-
You've gotta dance like there's nobody watching,
Love like you'll never be hurt,
Sing like there's nobody listening,
And live like it's heaven on earth.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracji1os (bio), 3os (reszta)czas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie cierpiąc udawania czy grania tak, jak ktoś jej kazał, Dianie można było śmiało przypisać cechę duszy wolnej, spontanicznej. W balecie czuła się nie tylko ograniczona, ale i zamknięta. Taniec był dla niej sposobem na wyrażanie tego, czego nie potrafiła przekazać za pomocą słów. A były to jej emocje, nie coś, co ktoś narzucał jej z góry To też skłoniło ją do zostania choreografem i tym samym tworzenia tego, w jaki sposób miała się poruszać. Zgłupiałaby całkowicie, gdyby oprócz kilku wyjątków ot tak pozwoliła komuś odpowiadać za jej ruchy czy mimikę. Czułaby się jak marionetka, a w ten sposób też czasami patrzyła na niektóre baletnice.
— Występ a trening to dwie inne sprawy. Ponadto, mówimy o dzieciach. Ich potrzeby różnią się od potrzeb dorosłych. — polemizowała dalej, a jej głos brzmiał twardo i niezłomnie. Może i miała nieco lepszą wiedzę biologiczną, skoro oprócz tańca była też swego czasu nerdem i kujonką, ale wydawało jej się, że to banalna informacja. Chyba natomiast nie dla każdego.
Aż zmrużyła oczy, gdy kobieta kontynuowała ze słowami, które tylko podkreślały jej prawdziwe nastawienie. Diana nigdy nie potrafiła zrozumieć, co niektórzy tancerzy oscylujący w balecie mieli w głowie, że traktowali tę formę tańca jako formę nadrzędną nad całą resztą. Może winił tutaj brak kontaktu z pozostałymi rodzajami, bo jej oczy otworzyły się dopiero wtedy, gdy liznęła całą resztę, nie pozostając przy bezwonnym, pozbawionym smaku i uczuć balecie.
— Zauważę, że każdy taniec jest specyficzny. Balet nie jest tańcem ponad wszystkimi. Jest tylko jednym z wielu form, w której ktoś może się odnaleźć, lub też nie. Każdy taniec wymaga odpowiednich ćwiczeń, pracy, ale i również głowy. — odpowiedziała jej dobitnie, pewnie trzymając się swojego zdania. Jeśli kobieta myślała, że tym sposobem ją zgasi lub umniejszy jej pewność siebie, nic bardziej mylnego. Choć była widocznie sfrustrowana, cały czas biła od niej aura pewności siebie.
— Ależ proszę pani, tu nie chodzi o to czy czegoś nie miałam. Bo, powiem więcej, nawet miałam coś więcej, skoro potrafiłam obrać inną ścieżkę i wydostać się z sideł, w których wiele osób pozostaje na zawsze. Tak jak na przykład pani. — zgrabnie odbiła piłeczkę, nie dając sobie wejść tym samym na głowę. Klasyczne zagranie, którego spodziewała się po osobie, która miała zdecydowanie zbyt wysokie mniemanie o sobie. No cóż, Carissoni nie była też potulnym barankiem, by nie pozostać dłużną. — Owszem, natomiast takie dzieci potrzebują również swobody i wyboru, bo nie każdy kto posiada to coś będzie szczęśliwy w takim samym miejscu. Przykro mi, że pani nie posiadała innych możliwości. A jeśli jednak pani je miała i dokonała dobrego wyboru, to nic tylko cieszyć się, że jest pani szczęśliwa. — pytanie tylko, czy faktycznie była szczęśliwa? Ale Dianie już nic do tego. — Dalej uważam, że dzieciaki mają prawo do wyboru. I, jeśli nie wyrabiają w pańskich warunkach, mają jak najbardziej ten przywilej, by z tego zrezygnować i zająć się inną formą. — bo dla niej to nie było marnotrawstwo, a jedynie krok w inną stronę. I to wciąż naprzód.
Elena Santorini
-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wkraczając na salę treningową w wieku lat zaledwie trzech, od dzieciństwa karmiona była przekonaniem, że balet był n a j l e p s z ą formą - nie tylko tańca, ale w ogóle sztuki. Jakże mogłyby się do niego równać jazz czy tango, skoro nawet opera i teatr nie miały żadnego podjazdu? To właśnie tego chcieli od niej rodzice - godnej reprezentacji ich rodu w dziedzinie, którą uważali za najlepszą.
Nie bez powodu nie została aktorką, piosenkarką czy malarką. W jej rodzinie nie wierzono w talent, więc jego potencjalny brak nigdy nie stanowił powodu, dla którego ktoś mógłby rezygnować. Elena nie znosiła baletu na samym początku, ale powtarzano jej, że m u s i go tańczyć. I m u s i być w nim dobra, ponieważ nawet mierna baletnica ma wyższość ponad doskonałym tancerzem innej dziedziny.
Balet nie był dla niej rodzajem tańca, który uprawiała w swoim wolnym czasie. Nie był nawet pracą, którą wykonywała by móc zarobić na swoje utrzymanie. Balet był dla niej powietrzem, zaczerpnięciem oddechu, był rytmem, w którym funkcjonowała jej rzeczywistość.
I przede wszystkim - był tym jednym zapewnieniem, że jest wystarczająca.
Że nawet, jeśli straciła w swoim życiu absolutnie wszystko, nawet, jeśli nie potrafiła jeździć samochodem, nie umiała rozliczać podatków, nawet jeśli mieszkała w pieprzonym Parkdale a jej drzwi miały zamocowane trzy zamki, wciąż była s o b ą. Wciąż błyszczała na deskach teatru, wciąż była primabaleriną, wciąż była tym szlachetnym kryształem, którym kazano jej być od najmłodszych lat.
Ponieważ bycie czymś innym, czymś mniej wartościowym, było dla niej losem gorszym od samej śmierci.
- Cóż, skoro tak jest, to dlaczego nikt nie ogląda hip-hopu w znakomitych teatrach? - odrzuciła, ponieważ w jej głowie teatr w istocie stanowił wyższą formę sztuki ponad każdą inną sceną. - Szczerze mówiąc, nie wiem, gdzie może zaprowadzić kogoś kariera w tej dziedzinie. Na tyły sceny, żeby wypełniali pustkę za Beyonce?
Santorini była zbyt nieobeznana w popkulturze by nawet wiedzieć, że Beyonce już od dawna nie była w mainstreamie. Wychowano ją przecież lepiej, niż żeby słuchać rzeczy, które grano w radiu.
- Nie jestem pewna, o jakich sidłach pani mówi. O sidłach posiadania wartościowej kariery i bycia szanowanym w społeczeństwie? - odrzuciła ostro, co w jej ustach było niczym warknięcie. S i d ł a uderzyły zbyt blisko prawdy, której nie była w stanie przyznać nawet przed samą sobą - i nagle kwestia dobrobytu dzieci, którymi miała się zajmować, zeszła zupełnie na inny kadr, a Elena zwyczajnie przestała jej dalej słuchać. - Kim pani w ogóle jest, by udzielać mi takich porad? Zawodową nauczycielką? - prychnęła, czując nagłe napięcie biorące jej ciało we władanie. - Zdaje sobie pani sprawę, że pełnoetatowymi nauczycielami zostają ludzie zbyt słabi, by posiadać własną karierę?
To, że stały w tym samym korytarzu zgrabnie umykało jej percepcji - ponieważ ona tutaj tylko d o r a b i a ł a, a nie pracowała na stałe, a dla niej w tej chwili robiło to ogromną różnicę.
Diane Anderson