-
This was not about failure or success. This was always going to be horror. I should not have suggested it, and you should not have listened to me.
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Po śmierci Charlotte przyszło jeszcze wiele czwartków – nudnych, słonecznych, deszczowych, ponurych, zabawnych, pamiętnych, świątecznych, okropnych czwartków – ale żaden z nich nie wyglądał już tak samo jak wcześniej. Nie umarł w żaden z nich, choć były takie, w które zamierzał – kilka razy wybrał nawet porę, kiedy wszyscy będą już spali, wystarczająco późno, aby mógł przekonać samego siebie, że jego śmierć nie będzie brutalna. Pamiętał, że w pierwszą rocznicę usiadł na skraju łóżka z opakowaniem tabletek w lewej ręce i notatką w prawej, ale Joe zapukała do drzwi jego sypialni, a on otworzył, sfrustrowany i zły – zapytała, o której godzinie tata wróci do domu, starała się brzmieć swobodnie, jakby to nie miało żadnego znaczenia, ale usłyszał w jej głosie, że nie chciała być sama, więc odpowiedział, że niedługo, choć wiedział, że to nieprawda, bo Joseph często nie wracał do domu wcale, zbyt pijany, żeby znaleźć drogę powrotną przez wąskie, kręte ulice The Junction. Pierwsze kilka razy próbowali go szukać, bo na dworze było zimno, a Joe płakała, jeśli nie wracał na noc – co jeśli nie żyje?!, krzyczała do niego ze łzami w oczach, więc przez kilka godzin chodzili po okolicy, dopóki nie znajdowali go na ławce w parku, pod wiatą śmietnikową lub na podłodze jednego z barów. Nie był już tym samym ojcem, którego pamiętał, choć potem, kiedy zastanawiał się nad tym dłużej, myślał, że on również nie był już tym samym synem.
Nie pamiętał, o której porze wyszedł z pokoju i wszedł po schodach na dach – na dworze było jeszcze ciemno i zimno, ale pokrywający dachówki lód topił się powoli, kiedy przyłożył do niego dłonie, ujawniając ukrytą pod spodem, granatową barwę, zupełnie tak jak piec wydobywał jasną gładź porcelany. Miał ze sobą notes, gruby i pomarszczony na brzegach, którego kartki szeleściły przy każdym podmuchu wiatru i musiał dociskać je wszystkimi palcami, żeby rozczytać własne notatki. Kiedy Joe wystawiła głowę przez otwarte okno dachowe, na dworze zdążyło zrobić się już jasno, choć temperatura ledwo sięgnęła zera, a on prawie nie czuł własnych dłoni, zaciśniętych na metalowym pręcie anteny telewizyjnej, do której doczepiał zrobione ze srebrnej folii, sztuczne przedłużenia. Spojrzał w jej stronę – twarz miał zupełnie bladą, a oczy szeroko otwarte, jakby zaskoczyła go jej obecność, nie był pewien, czy była w domu na noc, czy wróciła dopiero teraz, przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby próbował ustalić, czy w ogóle była prawdziwa.
– Oglądałem Jeopardy! – odparł w końcu, pochylając głowę i skupiając się z powrotem na oderwanej antenie telewizyjnej. – Ken Jennings zachowywał się dziwnie. Patrzył prosto przed siebie, potem w lewo, potem w prawo i znowu przed siebie, więc zacząłem się zastanawiać, czy to przypadkowe, czy to jakiś powtarzalny wzór. Musiał mieć jakiś powód, więc zacząłem oglądać poprzednie odcinki i zapisywać za każdym razem, kiedy to robił, ten ruch głową – mówił nerwowo i bardzo szybko, w końcu rozprostował jednak dłonią notes, w którym przynajmniej dziesięć, dwadzieścia kartek wypełnione było ciągiem cyfr. – Zawsze powtarzałem, że przyjmujemy informacje zbyt bezkrytycznie, nikt nie myśli o tym, że istnieją ludzie, potężniejsi i bogatsi, którzy widzą i komunikują rzeczy przeznaczone tylko dla nich, nie dla nas. Powinniśmy się dowiedzieć, Joe. Wszystkiego.
joe grainier