ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

I was looking for a job, and then I found a job
And heaven knows I'm miserable now


Żałosny widok. Setki ludzi przykutych niewidzialnym łańcuchem do kolorowych, grających skrzynek. Dłonie mieli przyklejone do przycisku, oczy nieobecne, gdy patrzyli, jak owoce układają się w linii. Przechodząc przez kasyno, nie zwracała już uwagi na zadawane pytania. Niczym automatyczna sekretarka odpowiadała: wynik gry jest losowy, nie mogę panu powiedzieć, na której maszynie padła wysoka wygrana, proszę o zachowanie spokoju, inaczej będę zmuszona wezwać ochronę. Odpowiadała w sposób chłodny, jasno zaznaczając dystans. Nie uśmiechała się często. Zauważyła, że ludzie traktują to jak zaproszenie do dalszej dyskusji, której nie miała ochoty podejmować. Na jej oczach ludzie tracili cały swój dorobek. Była świadkiem kłótni, bijatyk. Słuchała przesądów. Dmuchała na banknoty, pukała w maszynę, robiła cokolwiek, by tylko się odpierdolili i pozwolili jej spokojnie pracować. Ciężko o spokój w tym miejscu. Uzależnieni ludzie to ciężkie przypadki, a hazard był wyjątkowo podstępny. Gdy ktoś był już gotowy wyjść i nigdy nie wrócić, los okazywał się przechylny, a człowiek cieszył się z pięciu tysięcy, nie pamiętając, że stracił dziesięć. Nie lubiła elegancików w krawatach. Największe skurwysyny, z którymi nie można było wchodzić w dyskusję. Ci ludzie przychodzili do kasyna na kłótnię. Wydawali duże pieniądze, oczekując, że wpłynie to na wynik losowej gry. Tacy mądrzy, tak pięknie się wypowiadali, a nie potrafili uzmysłowić sobie, że są takimi samymi frajerami jak zwykły ćpunek, który przyszedł zagrać za ostatnie pieniądze. Wydawało się, że w kieszeni mieli gotowe, wydrukowane i podpisane formularze ze skargami. Czekali tylko na jej grymas, by móc złożyć dokumenty do kierownika. Musiała ostrożnie dobierać słowa, by klient jednocześnie poczuł się obrażony, ale nie mógł tego zgłosić.

Pani, ja tu już zostawiłem tyle pieniędzy, że miałbym wakacje w Hiszpanii.
Hiszpania jest taka tania? Nie wiedziałam.


Wolała zapijaczonych, zaćpanych prostych ludzi. Im mogła patrzeć w oczy, gdy mówiła, co o nich sądzi. Kończyło się to różnie. Czasami dochodziło do przepychanek, ale umówmy się — tego właśnie chciała. Nie zaczynała pierwsza. Tak przynajmniej usprawiedliwiała swoje działania. To oni zaczynali, ona tylko kończyła. Stałych klientów było łatwo rozgryźć, złapać się czegoś, o czym wiedziała, że wyprowadzi ich z równowagi. Wtedy jej reakcje były w obronie własnej, a nikt nie mógł jej z tego rozliczyć. Ci, którzy za głośno szczekali i za dużo pili, nigdy nie dostawali pełnej wypłaty. Ludzie gubili karty, portfele, klucze do aut. Nie każdy odzyskiwał swoją zgubę. To pracownicy często decydowali, czy ktoś „zasłużył”.
Po ludziach było widać, czy to jest ich miejsce, czy nie. Zwracała uwagę na drobne szczegóły, gesty i miny, którymi się zdradzali. Niektórzy byli tu pierwszy raz albo setny i próbowali wmówić wszystkim, że nigdy nie byli w takim miejscu. Czasami zdarzało się, że przychodzili tylko dla towarzystwa, ewentualnie wypili za dużo i nie żałowali pieniędzy na prymitywną rozrywkę. Łatwo było zauważyć kogoś, kto tu nie pasował. Nazywała to intuicją, ale to była wyuczona umiejętność, którą nabyła przez podsłuchiwanie, zadawanie odpowiednich pytań i prowokowanie sytuacji.
Nie lubiła pokera. W pokera grali najwięksi foliarze, którzy w złości byli skłonni oskarżyć ją o oszustwo przy kartach. Strasznie ją denerwowało, gdy padały takie słowa, szczególnie gdy tego nie robiła. Bezczelność ludzi była poza jakąkolwiek skalą. Tasowała karty, przyglądając się jednemu mężczyźnie. „Przyglądała się” to za łagodne słowo — gapiła się, jakby próbowała wzrokiem wypalić w nim dziurę. Dla niej wyglądał jak słoń w składzie porcelany. Nie był tu po wygraną. Nie wyglądał na desperata, nie śmierdział alkoholem i nie pocił się, drapiąc po rękach. Obserwowała go przez całą grę, a kąciki ust drgały ku górze, gdy przyjmowała od niego zakłady. Słuchała rozmów przy stole. Był to jeden z jej obowiązków w pracy, ale robiła to także po to, by zaspokoić własną ciekawość.
Po zakończonej grze uśmiechnęła się szeroko do zwycięzcy, gdy ten wręczał jej napiwek. Mężczyzna, któremu tak się przyglądała, odszedł. Siła wyższa, moc silniejsza od niej, pchnęła ją, by za nim poszła. Skierował się do łazienek. Dała mu wejść pierwszemu, w kieszeni eleganckich spodni odnajdując klucze. Pośpiesznie weszła do pomieszczenia, zamykając je za sobą, a kluczyki ponownie powędrowały do kieszeni. Obcasy stukały o jasne posadzki, głośno dając znać o jej obecności. Zdradził ją też zapach — słodkie perfumy dusiły, ale z takim zamiarem je kupiła.
Przejrzała się w lustrze, jednocześnie patrząc na jedną z kabin, która jako jedyna była zajęta. Rozpuściła włosy, by ponownie związać je w ciasny kok. Wygładziła materiał białej koszuli. Poprawiła makijaż, przejeżdżając po ustach czerwoną pomadką. Usiadła na umywalce, zakładając nogę na nogę. Oparła się o lustro, wyciągając papierosa. Truskawkowy dym dostał się do płuc. Przetrzymała go, czując, że to dobry moment, by zaspokoić swoje uzależnienie.
Nie śpiesz się, płacą mi od godziny — powiedziała do obcego mężczyzny. Wyjęła telefon, by odpisać na kilka wiadomości, długie szpiczaste paznokcie stukały o ekran podczas pisania. Klamka do łazienki została gwałtownie szarpnięta. Usłyszeli, jak ktoś agresywnie zaczyna uderzać w drzwi. Westchnęła, wydając z siebie przeciągły dźwięk wskazujący na irytację. — Awaria! Idź do drugiej!

Wolfgang Welsh
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Śledzenie było niczym taniec.
Obiekt nadawał tempo, a on dopasowywał się i uważał, aby nie nadepnąć mu na palce. Lubił tę część swojej pracy, zwłaszcza, gdy wymagała aktywnego działania w terenie, a nie bezmyślnego siedzenia w samochodzie w zapominanej przez Boga dzielnicy. Potrafił złapać rytm, który mu nadano. Czasem był tuż obok zupełnie nieświadomego celu jako niewyróżniający się pasażer transportu publicznego. Innym razem obserwował z dystansu, stapiając się z tłumem ludzi na tle pospolitych witryn sklepowych.
Najważniejsze było to, aby druga strona nie zorientowała się, że tańczy.
Czasem, było to całkiem łatwe, bo jego obiekty nie przypuszczały nawet, że mogłyby być śledzone. Niewierni mężowie lub nielojalne żony byli często pozbawieni czujności, zbyt zajęci własnymi sekretami, nabuzowani pożądaniem i potajemnym seksem. Nie przychodziło im do głowy, że mogli zostać ograni, skoro sami byli profesjonalnymi graczami. Większość ich życia była grą pozorów. Udawali przed swoimi drugimi połówkami oddanych partnerów, próbując uśpić czujność za pomocą prezentów i czułych gestów. Przed kochankami w miejscach publicznych byli nad wyraz ostrożni, do tego stopnia, że unikali nawet najbardziej naturalnych gestów, zwracając na siebie uwagę brakiem spontaniczności.
Do czasu, bo przecież nikt nie może udawać w nieskończoność.
W końcu żona orientuje się, że mąż idąc do łazienki zawsze zabiera ze sobą telefon, a wyjazdy na delegację wypadają zbyt często. Mała rysa na idealnym obrazku nie jest jeszcze podstawą do rozwodu, zwłaszcza, gdy wszystko na pozór wydaje się piękne i bezpieczne.
Lecz on potrafił znaleźć więcej rys. Zauważał, jak pojawiają się one u siedzącej obok pary, która wydawała się prowadzić biznesowe spotkanie. Dostrzegał prowadzoną między nimi wymianę spojrzeń, bezwiedne palce masujące okolicę ust, dłonie bez obrączek, lecz z wyraźnym odciskiem po pierścionku.
Był w tym cholernie dobry. Choć wcale tego kurwa nie lubił.
Wolfgang posiadł jednak w sobie tę niezwykłą cechę, która pozwalała wyłączyć emocje i przełączyć się w tryb zadaniowy. W trakcie pracy jego myśli nie błądziły, pozostawał skupiony i czujny przy każdym zadaniu. Nawet wtedy, gdy brakowało mu przynajmniej kilkunastu godzin snu lub gdy jego ciało zamarzało na rogu ulicy, gdy lodowata noc zmieniała się w równy zimny poranek.
Tamtego felernego dnia, w którym poznał Cassandrę, nie mógł jednak powstrzymać się od fali obrzydzenia do samego siebie, gdy wymienił pieniądze na żetony. Ostatnimi czasy jego klienci zalegali mu z płatnościami, a niektórzy wprost odmówili zapłaty ze względu na niezadowalające efekty. Welsh był w stanie udowodnić niejedno gówno, lecz nie mógł urzeczywistniać scenariuszy, które istniały tylko w głowach klientów. Brakowało mu kasy i nie mógł do końca zrozumieć, kiedy jego życie skręciło w miejsce, w którym musiał liczyć drobne niczym student przed końcem miesiąca, zastanawiając się czy klient na pewno odda mu wkład własny, a nie postąpi jak reszta parszywców, z którymi musiał zmagać się w ostatnim czasie.
W kasynie huczało niczym w ulu. Maszyny co chwilę wygrywały irytujące melodyjki oznajmiając kolejną porażkę, kulka grzechotała po obracającej się tarczy ruletki, a w powietrzu unosił się odór tanich perfum i potu. Głosy graczy mieszały się w jeden nieustanny szum, jedni przeklinali, inni śmiali się nerwowo. Ludzie przychodzili tu by zaznaczać szczęścia, lecz udręczone miny klientów, którzy od kilku godzin siedzieli przykuci do stołków jasno wskazywały, że nadzieja na dobrą passę już dawno umarła. Ich oczy jednak pałały jakimś niezdrowym blaskiem, który trzymał ich wciąż przy stołach.
Zagrał kilka razy w pokera wypatrując swojego celu i obserwując pomieszczenie. Zapamiętywał twarze pracowników, to gdzie chodzili, co, ile się zmieniali i kto pilnował poszczególnych stołów. Co jakiś czas podnosił wzrok znad kart, aby znudzonym wzrokiem rozejrzeć się po sali, lecz w rzeczywistości liczył kamery i sprawdzał martwe punkty między kolumnami i automatami.
Nie spieszył się. W takich miejscach pośpiech był najprostszą drogą do zwrócenia na siebie uwagi, a on naprawdę nie miał ochoty dostać pouczenia przy pomocy łomu od Dimitra i Sergieja, którzy najpewniej pilnowali tego przybytku na kamerach ze swojej kanciapy. Od czasu do czasu pozwalał sobie na ryzykowniejsze zagranie i przegrywanie kilku żetonów, lecz nie szarżował. Chciał wyglądać na kogoś nowego, zafascynowanego. Kogoś kto z pewnością wróci po więcej.
Po dwóch godzinach postanowił zakończyć pierwszy rekonesans. Udał się do łazienki, by znaleźć wymówkę do przechadzki i dalszego rozglądania się, a także by móc w końcu ulżyć pęcherzowi, który ignorował od ostatnich kilku godzin. Zaraz po tym jak tylko ulokował się przy jednym z pisuarów drzwi otworzyły się.
Usłyszał dźwięk przekręcającego zamka w drzwiach, a później stukot szpilek uderzających o tanie płytki. Niska kobieta, która obsługiwała go przy stole usadowiła się na umywalce i wbiła w niego wzrok. Wolfgang był tym wydarzeniem nieco zdziwiony, lecz nie dał tego po sobie poznać.
Nie śpiesz się, płacą mi za nadgodziny.

Welsh wzruszył ramionami, jakby i on miał cały czas na świecie, i rozpiął klamrę paska, a następnie rozpiął rozporek, aby móc załatwić co trzeba. Gdy skończył, podszedł do drugiej umywalki, aby umyć ręce. Przez chwilę przyglądał się własnemu spojrzeniu krytycznym wzrokiem. Przejechał dłonią po blond puklach, aby ogarnąć je z twarzy i w końcu skupił się na nieproszonym towarzystwie.
– Całkiem przytulnie tu macie – zagaił spokojnym tonem. – Aż zaczynam się zastanawiać, czy dbacie tak o wszystkich klientów, czy tylko o świeżaków. Nie wiem przez jak długi czas mogę liczyć na ten status i do jakich dodatkowych benefitów mnie on upoważnia. –

Cassandra Layton
Ostatnio zmieniony śr mar 25, 2026 10:31 pm przez Wolfgang Welsh, łącznie zmieniany 2 razy.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Zwróciła na niego uwagę tylko dlatego, że był przystojny. Co było nietypowe, bo blondyni zazwyczaj nie byli w jej typie. Ten osobnik miał jednak w sobie coś, co sprawiło, że zawiesiła oko na dłużej. Podążała za jego wzrokiem, patrząc na te same punkty co on. Nie domyśliła się od razu — bardziej wydawało jej się, że kogoś szuka, a nie czegoś. Wśród gości rozglądała się za kimś kto by do niego pasował. Może był w towarzystwie (oby nie) i się rozdzielili?
Obserwowała to, jak inni zachowywali się w jego obecności. Szukała jakiegokolwiek znaku, który wskazałby, że ktoś go rozpoznał. Nie widział tego, że go obserwuje, czy przyjął to jako standardowe zachowanie pracownika? Owszem, był to jeden z jej obowiązków — tak jak i dyskrecja, której teraz żałowała.
Nie było nic subtelnego w jej obserwacjach.
Była pewna, że reszta już szeptała między sobą — zupełnie niepotrzebnie. Nie umawiała się z klientami. Czuła do nich zbyt duże obrzydzenie, ale on nie był klientem (miejmy nadzieję, taka ładna twarz nie mogła się marnować). Nie umiała jeszcze tego udowodnić. Mogła to lepiej rozegrać. Poprosić dziewczyny z recepcji o jego imię i nazwisko. Musiał przecież okazać jakiś dokument tożsamości, by został wpuszczony. Odłożyła telefon, gdy podszedł do umywalki. Oparła głowę o lustro, przyglądając się jego ruchom. Uśmiechała się lekko, jakby spotkali się po latach, a nie dopiero co poznali.
Przyjemnie się na niego patrzyło. Uśmiechnęła się szerzej, gdy mięśnie napinały się, kiedy zginał ręce.
Na złotej tabliczce widniało imię „Lucy”. Podmieniła się z koleżanką dawno temu. Bardzo nie lubiła, gdy klienci zwracali się do niej po imieniu. Budziło to w niej taką agresję, której nie potrafiła w sobie wytłumaczyć. Umiała się jednak kontrolować. To chyba jedyne miejsce, w którym potrafiła przystopować, nie dlatego, że chciała, a musiała. Klienci codziennie odgrażali się skargami, wierząc w ich sprawczość, podczas gdy w rzeczywistości niczego one nie zmieniały. Nikt nie traktował ich na poważnie — tak samo jak osób, które je składały.
Tragikomedia, jaka się tu odbywała, była na porządku dziennym. Stała część zawodu. Każdy, kto chciał tu popracować dłużej niż miesiąc, musiał się wyłączyć emocjonalnie. Nie można było nawiązywać relacji z klientami. Nie można było okazywać im litości. Jeden uśmiech wystarczył, by pomyśleli, że awansowali — że są poziom wyżej od reszty uzależnionych. Gdy brakowało im pieniędzy, próbowali się zapożyczyć. Najlepsze było to, że niektórzy pracownicy naprawdę dawali się na to nabrać. Współczuli im, patrzyli jak na człowieka, a nie dzikie zwierzę w jakie się zamieniali wraz z przekroczeniem progu kasyna. Potem był płacz i rozpacz, bo jak to możliwe, że uzależniony człowiek mógł kogoś oszukać.
Mężczyzna dobrze udawał. Musiała mu przyznać, że próbował to dobrze rozegrać. Nie była jeszcze pewna co. Chciał okraść kasyno? Proszę bardzo. Nawet mu pomoże — pod warunkiem, że podzielą się przychodem na pół. Mógł nawet zrobić to na jej zmianie. Proszę bardzo. Lubiła zagadki, rzeczy niewiadome i nieoczywiste. Ordynarności nie postrzegała jako wady, a raczej jako zachętę. Daltonizm — gdy czerwona flaga dla niej była zielona. Wydawało się, że problemy jej nie opuszczały, podczas gdy w rzeczywistości to ona je stwarzała, nie mogąc powstrzymać pokusy. Ucieczka przed marazmem, stagnacją, beznadzieją dnia codziennego. Potrzebowała rutyny, jakiegoś poczucia obowiązku, by lepiej funkcjonować — ale jednocześnie to doprowadzało ją na granicę szaleństwa.
Goniła za adrenaliną, niebezpieczeństwem, by coś poczuć. Czas uciekał nieubłaganie, ale dzień był zawsze za długi. Czekała tylko na jego koniec, by położyć się spać i pozwolić, by kilka godzin życia po prostu jej odeszło. Łaknęła bliskości z drugim człowiekiem, ale gdy tylko ktoś się zbliżył — uciekała. Nie okazywała tego. Zakrywała swój faktyczny stan szerokim uśmiechem. Jeśli mężczyzna poświęcił jej choć trochę uwagi, mógł zauważyć, jak dostosowywała się do klientów, wiedząc czego oczekują. Cały ten czas grała, raz ciepło, zimno, setki masek nałożone na siebie. Wydawało się, że zdjęła je przed wejściem do łazienki.
Przyznam się, zwróciłam na ciebie uwagę tylko dlatego, że jesteś przystojny. Co do benefitów możemy się dogadać — odpowiedziała mu z takim samym spokojem. Zaśmiała się i puściła mu oczko.
I jak już ci się dobrze przyjrzałam, zauważyłam, jak się rozglądasz. Z początku wydawało mi się, że rozglądasz się za kimś, później, że za czymś. Teraz nie jestem pewna, w jakim celu robisz rekonesans. Jestem zobligowana zgłosić podejrzane zachowania. Procedura nie jest skomplikowana, ale pracochłonna. Będziemy musieli raz jeszcze sprawdzić twój dokument tożsamości, zapytać innych pracowników, ewentualnie przejrzeć nagrania z kamer.
Nachyliła się, tak by skrócić dystans między nimi. Był na wyciągnięcie ręki, ale zatrzymała je przy sobie. Twarz miała bliżej jego. Patrzyła mu w oczy, próbując wyczytać z nich jeszcze więcej. To spojrzenie go zdradziło. Brakowało tej iskry, tego szaleństwa, jakie mieli uzależnieni ludzie. Oczy nigdy nie kłamały.
Grasz ostrożnie, podbijasz stawkę okazjonalnie, jak ktoś, kto dopiero uczy się gry, ale znasz zasady. Mogę się oczywiście mylić. Może rozmawiam z profesjonalistą i właśnie cię uraziłam. Wiesz, jestem tylko głupią krupierką, ale uważam, że brakuje ci jednej rzeczy. Pasji samobójcy. Nie krzyczysz, nie podnosisz głosu, nie próbujesz zrzucić winy na mnie. Oczywiście jesteś nowym klientem, może jeszcze nie popadłeś w szaleństwo. Ludzie spokojni rzadko uczęszczają do takich miejsc. Nie śmierdzisz alkoholem, nie wyglądasz, jakbyś był pod wpływem narkotyków. Więc co tutaj robisz?
Przesunęła się jeszcze bliżej niego — manewr był trochę skomplikowany, nie chciała wpaść do umywalki. Siedziała teraz naprzeciwko. Uśmiechała się zalotnie, testując, na ile może sobie pozwolić i ile z tego odwzajemni.
Nie odbieraj tego jako groźby. Nie mam złych intencji. Prawdę mówiąc, jestem cholernie wścibska. Gdy coś zauważę, nie daje mi to spokoju przez długie dni. Będę analizować, myśleć, aż nie wyciągnę wniosków, często błędne. Potraktuj to więc jako prośbę. Bardzo bym się chciała dzisiaj wyspać.
Głos miała spokojny, o stałej barwie, ale to nie wystarczyło, by ukryć ekscytację i podniecenie. Oddychała płytko, nierówno. Serce waliło, szybciej pompując krew. Rozproszone spojrzenie lawirowało po jego twarzy — oczy, usta, linia żuchwy. Patrzyła jak na eksponat na wystawie. Przygryzała dolną wargę, by powstrzymać szerszy uśmiech, co mógł odebrać dwojako.
Dopiero teraz dotarło do niej, co zrobiła.
Zamknęła się w łazience z obcym mężczyzną. Nie wiedziała, z kim rozmawia, a jej wypowiedź chwilami brzmiała jak groźba. Przez myśl nie przeszło jej, że narażała siebie na niebezpieczeństwo.
Zbyt pewna siebie. Zbyt zachłanna. Lekkomyślna. Ale tak bardzo tego potrzebowała — na chwilę poczuć, że żyje, a nie tylko jest. Ta obojętność, którą odczuwała, zabijała szybciej niż nikotyna. Mogła przejść obojętnie obok niego. Machnąć ręką. Olać typa. Najwidoczniej była uzależniona. Jak każdy w tym budynku.

Wolfgang Welsh
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Życie hartowało Wolfganga i wielokrotnie stawiało w sytuacjach, które poddawały jego odruchy na próby. Gdy stawał oko w oko z zagrożeniem adrenalina i kortyzol zaczynały w nim buzować, by zmusić ciało do biegu, do ucieczki, w ramach naturalnej reakcji na zagrożenie. Doskonale znał falę przepływającą przez jego ciało mobilizującą każdy mięsień i nerw do tego, by mogły zacząć pracować na jak najwyższych obrotach, a także ten charakterystyczny szum w skroniach, jakby krew w jego organizmie płynęła zbyt szybko. Musiał jednak nauczyć się tego, jak wyciszyć te reakcje, jak nie poddać się im bezwarunkowo, lecz jak przejąć nad nimi kontrolę i wykorzystać na własnych zasadach. Zatrzymywał ten impuls starając się oddzielić instynkt od decyzji i skupić się na tym, co należało zrobić. Z każdą kryzysową sytuacją było mu łatwiej; układ nerwowy stopniowo zwalniał, jakby zaczynał oswajać się z napięciem zamiast bezmyślnie mu ulegać. Impulsy zaczynały tracić na gwałtowności ustępując miejsca wyuczonym schematom i mantrom, które powtarzał w głowie, by pomóc sobie oszukać samego siebie. Nauczył się jak regulować oddech; zachować obojętny wyraz twarzy; powstrzymać drżenie rąk; utrzymać ten sam, niezachwiany ton głosu.
Nigdy nie udało mu się całkiem powstrzymać swoich naturalnych reakcji, a lata spędzone w wojsku nie zdążyły zabić w nim wszystkich instynktów. Był jednak całkiem nieźle przygotowany, dlatego nie pozwolił, aby zaskoczenie i irytacja pojawiły się na jego twarzy, gdy krupierka rozpoczęła swój długi wywód na temat jego osoby i intencji. Choć w głowie szumiało mu od wulgaryzmów i epitetów, zmusił się do tego, aby udać niewinne zaskoczenie. Podniósł w górę lekko brwi i lekko otworzył usta, jakby żadna z wymienionych przez nią rzeczy nie miała miejsca, a on był tylko biednym i zagubionym żółtodziobem, który właśnie doświadczał molestowania w śmierdzącym kiblu.
– Czy Ty spadałaś z chuja? – Słowa wypłynęły z jego ust, zanim zdążył je powstrzymać. Naprawdę był przygotowany na wiele, lecz jego obszerna analiza, groźba zgłoszenia do ochrony i próba usprawiedliwienia swojej inwazji wścibstwem wyprowadziły go nieco z równowagi. Do tego była blisko niego, naprawdę blisko, siedząc na krawędzi umywalki w pozycji, która nie mogła być wygodna, sprawiając wrażenie jakby, faktycznie z nim flirtowała. Jej perfumy wdzierały się do jego nozdrzy, a psotny uśmiech nieco rozpraszał i poddawał w wątpliwość istnienie wypowiedzianych przez nią słów. – Wybacz – zreflektował szybko i odetchnął, aby wziąć się w garść. Przez chwilę zaczął łajać się za brak taktu i spokoju, lecz nagle opanowanie spłynęło na niego niczym zimny deszcz.
Rozegraj to dobrze, Wolfgang. Bez pośpiechu.
– Wybacz, naprawdę, wyrwało mi się to, ale po prostu – przerwał w pół zdania, aby głęboko odetchnąć. Jakby zastanawiał się nad sensem dalszych słów. – Po prostu nie wiem, co mam Ci powiedzieć. – Wzruszył bezradnie ramionami, jakby nie miał nic do ukrycia, będąc niczym otwarta księga, do której można było zajrzeć, by dowiedzieć się co jest w środku. – Możemy iść do ochrony, aby sprawdzić moje dokumenty, nie mam nic przeciwko. Wpadłem tutaj pierwszy raz, bo chciałem spróbować czegoś nowego. Chciałem… sam nie wiem. Znów coś poczuć? – ostatnie zdanie wymówił nieco cichszym tonem, jakby sam dopiero co zaczął zastanawiać się nad tym nieświadomym powodem swojej obecności w tym przybytku, a mała, pionowa zmarszczka pojawiła się pomiędzy jego brwiami.
Pozwolił sobie na to, by obrzucić ją spojrzeniem, powolnym i taksującym, rozpoczynającym wędrówkę od szpilek na wysokim obcasie po jej ciemne oczy, na których zatrzymał się na dłużej.
– Boże, ale jesteś dziwaczna – mruknął, lecz na jego ustach zagrał szelmowski uśmiech, który wydawał się przeczyć wydanej opinii. – Na początku naprawdę pomyślałem, że liczysz na coś więcej, ale Ty po prostu przyszłaś tutaj, aby mnie zbesztać, oskarżyć i przy okazji molestować przyglądając mi się jak sikam. – Cichy śmiech wyrwał się z jego piersi i odbił po pustej łazience. – Czemu mnie to nawet kręci? –

Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Chciał ją tym obrazić? Jeśli tak, to mógł się rozczarować, gdy zaczęła się głośno śmiać. Musiał się bardziej postarać. Przytaknęła mu, choć pytanie nie wymagało potwierdzenia — odpowiedź była dość oczywista. Dawno temu puściły jej wszystkie hamulce. Przez długi czas uważała to za wadę, coś, co musiała naprawić. Porównywała się do innych ludzi, szukając rozwiązania w ich życiach. Myślała, że jeśli zrobi kopiuj-wklej czyichś zwyczajów i zachowań, to wynik będzie pozytywny. Tylko wynik nigdy nie był zgodny z oczekiwaniami. Frustrowała się, ciągle szukając powodu, przez który nie może być zwyczajna. Normalna.
Akceptacja przyszła w najbardziej nieoczekiwanym momencie. W sklepie — stała w kolejce z bochenkiem chleba, gdy w jednej chwili doznała olśnienia. Może właśnie wtedy wykształcił się jej płat czołowy. Spojrzała na swoje życie z innej perspektywy — swojej własnej. Zamiast porównywać siebie do innych, zaczęła ich porównywać do siebie. Zadała sobie pytanie: kogo by nie pojebało na moim miejscu? Nie było to dobre rozwiązanie, ale najlepsze, na jakie wpadła do tej pory. Zaakceptowała to, że najwyraźniej spadła z chuja, a pewne rzeczy po prostu stały się łatwiejsze.
Wzruszyła ramionami, dalej rozbawiona jego pytaniem.
Daj spokój, nie uraziło mnie to — machnęła ręką, zbywając go.
Przez moment zwątpiła w swoje podejrzenia. Udało mu się ją zmylić, ale nie zniechęcić. Nie był agresywny — a dopóki nie będzie zagrażał jej życiu, nie wycofa się. Nie tylko była wścibska, ale i cholernie uparta. Ta machina, gdy już się rozpędzi, nie zatrzyma się sama. Będzie pędzić, dopóki nie zderzy się czołowo z najbliższą przeszkodą. Przesunęła się, robiąc mu miejsce koło umywalki, ale wciąż nie zostawiając między nimi zbyt dużej przestrzeni. Odkręciła wodę i wskazała na mydło, niewerbalnie nakazując mu umyć dłonie. Nabrała powietrza, próbując zachować powagę, gdy ten wyjaśniał swoją obecność tutaj. Nie wytrzymała — kolejny raz wybuchnęła śmiechem.
Długo to ćwiczyłeś? Awww, chciałeś znów coś poczuć? To się do teatru chodzi, opery, nie kasyna, proszę cię. — Pokręciła głową z dezaprobatą, dając jasno do zrozumienia, że nie kupiła tej historyjki. Był przekonujący, ale jak się powiedziało A, to trzeba było się tego trzymać. Podtrzymała jego spojrzenie, patrząc mu prosto w oczy, coraz bardziej zaintrygowana.
Owszem, przyszłam cię tu zbesztać, oskarżyć… ale molestować? Nawet nie patrzyłam w twoją stronę! I tak liczę na coś więcej, ale mam zasadę, że z klientami nie sypiam, więc na rękę mi będzie, jeśli nim nie jesteś.
Ostatnie zdanie zignorowała, nie biorąc go za szczere. Uśmiechnęła się tylko szerzej, tak jakby jednak mógł to mieć na myśli. Zeskoczyła z blatu — szpilki głośno uderzyły o kafelki. Odwróciła głowę, na chwilę skupiając się na swoim odbiciu. Skrzywiła się, patrząc na fryzurę, która wciąż nie wyglądała tak, jak powinna. Zirytowana rozpuściła włosy po raz kolejny. Stała teraz obok niego, twarzą do lustra. Postanowiła zostawić je takie, choć ryzykowała, że jakiś agresywny klient mógłby ją za nie złapać.
Słuchaj, cokolwiek tu robisz, mogę ci z tym pomóc. Wiem, że nie wzbudziłam w tobie zbyt dużego zaufania, a moje zapewnienia, że można mi ufać, teraz na nic się nie zdadzą, ale taka jest prawda.— Zauważyła mały kłębek kurzu, który przyczepił się do jego ubrania. Zdjęła go i wygładziła materiał dłonią. Zrobiła to bardzo naturalnie, jakby znali się od lat, a nie od kilku minut. Była to też wygodna wymówka, by go dotknąć. — Nie pójdę do ochrony, nie jestem konfidentem. Myślałam, że to zadziała i po prostu powiesz, co tu robisz. Pracuję tu kilka lat, znam to miejsce na wylot. Znam klientów, pracowników, każdy zakamarek tego budynku. Różnica jest taka, że mi płacą, żebym tu była, a ty musisz płacić, żeby tu być. Cokolwiek próbujesz zrobić, może cię to sporo kosztować.
Obeszła go, stając za nim i przyglądając się mu z tej perspektywy. Zaciągnęła się dymem, wypuszczając dużą chmurę. Westchnęła ciężko, odchylając głowę do tyłu — zirytowana, może już odrobinę znudzona, ale wciąż czujna.
Dobra, od początku. Hej, jestem Cassandra, ale każdy mówi mi Cassie. Miło mi cię poznać.
Uśmiechnęła się, jakby to rzeczywiście był początek rozmowy, a nie jej kolejna próba rozgryzienia go na części. Jakby wciąż dawała mu wybór — choć oboje wiedzieli, że ona i tak nie odpuści.

Wolfgang Welsh
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Parsknął cicho pod nosem, gdy bezsłownie nakazała umyć mu dłonie. Lubił temperamentne kobiety, lecz wiedział, że w tym przypadku i tych konkretnych okolicznościach, będzie to dla niego udręką. Nie mógł pozwolić jej wejść sobie na głowę, gdy był w pracy. Lecz o dobry Boże… Wydawała się mieć w sobie tyle żaru, stanowczości i skupienia; mieszanka, która gubiła zmysły. Namydlił swoje ręce, a następnie wsadził je pod bieżącą wodę, czując na sobie jej baczny wzrok.
– Niczego nie ćwiczyłem – wyznał, zgodnie z prawdą, gdy nachylił się w jej stronę, by zbliżyć się do papierowych ręczników, które znajdowały się za jej plecami.
– Zauważyłaś, że wszystko i wszystkich obserwuję, słusznie. Miałaś rację, przyglądam się ludziom i rzeczom, lecz to dlatego, że dziesięć lat siedziałem w wojsku… nie umiem inaczej. – Technicznie rzecz ujmując, nie okłamał jej. Naprawdę nie potrafił zabić w sobie tego ciągłego czuwania, zupełnie jakby zagrożenie mogło się wyłonić gdziekolwiek i kiedykolwiek (nawet w łazience w kasynie), lecz ten problem pojawił się znacznie wcześniej niż jego kariera w wojsku. – Szukam emocji, bo nie wiele rzeczy mnie już ekscytuje, więc ani teatr, ani opera nie dostarczą mi tego kopa. Sądziłem, że przepierdolenie oszczędności mnie trochę obudzi. – Uniósł ramiona, jakby rozczarowany, że tak się nie stało.
Przyglądał się jej odbiciu, gdy poprawiała włosy, a mała zmarszczka pojawiła się pomiędzy brwiami. Dlaczego tak bardzo starała się przekonać go do tego, aby jej zaufał? Przecież kompletnie go nie znała, nie wiedziała kim jest, ani jakie ma pobudki. Powinien porozmawiać ze swoim zleceniodawcom, a jej pracodawcą, aby zweryfikować jej historię i udział w całej tej sprawie, bo jej nadgorliwość wydawała się wręcz alarmująca.
– Po co to wszystko robisz? Czemu chcesz, abym tak bardzo okazał się kimś, komu będziesz mogła pomóc? Ewidentnie zakładasz, że robię coś przeciwko kasynu, lecz nie masz obiekcji. Jeżeli tak bardzo przeszkadza Ci praca tutaj to czemu po prostu się nie zwolnisz? – Podniósł w górę jedną brew łapiąc jej spojrzenie w lustrze. Nie tylko ona mogła zadawać mu pytania.
Poczuł przyjemny dreszcz wzbierający u szczytu kręgosłupa, gdy dotknęła jego ramienia. Zmusił swoje ciało, by pozostało spokojne i obojętne na jej ruch; jego oddech nie zmienił się, oczy nie przymknęły się automatycznie, a z ust nie wydobył się cichy pomruk zadowolenia. W jego życiu od kilku lat panował ten otępiający spokój, który ciężko było zburzyć. Wydawało się, że niewiele rzeczy może go już ruszyć, więc raz za czas pozwalał sobie na więcej, aby wyrwać się z tej katatonii. Wchodził do klatki, aby powalczyć z nieznanym przeciwnikiem za pieniądze. Wciskał gaz do dechy, choć jego stary samochód nie nadawał się do aż tak szybkiej jazdy. Wpadał do tłocznego klubu i gubi się pośród setki spoconych i złaknionych ciał. Kłócił się z pijanymi karkami. Upijał się lub nie tylko do nieprzytomności. Poddawał się urokowi kobiecie, której nie powinien ulegać. Wszystko z nadzieją, że w końcu może coś zaskoczy. Obudzi go i wyrwie z tego zawieszenia, które czuł na co dzień. Z tej dziwnej pustki, która nie wydawała się ani bolesna, ani uciążliwa, lecz która była permanentna.
– Może to Ty szukasz emocji, skarbie? – Powoli odwrócił się w jej stronę i zrobił krok w przód, by maksymalnie się do niej zbliżyć. Zlustrował jej twarz wykrzywioną grymasem znudzenia i irytacji, a jego dłoń bezwiednie uniosła się w górę, by zetrzeć napięcie z kącika wokół jej ust. Zatrzymał się jednak tuż przed jej twarzą, zdzwiony sam sobą, i skierował palce w stronę jej włosów. W dotyku były dokładnie takie jak sobie wyobrażał, aksamitne i śliskie. Zagarnął czarny pukiel, który opadał jej twarz, za ucho, a wolno opadająca ręka zahaczała palcami o jej kaskadę włosów, ramię i talię. Żałował, że spotkali się w tych okolicznościach. Akurat gdy zachodził konflikt interesów, a ona pachniała intensywnie słodkimi perfumami i była wyraźnie zainteresowana jego osobą.
– Tak jest ładnie, Cassie. –Powiedział miękko patrząc jej w oczy. – Jestem Wolfgang –wyciągnął w jej stronę rękę, jakby również chciał rozpocząć tę znajomość na nowo. Jego spojrzenie padło na jej plakietkę na piersi. – Jednak nie Lucy? – Uniósł w górę brew, nie zdziwiłby się gdyby żadne z imion nie było prawdziwe. – Ile Ty masz lat? – Zapytał z lekkim rozbawieniem pytanie, które wcześniej przebiegło mu przez myśli, lecz zatraciło się w trakcie ich dyskusji

Cassandra Layton .
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „Casino & Racetrack Woodbine”