ODPOWIEDZ
24 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
Some people don’t leave your life. They just find new ways to haunt it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

01
He wasn’t a project. He was a warning.


Brązowe oczy przecinały przestrzeń, żarząc się jak dwa ciemne płomienie i obserwując zawodzących żałobników. Kobiety stały nad głębokim grobem z twarzami przysłoniętymi woalkami, płacząc. Mężczyźni trzymali się lepiej — choć nieproszony gość wiedział, że tylko udawali. Zwłaszcza ojciec biednego Joela. Ledwo się trzymał, lecz wspierał żonę w akcie pożegnalnym jedynego syna. Młodzi, starsi. Pogrzeby przyciągały ludzi, łączyły pokolenia. Zupełnie jak wesela. Przesunąwszy wzrokiem po zebranych osobach, próbował zlokalizować tę jedną kobietę. Byłą dziewczynę. Zostawiła go okrutnie pół roku temu, łamiąc jego serce na pół. Rozdarła je jakby włócznią, strzępiąc i kalecząc. Nie potrafił jej tego wybaczyć i miał nadzieję, że będzie cierpiała. Śmierć jej najlepszego przyjaciela była mu nawet na rękę. Był pewien, że do niego wróci. Rzuci mu się w ramiona, wybaczy wszystkie te kłótnie i na chwilę zapomni o tym, że czasem, ale tylko czasem był najgorszym chłopakiem. Patrząc na nią, ubraną w te czarne garniturowe spodnie, widział kogoś innego. To nie była jego dziewczyna. Tamta nosiła jego bluzy i zakładała trampki, zamiast szpilek. Kobieta biznesu, tak o niej teraz mówili. Serce na moment podeszło mu do gardła, gdy podłapał jej spojrzenie. Chwilę później poczuł rozczarowanie, bo to nie było spojrzenie pełne miłości. Szybko przerwała kontakt wzrokowy i zniknęła w tłumie, jakby się wystraszyła. Czego, do kurwy się bała? Jeśli wtedy wydawał jej się straszny, gdy za nią chodził i wieczorami stukał w okno, to teraz dostanie powód do strachu. Pierwszą wiadomość zza grobu — oczywiście od Joela — wysłał wieczorem, kilka godzin po pogrzebie. I zamierzał wysłać kilka następnych. Wkurwiało go to, że za tym martwym facetem płakała dłużej, niż za nim. Przecież to było niewybaczalne.


***


Kolejne wiadomości przychodziły co kilka godzin. Ignorowała je, jak tylko mogła. W pewnym momencie przestała zerkać na telefon. Odkładała go ekranem do dołu w obawie, że na ekranie znów pojawi się dymek z imieniem i nazwiskiem Joela. Żarty skończyły się już pierwszego dnia. Od dnia pogrzebu — czyli równo od dwóch tygodni — nie miała ani jednego dnia spokoju. Zgłosiła się na policję, podała dane personalne podejrzanego i sprawa ucichła. Policjant przyjmujący zgłoszenie wzruszył szerokimi ramionami, dając jej znać, że coś zrobią. Napomknął, że na razie nie mogą zrobić zbyt wiele — co w slangu policyjnym znaczyło tyle samo, co nic — bo nikt nie ucierpiał, a fizyczna przestrzeń nie została naruszona. Poza tym, oni to nie wiedzą, czy to na pewno ten mężczyzna. Zderzyła się ze ścianą, a poziom irytacji wzrósł dwukrotnie. I w ogóle nie malał od kilku dni. Przesiadując w pracy, nie potrafiła skupić się na tym, co mówił do niej ojciec. Coś tam jej tłumaczył, że nie wszystkie dokumenty powinna podpisywać, bo niektórzy partnerzy najchętniej naciągnęliby ją na zwiększone koszta, a jeśli uda im się raz, to będę próbować kolejny. Siedziała przy tym biurku i słuchała, choć myślami była gdzieś indziej, dokładnie w mieszkaniu Erica. Słuchasz mnie w ogóle? — słowa ojca wyrwały ją ze znużenia. Pokręciła przytakująco głową, chcąc, by dał jej święty spokój. Nigdy nie lubiła matematyki, a zarządzanie, przypominało jej te nudne zajęcia. Ojciec głęboko westchnął, rozkładając ręce, jakby prosił o pomoc niebiosa. Po jego wyjściu z biura Shereen sięgnęła po telefon. Napisała krótką, zapowiadającą wizytę wiadomość do Erica. Obawiała się odmowy — przecież mógł mieć plany, co było zrozumiałe. Odzew był pozytywny, a ona tylko dodała, żeby zostawił otwarte drzwi.
Mieszkała nieopodal. Zaledwie kilka numerów dalej. Przed wejściem do budynku zamieszkiwanego przez Erica, zdążyła wpaść do siebie. Rozpuściła włosy, założyła mniej urzędowe ubrania, zostawiła drobne zakupy na stole i wyszła. Nie chciała siedzieć sama w domu. Szczerze mówiąc, zupełnie tego nie lubiła. Wolała spędzać czas w czyimś towarzystwie, bo w ten sposób, czuła się bezpieczniej. Na zewnątrz panowało zimno. Chłód uderzał w jej policzki, zostawiając na nich zaczerwienienia. W takich momentach najbardziej doceniała to, że Stones mieszkał blisko. Nie groziło jej całkowite wychłodzenie ani zamarznięcie. Same plusy. Nie martwiła się też o spóźnienie. Zapukała dziesięć minut przed umówioną godziną, weszła do środka cztery minuty później. W szóstej już zostawiała zbędną warstwę ubrań w miejscu do tego przeznaczonym i była gotowa na przywitanie Erica.
— Za dwadzieścia sekund wchodzę. Jeśli musisz coś ogarnąć, masz na to tylko chwilę — przestrzegła, dając mu chwilę dla siebie, jeśli była mu taka potrzebna. Doliczyła do czterdziestu i weszła do środka, witając ciemnowłosego ciepłym uśmiechem. To nie było jej mieszkanie. Mogła czuć się bezpieczniej.

Eric Stones
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sher/rin - jak wolisz
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
24 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
junior software engineer at AG Industries
Awatar użytkownika
PC freezes? Oh well... let's go outside and throw snow balls at each other
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

#kiedyś_uzupełnię_kalendarz_obiecuje

Tego dnia mimo obudzenia się z bolącymi plecami, Stones miał pewien plan. Jaki plan? Bardzo kurwasprytny, a mianowicie planował... pójść na siłownię. Ogólnie poza plecami, odczuwał ból także na czole i przypomniał sobie było tego powodem gdy się przebierał. Nagle postanowił podejść do lusterka w przedpokoju i wtedy go zauważył. Pięknego, okrągłego siniaka praktycznie na środku czoła. Dotknął go w taki sposób, jakby chciał sprawdzić, czy to nie omamy, ale po przyłożeniu palców syknął, co dało mu wystarczający powód, by wierzyć, iż faktycznie zaczął go posiadać. Westchnął głośno, bo należało go jakoś zasłonić. W sumie nie myślał długo, bo po minięciu mniej więcej trzech sekund, pstryknął palcami, a następnie podszedł do szafy i wyciągnął z niej granatową czapkę beanie. Bądź co bądź panowała zima, więc noszenie czapki było wręcz wskazane, jeśli nie chciało się mieć chorych zatok. Ani kataru. O właśnie, jeśli jutro lub pojutrze nie będę chory, to będzie super. bo bądź co bądź, trochę się spocił podczas wbiegania na górę i na samym szczycie górki mogło go owiać, ale już trudno. Najważniejsze, że dobrze się bawił i zebrał kolejne wspomnienia do swojej wyimaginowanej księgi wspomnień. Chociaż po ostatnim spotkaniu z przyjacielem, zaczął rozważać dwie opcje: 1) kupienie kamery tylko takiej małej, przenośnej coby niezbyt wiele miejsca zajmowała i mógł ją wrzucić do kieszeni kurtki, bluzy lub tylnej kieszeni spodni; 2) instaxa lub aparatu na klisze, by za jakiś czas wywołać te zdjęcia - czy byłoby to retro? Pewnie tak, lecz nie zważał na to. Po prostu uważał, że mogłoby to być całkiem fajne. Nie wykluczał robienia zdjęć telefonem, lecz aparat wydawał mu się być bardziej... profesjonalnym sprzętem.
Tak czy inaczej, po zebraniu się, nakarmił Stev'a (bojownika), a następnie zgarnął wszystko, co potrzebne tj. dokumenty, kluczyki i telefon i wsiadł do swojej Hondy, by następnie udać się w stronę biura. Po dotarciu do biura nie zdjął czapki i jak ludzie pytali, to odpowiadał, że po prostu zimno mu w głowę - niektórzy patrzyli na niego, jakby był jakimś szaleńcem lub kimś nienormalnym, ponieważ w biurze było ciepło. A nawet bardzo ciepło. aż miał ochotę uruchomić swój przenośny mini wiatraczek, lecz uznał, że nie będzie pogarszał sytuacji i po prostu wytrzyma.
Na szczęście czas w robocie minął mu całkiem szybko i nim się obejrzał, przekraczał drzwi od siłowni - torbę z rzeczami zgarnął przed wyjściem z domu, by się po nią specjalnie nie wracać. Szkoda mu buło czasu i paliwa.
Sprawnie mu poszło schowanie rzeczy do szafki i gdy wyszedł z szatni, pierwsze na co wszedł to (standardowo) bieżnia - nie, na siłce nie łaził w czapce. Biegł ze słuchawkami w uszach - takimi sportowymi (specjalnie kupił takie już kilka lat temu, by nie spadały mu podczas biegania), a gdy uznał, że wystarczy, zszedł z bieżni, wziął kilka potężnych łyków wody i poszedł ćwiczyć ręce. W trakcie podnoszenia hantli zauważył wiadomość od Shereen. Przestał na moment to, co robił, by odpisać przyjaciółce. Jako iż nie posiadał planów na wieczór, zgodził się, by do niego wpadła. Po wymianie korespondencji smsowej kontynuował wykonywanie ćwiczeń i przy okazji pokorzystał jeszcze z innych urządzeń.
Opuścił siłkę gdy zauważył, że wkrótce miała przyjść Reen. Wracał do domu na złamanie karku, ponieważ po pierwsze, musiał jej otworzyć drzwi, a po drugie, przed jej przybyciem chciał się umyć - jasne, mógł to olać, lecz raczej mogłaby nie wytrzymać panującej woni eu de Stones wymieszanej z potem po wysiłku fizycznym. Tak więc gdy dotarł do domu, nie zamykał za sobą drzwi i od razu pobiegł do łazienki.
Słyszał jej głos i dobrze, że nie weszła równo po dwudziestu sekundach, ponieważ w tamtym momencie wyłaził spod prysznica. Po czterdziestu sekundach miał już na sobie spodnie dresowe i trzymał w dłoniach ciemny t-shirt.
- Hej. Jesteś głodna? Chcesz coś do picia? Mam wodę, sok pomarańczowy, sprite i... mocniejsze trunki. - powiedział, witając się z Sher uściskiem, a po przywitaniu założył koszulkę. Z włosów co jakiś czas skapywały krople wody, ale nie przejmował się tym.
- Jak dzień? - spytał, bo miał wrażenie, że wyglądała na nieco... zmęczoną.

Shereen Winfield
OIIA OIIA
do ustalenia/dogadania
ODPOWIEDZ

Wróć do „#108”