ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

I was looking for a job, and then I found a job
And heaven knows I'm miserable now


Żałosny widok. Setki ludzi przykutych niewidzialnym łańcuchem do kolorowych, grających skrzynek. Dłonie mieli przyklejone do przycisku, oczy nieobecne, gdy patrzyli, jak owoce układają się w linii. Przechodząc przez kasyno, nie zwracała już uwagi na zadawane pytania. Niczym automatyczna sekretarka odpowiadała: wynik gry jest losowy, nie mogę panu powiedzieć, na której maszynie padła wysoka wygrana, proszę o zachowanie spokoju, inaczej będę zmuszona wezwać ochronę. Odpowiadała w sposób chłodny, jasno zaznaczając dystans. Nie uśmiechała się często. Zauważyła, że ludzie traktują to jak zaproszenie do dalszej dyskusji, której nie miała ochoty podejmować. Na jej oczach ludzie tracili cały swój dorobek. Była świadkiem kłótni, bijatyk. Słuchała przesądów. Dmuchała na banknoty, pukała w maszynę, robiła cokolwiek, by tylko się odpierdolili i pozwolili jej spokojnie pracować. Ciężko o spokój w tym miejscu. Uzależnieni ludzie to ciężkie przypadki, a hazard był wyjątkowo podstępny. Gdy ktoś był już gotowy wyjść i nigdy nie wrócić, los okazywał się przechylny, a człowiek cieszył się z pięciu tysięcy, nie pamiętając, że stracił dziesięć. Nie lubiła elegancików w krawatach. Największe skurwysyny, z którymi nie można było wchodzić w dyskusję. Ci ludzie przychodzili do kasyna na kłótnię. Wydawali duże pieniądze, oczekując, że wpłynie to na wynik losowej gry. Tacy mądrzy, tak pięknie się wypowiadali, a nie potrafili uzmysłowić sobie, że są takimi samymi frajerami jak zwykły ćpunek, który przyszedł zagrać za ostatnie pieniądze. Wydawało się, że w kieszeni mieli gotowe, wydrukowane i podpisane formularze ze skargami. Czekali tylko na jej grymas, by móc złożyć dokumenty do kierownika. Musiała ostrożnie dobierać słowa, by klient jednocześnie poczuł się obrażony, ale nie mógł tego zgłosić.

Pani, ja tu już zostawiłem tyle pieniędzy, że miałbym wakacje w Hiszpanii.
Hiszpania jest taka tania? Nie wiedziałam.


Wolała zapijaczonych, zaćpanych prostych ludzi. Im mogła patrzeć w oczy, gdy mówiła, co o nich sądzi. Kończyło się to różnie. Czasami dochodziło do przepychanek, ale umówmy się — tego właśnie chciała. Nie zaczynała pierwsza. Tak przynajmniej usprawiedliwiała swoje działania. To oni zaczynali, ona tylko kończyła. Stałych klientów było łatwo rozgryźć, złapać się czegoś, o czym wiedziała, że wyprowadzi ich z równowagi. Wtedy jej reakcje były w obronie własnej, a nikt nie mógł jej z tego rozliczyć. Ci, którzy za głośno szczekali i za dużo pili, nigdy nie dostawali pełnej wypłaty. Ludzie gubili karty, portfele, klucze do aut. Nie każdy odzyskiwał swoją zgubę. To pracownicy często decydowali, czy ktoś „zasłużył”.
Po ludziach było widać, czy to jest ich miejsce, czy nie. Zwracała uwagę na drobne szczegóły, gesty i miny, którymi się zdradzali. Niektórzy byli tu pierwszy raz albo setny i próbowali wmówić wszystkim, że nigdy nie byli w takim miejscu. Czasami zdarzało się, że przychodzili tylko dla towarzystwa, ewentualnie wypili za dużo i nie żałowali pieniędzy na prymitywną rozrywkę. Łatwo było zauważyć kogoś, kto tu nie pasował. Nazywała to intuicją, ale to była wyuczona umiejętność, którą nabyła przez podsłuchiwanie, zadawanie odpowiednich pytań i prowokowanie sytuacji.
Nie lubiła pokera. W pokera grali najwięksi foliarze, którzy w złości byli skłonni oskarżyć ją o oszustwo przy kartach. Strasznie ją denerwowało, gdy padały takie słowa, szczególnie gdy tego nie robiła. Bezczelność ludzi była poza jakąkolwiek skalą. Tasowała karty, przyglądając się jednemu mężczyźnie. „Przyglądała się” to za łagodne słowo — gapiła się, jakby próbowała wzrokiem wypalić w nim dziurę. Dla niej wyglądał jak słoń w składzie porcelany. Nie był tu po wygraną. Nie wyglądał na desperata, nie śmierdział alkoholem i nie pocił się, drapiąc po rękach. Obserwowała go przez całą grę, a kąciki ust drgały ku górze, gdy przyjmowała od niego zakłady. Słuchała rozmów przy stole. Był to jeden z jej obowiązków w pracy, ale robiła to także po to, by zaspokoić własną ciekawość.
Po zakończonej grze uśmiechnęła się szeroko do zwycięzcy, gdy ten wręczał jej napiwek. Mężczyzna, któremu tak się przyglądała, odszedł. Siła wyższa, moc silniejsza od niej, pchnęła ją, by za nim poszła. Skierował się do łazienek. Dała mu wejść pierwszemu, w kieszeni eleganckich spodni odnajdując klucze. Pośpiesznie weszła do pomieszczenia, zamykając je za sobą, a kluczyki ponownie powędrowały do kieszeni. Obcasy stukały o jasne posadzki, głośno dając znać o jej obecności. Zdradził ją też zapach — słodkie perfumy dusiły, ale z takim zamiarem je kupiła.
Przejrzała się w lustrze, jednocześnie patrząc na jedną z kabin, która jako jedyna była zajęta. Rozpuściła włosy, by ponownie związać je w ciasny kok. Wygładziła materiał białej koszuli. Poprawiła makijaż, przejeżdżając po ustach czerwoną pomadką. Usiadła na umywalce, zakładając nogę na nogę. Oparła się o lustro, wyciągając papierosa. Truskawkowy dym dostał się do płuc. Przetrzymała go, czując, że to dobry moment, by zaspokoić swoje uzależnienie.
Nie śpiesz się, płacą mi od godziny — powiedziała do obcego mężczyzny. Wyjęła telefon, by odpisać na kilka wiadomości, długie szpiczaste paznokcie stukały o ekran podczas pisania. Klamka do łazienki została gwałtownie szarpnięta. Usłyszeli, jak ktoś agresywnie zaczyna uderzać w drzwi. Westchnęła, wydając z siebie przeciągły dźwięk wskazujący na irytację. — Awaria! Idź do drugiej!

Wolfgang Welsh
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
0 y/o
For good luck!
0 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Śledzenie było niczym taniec.
Obiekt nadawał tempo, a on dopasowywał się i uważał, aby nie nadepnąć mu na palce. Lubił tę część swojej pracy, zwłaszcza, gdy wymagała aktywnego działania w terenie, a nie bezmyślnego siedzenia w samochodzie w zapominanej przez Boga dzielnicy. Potrafił złapać rytm, który mu nadano. Czasem był tuż obok zupełnie nieświadomego celu jako niewyróżniający się pasażer transportu publicznego. Innym razem obserwował z dystansu, stapiając się z tłumem ludzi na tle pospolitych witryn sklepowych.
Najważniejsze było to, aby druga strona nie zorientowała się, że tańczy.
Czasem, było to całkiem łatwe, bo jego obiekty nie przypuszczały nawet, że mogłyby być śledzone. Niewierni mężowie lub nielojalne żony byli często pozbawieni czujności, zbyt zajęci własnymi sekretami, nabuzowani pożądaniem i potajemnym seksem. Nie przychodziło im do głowy, że mogli zostać ograni, skoro sami byli profesjonalnymi graczami. Większość ich życia była grą pozorów. Udawali przed swoimi drugimi połówkami oddanych partnerów, próbując uśpić czujność za pomocą prezentów i czułych gestów. Przed kochankami w miejscach publicznych byli nad wyraz ostrożni, do tego stopnia, że unikali nawet najbardziej naturalnych gestów, zwracając na siebie uwagę brakiem spontaniczności.
Do czasu, bo przecież nikt nie może udawać w nieskończoność.
W końcu żona orientuje się, że mąż idąc do łazienki zawsze zabiera ze sobą telefon, a wyjazdy na delegację wypadają zbyt często. Mała rysa na idealnym obrazku nie jest jeszcze podstawą do rozwodu, zwłaszcza, gdy wszystko na pozór wydaje się piękne i bezpieczne.
Lecz on potrafił znaleźć więcej rys. Zauważał, jak pojawiają się one u siedzącej obok pary, która wydawała się prowadzić biznesowe spotkanie. Dostrzegał prowadzoną między nimi wymianę spojrzeń, bezwiedne palce masujące okolicę ust, dłonie bez obrączek, lecz z wyraźnym odciskiem po pierścionku.
Był w tym cholernie dobry. Choć wcale tego kurwa nie lubił.
Wolfgang posiadł jednak w sobie tę niezwykłą cechę, która pozwalała wyłączyć emocje i przełączyć się w tryb zadaniowy. W trakcie pracy jego myśli nie błądziły, pozostawał skupiony i czujny przy każdym zadaniu. Nawet wtedy, gdy brakowało mu przynajmniej kilkunastu godzin snu lub gdy jego ciało zamarzało na rogu ulicy, gdy lodowata noc zmieniała się w równy zimny poranek.
Tamtego felernego dnia, w którym poznał Cassandrę, nie mógł jednak powstrzymać się od fali obrzydzenia do samego siebie, gdy wymienił pieniądze na żetony. Ostatnimi czasy jego klienci zalegali mu z płatnościami, a niektórzy wprost odmówili zapłaty ze względu na niezadowalające efekty. Welsh był w stanie udowodnić niejedno gówno, lecz nie mógł urzeczywistniać scenariuszy, które istniały tylko w głowach klientów. Brakowało mu kasy i nie mógł do końca zrozumieć, kiedy jego życie skręciło w miejsce, w którym musiał liczyć drobne niczym student przed końcem miesiąca, zastanawiając się czy klient na pewno odda mu wkład własny, a nie postąpi jak reszta parszywców, z którymi musiał zmagać się w ostatnim czasie.
W kasynie huczało niczym w ulu. Maszyny co chwilę wygrywały irytujące melodyjki oznajmiając kolejną porażkę, kulka grzechotała po obracającej się tarczy ruletki, a w powietrzu unosił się odór tanich perfum i potu. Głosy graczy mieszały się w jeden nieustanny szum, jedni przeklinali, inni śmiali się nerwowo. Ludzie przychodzili tu by zaznaczać szczęścia, lecz udręczone miny klientów, którzy od kilku godzin siedzieli przykuci do stołków jasno wskazywały, że nadzieja na dobrą passę już dawno umarła. Ich oczy jednak pałały jakimś niezdrowym blaskiem, który trzymał ich wciąż przy stołach.
Zagrał kilka razy w pokera wypatrując swojego celu i obserwując pomieszczenie. Zapamiętywał twarze pracowników, to gdzie chodzili, co, ile się zmieniali i kto pilnował poszczególnych stołów. Co jakiś czas podnosił wzrok znad kart, aby znudzonym wzrokiem rozejrzeć się po sali, lecz w rzeczywistości liczył kamery i sprawdzał martwe punkty między kolumnami i automatami.
Nie spieszył się. W takich miejscach pośpiech był najprostszą drogą do zwrócenia na siebie uwagi, a on naprawdę nie miał ochoty dostać pouczenia przy pomocy łomu od Dimitra i Sergieja, którzy najpewniej pilnowali tego przybytku na kamerach ze swojej kanciapy. Od czasu do czasu pozwalał sobie na ryzykowniejsze zagranie i przegrywanie kilku żetonów, lecz nie szarżował. Chciał wyglądać na kogoś nowego, zafascynowanego. Kogoś kto z pewnością wróci po więcej.
Po dwóch godzinach postanowił zakończyć pierwszy rekonesans. Udał się do łazienki, by znaleźć wymówkę do przechadzki i dalszego rozglądania się, a także by móc w końcu ulżyć pęcherzowi, którego ignorował od ostatnich kilku godzin. Zaraz po tym jak tylko ulokował się przy jednym z pisuarów drzwi otworzyły się.
Usłyszał dźwięk przekręcającego zamka w drzwiach, a później stukot szpilek uderzających o tanie płytki. Niska kobieta, która obsługiwała go przy stole usadowiła się na umywalce i wbiła w niego wzrok. Wolfgang był tym wydarzeniem nieco zdziwiony, lecz nie dał tego po sobie poznać.
Nie śpiesz się, płacą mi za nadgodziny.

Welsh wzruszył ramionami, jakby i on miał cały czas na świecie i rozpiął klamrę w spodniach, a następnie rozporek, aby móc załatwić co trzeba. Gdy skończył, podszedł do drugiej umywalki, aby umyć ręce. Przez chwilę przyglądał się własnemu spojrzeniu krytycznym wzrokiem. Przejechał dłonią po blond puklach, aby ogarnąć je z twarzy i w końcu skupił się na nieproszonym towarzystwie.
– Całkiem przytulnie tu macie – zagaił spokojnym tonem. – Aż zaczynam się zastanawiać, czy dbacie tak o wszystkich klientów, czy tylko o świeżaków. Nie wiem przez jak długi czas mogę liczyć na ten status i do jakich dodatkowych benefitów mnie on upoważnia. –

Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Zwróciła na niego uwagę tylko dlatego, że był przystojny. Co było nietypowe, bo blondyni zazwyczaj nie byli w jej typie. Ten osobnik miał jednak w sobie coś, co sprawiło, że zawiesiła oko na dłużej. Podążała za jego wzrokiem, patrząc na te same punkty co on. Nie domyśliła się od razu — bardziej wydawało jej się, że kogoś szuka, a nie czegoś. Wśród gości rozglądała się za kimś kto by do niego pasował. Może był w towarzystwie (oby nie) i się rozdzielili?
Obserwowała to, jak inni zachowywali się w jego obecności. Szukała jakiegokolwiek znaku, który wskazałby, że ktoś go rozpoznał. Nie widział tego, że go obserwuje, czy przyjął to jako standardowe zachowanie pracownika? Owszem, był to jeden z jej obowiązków — tak jak i dyskrecja, której teraz żałowała.
Nie było nic subtelnego w jej obserwacjach.
Była pewna, że reszta już szeptała między sobą — zupełnie niepotrzebnie. Nie umawiała się z klientami. Czuła do nich zbyt duże obrzydzenie, ale on nie był klientem (miejmy nadzieję, taka ładna twarz nie mogła się marnować). Nie umiała jeszcze tego udowodnić. Mogła to lepiej rozegrać. Poprosić dziewczyny z recepcji o jego imię i nazwisko. Musiał przecież okazać jakiś dokument tożsamości, by został wpuszczony. Odłożyła telefon, gdy podszedł do umywalki. Oparła głowę o lustro, przyglądając się jego ruchom. Uśmiechała się lekko, jakby spotkali się po latach, a nie dopiero co poznali.
Przyjemnie się na niego patrzyło. Uśmiechnęła się szerzej, gdy mięśnie napinały się, kiedy zginał ręce.
Na złotej tabliczce widniało imię „Lucy”. Podmieniła się z koleżanką dawno temu. Bardzo nie lubiła, gdy klienci zwracali się do niej po imieniu. Budziło to w niej taką agresję, której nie potrafiła w sobie wytłumaczyć. Umiała się jednak kontrolować. To chyba jedyne miejsce, w którym potrafiła przystopować, nie dlatego, że chciała, a musiała. Klienci codziennie odgrażali się skargami, wierząc w ich sprawczość, podczas gdy w rzeczywistości niczego one nie zmieniały. Nikt nie traktował ich na poważnie — tak samo jak osób, które je składały.
Tragikomedia, jaka się tu odbywała, była na porządku dziennym. Stała część zawodu. Każdy, kto chciał tu popracować dłużej niż miesiąc, musiał się wyłączyć emocjonalnie. Nie można było nawiązywać relacji z klientami. Nie można było okazywać im litości. Jeden uśmiech wystarczył, by pomyśleli, że awansowali — że są poziom wyżej od reszty uzależnionych. Gdy brakowało im pieniędzy, próbowali się zapożyczyć. Najlepsze było to, że niektórzy pracownicy naprawdę dawali się na to nabrać. Współczuli im, patrzyli jak na człowieka, a nie dzikie zwierzę w jakie się zamieniali wraz z przekroczeniem progu kasyna. Potem był płacz i rozpacz, bo jak to możliwe, że uzależniony człowiek mógł kogoś oszukać.
Mężczyzna dobrze udawał. Musiała mu przyznać, że próbował to dobrze rozegrać. Nie była jeszcze pewna co. Chciał okraść kasyno? Proszę bardzo. Nawet mu pomoże — pod warunkiem, że podzielą się przychodem na pół. Mógł nawet zrobić to na jej zmianie. Proszę bardzo. Lubiła zagadki, rzeczy niewiadome i nieoczywiste. Ordynarności nie postrzegała jako wady, a raczej jako zachętę. Daltonizm — gdy czerwona flaga dla niej była zielona. Wydawało się, że problemy jej nie opuszczały, podczas gdy w rzeczywistości to ona je stwarzała, nie mogąc powstrzymać pokusy. Ucieczka przed marazmem, stagnacją, beznadzieją dnia codziennego. Potrzebowała rutyny, jakiegoś poczucia obowiązku, by lepiej funkcjonować — ale jednocześnie to doprowadzało ją na granicę szaleństwa.
Goniła za adrenaliną, niebezpieczeństwem, by coś poczuć. Czas uciekał nieubłaganie, ale dzień był zawsze za długi. Czekała tylko na jego koniec, by położyć się spać i pozwolić, by kilka godzin życia po prostu jej odeszło. Łaknęła bliskości z drugim człowiekiem, ale gdy tylko ktoś się zbliżył — uciekała. Nie okazywała tego. Zakrywała swój faktyczny stan szerokim uśmiechem. Jeśli mężczyzna poświęcił jej choć trochę uwagi, mógł zauważyć, jak dostosowywała się do klientów, wiedząc czego oczekują. Cały ten czas grała, raz ciepło, zimno, setki masek nałożone na siebie. Wydawało się, że zdjęła je przed wejściem do łazienki.
Przyznam się, zwróciłam na ciebie uwagę tylko dlatego, że jesteś przystojny. Co do benefitów możemy się dogadać — odpowiedziała mu z takim samym spokojem. Zaśmiała się i puściła mu oczko.
I jak już ci się dobrze przyjrzałam, zauważyłam, jak się rozglądasz. Z początku wydawało mi się, że rozglądasz się za kimś, później, że za czymś. Teraz nie jestem pewna, w jakim celu robisz rekonesans. Jestem zobligowana zgłosić podejrzane zachowania. Procedura nie jest skomplikowana, ale pracochłonna. Będziemy musieli raz jeszcze sprawdzić twój dokument tożsamości, zapytać innych pracowników, ewentualnie przejrzeć nagrania z kamer.
Nachyliła się, tak by skrócić dystans między nimi. Był na wyciągnięcie ręki, ale zatrzymała je przy sobie. Twarz miała bliżej jego. Patrzyła mu w oczy, próbując wyczytać z nich jeszcze więcej. To spojrzenie go zdradziło. Brakowało tej iskry, tego szaleństwa, jakie mieli uzależnieni ludzie. Oczy nigdy nie kłamały.
Grasz ostrożnie, podbijasz stawkę okazjonalnie, jak ktoś, kto dopiero uczy się gry, ale znasz zasady. Mogę się oczywiście mylić. Może rozmawiam z profesjonalistą i właśnie cię uraziłam. Wiesz, jestem tylko głupią krupierką, ale uważam, że brakuje ci jednej rzeczy. Pasji samobójcy. Nie krzyczysz, nie podnosisz głosu, nie próbujesz zrzucić winy na mnie. Oczywiście jesteś nowym klientem, może jeszcze nie popadłeś w szaleństwo. Ludzie spokojni rzadko uczęszczają do takich miejsc. Nie śmierdzisz alkoholem, nie wyglądasz, jakbyś był pod wpływem narkotyków. Więc co tutaj robisz?
Przesunęła się jeszcze bliżej niego — manewr był trochę skomplikowany, nie chciała wpaść do umywalki. Siedziała teraz naprzeciwko. Uśmiechała się zalotnie, testując, na ile może sobie pozwolić i ile z tego odwzajemni.
Nie odbieraj tego jako groźby. Nie mam złych intencji. Prawdę mówiąc, jestem cholernie wścibska. Gdy coś zauważę, nie daje mi to spokoju przez długie dni. Będę analizować, myśleć, aż nie wyciągnę wniosków, często błędne. Potraktuj to więc jako prośbę. Bardzo bym się chciała dzisiaj wyspać.
Głos miała spokojny, o stałej barwie, ale to nie wystarczyło, by ukryć ekscytację i podniecenie. Oddychała płytko, nierówno. Serce waliło, szybciej pompując krew. Rozproszone spojrzenie lawirowało po jego twarzy — oczy, usta, linia żuchwy. Patrzyła jak na eksponat na wystawie. Przygryzała dolną wargę, by powstrzymać szerszy uśmiech, co mógł odebrać dwojako.
Dopiero teraz dotarło do niej, co zrobiła.
Zamknęła się w łazience z obcym mężczyzną. Nie wiedziała, z kim rozmawia, a jej wypowiedź chwilami brzmiała jak groźba. Przez myśl nie przeszło jej, że narażała siebie na niebezpieczeństwo.
Zbyt pewna siebie. Zbyt zachłanna. Lekkomyślna. Ale tak bardzo tego potrzebowała — na chwilę poczuć, że żyje, a nie tylko jest. Ta obojętność, którą odczuwała, zabijała szybciej niż nikotyna. Mogła przejść obojętnie obok niego. Machnąć ręką. Olać typa. Najwidoczniej była uzależniona. Jak każdy w tym budynku.

Wolfgang Welsh
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „Casino & Racetrack Woodbine”