ODPOWIEDZ
32 y/o
For good luck!
178 cm
dziennikarz, reporter śledczy CBC Toronto
Awatar użytkownika
This was not about failure or success. This was always going to be horror. I should not have suggested it, and you should not have listened to me.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Toronto Police Service Headquarters, 2021 rok


Nie zrobił nic złego – był nikim, porządnym dziennikarzem, prawie, porządnym obywatelem, również prawie. Nie powinien przebywać w budynku rządowym, ale wykonywał jedynie swoją pracę, miał obowiązek docierać do prawdy – uważał, że to usprawiedliwiało jego winę. Uważał tak jako jedyny.

Nie zdążył nawet się wytłumaczyć, zanim jeden z policjantów popchnął go na ścianę i wgniótł mu ostry łokieć pomiędzy łopatki. Słyszał, jak rozkuwał za jego plecami metalowe kajdanki, po czym zapiął je tak ciasno, że zimny metal wbijał się boleśnie w odstające kości nadgarstka – nie próbował się bronić, widział już wcześniej, jak porywczy potrafili być niektórzy funkcjonariusze i jak łatwo było ich sprowokować, pamiętał ból wykręcanego ramienia i powietrze uciekające z płuc, kiedy uderzył plecami o twardy chodnik, był wtedy młodszy i bardziej nierozważny, nigdy nie wiedział kiedy przestać, nie rozumiał konsekwencji. Teraz chrząknął tylko cicho i był sobie za to wdzięczny, bo nerwowe kaszlnięcie zagłuszyło sposób, w jaki prawie się roześmiał, kiedy policjant zapytał, czy miał coś na swoją obronę i pochylił się nad nim triumfalnie, odsłaniając zęby w zadowolonym grymasie, który sprawiał, że przypominał mu małpę z telewizyjnych programów przyrodniczych – był paskudnie podejrzliwym mężczyzną, paskudnie nieprzyjemnym.

Powietrze na komisariacie śmierdziało kawą, papierosami i alkoholem, choć nie był pewien, czy ten ostatni zapach nie należał od niego – nie czuł się pijany, ale kręciło mu się w głowie, potknął się o stopień, kiedy wchodzili na górę po schodach i prawie uderzył głową o twardy beton.

Panowie… panowie z kajdankami, proszę. Ja tylko wykonywałem swoją pracę, jestem dziennikarzem. Nie mam broni, nie mam… Ja mam dyktafon. Tylko dyktafon, rozumiecie?! – próbował odwrócić się za siebie, przemówić im do rozsądku, ale usłyszał tylko krótki, chrapliwy śmiech i poczuł, jak silne dłonie zacisnęły się mocniej na jego ramionach. Cele w areszcie były małe i ciasne – w środku siedział mężczyzna z łysą głową i odsłoniętymi ramionami, które niemal w całości pokrywały tatuaże. Funkcjonariusz prawie siłą pchnął go do środka. – Hej… spokojnie. Spokojnie!

Jesteś pijany. – warknął, zamykając metalowe drzwi za jego plecami.

Jestem niewinny! – dopiero teraz poczuł, jak szybko biło mu serce – był spocony i włosy lepiły mu się do czoła. Uniósł rękę do twarzy, żeby odgarnąć je do tyłu i poczuł pod palcami szorstką, złuszczoną warstwę w miejscu, gdzie pod nosem zaschła mu krew – nie pamiętał, skąd się wzięła. – Jeśli myślicie, że zostanę tu zamknięty jak jakiś przestępca… Prawdziwe przestępstwa dzieją się na waszych ulicach! – zawołał jeszcze, ale policjant już wyszedł z pokoju, nawet nie spojrzał w jego stronę. Westchnął ciężko, rozglądając się nerwowo po pomieszczeniu – dopiero po chwili zatrzymał wzrok na młodej kobiecie, która też wyglądała, jakby znalazła się w tutaj przypadkiem, z jedyną różnicą, że podczas gdy on był zamknięty za zimną, metalową kratą, ona stała zupełnie swobodnie. Nie zauważył, żeby nosiła policyjną odznakę i zwrócił się w jej stronę, prawie błagalnie. – Ty mi wierzysz. Wiesz, że jestem niewinny!

zaylee miller
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Jackrabbit
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

053.
Wyszła z prosektorium, ściskając w dłoniach wyniki sekcji zwłok. Denat, który trafił na jej stół, był topielcem. Każdy, kto znał Zaylee Miller, wiedział, że od zawsze ich nie znosiła. Nie z powodu samego widoku, bo ten w ogóle nie robił na niej wrażenia, ale z powodu tego, co po sobie zostawiali. Albo raczej tego, czego nie zostawiali.
Woda była jebaną złodziejką. Zmywała ślady, rozmywała rany, mieszała włosy, piasek, substancje chemiczne i mikroślady w jedną nieczytelną papkę. Utrudniała autopsję w stopniu, który doprowadzał ją do szału. Płuca, które w normalnych warunkach miały miękką, gąbczastą strukturę, stawały się rozdęte niczym worki powietrzne, podatne na pęknięcia, a wątroba i nerki puchły, gotowe do uszkodzenia przy najprostszej manipulacji. Najbardziej wymagający był mózg. Powoli tracił objętość, stając się amorficzną masą, z której trudno było wydobyć cokolwiek związanego z przyczyną śmierci. Cholerna woda zacierała każdą oznakę przemocy, każdą choroba i każdy ślad interwencji zewnętrznej.
Przebrnęła przez pusty korytarz na parterze w poszukiwaniu detektywa Lynley'a, chcąc przekazać mu informację, że śmierć nastąpiła w wyniku utonięcia, ale szczegóły wskazywały na coś więcej niż zwykły wypadek. Jak zawsze. Nie została go jednak w gabinecie (też jak zawsze), więc rzuciła teczkę z protokołem na biurko, żeby jak najszybciej wrócić do prosektorium i przygotować do kolejnej autopsji. Już miała zejść na dół, kiedy zatrzymały ją krzyki dochodzące z policyjnych cel. Zaylee obróciła się i skręciła w tamtym kierunku. Nie byłaby sobą gdy byłaby inna , jeśli nie sprawdziłaby, skąd to całe zamieszanie. Widziała, jak funkcjonariusze szarpią jakiegoś mężczyznę, który zarzekał się, że jest pismakiem i umieszczają go w jednej z cel. Obserwowała wszystko z boku, krzyżując ręce na piersi i przywierając ramieniem do framugi. A gdy mężczyzna zwrócił się do niej bezpośrednio, uniosła wysoko brwi.
Nie wiem, czy jesteś niewinny. Ale wierzę, że jesteś pijany — stwierdziła, kiedy jeden policjant wyminął ją i poklepał po ramieniu w przyjacielskim geście. Miller odpowiedziała mu uśmiechem i wróciła spojrzeniem w obręb twarzy dziennikarza.
Nie była gliną. Szczerze powiedziawszy, nawet jeśli bardzo by chciała, nie mogła mu pomóc. No dobrze, może mogła. Wystarczyło szepnąć jedno czy dwa słówka odpowiednim osobom, żeby zwolnili go z aresztu. Miało się ten urok osobisty i odpowiednie znajomości. Nie miała jednak żadnej pewności, że mężczyzna faktycznie nie miał nic na sumieniu.
Co nawywijałeś? — zapytała, na razie nie ruszając się z miejsca. Przestąpiła z nogę na nogę i zmrużyła oczy, jakby próbowała wyczytać z jego buńczucznej postawy te wszystkie, przedstawione mu przed chwilą zarzuty. Powinna wcześniej dopytać o to funkcjonariuszy, którzy zgarnęli go na dołek, żeby mieć jakieś porównanie, ale najwyżej zrobi to trochę później.

Johnny Grainier
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
32 y/o
For good luck!
178 cm
dziennikarz, reporter śledczy CBC Toronto
Awatar użytkownika
This was not about failure or success. This was always going to be horror. I should not have suggested it, and you should not have listened to me.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Być może policjant miał rację – był pijany. Wcześniej nie zauważył, ale teraz zaczynała boleć go głowa i wszystko, włącznie z nim samym, stawało się bardziej wyraźne – na tyle, by dotarła do niego ponura gorycz sytuacji, w której się znalazł, lecz nie na tyle, by ułożyć w głowie rozsądny plan. Nigdy nie spieszył się z myśleniem, zwłaszcza wtedy, gdy sytuacje tego wymagały – podświadomie, być może, wciąż był przekonany, że Joe go uratuje. Zawsze go ratowała. Nie mógł wiedzieć – rzecz jasna – że tym razem nie odebrałaby nawet, gdyby do niej zadzwonił. Odkąd rozpoczęła pracę w szpitalu, coraz częściej i coraz dłużej nie było jej w domu, a jemu niekiedy wstyd było przyznać przed samym sobą, że zauważał jej nieobecność dopiero wtedy, kiedy jej potrzebował. Przypominał w ten sposób swojego ojca i ta myśl również sprawiała, że czuł się niekomfortowo – jego żałoba zawsze była silniejsza niż jego miłość.

Nie pozostawiono go jednak zupełnie samemu sobie – mężczyzna, który siedział już w ciasnej, kwadratowej celi spojrzał w jego stronę, a on pospiesznie odwrócił wzrok, uważając, aby zbyt długo nie patrzeć mu w oczy, zupełnie jakby sądził, że mogło go to sprowokować, w ten sam sposób, w jaki prowokuje się psa. Nieznajomy poprawił się na wąskiej, drewnianej ławie i splunął, najwyraźniej okazując ten sposób swoją dominację – nie musiał. Wystarczyło na niego spojrzeć – był o głowę wyższy i szerszy w ramionach, gdyby chciał, mógłby jednym uderzeniem przewrócić go na ziemię. Zatrzymał wzrok ukradkiem na jego dłoniach, przezornie zaciśniętych w pięści i wyobraził sobie, że jego żebra ugięłyby się pod nimi jak szprychy wyłamanego koła. Wzdrygnął się, po czym zwrócił się w stronę stojącej na zewnątrz kobiety, wyciągając jedną rękę w jej stronę, drugą zaciskając na zimnym, metalowym pręcie, który wgniatał mu się w pierś, kiedy pochylał się do przodu.

Pijany – powtórzył, a słowo zabrzmiało jak prychnięcie, jakby lekceważył to określenie lub próbował je wyśmiać, ale jego twarz pozostała poważna – sprawiał wrażenie nerwowego i nie potrafił ukryć swoich emocji, które zawsze, nawet kiedy próbował, w końcu prześwitywały na powierzchnię. – Być może. Za mało kompletnie pijany, żeby nie próbować przekonać… – nagle zrobiło mu się niedobrze – pochylił głowę i na chwilę przycisnął czoło do zimnego metalu. Wziął dwa głębokie oddechy, zanim znów był w stanie unieść głowę. – … przekonać ich, że nie zrobiłem nic złego. – westchnął, osuwając się powoli na betonową podłogę. – Nic. Jestem dziennikarzem… moja praca polega na tym, żeby wchodzić tam, gdzie inni ludzie nie mogą albo nie chcą. Nazwali to wtargnięciem. Śmieszne słowo. – przez chwilę wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał, ale w końcu oparł tylko skroń o ścianę – krew, która wcześniej zaschła mu pod nosem, kruszyła się, kiedy mówił. – Jakbym wszedł do środka z łomem i maską. Ja przyszedłem z notesem. Ale tak, byłem w środku. Byłem przez piętnaście minut w ich wielkim, poważnym budynku, do którego nikt nie ma wstępu. – zaśmiał się krótko i niezupełnie szczerze. – Nie byłem tam sam – znowu zwrócił się bezpośrednio w stronę kobiety. – Philippe, się ulotnił. Philippe zawsze się ulatnia, chociaż jest z nas najstarszy.

zaylee miller
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Jackrabbit
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie miała podstaw, żeby mu nie wierzyć. Ale nie miała również podstaw, żeby pokładać w niego jakąkolwiek wiarę. Był pijany, to nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Może właśnie za mało pijany, żeby nie przekonać funkcjonariuszy, że nie zrobił nic złego, bo był najebany jak meserszmit, żeby coś odpierdolić.
Zaylee cmoknęła cicho, opierając ramię o chropowatą ścianę korytarza. Nie powiedziała ani słowa. Na razie tylko patrzyła. Stała nieruchomo i obserwowała, jak mężczyzna podchodzi bliżej krat, pochyla się i na moment opiera czoło o zimny metal, jakby próbował ochłonąć albo przynajmniej zebrać myśli. Po chwili jego ramiona opadły. Zupełnie, jakby nagle uszło z niego całe powietrze. Osunął się powoli na zimny beton. Miller skrzywiła się lekko. Wbrew sobie poczuła ukłucie współczucia.
Wyglądał żałośnie. Naprawdę żałośnie. Na pewnie nie jak groźny włamywacz czy ktoś, kto zasłużył na zamknięcie w obskurnej celi komisariatu. Zmięta koszula, przygaszone spojrzenie i ta bezradna poza sprawiały, że przypominał bardziej kupę gówna niż poważnego przestępcę.
Szczerze mówiąc, Zaylee wciąż nie do końca rozumiała, co właściwie zrobił. Z tego, co zdążyła usłyszeć, jedynym pewnikiem było to, że znalazł się tam, gdzie absolutnie nie powinien był się znaleźć. Niewątpliwie to było wtargnięcie, jakkolwiek absurdalnie to według niego nie brzmiało. Odepchnęła się od ściany i podeszła bliżej. Łysy goguś łypnął na nią spode łba, po czym wyciągnął się na pryczy, odwracając się dupą. Jemu na pewno nie uwierzyłaby, że nie ma nic za uszami.
Zacznijmy od początku — odezwała się spokojnym tonem. — Gdzie wtargnąłeś i po co? Tak, wiem, jesteś dziennikarzem — uniosła rękę, zanim mężczyzna zdążył jej przerwać. — W takim razie chciałeś uzyskać jakieś informacje do swojego artykułu. Tylko dlaczego w tym stanie? — Zaylee przechyliła głowę na bok, spoglądając na niego z nieukrywanym politowaniem. — I kim jest Philippe? Twoim kumplem z branży? Dlaczego cię zostawił? I dlaczego udało mu się zwiać, a tobie nie? Był mniej najebany? Szybszy? Sprytniejszy? — zasypała go serią pytań.
Nie chciała go przesłuchiwać. Nie była policjantką ani śledczą, a zadawanie dociekliwych pytań i rozplątywanie cudzych historii nie należało do jej obowiązków. Mimo to miała przeczucie, że dziennikarzowi może być lżej, jeśli po prostu wszystko z siebie wyrzuci. Patrzyła na niego uważnie. W jego głosie wciąż pobrzmiewało napięcie, a każde zdanie urywało się w połowie, jakby myśli nie nadążały za emocjami. Był wyraźnie wzburzony. Trudno było uchwycić sens całej opowieści, gdy mieszał fakty z przypuszczeniami i przeskakiwał z jednego wątku na drugi. Najpierw jednak musiał się uspokoić. W tym stanie nie pomagał ani sobie, ani tej konwersacji.

Johnny Grainier
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”