-
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkisątyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Druga to był dach Northex Industries, gdzie było lądowisko dla helikoptera.
A trzecia to były kurczaki z Wendys, bo od kilku minut sobie myślał, że by je zjadł.
Tylko, że zamiast podzielić się z nią tymi wizjami, to on już proponował, że on ją odprowadzi, bo tak to chyba jest na randkach, prawda?
- A to dużo typów spod ciemnej gwiazdy do ciebie podbija? - zapytał, bo jak dużo, to może jednak powinni zamówić taksówkę, albo jego szofera, a jak tak nie za dużo, to może dadzą radę, w końcu Galen przez wiele lat był mistrzem juniorów w szermierce... No i ostatnio Pilar pokazała mu kilka ruchów bokserskich.
Na tą taksówkę machnął ręką i zaczął szukać numeru do swojego szofera. Szofer Galena Wyatta miał pracę marzeń... i koszmarów jednocześnie. Bo Galen rzadko go potrzebował, bo uwielbiał sam prowadzić, ale jak już po niego dzwonił, to na przykład w piątek nad ranem, jak dzisiaj. Chociaż może to był środek nocy? Dla Galena zaraz rano, bo on czasem zrywał się o czwartej, żeby pobiegać przed pracą, przygotować się do spotkania, albo pogadać z Tokio, czy tam Europą.
Ale był weekend nie musiał się zrywać.
Chociaż zerwali się oboje, kiedy ten telefon poszybował gdzieś tam w dal... Na ziemię, kilka metrów niżej, jak się zaraz okazało.
- Łoo... - i Galen też by tam poleciał, ale na szczęście Maya mu nie pozwoliła, bo przecież on to by poobijał swoje prezesowskie ciałko, a Galen nie lubił siniaków, lubił tylko...
Nawet nie dokończył myśli, bo już bujnął swoim drogim zegarkiem jej przed oczami, że będzie nim płacił. Dobrze, że go miał. Bo telefon już padł, a portfel? Zapobiegawczo w płaszczyku? Oby.
Słuchał jej uważnie, chociaż musiał zamknąć jedno oko, przechylić na bok głowę i zmarszczyć nos, żeby coś do niego dotarło. Kiedy go sadzała to zacisnął palce na jej przedramieniu i rzeczywiście ją pociągnął, ale Majka była sprytna, aż Galen westchnął jakoś ciężko. Ciężkie życie Galena Wyatta.
- Do domu? - zapytał poważnie - albo może do takiej pani, która ma takie włosy... - wszystko wiadomo. Właściwie to nic. Ale Galen też chyba nie wiedział o co mu tak dokładnie chodziło, bo nie kontynuował wątku, co to za pani z takimi włosami.
Kiedy Majka zniknęła to przez minutę próbował nonszalancko założyć nogę na nogę, ale mu to nie wychodziło, raz prawie spadł na dywan, drugi przechylił się na bok i prawie leżał, a trzeci to już zwątpił i oparł łokcie na kolanach, tak było dość stabilnie.
Zerwał się na równe nogi, gdy Maya wróciła, co było błędem, bo się zatoczył i musiał przytrzymać stolika, prawie go wywrócił, a przy okazji sam też prawie się wywalił, ale się udało. Wbił w nią te niebieskie, zapijaczone tęczówki.
- Gotowy - to akurat fakt, Galen był gotowy, ale chyba do spania, a nie do drogi. Chociaż z pomocą Majki, poszło im sprawnie. Jej szło sprawnie, gorzej Galenowi, bo jakieś sześć minut szukał kluczyka do szatni, a okazało się, że ma go w kieszeni...
W końcu wyszli z klubu, a Galen przez moment grzebał po kieszeniach płaszczyka, miał portfel, tylko zaraz go wyjął i wylądował w śniegu, ale go podniósł, przełożył do drugiej kieszeni, wraz z tym potrzaskanym telefonem. Adres podyktował jej sprawnie. A kiedy Maya szukała czegoś w telefonie, to Wyatt się zatoczył, a już po chwili siedział sobie na jakimś murku. Lepiej mu się siedziało, a najlepiej jeszcze jak się pochylił z głową między kolanami, to wtedy mu się tak nie kręciło. Chociaż i tak zimne, świeże powietrze ciut pomagało.
A jednak kiedy powiedziała to, że to jego szczęśliwy dzień, to zaraz podniósł głowę. Wbił w nią spojrzenie, a zaraz uniósł jedną brew, a przez jego twarz przebiegło sto różnych myśli.
- Autobusem nocnym...? - powtórzył. Galen... on nigdy nie jechał autobusem, on nawet za dzieciaka miał prywatnego szofera. Zawsze miał transport, pijany, trzeźwy. Nie jeździł autobusami. Wstał powoli poprawiając płaszcz.
- Dobra. To zamów ten autobus - powiedział poważnie. Chociaż Galen nie był aż na tyle odklejony, żeby nie wiedzieć, że autobusów nie trzeba zamawiać... a może był?
Rozejrzał się dookoła.
- Powinien być przystanek - stwierdził, czyli może nie było z nim tak najgorzej. A kiedy go szarpnęła, to znowu się troszkę zatoczył, ale potem już objął ją ramieniem łapiąc stabilizację, przyciskając ją do siebie jakoś bardziej.
- Ale jesteś miękka... - rzucił gdzieś w okolicach jej ucha - i tak ładnie pachniesz... - bo akurat mógł z powodzeniem zaciągnąć się zapachem jej perfum, a pijany Galen to był chyba... złoty książę - komplemenciarz? - Wiesz, że.. - zaczął starając się spojrzeć na nią z ukosa, ale nie widział za dobrze, zresztą zaraz utkwił niebieskie tęczówki w przystanku przed nimi, stanął i zatrzymał Mayę - nie jechałem nigdy autobusem... - przyznał się. Ale taka była prawda, kolejna proste rzecz, której Galen Wyatt nie potrafił.
Maya Parker
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie była pewna, czy to, że postanowiła się podjąć odeskortowania go w jednym kawałku, było dobrą decyzją. W końcu zazwyczaj stroniła od nawalonych ludzi, zrażona własną matką, która przez prawie całe jej życie była pijana. Alkohol zawsze był obecny w domu. Puste butelki walały się po pokojach, pod stołem i koło łóżka w towarzystwie nieopłaconych rachunków za prąd. Do tego dochodziły jeszcze krzyki i wieczne pretensje, które wychodziły z ust pijanej rodzicielki. Można powiedzieć, że zraziła Majce alkohol. Chociaż musiała przyznać, że pijany Wyatt był ewidentnie niegroźny.
— Autobusem nocnym — skinęła głową, tym razem to ona powtarzając po nim. Niesamowity był wyraz jego twarzy w tamtym momencie. Przez moment naprawdę miała ochotę odpalić aparat w telefonie i bezczelnie zrobić temu zdjęcie. A najlepiej to video, bo przynajmniej byłoby słychać jego kolejne słowa, na które Majka już nie była w stanie kontrolować śmiechu. — tak, słuchaj już zamawiam. Jeden przystanek dla złotego księcia na cito — prychnęła i nawet na moment zaczęła klikać coś na wyświetlaczu, czego on nie mógł widzieć, więc na dobrą sprawę istniało naprawdę wysokie prawdopodobieństwo, że faktycznie mu go zamawiała. A przynajmniej Galen mógł tam pomyśleć, chociaż w rzeczywistości Parker po prostu sprawdzała rozkład jazdy, żeby określić, czy musieli biec, czy może mogli się przetransportować we własnym tempie. Dziesięć minut. Chyba dadzą radę.
Przerzucając sobie jego rękę przez ramię, miała pełną świadomość, że jego ciało będzie dość ciężkie, biorąc pod uwagę stan nieważkości, w jakim był, jednak kiedy zawiesił się na niej i przyciągnął jeszcze bardziej do ciebie, dopiero sobie uświadomiła jak bardzo. Całe szczęście Parker nie była żadnym mięczakiem, swoje wyciskała, szczególnie nosząc skrzynki z alkoholem z zaplecza, więc spokojnie dawała radę, chociaż trochę ich bujało na boki, nie wspominając o tym, że Galen sukcesywnie ją rozpraszał.
— To te włosy… — zaśmiała się w odpowiedzi na to, że jest wyjątkowo miękka. — dużo amortyzują przez to, że są takie gęste — nawet mu zaprezentowała jak bardzo gęste, poruszając nimi na boki, przy okazji delikatnie łaskocząc go po twarzy. — a pachnę tak ładnie, bo wcześniej wylałam na siebie całą szklankę whisky — oznajmiła zadowolona, chociaż samo wspomnienie tego momentu wcale nie było takie przyjemne. Zauważył już, że Majka nie potrafiła przyjmować komplementów? Może nie. W końcu był pijaniutki, pewnie mało rzeczy kodował w tej swojej złotej, prezesowskiej głowie. Znalazł w niej jednak trochę miejsca na to, by podzielić się z Parker swoim kolejnym pierwszym razem. Przystanęła tak, jak jej kazał i podniosła na niego spojrzenie. Sposób, w jaki powiedział, że nigdy wcześniej nie jechał autobusem był… fascynujcy. Do tego stopnia, że Majka musiała zacisnąć mocno usta, żeby nie buchnąć śmiechem.
— Naprawdę? — nachyliła się w jego kierunku, zaglądając mu głęboko w oczy. — totalnie bym nie powiedziała! Wyglądasz na gościa, który codziennie jeździ komunikacją miejską — złapała go za przedramiona i przytrzymała chwilę, bo jeszcze trochę i wywinął by orła prosto na szklaną ściankę przystanku. Przy okazji nie mogła już powstrzymać śmiechu. Niesamowite to było, w jak innych światach oni żyli. Ona nigdy nie widziała na oczy diamentów, a on nigdy nie jechał autobusem nocnym.
— Ja też ci powiem sekret — przysunęła się do niego jeszcze bliżej tak, że jego dłonie mogły się dla odmiany przytrzymać całego jej ciała za biodra. Podniosła się na palcach, żeby być bliżej jego twarzy i dobrze słyszał, gotowa podzielić się z nim wielką tajemnicą. — jesteśmy na złym przystanku — wyszeptała, po czym wróciła na miejsce i delikatnie go szarpnęła. Po co jej była ta wielka scena? Po nic, po prostu Galen ją bawił w tej swojej fascynacji normalnym życiem i chciała się jeszcze trochę z nim podroczyć. — idziemy na tamten — wskazała palcem budkę po drugiej stronie ulicy, ciągnąc go w odpowiednim kierunku. Niby powinni iść na pasy, ale zmarnowali już wystarczająco dużo czasu, żeby nie ryzykować nie zdążenia, więc po prostu przeciągnęła go środkiem ulicy. Ślimaczyli się tak bardzo, że jedno auto to musiało się specjalnie przed nimi zatrzymać. Próbowała go nieco pośpieszyć przez szarpnięcie kurtki, ale w pewnym momencie zachwiał się do przodu i ruszył tak mocno, że znowu wylądowali na bocznej szybie przystanku. Tylko tym razem to ona dzieliła galena od szkła.
— Zanim wejdziemy… — zaczęła spokojnie, przyglądając się z uwagą jego niebieskim oczom, próbując nie zwracać uwagi na nagłą bliskość ich ciał. — kilka zasad: po pierwsze zawsze ale to zawsze trzeba się przywitać z kierowcą, ci z największą kulturą to w ogóle salutują, po drugie, trzeba powiedzieć komplement minimum dwóm osobom z autobusu. Taka jest zasada, żeby zapobiec bójką i te sprawy. No a po trzecie, to zanim siądziesz, trzeba sobie nachuchać na siedzenie, żeby wydmuchać zarazki i przygotować krzesło na własny tyłek. Rozumiesz? — nawijała jak najęta, z pełnym przekonaniem, chociaż na usta cisnął jej się wielki uśmiech i może nawet powiedziałaby mu jeszcze więcej, gdyby zza zakrętu nie wyjechał autobus.
-
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkisątyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przez chwilę wpatrywał się w Majkę, kiedy tak grzebała w telefonie. Zamawiała? Autobus? Przystanek? A może sprawdzała jak to się robi? Galen by sprawdził, gdyby miał telefon, ale nie miał. Aczkolwiek on lubił takie rzeczy sprawdzać sobie w internecie.
Teraz jednak musiał zaufać Mayi, co do autobusu, i co do tego, żeby nie pozwoliła mu się... wyjebać. Kolokwialnie rzecz ujmując, zupełnie nie po Galenowemu. Chociaż napruty Galen tak właśnie o tym myślał. Starał się robić wszystko, żeby się nie wyjebać na tym śniegu, w swoich lakierkach.
A zaraz już zupełnie po Galenowemu prawił jej komplementy. Chociaż czy to, że była miękka było w jego stylu? Chyba tak nie do końca...
Zmarszczył nos, kiedy połaskotała go włosami po twarzy.
- Powinnaś na siebie codziennie wylewać szklankę whisky - stwierdził z uśmiechem, jakby jej właśnie mówił, że Chanel No5 to jej zapach i powinna się nim oblewać dzień w dzień. Ale Galen lubił whisky, jego smak i zapach też.
Lubił też próbować nowych rzeczy, więc ta jazda autobusem z jednej strony go fascynowała, a z drugiej troszeczkę, odrobinę, przerażała.
- Serio? - zapytał, kiedy powiedziała to, że wygląda na gościa, który codziennie jeździ komunikacją miejską, bo może wyglądał? Galen nie wiedział, bo nigdy taką nie jechał. Poprawił swój płaszczyk, przy okazji się zatoczył, ale na szczęście Majka go złapała. Patrzył na nią tymi pijaniutkimi, niebieskimi ślepiami, kiedy wyznawała mu ten sekret. Odruchowo oparł ręce na jej biodrach, pochylił się delikatnie do przodu, a kiedy powiedziała to, że są na złym przystanku, to ściągnął do siebie brwi.
- A dlaczego on jest zły? - wypalił, bo jego zwoje mózgowe przetrawiły to jako zły przystanek. Jak ludzi są źli i dobrzy, to może przystanki też?
Już miał dopytać, ale pociągnęła go za sobą, w kierunku...
- A dobra - chyba dotarło do tej ślicznej główki, że to po prostu nie ten przystanek.
Kiedy Maya ciągnęła go środkiem drogi, to Galen kręcił głową.
- Wiesz, że tak się nie robi... Za to dają mandaty, a ty przechodzisz w niedozwolonych miejscach, okradasz kawiarnie, chyba jesteś kryminalistką... A najgorsze jest to, że nawet mi się to podoba - trochę gadał do siebie, a trochę do niej, ale zaraz zatrąbił na nich jakiś samochód i przyhamował, a Galen uniósł rękę, żeby pokazać mu cześć, czy tam dzięki, czy daj spokój, już złazimy.
Zeszli, chociaż szło im kiepsko, Galenowi głównie.
Ale w końcu wpadli na szybę przystanku. Majka wpadła, a Wyatt na nią, oparł rękę o szkło nad jej ramieniem. Nabrał mocno powietrze w płuca...
A potem słuchał jej bardzo uważnie, kiedy mu to wszystko tłumaczyła. Starał się to wszystko zakodować, skoro to takie ważne.
- I to wszystko... trzeba zrobić? - mruknął wypuszczając powietrze z płuc w jej twarz. Mózg Galena pracował teraz na najwyższych obrotach, bo chciał to wszystko zapamiętać. Dobrze wypaść. Przecież Galen zawsze robił wszystko na sto dziesięć procent. Musiał być zawsze we wszystkim najlepszy, więc w jeździe autobusem też.
W końcu ten podjechał, i do niego wsiedli... A Galen?
Zatoczył się w drzwiach, ale potem wszedł do środka, wsiadali pierwszymi drzwiami, więc on ładnie się przywitał.
- Dobry wieczór. Bardzo mamy przyjemną noc, świetnie, że pan tutaj przyjechał - powiedział do kierowcy pokazując mu okejkę, a potem co? Zasalutował, a na koniec jeszcze się ukłonił prawie lądując miedzy siedzeniami na główce. Złapał się jakiejś rurki...
Rurki, na której dłoń opierał jakiś menel. Stary i brudny, a kiedy Wyatt na niego spojrzał zabierając rękę -przepraszam... ma pan bardzo... dziwną skórę - powiedział powoli, a facet uśmiechnął się ukazując braki w uzębieniu - i mało zębów - no to już jeden komplement odhaczony. Jeszcze jeden i są w domu. Nie będzie żadnych bójek. Wyatt rozejrzał się dookoła, a jego niebieskie tęczówki zatrzymały się na jakimś wielkim, łysym karku.
- Dzień dobry... - zaczął Galen, a wtedy Majka wpadła miedzy niego, a faceta. Oszalała? Chyba tak. Galen jednak kontynuował - niesamowity kształt głowy, nigdy w życiu nie widziałem takiego - a chłop miał łeb jak jajko. Naprawdę niesamowite. Przejechał wielką, wytatuowaną łapą po łysej głowie i wbił wzrok w Wyatta, zastanawiał się czy ten mu ubliża? Może. Ale Galen zaraz dodał - dzięki niemu jesteś... wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju... piękny - powiedział powoli, a facet najpierw zmrużył złowieszczo oczy, a potem się uśmiechnął.
- Dzięki - powiedział jakimś takim cienkim głosikiem, Galen miał coś jeszcze dodać na ten temat, ale Maya go pociągnęła w głąb autobusu. Ruszyli dalej, a kiedy się zatrzymali przed dwoma pustymi siedzeniami, to Galen zastawił ręką Majkę.
- Poczekaj... - rzucił i jak na dżentelmena przystało, to się pochylił, żeby nadmuchać na jej i swoje siedzenie, nadmuchał, nachuchał, trochę napluł, ale były gotowe do siedzenia - proszę - uśmiechnął się wesoło Wyatt. Bo jak na jego, to chyba był dobry w jeździe autobusem. Nikt się nie bił. Chociaż wszyscy patrzyli na niego jakoś dziwnie, jak na kosmitę, ale może dlatego, że po prostu takie zrobił wrażenie?
Maya Parker
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie sądziła, że w to uwierzy. Przecież te rzeczy, o których mu mówiła, były tak skrajnie abstrakcyjne, że nie łyknęłoby chyba tego pięcioletnie dziecko. A jednak on to zrobił. Słuchał jej uważnie, kiwał głową, na znak, że rozumie, a potem jeszcze dopytał się, czy na pewno trzeba to wszystko zrobić, na co ona naturalnie odpowiedziała, że tak. No i co, i potem przyjechał autobus.
Puściła go przodem, żeby w razie czego asekurować ewentualny upadek, gdyby się zachwiał. Ostatnie czego oboje potrzebowali, to żeby rozwalił sobie swoją prezesowską głowę. Tylko on wcale tego nie zrobił, zamiast tego wspiął się po schodach i naprawdę to zrobił; przywitał się z kierowcą, a potem jeszcze mu zasalutował. Majka zacisnęła usta w wąską linię, żeby nie ryknąć śmiechem, a po chwili już łapała go za płaszczyk, kiedy leciał do przodu prosto na twarz.
- Spokojnie - poradziła, chcąc go do siebie przyciągnąć, ale Wyatt już kurczowo trzymał się rury, do której przyklejony był jakiś menel. Tylko go nie komplementuj, rzuciła w myślach, ale na to było już za późno, bo z ust Galena leciały słowa wsparcia na temat jego dziwnej skóry i braku uzębienia. I jak jeszcze to było poniekąd zabawne, tak kiedy podbił do nabitego, łysego faceta, Majka już kompletnie starła uśmiech z twarzy i czym prędzej wbiegła między nich.
- Galen - spróbowała go skarcić, jakoś przywrócić nieco rozumu do jego pijaniutkiej głowy, jednak na marne. On już nawijał jak nakręcony, z wielkim uśmiechem na twarzy, jakby wcale nie bał się, że zaraz może dostać po mordzie. Odwróciła się przodem do nabitego typa, z zamiarem by jakoś go uspokoić, bo już widziała, jak zaciskał dłonie w pięści, ale wtedy Galen rzucił o tym byciu wyjątkowym i Majka autentycznie zobaczyła, jak oczy faceta łagodnieją. Niemożliwe, że tak im się upiekło. A może nie było co kusić losu? Wyatt ewidentnie chciał coś jeszcze powiedzieć, ale Parker już zacisnęła dłonie na jego płaszczu i dosłownie szarpnęła na tyły autobusu. Miejsc było całkiem sporo, biorąc pod uwagę, że ruch o tej porze był raczej średni i bardzo dobrze, bo kiedy zobaczyła jak złoty książe nachyla się, żeby wypucować im siedzenia, już nie wytrzymała. Zaśmiała się tak głośno, że nawet łysy z menelem się na nich odwrócili.
- Jesteś niesamowity - musiała mu to powiedzieć. Ta myśle wyleciała spomiędzy pełnych ust nim zdążyła się ugryźć w język. Może była okropnym człowiekiem za to, że tak bardzo zrobiła sobie z niego żarty, ale to wszystko, co stało się w tym autobusie było tak szczere, tak beztroskie, tak odklejone, że Maya niczego nie żałowała. Autentycznie nie pamiętała, kiedy ostatnim razem się tak szczerze śmiała. Aż do bólu brzucha. I to w nocnym autobusie. Chociaż na dobrą sprawę, jakimś dziwnym cudem przy Galenie śmiała się wyjątkowo dużo. - serio, najlepszy przypadkowy prezent od losu - zajrzała przelotnie w jego intrygujące, niebieskie oczy i pokręciła głową. Gdyby ktoś jej powiedział, że pewnego randomowego dnia spota faceta, którego zmusi do kradzieży kawy, wyląduje z nim na dachu, a potem spotkają się znowu i będzie odstawiać go w stanie nietrzeźwości do domu i świetnie się przy tym bawić, pewnie by nie uwierzyła. A tu proszę.
- Trzeba kupić bilety - przysiadła na moment na przygotowanym przez niego miejscu i wyciągnęła telefon. Całe szczęście komunikacja miejska w Toronto była na tyle rozbudowana technologicznie, że wystarczyło kupić bileciki w aplikacji. Coś tam poklikała, a widząc zaskoczone spojrzenie Wyatta, tylko prychnęła pod nosem. - za każdym razem, jak jedziesz autobusem, to musisz płacić za bilet - niby najbardziej oczywiste zdanie na świecie, a jednak przy nim wydawało się i tak jakoś potrzebne do wypowiedzenia. Przekręciła nawet telefon, żeby pokazać mu jak to wygląda w apce. Zaznaczyła dwa normalne i zapłaciła. - i trzeba go jeszcze skasować - oznajmiła, rozglądając się za kodem na oknach. Były na co trzecim oknie i pech chciał, że oczywiście nie było żadnego tuż obok nich. Dopiero po przeciwnej stronie. - czekaj - wstała i nachyliła się delikatnie, opierając kolana o jego udo. Wymierzyła telefonem, ale kod był zdecydowanie za daleko. - trzeba sięgnać. Weź mnie trzymaj - zarządziła, wciskając się między jego nogi i dopiero wtedy nachyliła do przodu. Musiała się wyprężyć jak jakaś kobra, żeby to zeskanować, do tego stopnia, że zaraz się zachwiała i zaczęła lecieć do przodu.
-
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkisątyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Albo chociaż dopytał dwa razy, czy rzeczywiście trzeba salutować, ale pijany łykał wszystko co mówiła jak pelikan, bo czemu miałaby go okłamywać? W odwecie, że on okłamał ją chociażby...
Aczkolwiek Galen na to nie wpadł. Nie wpadł też na to, że brzmi to abstrakcyjnie, bo dla niego cała jazda nocnym autobusem tak brzmiała. A ktoś kto prowadzi taki duży pojazd, z tak dużą ilością ludzi, wydał mu się kimś ważnym, więc zasalutował kierowcy.
A potem było jeszcze lepiej, kiedy komplementował bezzębnego menela, naprawdę nie mógł uwierzyć w to jaki dziwny był w dotyku, nie gładziutki jak jego prezesowskie rączki, jakiś szorstki i papierowy. Jeszcze przez chwilę te jego niebieskie oczy wpatrywały się w faceta, a później znalazły sobie kolejną ofiarę. Tylko Majka chyba pomyślała, że zaraz oni mogą skończyć w tej roli, kiedy Galen się odezwał. Ale on był grzeczny, czarujący, zawsze przecież taki był. Nawet po pijaku. Nawet w nocnym autobusie.
Gdzie Galen Wyatt zaraz dmuchał na siedzenia znowu trzymając się ręką jakiejś rurki. Jakby zobaczyła to Cherry to wycierałaby go od góry do dołu chusteczkami antybakteryjnymi. Wiecznie kazała wycierać mu tym ręce. A dzisiaj ręce Galen miał brudne i wcale się tym nie przejmował.
- Dobrze? - zapytał jej, kiedy powiedziała mu to jesteś niesamowity, bo chyba tak dobrze mu poszło, że go doceniła? Tak przynajmniej założył Galen. A on przecież lubił pochwały, więc zaraz uśmiechnął się szeroko, dziecinne wręcz, szczerze - najlepsze były Wunderbary, ale zobacz... - wyciągnął z kieszeni czekoladowa monetę, którą mu dała podczas ich ostatniego spotkania. Tak oscylując wciąż wśród tych najlepszych prezentów od losu. Machnął jej tą monetą przed oczami, zatoczył się i usiadł, na siedzeniu z brzegu, więc Majka automatycznie wcisnęła się od okna. Ale Galen to przecież nie zdawał sobie sprawy, że trzeba kupować bilety. To znaczy... coś mu świtało, ale gdzie to się robi? U kierowcy? W kasie? A może ktoś chodzi i je sprzedaje? Kiedy Majka pokazała mu aplikację, to uderzył się otwartą dłonią w czoło, no tak, teraz wszystko przecież robi się w ten sposób, normalni ludzie też tak kupują bilety, na normalne, nocne autobusy. Fajnie.
- A możesz zapłacić moim zegarkiem? - zapytał, bo pewnie tak się dało, ale w takim stanie Galen zupełnie tego nie ogarniał, nie ogarnął też momentu, w którym on już odpakował sobie czekoladowy pieniążek i wpakował go do ust. Jakoś to zrobił nieświadomie, ale zaraz go przeżuwał.
- Stasowac? - rzucił trochę niewyraźnie, bo zakleił się tą czekoladą. Królestwo za łyka wody.
Nie miał królestwa, ale dużo by za to oddał.
Tylko zamiast wody, to dostał... Jej włosami znowu w nos, aż go zmarszczył. Mógł się jej odsunąć? Pewnie mógł, ale miał ciężki tyłek, i trochę go bawiło, że tak się wpychała, więc nawet się nie ruszył, tylko patrzył jak się wychylała ponad jego nogami.
- Nie wierć się... - nie dokończył, że tak, bo ona się wychyliła bardziej, i poleciała do przodu, a Galen, musiał ją przytrzymać. Szkoda tylko, że jego percepcja też była zaburzona...
Do tego stopnia, że ją złapał, ale się zachwiał, i poleciał na ziemię miedzy fotele, prosto na plecy, a ona na niego, bo przecież ją szarpnął za sobą. Z jednej strony po dżentelmeńsku, bo zasekurował jej upadek, z drugiej... na pewno jutro będzie miał na swoich prezesowskich pleckach siniaki, na gładkiej, jasnej skórze.
- Uff... - wyrwało mu się z płuc z głośnym stęknięciem, a kilka osób popatrzyło znowu na nich dziwnie, Galen wystrzelił w powietrze ręką - nic nam nie jest! - zapewnił, żeby zaraz wszyscy nie rzucili im się na ratunek. On by się rzucił widząc taki upadek, ale to był Galen. On był do życia kompletnie nieprzystosowany, ale był też po prostu empatyczny. Jakiś taki dobry, gdzieś tam pod tym swoim wizerunkiem dupkowatego prezesa, który przecież tak wprawnie budował, latami.
Jego niebieskie tęczówki złapały znowu ciemne, przenikliwe spojrzenie Mayi zanim się z niego podniosła.
- Dziwne są nocne autobusy... - stwierdził, kompletnie szczerze, nawet nie zauważył kiedy roztarł sobie czekoladę na całym policzku.
Maya Parker
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Oczywiście, że dobrze! Maya Parker nie rzucała słów na wiatr i kiedy darowała kogoś komplementem, to naprawdę miała wypowiedziane słowa na myśli. Galen faktycznie był niesamowity. Na swój wyjątkowo specyficzny, niespotykany sposób. Może była to kwestia tego, że nie obracała się w takich sferach i wszyscy bogacze byli jak on, jednak dla Majki było to coś nowego. To jego nieprzystosowanie do normalnego życia, rzeczy przyziemnych takich jak batoniki, czy chociażby jazda nocnym autobusem w pewien sposób ją rozczulało. A może była to kwestia samego Galena, jego charakteru i sposobu bycia? Mogło tak być, bo kiedy wyciągnął z kieszeni czekoladowy pieniążek, Parker spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczami.
- Nosiłeś to przy sobie cały czas? - spytała ze szczerym niedowierzaniem, wymalowanym na twarzy. Niby była to taka pierdoła, głupia czekoladka, a jednak w pewien sposób ją to ruszyło. Do tego stopnia, że pokazała mu szereg białych zębów w szerokim uśmiechu. - a teraz nagle to zjadasz? -uniosła w górę brew, przyglądając mu się z uwagą. - czyli muszę ci dać jakiś nowy prezent, żebyś go sobie schował? - dopytała, bo tak właśnie wynikało z logiki. Skoro tamten nosił do ich kolejnego spotkania, to teraz również powinni znaleźć jakiś skarb, który Galen mógł zabrać ze sobą do kolejnego przypadkowego zobaczenia. Aż pożałowała, że kupiła bilety w aplikacji, a nie papierowe, to przecież byłaby idealna pamiątka! Może jeszcze mu kupi taki nieskasowany, jakby jeszcze kiedyś chciał sobie wyruszyć na przygodę autobusem.
Może. Jednak teraz trzeba było skasować te, które już kupiła. Dlatego stanęła między nogami Wyatta i nachyliła się do kodu, by odpowiednio go zeskanować. Szkoda tylko, że Galen pomimo jej proźby, żeby ją trzymał, wcale nie wywiązał się z zadania i sam się zahwiał, co poskutkowało szybkim i bolesnym upadkiem gdzieś pomiędzy siedzenia. A bolesnym szczególnie dla Wyatta, bo to on wylądował bezpośrednio na podłodzę, a Parker na nim. Otworzyła powoli oczy, które wcześniej mimowolnie zacisnęła i odnalazła błękitne spojrzenie.
- Żyjesz? - spytała, próbując się nie roześmiać. Oczywiście sytuacja mogła być tragicznie zła, gdyby tak przywalił głową o kant siedzenia i sobie ją rozwalił, ale na pierwszy rzut oka Parker postawiła pozytywną diagnozę, że nic mu się nie stało, a to zaś było równoznaczne z tym, że można było się z niego trochę pośmiać. Szczególnie, że od razu zauważyła czekoladę, którą ubabrał sobie cały policzek. Ślad ciągnął się od kącika ust prawie po ucho i szczerze? Majka nie miała pojęcia, jak on w ogóle był w stanie to zrobić podczas upadku, jednak to wcale nie powstrzymało jej przed tym, by zaraz nie sięgnąć do jego polika i bezczelnie ściągnąć mu nadmiar czekolady na swój palec, który po chwili przystawiła do własnych ust, oplatając go językiem.
- Zajebiste - skwitowała, mrucząc z zadowolenia. - co tak patrzysz? Chciałeś to jeszcze zjeść? - prychnęła i dopiero po chwili zebrała się do pionu. Majka była bezwstydna. Jako osobnik, który w rodzinie posiadał starszego brata, nie istniały dla niej rzeczy obrzydliwe. A już na pewno nie takie. No chyba, że spodobał mu się ten widok, to nie miała zamiaru się wykłócać. Wystawiła rękę do przodu i szarpnęła go do góry, pomagając wstać.
- Siadaj tu złoty księciu - pchnęła go delikatnie na siedzenie, pod którym przed chwilą wylądował, a sama podniosła głowę na niewielki ekran przy suficie, licząc ile jeszcze przystanków im zostało. - jeszcze trzy - poinformowała Galena, po czym zamiast usiąść obok niego, zajęła miejsce po przeciwnej stronie, opierając się o okno i wbijając w niego spojrzenie. Może i byli od siebie dalej, w bezpiecznej odległości, ale przynajmniej mogli się oglądać bez najmniejszego problemu mając się naprzeciwko. Do tego jeszcze wywaliła sobie nogi na siedzenie.
- Jakie jest twoje największe marzenie, Galen? - spytała nagle, kompletnie nieplanowanie. To pytanie po prostu wyszło z niej wraz z powietrzem, które ulotniło się z płuc. Majka od zawsze była ciekawska, a do tego nie miała filtrów, więc nawet nie przejęła się tym, że mógł nie chcieć na nie odpowiedzieć. Chociaż pijany może nie miał nic przeciwko?
-
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkisątyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- O kurde... ale jest pyszny - mruknął, bo pieniążek był z prawdziwej czekolady, rozpływał się w ustach, a Galen po pijaku to w ogóle uwielbiał takie smaki, na co dzień dla niego trochę zakazane. Czekolada, fast foody na przykład - a jaki nowy prezent, też taki dobry? - zapytał, zanim wsadził do buzi resztę pieniążka i się nim zakleił.
A potem to już wszystko potoczyło się szybko, bo Majka wychyliła się do kasowania biletów i zanim się obejrzeli to leżeli na podłodze. Właściwie to Galen miał dużo szczęście, bo o nic nie uderzył, poleciał na tą podłogę jak długi, ale idealnie miedzy te wszystkie rurki, na plecy, bez szkód. No nie licząc tego, że kiedy Maya poleciała na niego to trochę to poczuł, ale i tak nie było źle, bo i tak ważniejsze było, że nie wyrżnęła, przecież kazała mu się trzymać, a jakby przez niego to ona lądowała miedzy siedzeniami, to na pewno Wyatt by sobie tego nie wybaczył. Więc niebieskie tęczówki zaraz zatrzymały się na jej ciemnych, pięknych oczach, skinął głową.
- Wszystko okej - stwierdził, bo oprócz tego, że obił sobie plecy, to nic mu nie było, nawet musiał przyznać, że na leżąco jechało mu się trochę lepiej, tak nim nie bujało. Chociaż...
Zaraz dotarło do niego, że wypadł mu gdzieś ten mały kawałeczek czekoladowego pieniążka, który trzymał w ręce, a który jakimś cudem podczas lotu roztarł sobie na twarzy. Już miał jej to powiedzieć, ale ona wtedy sięgnęła do jego policzka, a Galen zrobił zeza starając się zobaczyć co robi. Chociaż zaraz już wiedział, kiedy zlizała ze swojego palca czekoladę. Zawiesił spojrzenie na jej ustach, a te jego zaraz wygięły się w uśmiechu.
- Mówiłem ci - rzucił od razu, a na jej kolejne słowa pokręcił głową - w sumie i tak miałem zamiar się podzielić - stwierdził, chociaż tak naprawdę nie miał. Chciał zjeść cały ten pyszny pieniążek.
Kiedy wstała to wyciągnął do niej rękę i z jej pomocą on też zaraz stał trzymając się jakiejś rurki. Ale po chwili i tak już siedział, bo kiedy tylko go pchnęła to się zatoczył i wylądował na siedzeniu. Dobrze, bo ciężko było mu utrzymać pion, ten autobus bardzo bujał. Też podniósł głowę do góry patrząc na tablicę, chociaż on się zupełnie na tym nie znał. Ale przez chwilę próbował rozczytać te nazwy, nie szło mu najlepiej, bo obraz jeszcze się rozmazywał.
- Jak to trzy? - zainteresował się, ale zanim Majka mu to wyjaśniła, to wypalił już z tym pytaniem o jego największe marzenie, a Galen zaraz zmarszczył brwi. Zastanowił się może dwa uderzenia w piersi serca, a zaraz sam wypalił pochylając się w jej kierunku.
- Rodzina... - po chwili się jednak wyprostował i też oparł o szybę - to znaczy... No nie wiem, ale fajnie by było mieć jakąś normalną rodzinę, wiesz kogokolwiek, a nie jebniętą matkę, ojca, którego nic nie obchodzi i siostrę, która uważa, że jestem pozerem - wyjaśnił jej i teraz to on powiedział to zupełnie szczerze. Bo prawda jest taka, że Galen wszystko miał, z rzeczy materialnych, więc takich marzeń siłą rzeczy nie posiadał. Kiedyś marzył może o tym, żeby być prezesem, ale teraz nim był, teraz miał świetne wyniki, wyprowadzał firmę na rynek zagraniczny, w tej sferze też był spełniony.
A rodzina... nigdy jej nie miał. Miał, ale nie taką jak by chciał, taką, którą chociaż odrobinę by obchodził.
Nie mówił o tym nikomu, może jedyną osobą, z którą on rozmawiał na ten temat, była jego terapeutka, chociaż... i tak nie mówił jej wszystkiego. A Majce powiedział, zawiesił intensywnie niebieskie tęczówki na jej twarzy.
- A twoje? - zapytał, też jakoś tak naturalnie i wcale nie dlatego, żeby odbić piłeczkę, tylko po prostu go to interesowało. Tak bardzo się różnili, na każdej płaszczyźnie, czy ich marzenia też były tak zupełnie różne?
Maya Parker
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ktoś by też powiedział, że nie przeszedłby prezes wielkiej firmy, spruty do granic możliwości i poruszający się nocną komunikacją miejską, a jednak to się działo. Nawet zaliczył bliskie spotkanie z podłogą autobusu. Całe szczęście nikomu nic się nie stało, a przede wszystkim jego prezesowki tyłek po chwili siedział już bezpiecznie na miejscu przy oknie, podczas gdy Majka sprawdzała przystanki.
- No trzy - wskazała rozbawiona na niewielki ekran z listą stopów. - my wysiadamy zaraz po Toronto City Hall i trzeba będzie kawałek przejść, ale nie dużo. Jakieś pięć minut - wyjaśniła. A przynajmniej tak pokazała jej mapka, kiedy wcześniej sprawdzała, jak można dojechać do miejsca, w którym mieszka Galen. Budynki były w samym centrum, blisko głównej ulicy i przystanku, więc była to kwestia przejścia kawałek chodnikiem. Może nawet podeszłaby do niego i pokazała mu, jak to wyglądało na mapie, w końcu był tak zaangażowany w ich podróż, ale finalnie została na swoim miejscu, bo już rozmawiali o marzeniach.
To Galena chociaż typowe, miało w sobie swój czar. Szczególnie kiedy po chwili dał do tego również odpowiednie uzasadnienie. Słuchała go spokojnie, z uwagą, ściągając w pewnym momencie brwi, bo przecież to nie była miła historia. Jego pragnienia nie wywodziły się z tego, że po prostu chciał znaleźć żonę i zasadzić drzewo, a dlatego, że wcześniej nigdy tego nie miał. Był w tym wszystkim samotny. I akurat kto jak kto, ale Majka rozumiała go aż za dobrze.
- Też nie wiem, jak to jest mieć normalną rodzinę - skinęła głową, przy okazji pozwalając sobie na krótkie prychnięcie pod nosem. - moja matka jest alkoholiczką - podzieliła się, wbijając w niego ciemne spojrzenie. - odkąd pamiętam wolała butelkę wódy niż własne dzieci, a ojciec… spierdolił jeszcze nim zdążyłam się urodzić - wzruszyła ramionami. Nie mówiła tego po to, żeby pokazać mu, że ktoś miał gorzej czy nie, a właśnie by okazać zrozumienie. Pokazać mu, że nie była jedną z tych osób, które tylko kiwały głową na czyjeś opowieści i mówiły jasne rozumiem chociaż tak naprawdę nic nie rozumiały. Ona rozumiała.
- A twoja siostra gówno wie o życiu, skoro uważa, że jesteś pozerem - musiała to dodać. Ani Galen ani Gaspard, którego poznała w kawiarni nie wydawali się pozerami. Może przez to, że próbował udawać kogoś innego, miała jakąś zaburzoną perspektywę widzenia, ale z własnych wniosków wyciągała coś zupełnie innego. - pozerów nie odstawiam do domu po nocach - dodała jeszcze dla rozluźnienia, puszczając zaczepnie oczko. Z pozerwami również nie dzieliła się tak intymnymi zwierzeniami, jak z nim przez te dwa spotkania. Chociaz z drugiej strony, Maya praktycznie nikomu nie mówiła o tych rzeczach. A jednak jemu powiedziała. I chyba nie miała zamiaru na tym poprzestać, bo zaraz pytał o jej marzenia.
- Kupić mieszkanie - rzuciła bez najmniejszego namysłu. Chociaż było to marzenie materialne, tak jak na kogoś, kto całe życie musiał odmawiać sobie najbardziej potrzebnych rzeczy, żeby starczyło na czynsz, to naprawdę wiele znaczyło. - a takie największe na ten moment, to chyba, żeby wyciągnąć brata z więzienia - dodała ciszej, żeby tylko on mógł ją usłyszeć. Nie był to żaden milutki temat i może lepiej żeby przypadkowi ludzie nie podsłuchiwali. - tęsknie za nim - powiedziała trochę do siebie, trochę do niego, opierając głowę o szybę. - Tak naprawdę nie mam nikogo poza nim. Matka na odwyku, ojca nie ma, a on jest jedyną stałą w moim życiu. A raczej był.
-
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkisątyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Mam pięć minut na piechotę do ratusza? Samochodem to jest piętnaście - obruszył się, bo on zawsze to robił, kazał podstawić sobie auto, objechał nim pół miasta, żeby dojechać do ratusza w piętnaście minut, a jakby przeszedł, to miałby pięć. Ale przecież Galen nigdy nie wpadł na to, żeby tam iść. To też nie tak, że chodził tam jakoś wyjątkowo często, ale czasem mu się zdarzało.
Może nawet zapytał by o coś jeszcze, bo już otwierał usta, może gdzie jeszcze ma pięć minut na piechotę?
Ale wtedy Maya zapytała o to jego marzenie, a Galen odpowiedział jej od razu. Kompletnie szczerze, bez zastanowienia, po prostu to co podyktowało mu serce, co prawda dzisiaj pewnie trochę dyktowane tymi wszystkimi drinkami, które w siebie wlał, ale jednak.
Chociaż kiedy Majka wyznała, że ona też nie wie jak to mieć normalną rodzinę, to Galen się zamyślił, słuchał jej i starał się naprawdę zebrać myśli, intensywnie niebieskie tęczówki przesunęły się po jej twarzy. Oni pewnie nawet nie zdawali sobie z tego sprawy, jak podobne mieli doświadczenia. Inne, różne, w zupełnie innych światach, ale...
- Mój matka wolała sukienki od Chanel, swoje bogate koleżanki i bankiety niż własne dzieci - stwierdził, może nie brzmiało to tak źle jak butelka wódy... albo może nawet gorzej? Mieć wszystko i nie potrafić nic dać swoim własnym dzieciom? - A ojciec zawsze miał to gdzieś, bo dla niego liczyła się forsa i firma - nie uciekł, nie zostawił ich, ale co z tego, skoro i tak zawsze był nieobecny?
I z jego strony to też nie była licytacja, kto ma gorzej, kto lepiej, kto więcej przeżył, kto mniej. Po prostu było to zrozumienie, niby żyli w tak zupełnie różnych światach, a przechodzili przez podobne rzeczy. Na jej kolejne słowa Galen delikatnie się uśmiechnął, bo to też była prawda, że jego siostra gówno wiedziała o życiu, ale on też. I tak nie do końca to była tylko i wyłącznie ich wina. Bo dużo też jej mieli jego rodzice, którzy wychowywali ich tak, a nie inaczej. Na pierwszym miejscu zawsze były pieniądze, prestiż, towarzystwo, a rodzina, czy miłość... Te były zawsze spychane na dalszy plan. A czasem w domu Wyattów w ogóle nie istniały.
- Dobrze, że trochę kłamców, którzy zmyślają swoje imiona odstawiasz - on też mrugnął do niej jednym okiem. A zaraz już pytał o jej marzenia.
Może Galen do końca tego nie rozumiał, bo on to mieszkanie, apartament właściwie, dostał od razu, chciał i miał, a jednak...
- Fajnie jest mieć własne mieszkanie - tyle mógł stwierdzić, bo chociaż w willi Wyattów miał wszystko, to jednak nigdy nie zapomni tego uczucia, kiedy kupował swój apartament, kiedy przeprowadzał się na swoje. Fajne uczucie.
Na jej kolejne słowa pochylił się nieco do przodu, żeby lepiej ją słyszeć, a może żeby siedzieć bliżej?
- A... za co on siedzi? - może trzeźwy Galen wcale by o to nie zapytał, nie kontynuował takich tematów, bo to przecież nie wypada, ale pijany tak nie do końca robił to, co wypada, brudząc się czekoladą, komplementując menela i jeżdżąc nocnym autobusem.
Nawet chciał dodać coś jeszcze, sięgnąć do niej?
Ale autobus się zatrzymał i oznajmił, że są na przystanku Toronto City Hall. Chociaż Wyatt wcale tego nie załapał, bo jego intensywnie niebieskie oczy wpatrzone teraz były w Mayę. Ciekawy był dlaczego jej brat siedzi, chociaż Galen przecież sam raz został zakuty w kajdanki zupełnie bezpodstawnie, więc może nie powinien oceniać? Nie robił tego. Kierowała nim czysta ciekawość. Nawet nie jej brata, tylko jej.
Ale zanim zdążyli o tym pogadać, to brunetka oznajmiła już, że to ich przystanek. Galen zerwał się trochę gwałtownie, znowu musiał się przytrzymać rurki, a kiedy stanęli już w drzwiach, to jeszcze odwrócił się do wnętrza autobusu.
- Dzięki! To była wspaniała podróż, jesteście cudowni - pożegnał się co najmniej jak jakaś gwiazda kończąca koncert, ale zaraz wysiadł, za Majką. Powietrze na zewnątrz było przyjemne, ale coraz chłodniejsze, może to dobrze, bo było orzeźwiające? Galen przestąpił z nogi na nogę wpatrując się w Mayę z wyczekiwaniem. Czekał aż mu wskaże drogę? A może aż odpowie na to pytanie na temat brata? A może i to i to?
Maya Parker
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Uśmiechnęła się pod nosem, kiedy wspomniał że akurat kłamców, którzy ściemniają na temat swoich imion odstawia do domu.
- Do nich akurat mam dziwną słabość - skwitowała krótko i na temat. Dlaczego? Ponieważ sama nie wiedziała, skąd wziął się u niej ten akt dobrego serca. Nie miała zielonego pojęcia. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Może to kwestia tego, że przy Galenie było jakoś inaczej? Ciekawiej? Może przez to, że rozmowy o samobójstwach odbębnili już podczas pierwszego spotkania teraz nie mieli przed sobą żadnych granic ani oczekiwań? Nie potrafiła określić, co takiego miał w sobie, ale sprawiał, że chciała trwać w jego towarzystwie.
Podniosła spojrzenie, gdy powiedział, że fajnie było mieć własne mieszkanie.
- Może za dwadzieścia lat się dorobie - zaśmiałą się, chociaż dwadzieścia lat to i tak była ciężka perspektywa, biorąc pod uwagę, że wszystkie oszczędności i tak wydawała na brata i matkę. Kredytu też nie mogła wziąć przez marną pracę w barze i zerowe podstawy finansowe. Ewentualnie zostawało jej jeszcze znalezienie sobie obrzydliwie bogatego męża. Może jakiegoś starego dziadka, który już i tak ledwo co daje radę, który po prostu przepisze jej wielki majątek i odejdzie w zaświaty. To już było bardziej prawdopodobne niż to, że sama uzbiera.
Spięła się, gdy padło pytanie o brata. Nie dlatego, że nie chciała mu mówić. Akurat z tym nie miała większych problemów, dzieliła się z nim o dziwo swoimi najskrytszymi wspomnieniami, ale same myśli, jakie przywołało jego pytanie, sprawiły, że Parker uciekła gdzieś myślami. Tak się zamyśliła, że o mały włos nie ominęli swojego przystanku.
- To tutaj! - krzyknęła w ostatniej chwili i zerwała się z miejsca. Zwinnie złapała Galena za fraki i wyciągnęła z autobusu, a nawet wyszarpała! Zdążyli ledwo przed zamknięciem drzwi, bo Wyattowi zachciało się wykonać papieskie pożegnanie i machać do swoich współ-podróżujących. - dawaj - zeskoczyli na chodnik. Przytrzymała go przy sobie, żeby się nie wywalił i rozejrzała dookoła. Rzadko bywała w tej części miasta. Była ona zdecydowanie za droga na portfel Parker, całe szczęsie sprawdziłą wcześniej na mapce, gdzie dokładnie powinni się kierować. Ruszyła w lewo, ciągnąć za sobą Galena, który wciąż patrzył na nią wyczekująco.
- Co? - spytała z automatu, pomimo że doskonale wiedziała, na co czekał. - nikogo nie zabił, o to nie musisz się martwić - odezwała się w końcu, kierując się idealnie wyłożonym chodnikiem do wysokiego wieżowca. Dookoła nie było żywej duszy. Czyżby bogacze chodzili wcześniej spać? - za narkotyki - dodała po chwili. - zarabiał handlując towarem. Brał udział w jakiejś większej akcji, wszyscy jego pseudo kumple spierdolili i cała wina poszła na niego - wyznała w końcu na jednym wdechu, tym samym stając do niego przodem, bo już znajdowali się przed głównym, pięknie oświetlonym wejściem.
- To tutaj? Ile to ma kurwa pięter? - zadarła głowę, rozpraszając się na moment, ale zaraz wbiła w niego ciemne spojrzenie. - trafisz już sam? - przełknęła ślinę, przestępując z nogi na nogę. - to co, do następnego przypadkowego spotkania?