskazał Prince. Brnął przez śnieg, trzymając papierosa w kąciku ust i mrużąc oczy przed sypiącym puchem. Zatrzymał się metr przed krzaczkiem. Coś tam faktycznie było - czarne, puszyste i podejrzanie ruchliwe. Alex nachylił się, mrużąc oczy, gotowy na radosne szczeknięcie Monstera, ale zamiast tego usłyszał dziwny syk. W samym środku krzaka, na kupce śniegu, siedział… ogromny, tłusty szop pracz, a w łapkach trzymał pustą samarkę Prince’a. - Ty złodzieju - rzucił Alex, kompletnie zbity z pantałyku. - Szop właśnie opierdolił twój towar, Prince! - dodał, odwracając głowę od szopa dosłownie na moment. W tym czasie szop wydał z siebie kolejny syk, obnażył ostre ząbki i... rzucił pustym woreczkiem prosto w twarz Alexa. - Ej, on we mnie rzucił, widzieliście?! - wrzasnął Alex, odskakując w tył, gdy szop akurat próbował dziabnąć go w buta.

Joel Delaney
Prince Williams
isiek
wszystko git jest
29 y/o
For good luck!
198 cm
niski skrzydłowy w Toronto Raptors
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

No nie był zadowolony z tego, że kumple nie załapali jego aluzji, że absolutnie nie opłaca się do tego lasu wchodzić. Właściwie, to całkowicie go zignorowali i poszli przodem, zostawiając Joela trochę z tyłu.
- Ja pierdolę, na co mi to było. Trzeba było ogarnąć sobie ładną brunetkę i siedzieć z nią teraz w jacuzzi, a nie... - złapał za jakiś potężny kawał kija i zaczął ciągnąć, próbując go wyszarpać z plątaniny innych gałęzi - łazić po jakimś zjebanym lesie za psem - dokończył i aż się cofnął o kilka kroków, gdy wreszcie mu się udało. Popatrzył na swoją zdobycz, odłamał kilka mniejszych gałązek i ruszył śladami chłopaków, sprawdzając kijem głębokość śniegu przed sobą. Wziął sobie do serca ratowanie swoich pięknych butów i nie zamierzał dopuścić do sytuacji, w której śnieg wsypałby mu się górą.
Bardzo się na tym skupił, pewnie nawet bardziej, niżeli na szukaniu psa i dogonił kumpli w momencie, gdy zrobili sobie krótką przerwę na papierosa.
- Naaaah - żachnął się w ramach odpowiedzi na propozycję fajeczki, bo nie zamierzał sobie zapychać płuc tym świństwem. Jakby nie patrzeć, potrzebował ich, by zarabiać hajs. Jednocześnie zmrużył lekko oczy i zaczął wpatrywać się w miejsce wskazane przez Prince'a, ale absolutnie nic tam nie widział poza śniegiem.
- Świetny pomysł, daj znać jak tam - zaaprobował słowa Alexa o sprawdzeniu krzaków, bo ni chuja mu się nie uśmiechało tam iść, więc postanowił być mental supportem. Długo się nie nacieszył, bo do jego uszu dotarło ty złodzieju, a zaraz coś o szopie i jakimś pierdoleniu. Ze zdezorientowaniem popatrzył na Prince'a, po czym ruszył w stronę Alexa, wykorzystując ślady, które zostawił w śniegu. W międzyczasie szop wykonał rzut za 3 prosto w twarz Hall'a samarką, a Joel niekontrolowanie parsknął śmiechem. Istny kabaret. Zatrzymał się tuż za Alexem, marszcząc nos i spoglądając nad jego ramieniem na paskudę siedzącą w krzaku.
- Nie lubię szopów. Mówię wam, one wiedzą więcej, niż nam się wydaje. A ten jest jeszcze wyćpany - powiedział, obserwując jak zwierzak syczy i szczerzy ostre ząbki. No, nie wyglądał na zadowolonego i to był ten moment, którym Joel chciał zaproponować odwrót, ale szop zrobił szybki ruch do przodu, atakując nogę Alexa. W tym samym momencie Delaney przypomniał sobie o swoim zajebistym kiju i wbił go w śnieg tuż przed zwierzakiem, zagradzając mu drogę. Mała bestia, lekko zdziwiona, cofnęła się o krok, co Joel postanowił wykorzystać. Wyciągnął swój magiczny kostur ze śniegu i zaczął nim merdać tuż przed ryjem zwierzaka, zmuszając go do cofania się.
- No już, sio! sio! Wracaj do nory, czy skądkolwiek tam wypełzłeś - i faktycznie to działało! Przez moment, bo zaraz szop, który najwyraźniej stwierdził, że nie ma już nic do stracenia, to jest jego las i chuj, zerknął w stronę Prince'a i zaraz rzucił się biegiem w jego kierunku.
- O kurwa... - Joel uskoczył w bok, dostając mini zawału serca, bo już był pewien, że ta szarża to na niego. Trochę mu ulżyło, gdy się jednak okazało, że pobiegł upierdolić Williamsa... - Prince! Spierdaaaaaaalaaaaaj - wydarł się, chcąc go trochę zmotywować. No nie uśmiechało mu się jeszcze jechać dzisiaj do szpitala z pogryzieniem po jebniętym szopie. No i znowu przypomniał sobie o kiju, a przecież ziomkowi trzeba jakoś pomóc.
- Łaaaap kijaaa! - złapał go jak dzidę i zaraz rzucił w stronę Prince'a, żeby dać mu jakieś możliwości obrony. Co prawda chyba trochę za mocno, prawie jakby chciał go nim ustrzelić, ale chciał dobrze, okej? Liczą się chęci.

Prince Williams Alexander Hall
27 y/o
For good luck!
188 cm
Raper we własnej wytwórni
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiShe/her
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzyszły
postać
autor

Joel Delaney, Alexander Hall

Już nie księżniczkuj, Delaney — mruknął Williams, przemierzając zasypy śnieżne. Jak tak dalej pójdzie to dresy, będzie miał całe mokre. Zaraz zaśmiał się cicho pod nosem — to ja tu od tego jestem — imię zobowiązywało, a jednak największą księżniczką wydawał się Joel. Czy to czas na zmianę imienia? Powinien solidnie się nad tym zastanowić, coraz bardziej bawiła go cała sytuacja. Pies postanowił się naćpać. Nie dość, że lubił cipki, to jeszcze narkotyki. Wykapany Prince. Może to było swego rodzaju bliźniacze dusze?
To jakie jest jego imię? — zagadnął Prince, unosząc ku górze jedną ze swoich brwi. Cipek, Cipson, czy Monster. Ta kwestia wymagała sporego wyjaśnienia. Nie dałaby mu spać po nocach, a przecież potrafił być naprawdę bardzo uparty.
No masz — mruknął do Hall'a i odpalił mu peta lewą ręką. Nigdy nie oddałby mu zapalniczki. Tu warto powiedzieć jedno piękne określenie. Prawą ręką zapala się przyjacielowi, a lewą dziwce. Zaciągnął się mocno papierosem, wyglądając, jak po spędzeniu całego dnia w kołchozie. Jedyne co go obchodziło to samarka. Niby miał jeszcze dwie, ale każda z nich była przeznaczona na JEDEN dzień.
Jasne — rzucił, kiedy Alex poszedł w krzaki. Mógł poszukiwać w nich psiaka, on za to palił sobie szluga. Jakoś musiał wytrwać w obawie o własną samarkę. Aż zastanawiał się, czy Cipek faktycznie jest narkomanem. Wtedy zabrałby go Hall'owi. To byłby idealny duet.
JAK TO?! — bo wcale ten szop, go nie obchodził. Dopiero kiedy usłyszał o ćpaniu szopa, to cały się obruszył — nawet Cipcia nie jest odpowiedzialna w waszym duecie — koniec pięknej przyjaźni z Cipkiem. Teraz to co najwyżej może mu otworzyć drzwi do kolejnej wycieczki.
Jeszcze nie brałem, ale to halucynacje — stwierdził, mrużąc oczy. Aż musiał je przetrzeć, zwłaszcza kiedy zobaczył atak na Halla i próby obrony przez Delaneya. Jak tak dalej pójdzie, to się zesika ze śmiechu. Ta wycieczka bez prochów wydawała się mu coraz bardziej ciekawa.
Nie wierzę — nie mógł przerwać salwy głośnego śmiechu — sio, sio. A ty co? Córeczka influencera? — może Joel powinien zostać Majeczką od Friza. Brakowało jeszcze tupania, a zamiast łopaty dzierżył kij.
Kurwa — mruknął, kiedy szop ich wyminął. Tyle z tego wyjazdu prawie chwycił za kija, ale dostał nim prosto w łepetynę — CIIIIPSON, ATTAAAAAACK!!! — krzyknął głośno Williams, licząc, że pojawi się prawdziwa bestia. Prawie jakby został trenerem pokemonów, bo wtedy pojawia się czarna bestia i zaczyna się walka tytanów. Chociaż Cipek może jednak był Potworem? Warknął, szczeknął i uratował swoją cipkę Księcia.
Jednak go lubię, dobry piesek — mruknął, chwytając psa za obrożę. Szybko podniósł go ku górze. Z ujebaną nogą Alex nie będzie mógł iść daleko... byle mógł ich zawieźć do domku — ja biorę psa, a ty nową księżniczkę w towarzystwie — zarządził Prince Polo i ruszył w kierunku samochodu.
27 y/o
PSUJ TROFEOWY
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

JO DUPIA. Nagle zaczęło się dziać wszystko naraz! Po pierwsze, Ten Jebany Szop zdołał dorwać nogę Alexa, złapał za jego dresy ząbkami i szarpnął, skutecznie drąc materiał - na szczęście nie dorwał się do jego skóry, ale ulubione dresy Alexa były do wywalenia! No idziesz do domu, Panie Jebany Szopie! Po drugie, Joel zaczął wywijać kijem jak Gandalf na dopalaczach - nawet próbował obronić Halla, ale chuj z tego wyszedł, bo Jebany Szop był mniejszy i sprytniejszy! Po trzecie, Prince... no, Prince stał sobie z tyłu jak jakaś księżniczka i czekał, aż cała robota będzie zrobiona za niego! JO DUPIA NO! No i pewnie Prince dalej by tak stał, ciesząc mordę jak mała dziewczynka, gdyby Jebany Pan Szop nie ruszył na niego z szarżą! Joel rzucił kijem w Williamsa, Prince dostał nim w łeb, Prince zawołał CIPSON, ATTACK i ni stąd, ni zowąd ukochany PIES Alexa wyskoczył z krzaków i warknął na Jebanego Pana Szopa. No to Szopowi nie zostało nic innego jak spierdolić, nie? No i to by było na tyle, jeśli chodzi o leśne przygody. Skoro Pan Szop był na tyle inteligentny, żeby rzucić samarką prosto w ryj Alexa, to tym bardziej wiedział, że ewakuacja przed Czarną Cipą Bestią jest jedynym słusznym wyjściem. Zagrożenie minęło i wkurwiony Alex w końcu zerknął na swoje rozdarte dresy. Dziura była dość spora, więc świecił łydką jak jakaś ladacznica. - Moje ulubione dresy... Ja jebe - mruknął pod nosem i zmrużył oczy, wlepiając wzrok w Cipsona. Jednak go lubię, dobry piesek. Taaa. - No jak raz się do czegoś przydał. Dobry pieeees - Alex pokiwał głową z uznaniem i pozwolił Prince'owi zaopiekować się Cipsonem. Sam wziął Joela pod ramię, zgodnie z prośbą czy tam rozkazem Williamsa. - Kurwa, chodźmy już stąd, bo się tylko bardziej wkurwię, kurwa - klął jak szewc, prowadząc Delaneya za rączkę, żeby się nie wyjebał w tych swoich lamerskich lanserskich bucikach. Nagle jednak zatrzymał się wpół kroku i zaczął macać się po kieszeniach - gdzie były jego kluczyki do auta? Zaczął klepać się po udach, biodrach, a nawet po klatce piersiowej, jakby kluczyki mogły w magiczny sposób teleportować się pod jego koszulkę. - Kurwa, kurwa, jebane kluczyki - mamrotał pod nosem. Czyżby zgubił je podczas szarpaniny z Panem Jebanym Szopem? Już miał zamiar paść na kolana i zacząć rozgrzebywać śnieg, kiedy kluczyki zabrzęczały pod podszewką kieszeni dresów. Po prostu jego ulubione dresy miały dziurawą kieszeń, HIHI, ALE ZABAWNE, boki zrywać! - Dobra, chuj, mam je - wyciągnął je na wierzch i potrząsnął nimi w powietrzu. - Dobra, ruszamy, bo jak tak dalej pójdzie, to Jensen pocałuje klamkę - mruknął. Dotarcie do auta zajęło im już tylko kilka minut. Otworzył drzwi od strony pasażera i pozwolił Cipkowi wtarabanić się na przód. - Zasłużył, nie? - rzucił pod nosem Alex, patrząc na Cipsona, który merdał ogonem i wyglądał na bardzo dumnego z siebie Pieska. Co z tego, że właśnie zostawił na tapicerce błoto i zeschnięte liście. Zasłużył. - A wy do tyłu, SIO SIO - dodał, wbijając się za kierownicę. Alex odpalił silnik i zerknął na zegarek. - Mamy trzydzieści minut. Od teraz żadnych przystanków, kapiszi? No to świetnie, let's goooo - wcisnął gaz do dechy i zostawili za sobą ten przeklęty las. Odpalił z powrotem radio i rozległy się pierwsze nuty zajebistej piosenki. No i to ma się rozumieć, no! Zajebioza. Tak mogą jechać.

Joel Delaney Prince Williams Dallas Jensen
isiek
wszystko git jest
29 y/o
For good luck!
198 cm
niski skrzydłowy w Toronto Raptors
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Pomyślał o tym, że Prince może nie złapać tego kija dokładnie w momencie, gdy już go rzucił. Nawet lekko się skrzywił, ale było już za późno. Dobrze, że zderzenie z łepetyną nie było mocne i nie zmiotło Williamsa z planszy. Ale by było, gdyby padł im tutaj jak kłoda!
Zaraz pojawił się Cipek, szop obsrał się ze strachu i spierdolił w krzaki. Byli uratowani.
- Spierdalaj, Prince - mruknął, bo bycie księżniczką godziło w jego ego. Odrzucił również pomocną rękę Alexa, bo on tutaj nie da się z siebie naśmiewać i sam wróci do samochodu. Nawet, jeśli nie miał już kija do pomocy. Wszystko na nic, wszystko! Marzył już o tym, by wejść do domku, przykleić się do kominka, albo chociaż jakiegoś grzejnika i napić się whisky. Nawet może przy tym miziać Cipka, a co! Niech ma! W końcu uratował ich od wściekniętego szopa. No, piękna to była wizja, ale wtedy okazało się, że kluczyki do auta zaginęły i czar prysł.
- Nieeee nooo, nie gadaj nawet - jęknął żałośnie Joel, ze zrezygnowaniem patrząc, jak Hall oklepuje się po ciele. Był wtedy niemalże pewien, że utknęli w tym cholernym lesie na dłużej, ale NA SZCZĘŚCIE się mylił. Westchnął z ulgą i ruszył za ziomkami w stronę samochodu, dalszym ciągu skupiając się na tym, by uratować drogie kicksy przed śniegiem.
Gdy zaczęli zbliżać się do samochodu, Joel zaczął myśleć nad tym, jak wpierdolić się na przód przed Princem, ale wtedy Alex wpuścił tam psa. No tak, na tym fotelu brakowało tylko brudu z psich łap. Napewno świetnie się wkomponował w to rozlane piwo.
- Że co? Pies z przodu a my mamy się cisnąć z tyłu jak jakieś sardynki? - popatrzył na merdającego ogonem Monstera. Machnął jednak na to ręką i władował się na tylną kanapę, bo nawet nie chciało mu się już dyskutować. Musiał siąść trochę pod ukosem, bo kolana mu się nie mieściły.
- Tylko mnie z przyzwyczajenia nie złap za kolano - zażartował do Prince'a i chyba nawet poczuł ulgę, gdy samochód ruszył, wszyscy byli na pokładzie i zostało im ostatnie trzydzieści minut drogi do domku. Trochę nucił piosenki lecące w radiu, trochę patrzył za okno i WRESZCIE dojechali.
- O, Dallas już jest - zauważył, widząc zaparkowany samochód. Wypadł z fury Alexa tak szybko, jak tylko było to możliwe i prawie znowu się wyjebał, bo zdrętwiała mu noga.
- Stary, nie uwierzysz co nam się przydarzyło! Cipek ukradł Prince'owi dragi, które wpierdolił dziki szop, który potem próbował upierdolić Alexa i Prince'a! - powiedział na przywitanie, nawet nie zdając sobie sprawy, jak absurdalnie to wszystko brzmiało.

Dallas Jensen Prince Williams Alexander Hall
27 y/o
For good luck!
188 cm
hokeista w Maple Leafs
Awatar użytkownika
and this line ties me to this place
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Maple Leafs. Dallas Jensen. Wciąż wschodząca gwiazda hokeja... koleś, który szczycił się popularnością nie tylko na lodowisku, ale i poza nim, i wcale się z tym nie krył. Do końca sezonu zostało jeszcze jakieś półtora miesiąca, przez co nie miał zbyt wiele czasu, żeby spotykać się ze swoimi najlepszymi kumplami sprzed lat. Jedno w kwestii Jensena było jednak pewne... mógł zachowywać się jak arogancki dupek, ale jeśli chodziło o przyjaciół, a zwłaszcza o tę trójkę świrów, przez których nieraz o mały włos nie wyleciał z drużyny albo nie trafił na okładki tabloidów, zawsze był lojalny. Nawet jeśli byli dokładnie tym typem ludzi, którzy dla beki najchętniej wysmarowaliby go syropem klonowym albo jakimś innym gównem, tak o, for fun. Ale przezorny zawsze ubezpieczony. Czekając już przy drzwiach, wiedział, że jego ziomki coś knuły - coś na bazie Kac Vegas - i miał z tego niemałe FOMO. No bo dlaczego same zajebiste rzeczy działy się bez niego, huh?

Widząc ich w końcu, od razu rozłożył ramiona.- No ile można na was czekać?- rzucił rozbawiony, bo prezentowali się tak, jakby właśnie odwalili misję życia. Zgarnął ich po kolei w krótkie uściski, klepnął po plecach, a potem przeniósł wzrok na psa, wsłuchując się w słowa Joela z coraz wyraźniejszym rozbawieniem. Uniósł brew.- Cipek? - rzucił, zerkając na nich skonfundowany.- Cholera, nie podrzucajcie głodnemu takich rzeczy na myśl. Już nawet nie pamiętam, kiedy ostatnią widziałem z bliska. - Nonszalancko się uśmiechnął. - I know, I know. Unbelievable. - No tak, bo przecież Dallas bez głowy między nogami jakiejś laski to nie byłby Dallas.- Przyniosłem piwerko - wskazał głową na zgrzewki, śmiejąc się pod nosem.- Muszę wam opowiedzieć, co się odpierdala na meczach.- Westchnął tylko, kierując się do drzwi. Po chwili schylił się po piwa i porozdawał każdemu po zgrzewce.- Odkąd wypuścili to całe show o hokeistach, Heated Rivalry czy jak to się tam nazywa, na trybunach pełno jest nastolatek, które drą się do mnie jakieś Hollander!- Zmarszczył brwi.- Kim do chuja jasnego jest Hollander?!- Zerknął na Cipka, schylił się i go pogłaskał za uchem.- Dobra, otwierajcie to i opowiadajcie, co to za misję rodem z Jumanji odjebaliście i dlaczego nie byłem na nią zaproszony, eh?

księciunio alex basketboy
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”