-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Cynthia nie wypiła tyle, by mieć kaca. Pamiętała jeszcze smak ust poprzedniej nocy. Smak whiskey. Dla niej rzadko kiedy coś przychodziło naturalnie. Większość ludzi wbrew pozorom naprawdę potrafiła ją zranić. Może dlatego wszystko, co działo się dookoła ją przerażało? Nie potrafiła dowiedzieć się, z czego dokładnie to wynikało. Mógł zniknąć, a w jej głowie ta myśl zaczęła powoli coraz bardziej kiełkować.
— Naprawdę tego chcesz Theo? — spytała, przechylając delikatnie głowę. Przecież Theo nie był jedynym, który mówił do niej językiem ładnych słów oraz obietnic. Jeszcze parę miesięcy temu w jej życiu był rezydent, obiecujący złote góry. Przyjaciel chcący się nią zaopiekować. Jej pytanie mogło wydawać się niewinne, nawet jeśli wypowiadała je szczególnie chłodnym tonem. Próbowała się bronić przed kolejnym uzależnieniem od mężczyzny. Theo ją uzależniał.
Zmrużyła delikatnie swoje oczy. Kiedy stał tak blisko niej. Wyczuł, że coś jest nie tak, ale Ward nigdy nie była zbyt rozmowną osobą. Stała, próbując poukładać sobie myśli, kiedy znajdował się tak blisko niej. Potrzebowała czegoś w rodzaju totalnego resetu.
— Czyli pijesz tylko okazjonalnie? — zagadnęła finalnie, otwierając oczy. Dopiero zaczęła zdawać sobie sprawę, jak niewiele wiedzą o sobie nawzajem. To nie dało jej w ogóle ukojenia. Myśli rozdwoiły się, pokomplikowały się jeszcze bardziej niż wcześniej. Może zdecydowałaby się na krótki, szybki unik, ale zaraz siedziała na blacie. Rozbrajał jej chłód.
— Znów mnie przenosisz? — spytała ledwo posadzona. Szybkim, lekkim ruchem rozszerzyła nogi i wpatrywała mu się prosto w oczy. Serce znowu zabiło jej szybciej. Coraz bardziej zdawała sobie sprawę z jednego, on nie da jej uciec do krainy własnych myśli oraz wątpliwości. Nabrała powietrza do płuc, próbując się uspokoić. Tylko przy nim się nie dało, zaraz odchylała szyję, a dłonie ułożyła na jego torsie, gładząc go powoli. Krótki, odwzajemniony pocałunek zdołał ją przekonać, że ten uroczy wielkolud chce naprawdę jej.
— Wybierasz — jej ton był lekko smutny. Wierzyła w bańkę, która powstała między nimi. Była bezpieczna wręcz nierealna, ale czy ktokolwiek chciałby związać się z lekarzem, zajmującym się profesjonalnie trupami? — tak jak ja niedługo do pracy — dodała, próbując unieść kąciki ust. Wierzyła, że póki był w mieszkaniu nic między nimi się nie zmieni. Tylko co po ich przekroczeniu? Co wtedy będzie się działo?
— Piekarnik — mruknęła, wskazując głową na nagrzany piekarnik. W jej głowie pojawił się jeden krótki problem. Wolała jeść, czy spędzić ostatnie chwile w Theo przy sobie?
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Tak. Naprawdę chcę, żebyś mi pokazywała rzeczy, które cię cieszą. Lubię jak się cieszysz. - nie kłamał przecież, jedną z jego ulubionych odkryć jakiś czas temu był jej uśmiech, to jak ciemne oczy błyszczały, gdy ją bawił. Nie uśmiechała się zbyt często, więc szybko stało się to jego ulubioną grą podczas ich spotkań. Po tej nocy miał kilka dodatkowych ulubionych rzeczy, ale nie o tym teraz mówili. W gruncie rzeczy seks nigdy nie był dla niego aż tak istotny.
- Yeah. Słaba głowa. - mógł jej poopowiadać swoje doświadczenia z piciem alkoholu, ale nie sądził, żeby chciała o tym słuchać. Nie z samego rana i, szczerze? On też nie chciał o tym mówić w tamtym momencie. Zrobiłoby mu się niedobrze, a tego nie potrzebował.
- Zrzuć winę na mój wzrost, musiałbym się zgiąć w pół do ciebie. - rzucił, lekko rozbawiony jej niby-sprzeciwem, zwłaszcza, że przyszedł z rozsunięciem kolan i dłońmi na jego klatce. Srata tata, wiedział, że lubiła łatwość z jaką ją podnosił, dała mu do zrozumienia, że lubiła jego dotyk i pocałunki; gdyby było inaczej, szanowałby jej przestrzeń. Tylko że nie musiał i wcale nie chciał.
Wydał z siebie cichy jęk, gdy wytknęła mu, że sobie od niej szedł.
- Kobieto, jakimi słowami mam ci powiedzieć, że jakbym nie musiał, to bym nie szedł. Może do sklepu, bo w lodówce masz światło. Wiesz, żebym mógł ci ugotować jakieś prawdziwe jedzenie? - wywrócił oczami ze śmiechem, ale zaraz popatrzył na nią trochę poważniej. - Następne trzy dni pracuję i zamykam kuchnię, ale później mam dwa dni wolnego. Co powiesz na to, żebym przyszedł, hm? - nie mógł się powstrzymać od lekkiego, chochliczego uśmiechu. Mógł jej ugotować coś dobrego i spędzić z nią czas, może nauczyć się więcej o rzeczach, które lubiła? Same pozytywy.
- Hm? Dobra, dobra. - piekarnik, sralnik, chciała po prostu, żeby przestał pitolić. Mógł to szanować. Wypuścił ją z ramion, żegnając się z jej ciepłym ciałem krótkim pocałunkiem, bo przecież nie mógł się powstrzymać. Ściągnął ścierkę z ramienia, użył jej, żeby wyciągnąć bułki z piekarnika. Później tylko zostało mu usmażenie tej gourmet kremowej jajecznicy i zaserwowanie. Lubił się z kuchnią, dawało mu radość robienie jedzenia, które dobrze wyglądało, więc tak, nawet się lekko pochylił nad talerzami, żeby wszystko było jak należy.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Chcesz mnie poznać Theo? — spytała już dużo ciszej. Widzieli się kilka, no dobra, kilkanaście razy. Był stałym punktem samotnych wieczorów, kiedy znajdował się w pobliżu. Wystarczyło krótkie spojrzenie, a byli w stanie rozmawiać ze sobą bez opamiętania. Znajomi nieznajomi. Kiedyś wydawało się to takie proste, a później za każdym razem przesuwali granicę. Dowiadywali się ziaren informacji na swój temat. Jej to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie. Czuła się wolna, spokojna, a teraz? Informacja o tym, że chciał ją poznać i nie zrywać znajomości nią wstrząsnęła.
— To może trzeba ją potrenować? — spytała półserio, półżartem, unosząc niewinnie kąciki ust. Nigdy nie szczędziła sobie alkoholu. Nalewała kieliszek wina, a z nim oglądała najnowsze wydanie kandyjskich faktów, lub czytała książkę we własnym zaciszu domowym. Za każdym razem odprężała się, kiedy tylko mogła z nim. Raz na jakiś czas wychodziła do baru, z jakiegoś powodu on zawsze tam był. To chyba nazywało się przeznaczenie, prawda?
— Dobrze — lubiła, kiedy ją nosił. Lubiła też, kiedy ją dotykał. Faktycznie, szybko by mu wypomniała, gdyby się jej to nie podobało. Tylko Theo przyciągał ją, jak żaden inny mężczyzna na kuli ziemskiej. Łatwość, z którą potrafił okiełznać jej chłód, robiła na niej wrażenie. William, czy Mara byliby zdziwieni, widząc ją, jako potulną kotkę przy Bachmannie. Albo przytulającą się z chęcią do kogoś.
— Niektórzy idą po mleko — odpowiedziała z prawdziwym poker facem na twarzy — i nie wracają. — dodała z jeszcze grobową ciszą, marszcząc brwi. To wyjście do sklepu i drobny żart wcale nie polepszyły jej humoru. Dopiero kolejne słowa sprawiły, że uśmiechnęła się delikatnie — przyjdziesz? — spytała z cichą nadzieją. Czuła się odrobinę jak nastolatka zapatrzona w swojego crusha — noo... mógłbyś — mruknęła zadowolona. Jeszcze ten śmiech chochlika. Miał w sobie coś zaskakującego. Chociaż jeszcze bardziej uwielbiała oglądać go w kuchni. Zaniosła kubki i sztućce do stolika, czekając na posiłek. Oczy aż się jej zaświeciły.
— Wygląda smacznie — rzuciła, czując zapach jedzenia, kiedy przyniósł jej talerz pod sam nos. Mogłaby się do tego przyzwyczaić. I do jego obecności obok. Zaraz zgarnęła widelec i nałożyła sobie odrobinę jajecznicy — i jest bardzo dobre — można by rzec zajebiste, ale takich słów nikt z ust Ward przenigdy nie usłyszy. Za to rozkoszowała się śniadaniem ze swoim... kumplem?
— Theo, a czego się boisz? — zagadnęła, odkładając na moment sztućce, by na niego spojrzeć. Pisała SMS'y z Marą i pierwszy raz poczuła, by przerwać nieznośną ciszę, kiedy jedli posiłek. Musiała ją rozproszyć. To pytanie wydało się niewinne, choć im dłużej nad nim myślałam, tym bardziej żałowała, że postanowiła je zadać.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Lekko się skrzywił, kiedy wspomniała o "treningu" picia alkoholu, ale zaraz potrząsnął głową.
- Pijany ja to cham i prostak. Nie lubię go. Uciekam w alkohol, kiedy życie mnie przytłacza, a im cięższy alkohol piję, tym gorzej mi ze sobą. - zaczął, stwierdzając, że równie dobrze może być z nią zupełnie szczery, prawda? Nawet jeśli nie musiał jej tłumaczyć całej historii skąd właściwie wziął mu się chory związek z legalnymi truciznami. Przeszło mu przez myśl, że może wolała to, jaki był, po wypiciu jednego czy dwóch drinków, chłód ogarnął jego klatkę, zmarszczył brwi, przenosząc na nią pytające spojrzenie. - Czy jestem nieznośny na trzeźwo? - słyszał już to kiedyś. Że zbyt mało mówi na trzeźwo, że jest mniej zabawny, generalnie nie taki jak powinien być jeśli nie wypije. Że nie było z nim żadnej zabawy na trzeźwo. Nie chciał, żeby to była prawda, zwłaszcza że.. Był całkiem szczęśliwy przy Cynthii. Lubił z nią przebywać, nawet jeśli jeszcze nie wiedział, co lubiła i jedynie mógł się domyślać. Chciał, żeby lubiła go trzeźwego, takiego jaki był na co dzień, przyszło mu do głowy, że być może po prostu trzeźwy Theo nie był w jej typie. Zakłuło, nawet jeśli sam o tym pomyślał i wcale nie powiedziała tego na głos. Po raz kolejny pokręcił głową, tym razem z lekkim uśmiechem; nie, wyjście po mleko i zniknięcie w eterze nie było w jego stylu. Czasami zapominał dać znak życia i odezwać się do przyjaciół czy rodziny przez tydzień czy trzy, ale mógł to w końcu zrzucić na ADHD. Może powinien sobie gdzieś zrobić powiadomienie, wyskakujące na ekranie i przypominające, żeby się odezwał? Z drugiej strony, znając siebie, pewnie by je zamknął stwierdzając "zaraz", a potem zajął czymś innym i zapomniał. Ciężkie życie. W przypadku Ward było trochę inaczej, prawda? Nawet jeśli nie przykleili naklejki z nazwą tego, czym dla siebie byli, nie sądził, żeby mógł tak po prostu zapomnieć się do niej odezwać. Nie brzmiało jak on.
- Jasne. Jeśli chcesz. - było dla niego ważne, żeby wiedziała, że mogła mu odmówić. Nie trzymałby urazy, okay? Spędziła z nim jedną noc i poranek, nie była zobowiązana znosić jego krzywego ryja z dupą na brodzie tylko dlatego, że on chciał ją widzieć częściej. Powinien pewnie zapytać, rozwiać wątpliwości które pewnie obydwoje mieli, ale na tamtą chwilę był głodny i uznał, że to może chwilę poczekać. Uśmiechnął się, skinął głową kiedy pochwaliła jedzenie, które przygotował i w duchu stwierdził, że dało mu to więcej satysfakcji, niż goście w restauracji dający napiwki specjalnie dla kuchni, kiedy jedzenie przekraczało ich oczekiwania. Mógłby się do tego przyzwyczaić. Do zajmowania się nią, rozpieszczania jej, łaknienia jej pochwały jak głodny szczeniak.
Dobra, tego pytania się nie spodziewał. Zerknął na nią ciekawie, zaśmiał się nawet lekko pod nosem, między jednym kęsem a kolejnym.
- Wydaje mi się, że ta lista jest całkiem spora. - zaczął, ale zanim zabrał się nawet za odpowiadanie, upił kilka łyków swojej herbaty. - W tym momencie? Że nie będę wystarczająco zabawny, mądry czy dobry w konwersacji i poślesz mnie do diabła. Albo poprosisz, żebyśmy wrócili kilka dni wstecz i tam zostali. Wcale bym nie chciał, ale bym posłuchał? Możliwe, że jestem zbyt uległy. - wspomniał jej kiedyś, że był idiotycznie szczery? Miała przykład. Dorastając, był świadkiem całkowitego braku komunikacji między jego rodzicami i szczerze tego nienawidził, więc szybko nauczył się wybierać mówienie wprost, ucinania zakrętów po drodze do tego o co mu chodziło, o czym myślał i co czuł. Nawet jeśli przyznawanie się do niektórych rzeczy było ciężkie, ta opcja wydawała mu się lepsza od pozostawiania kwestii dla domysłów. Definitywnie nie w tym przypadku.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Przy mnie wczoraj nie byłeś chamem — stwierdziła od razu, delikatnie marszcząc przy tym swoje brwi. Szczerze nawet nie widziała różnicy między pijanym Theo, a trzeźwym Theo. Może ten pierwszy był odważniejszy, śmielszy, ale gdyby nie on, to prawdopodobnie nie poznaliby się w barze. Nikt nie byłby w stanie jej tak bardzo rozbroić — no może dla tamtej blondynki — tak, pamiętała tę szklankę zimnej wody spuszczonej prosto na głowę Bachmanna. Idealnie wręcz ją wspominała z delikatną nutą zabawy. Zwłaszcza że wtedy wybrał ją, a nie nieznajomością — ale przecież nie będę Cię zmuszać — są wersje bezalkoholowe, soki i tak naprawdę Byli w stanie robić przeróżne rzeczy w barze tak naprawdę. Wystarczyło tylko wyjść, a ona była w stanie wypić sama.
— Tego nie powiedziałam. — powiedziała standardowym głosem. Chłodnym, nieznoszącym sprzeciwu. Typowa Cynthia Ward — więc tak się nie pytaj. Jakby mi coś nie pasowało, to bym powiedziała — może mówiła niewiele, ale jasno się komunikowała. Zwłaszcza kiedy coś jej nie odpowiadało. Lubiła przebywać z Theo, gdyby był irytujący, ucięłaby kontakt po samej siłowni. Lubiła ich obu. Trzeźwego i nietrzeźwego, ale szczerze nie widziała między nimi zasadniczej różnicy.
— Chcę. — odpowiedziała krótko, bez żadnego wahania. Chciała móc go mieć we własnym życiu. Sprawiał, że chciała się uśmiechać, a niewielu ludziom się to udawało. Poza tym był troskliwy i szczerze byłaby w stanie ukryć się przed całym złym światem w jego ramionach, by się w nich schować.
— Serio? — spytała, słysząc o całej liście. Nie sądziła, że faceci mogli się czegoś bać. Ona bała się żywych i to dosłownie. Zbyt często była raniona, by mogła zostawić to bez żadnego komentarza — wrócimy parę dni wstecz? — dopytała, marszcząc brwi — poślę Cię do diabła? — nie do końca rozumiała, o co mu chodziło. Potrzebowała szczegółów, do których mogłaby się odnieść.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Bardzo dobrze, tak też uznałem. - nie wyglądała na typ kobiety, która zaciskała zęby i w ogóle nie przyznawała się do tego, co jej nie pasowało. Jeszcze sam tego nie doświadczył, ale szczerze wątpił, by znosiła go tylko dlatego, że chciała być miła. Racjonalnie rzecz biorąc, miało to sens, prawda? Emocjonalnie, niska samoocena robiła swoje i szeptała do uszka głupoty wyciągnięte cholera wie skąd.
Uśmiechnął się szczerze, kiedy przyznała tak po prostu, że chciała, by ją odwiedził za kilka dni, spędzić z nią swój wolny czas. Odetchnął też trochę w duchu, upierdliwe niepewności trochę odpuściły, bo przecież to znaczyło, że bawiła się z nim dobrze. No, jakby nie wiedział, debil.
- W sumie to już trochę mnie uspokoiłaś, mówiąc, że tak, chcesz, żebym wrócił za kilka dni. - wzruszył lekko ramionami, zastanawiając się jak inaczej mógłby jej odpowiedzieć na to pytanie. Bał się naprawdę całkiem wielu rzeczy, daleko mu było do nazywania się odważnym, a jedyną odwagę i inicjatywę jaką przejawiał, mógł stwierdzić tylko w nagłych przypadkach. Losowych grzecznościowych gestach, momentach, w których ktoś potrzebował się oprzeć o stabilniejszą osobę, ktoś dosłownie tracił przytomność albo krwawił; wtedy nie było w jego głowie miejsca na niepewności, wskakiwał w rolę tego, który pomagał i który działał. W prawdziwym życiu natomiast.. Był troskliwy, pewnie, ogromny pluszowy miś dla swoich bliskich, ale tak poza tym, był raczej dziki. Nie lubił ludzi, z założenia im nie ufał tak po prostu. - Lubię to. - zaczął po chwili pauzy, wykonując krótki gest, palcem wskazując na siebie, potem nią i w drugą stronę. - Jakkolwiek chciałabyś to nazwać. Lubię z tobą przebywać. Lubię to, jak łatwo sprawiasz, że moja nerwowa głowa się uspokaja. Uwielbiam tą małą grę, w którą gram ze sobą, próbując sprawić, że uśmiechniesz się jak największą ilość razy, za każdym razem, kiedy cię widzę. Mój rekord to jakoś ponad 10, ale mogłem być zbyt szczodry w liczeniu. - rozgadał się, uśmiechając się coraz szerzej w miarę mówienia, gdzieś w połowie zaczął też mówić rękami, gestykulując jak miał czasem w zwyczaju. - Lubię to wszystko i nie chciałbym tego stracić, więc jakaś część mnie obawiała się, że będę dla ciebie nie wystarczający? Że wcale nie będziesz chciała się ze mną spotkać znów. - wzruszył lekko ramionami, właściwie nie wiedząc, czy wyjaśnił cokolwiek. Posłał jej lekki uśmiech tak czy siak, podnosząc rękę do swojej skroni, zakręcił kółko wskazującym palcem. - Daddy issues. - inaczej tego nazwać się nie dało, ok? Wiecznie niewystarczający taki jaki był, przywykł do tego, że zawsze mogło być lepiej czy inni byli lepsi. Że zawodził i nie nadawał się do niczego w oczach osób, na których zależało mu najbardziej.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Cynthia wbrew pozorom była całkiem prosta w obsłudze. Nie potrzebowała żadnych zapewnień, nie wchodziła w niejednoznaczne układy, a jej komunikacja była prosta. Komunikowała, kiedy potrzebowała ciszy, sygnalizowała, gdy ktoś przekraczał bariery fizyczności. Może dlatego nawet Mara, czy William nie byli w stanie w żaden sposób jej dotknąć. Rzadko kiedy im na to pozwalała. Po ziemi chodziła twardym krokiem, a z niej samej wyciekał chłód, którego nie dało się pojąć w żaden fizyczny sposób. Doskonale zdawała sobie z tego wszystkiego sprawę.
— Nie rozumiem, czemu chciałabym nie chcieć — stwierdziła całkiem krótko i prosto. Jeśli by go nie chciała, mogła wymyślić bajeczkę, nie jadłaby z nim śniadania, a na pewno nie uprawiała porannego seksu. Ani razu nie sprawił jej dyskomfortu, za każdym razem dbał, żeby wszystko było odpowiednio dopięte. Momentami czuła się jak księżniczka, choć bardziej doceniłaby go, jeśli dbałby też o samego siebie. Zwłaszcza kiedy w tak jasny sposób chciała okazać mu przyjemność. Rzadko okazywała wobec kogokolwiek czułość, ale on powodował, że powoli miękło jej serce.
— Ale co jakkolwiek chciałabym nazwać, Theo? — dopytała, unosząc do góry jedną ze swoich brwi. Nie do końca rozumiała status ich relacji. Miesiąc temu byli nieznajomymi-znajomi, później ewoluowali w znajomych, a teraz? Jakkolwiek chciałaby to nazwać? Brzmiało przekomicznie, jak na dwoje dorosłych ludzi po trzydziestce. Bogu dzięki, że nie poznali się w kolejce do lekarza.
— Theo, ale my się praktycznie nie znamy — mruknęła, będąc delikatnie przytłoczona jego słowami. Serce stało się cieplejsze, ale coś nie pozwalało jej zachowywać się w ten konkretny sposób. Nabrała głębokiego oddechu wprost do płuc, analizując wszystko, co działo się dookoła niej — nawet nie wiesz, że nie chciałbyś mnie poznać — westchnęła cicho Ward, przymykając oczy. Z ich duetu to ona wydawała się od samego początku podkopywać ich znajomość. Tylko jedna rzecz była warta wypowiedzenia jej głośno.
— Przynoszę ludziom pecha — wzięła głęboki oddech, wzdychając ciężko. Ludzie związani z nią źle kończyli, a nie chciała tego samego dla Theo. W końcu jak jedna osoba mogła prawie zatonąć w dzieciństwie do tego stopnia, że restytuował ją własny brat? Kto choruje na nowotwór? Kogo kiedy wygrywa zostawia narzeczony? Komu ginie żona brata? To wszystko dotyczyło jedynie jej, a Cynthia czekała na kolejne okropne zbiegu okoliczności, tym razem dotyczące Theo.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie powiedziałem, że to racjonalne. - wzruszył jednym ramieniem, bo tak jak on jej mógł tłumaczyć, że nie pozbędzie się go tak łatwo i, owszem, wróci, jak powiedział, tak ona jemu mogła mówić, że był wystarczający, a słowa odbiłyby się od niego jak od ściany. Słowa to tylko słowa. Z czasem może mógłby w to uwierzyć, na tamtą chwilę natomiast podświadomie był ostrożny i wolał założyć, że po prostu dobrze się bawiła i nie miała nic przeciwko profesjonalnie przygotowanego jedzenia. Przynajmniej jeśli tak by założył, mniej by bolało, gdyby rzeczywiście miał rację, tak?
Uśmiechnął się idiotycznie, zerkając na moment w bok, przecierając twarz dłonią, gdy wytknęła jego dziecinność, powtarzając głupi tekst który sam w nią rzucił. Tak, było głupie. Nie, nie wierzył w wymówki, nawet jeśli miał dobry powód, żeby nie bardzo znać się na całej tej partnerskiej kwestii. Pozwolił jej mówić, nie przerywając, przechylił tylko głowę, gdy postanowiła za niego, że wcale nie chciał jej poznać, a potem do tego dołożyła jakieś wiedźmie czary i pecha. Aha. Nie mógł się powstrzymać, parsknął śmiechem.
- Okay, okay, to po kolei. - poprawił się na swoim miejscu, nadal mocno rozbawiony. Głowa go bolała, wymienianie w liście też mu pozwalało wszystko ułożyć. - Po raz, jestem Norwegiem i nie wierzę w pecha. Brzmi jak jakaś mistyczna moc i nie podoba mi się, że nie mógłbym w tej kwestii nic poradzić. - chyba całkiem racjonalne podejście, prawda? Koncept pecha brzmiał dla niego jak kolejna wersja takiej wymówki właśnie. Coś się nie udawało? To pewnie pech; zamiast spróbować znaleźć racjonalny powód dlaczego to coś zawodziło. Nie wierzył w to, odmawiał bycia ofiarą pecha. - Po dwa, ostatni raz kiedy nazwałem kobietę swoją dziewczyną miałem 14 lat i nawet wtedy brzmiało to dziwnie, bo była dorosła. Teraz też jestem dorosły i szczerze nie wiem jakiego innego określenia miałbym użyć. I w ogóle, chyba kwestia pierwsza by była taka, czy chcesz być moja. To było pytanie. Mogę być twój, jeśli chcesz. - w jego głosie nadal pobrzmiewało rozbawienie, bo i cała sytuacja była trochę śmieszna, nie? Mieli przeszło 30 lat, obydwoje dorośli, zgadzający się ludzie. A on totalnie nie był wcześniej w sytuacji, w której nie chciałby wcale wrócić do udawania, że jej nie zna. Znała jego pełne imię, wiedziała co prowadził, była w jego samochodzie, lubiła ten sam bar, a do tego po poprzedniej nocy poznała się bliżej z jego ciałem i pozwoliła jemu poznać się bliżej z jej. Generalnie nie było opcji, żeby mógł udawać, że jej nie znał, ale też nie potrafiłby przejść do codzienności bez wiedzy, gdzie właściwie stoją. Nie wyobrażał sobie dzielić się nią z kimkolwiek, a do tego... - A trzy, wydawało mi się, że po to się ludzie ze sobą spotykają, tak? Żeby się poznać bardziej? I niby dlaczego miałbym "nie chcieć cię znać"? Zabiłaś kogoś, masz tak naprawdę na imię Julio i jesteś uciekinierem z Meksyku? Daj spokój.. - teoretycznie też kogoś zabił w swoim życiu, ale nie uważał, żeby to skreślało jego szansę na bycie kochanym do końca życia, okay? - Każdy ma jakiś bagaż. Ty masz, ja mam. - dorzucił na koniec, żeby nie było wątpliwości gdzie w tej dyskusji stoi. Bagaż go nie przerażał. Miał swój własny, nie porównywał go zwykle wielkościowo do innych toreb które tachali jego przyjaciele, bo wiadomo, każdy radził sobie ze swoim bagażem inaczej. Mógł być w porównaniu z jego leciutki, a i tak sprawiać komuś problemy. Nie było co oceniać.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Popatrzyła jeszcze raz na niego. Często ona chowała własne emocje i zwyczajnie nie rozmawiała z innymi ludźmi. Przy Bachmannie czuła się kompletnie inaczej, była inna. Bardziej otwarta przez wiecznie nie zamykające się jego usta. Potrafił wydobyć ją z dołka emocjonalnego, a co ważniejsze sprawić, że na twarzy pojawiał się uśmiech. Nikt inny w ten sposób na nią nie działał.
— Jakbym nie chciała, to nigdy nie rozmawialibyśmy razem przy piwie — stwierdziła Cynthia, próbując przykryć jego lęk. Jak dotąd lubiła ich niezobowiązującą relację, w trakcie której rozmawiali ze sobą, ale nawet nie znali własnych imion. Później powoli zaczęli przekraczać granicę, wpierw jako znajomi już nie nieznajomymi, kiedy poznali własne imiona. Poszła z nim na siłownię, to było wystarczająco dziwne, bo Ward nigdy nie znajdowała się w takich miejscach. Unikała tłumu oraz ludzkich spojrzeń. Oprócz przyjaciół tylko jedne oczy na sobie akceptowały, a były to te Bachmanna.
— Bo na pecha nic nie poradzisz. — rozłożyła ręce. Mógł nie wierzyć w pecha, ale uwierzyłby, gdyby opowiedziała mu całą historię. Wraz z każdym wypowiadanym przez niego słowem skupiała się na nim jeszcze bardziej, zmrużyła delikatnie oczy. Miał dziewczynę w wieku lat 14? Starszą? Zaciekawiło ją to, ale tego tematu wolała nie poruszać w tym momencie, a jednocześnie określenie ich jako pary lekko ją przeraziło — może spotkajmy się wpierw na randkach? — zaproponowała, chcąc dać mu jednoznaczną odpowiedź. Dla niej na jakiekolwiek wyznania było zdecydowanie zbyt wcześnie — nie rzucajmy tak szybko słów o byciu razem — te słowa mogę być twój powodowały w niej niezrozumiały dyskomfort. Jednocześnie chciała móc się na to zgodzić, a z drugiej strony lekko się tego obawiała. Przegryzła delikatnie dolną wargę, wysłuchując go dalej.
— Ale nie znasz mojego bagażu. Mógłby Cię zgnieść — stwierdziła, spuszczając wzrok. W jaki sposób miałaby mu opisać, dlaczego postanowiła zostać lodową damą? Przecież mogła pracować jako patolog w szpitalu. Ludzie nie potrafili nigdy zrozumieć jej decyzji.
— Po prostu... — zaczęła, na krótki moment spuszczając wzrok — będziemy wychodzić razem i częściej planować spotkania? — zaproponowała całkiem szczerze. Nie chciała kończyć ich relacji, razem było im zdecydowanie lepiej. Tylko musieli do siebie dotrzeć, a Ward zrozumieć, że on nie chciał od niej uciec.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Tak. Wolisz wychodzić gdzieś, czy zostawać w domu? - mógłby wymyślić coś w obu przypadkach, nawet jeśli nie miał zbyt wiele doświadczenia z randkami. Już się umówili, że do niej przyjdzie za kilka dni, mógł jej coś dobrego przyrządzić i zapytać kolegów sommelierów, by sparowali mu jakieś dobre wino do menu. Brzmiało dobrze. Sam chyba wolał spokój i ciszę w wolnym czasie, ale wiadomo, gdyby lubiła wychodzić na miasto od czasu do czasu, nie miałby nic przeciwko. Musiał poćwiczyć skupienie na jednej rzeczy w chaosie..
Nie odpowiedział, gdy wspomniała słowa o byciu razem, tylko lekko się uśmiechnął. Być może była to lekka różnica, pomiędzy tam, jak wszystko działało w ich krajach, ale w jego słowniku "bycie razem" było właśnie tym bardzo prostym, spotykaniem się częściej, umawianiem, nie oglądaniem za innymi ludźmi.. Bardziej poważne rzeczy przychodziły z czasem.
- Jestem całkiem silny. Mój też trochę waży, ale to zostawmy na inny dzień. Nie chcę, żebyś się przeze mnie spóźniła, hm? - zerknął krótko na swój zegarek, pamiętając, że musiała wyjść do pracy. Praca ważna rzecz, nie? - Dokładnie tak. - dodał jeszcze, gdy podsumowała krótko, zbierając całą tą rozmowę w jedno zdanie. Będą się spotykać, outować, robić co ludzie robią, jak się lubią. Pewnie czasami wylądują w łóżku czy na jakiejś innej powierzchni. Albo częściej niż czasami, jeśli będą mieli na to ochotę.
Skończyli posiłek tak czy siak, więc podniósł się, by pozbierać naczynia i szybciutko ogarnąć wszystko, żeby zostawili mieszkanie w porządku. Nikt nie lubił wracać do bałaganu, prawda? Biorąc od niej naczynia, oparł jej na moment dłoń na ramieniu, pochylając się, by dać jej całusa w czubek głowy. To też jedna z tych rzeczy, do których będzie musiała się przyzwyczaić, losowe ciepłe gesty i skradzione krótkie momenty czułości, czasami w najbardziej losowych momentach.
koniec!
Cynthia A. Ward