it was my weakest night
between the dark and light
Od zawsze znała ciężar kradzieży.
Nie taki, o którym głoszą homilie czy skrzętnie spisane policyjne raporty; raczej ten cichy, prywatny ciężar, noszony głęboko pod skórą, który z czasem uwiera jak kamyk w bucie. Wydawać by się mogło, że jest już on dawno pogrzebany, z a p o m n i a n y, już całkiem niewielki i nic nie znaczący, a jednak, od czasu do czasu, przypomina o sobie przy źle postawionym kroku.
Na początku były rzeczy. Małe, materialne drobiazgi, dobywane dłonią w przypływie impulsu — kolorowe breloczki, zapomniane na stoliku zapalniczki, kolczyki pozostawione na brzegu umywali, pierścionki gubione pod barowym krzesłem. Każda zdobycz wiązała się z napięciem, wymagała czujnego spojrzenia, opanowania przyspieszonego bicia serca, tej jednej sekundy odwagi, kiedy palce przesuwają przedmiot z czyjegoś świata do jej własnego. Był w tym wysiłek, stres, niepokój, krótki spazm adrenaliny.
Materialne rzeczy stawiały opór.
A wkrótce zrozumiała, że istniało też
coś, co było znacznie łatwiejsze do przywłaszczenia.
Ludzie noszą swoje dusze niemal na wierzchu, jak otwarte portfele. Wystarczyło słuchać uważniej niż inni. Zadać jedno pytanie więcej. Zatrzymać spojrzenie o sekundę za długo. Wtedy, zardzewiały już mechanizm, nagle zaczynał się rozgrzewać, wykonywać pierwsze ruchy, aż finalnie puszczać parę pełnym hukiem i pracować na wysokich obrotach. I zaczynały się opowieści — o dzieciństwie, dawnych miłostkach, o rzeczach, które pamiętali tylko oni.
W tych opowieściach oddawali jej cząstki siebie.
Bez alarmu.
Bez zamków.
Bez wysiłku.
Benoite odkryła, że wspomnienia kradnie się najłatwiej na świecie. Wystarczy być czyjąś uważnością.
Czasem łapała się na tym, że nosi w sobie historie, których już dawno nie pamiętają ich właściciele. Czyjeś pierwsze pocałunki. Czyjeś rodzinne kłótnie. Czyjeś sekrety wypowiedziane przy kieliszku wina. Kilka słów klapniętych za dużo w jej towarzystwie nigdy nie ucieka w eter. To wszystko pozostaje w niej. Cudza własność przechowywana bez pozwolenia.
Wtedy właśnie, czuła największy ciężar tej kradzieży — nie w rękach, nie w torebce czy kieszeniach, a gdzieś głęboko pod mostkiem. Bo rzeczy można oddać. Rzeczy można gubić. Można też wyrzucić do rzeki, ale kiedy raz zabierze się komuś fragment jego wspomnienia, kiedy stanie się jedynym powiernikiem, jedyną osobą, która jeszcze pamięta — tego nie da się już zwrócić.
Tej miękkiej i chłodnej nocy i on stawał się częścią, którą w pewnym stopniu przywłaszczyła. Idąc obok niego bez pośpiechu, wyrwana z objęć Morfeusza, sprawiali wrażenie, jakby oboje zgubili gdzieś zegarki albo uznali, że noc nie potrzebuje czasu. Ich kroki odbijały się echem od kamiennych ścian nad kanałem Dunaju, a powietrze pachniało wilgocią, którą Benoite momentami przecinała papierosowym dymem.
Spotkali się, jak dwie myśli, które przypadkowo trafiły na siebie w cudzej głowie i chociaż wymienili wiele słów, to nie znała go naprawdę. I może dlatego to wszystko było takie proste. Odnajdywała cichy komfort w jego osobie; był latarnią napotkaną na drodze, która nie pyta dokąd idziesz, tylko przez chwilę oświetla chodnik.
Woda w kanałach odbijała światła oazy w rozedrganych smugach, które na spokojnej tafli wyglądały jak wstążki księżyca. Bar stojący niemal nad samą rzeką był ostatnim czynnym o tej porze schroniskiem dla wędrowców takich jak oni. Światło czerwonego neonu jarzyło się ostro, tworząc wrażenie niby ogniska, przyciągającego wszystkie zbłąkane dusze. Tuż po otwarciu drzwi przez towarzysza, wykonała pierwsze kroki w akompaniamencie dochodzącej z wnętrza muzyki. Woń alkoholu zmieszana z ciężkim zapachem wiatru nasiąkniętego w ubraniach tworzyły specyficzną mieszankę unoszącą się w powietrzu, a fala gorąca uderzała Lemarchand z każdym kolejnym krokiem w stronę baru.
Ściągnięta do połowy ramion kurtka wadziła przy wykonywaniu płynnych ruchów, nim pytanie zostało przetworzone przez zajęty zrzucaniem ciążącej warstwy umysł, zorientowała się, że cisza między jego pytaniem a jej odpowiedzią mogła trwać odrobinę za długo.
—
Margarita — powtórzyła, a lekko zmrużywszy oczy wyobraziła sobie lewitujący w powietrzu drink w odcieniu świeżo wyciśniętego soku z cytryny. Na samo wspomnienie smaku ślinianki zaczęły pracować, co z kolei przywiodło jej na myśl, że kwaśny trunek nie pasował do tej nocy. —
Jakim drinkiem jestem? — rzuciła, zbijając przy tym samą siebie z pantałyku, wszak pytanie wyrwało się z jej ust wręcz niekontrolowanie. Alternatywną dla tych słów równie dobrze mogłoby być indagowanie:
jak naprawdę mnie widzisz i co ci przypominam?
—
Przypominasz mi słodko-gorzkie Campari — uporawszy się z warstwą wierzchniej odzieży, odrzuciła małą stertę ubrań na wysokie krzesło barowe. Tak jak nonszalancko pozbyła się kurtki z zasięgu wzroku, z taką samą lekkością przyszło jej znaleźć trunek przypominający mężczyznę. —
Chcesz wiedzieć czemu? — przekrzywiła głowę w dokładnie ten sam sposób, co
Nadir Samir podczas rzucenia pierwszego pytania przy barze.
nadir al khansa