-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Umówmy się randkowanie z Cynthią należy raczej do mało codziennych i istotnych kwestii. Sama Ward uważała się za chłodną osobę. Tylko szczerze nie była w stanie się odnaleźć, kiedy pisał do niej Theo. Wypełniała stos dokumentów w sprawie denata, analizując raz jeszcze próbki, sprawdzając wyniki badań i zamiast pochłonąć się do reszty w proces rozwikłania zagadki zwłok, to skupiła się na czymś innym. Na uśmiechaniu się. Cynthia Ward uśmiechała się, ba, widząc tekst o jego śnie na jej policzkach pojawiły się delikatne rumieńce. Nie spodziewała się zostania zaatakowaną w taki sposób.
Może dlatego coraz częściej wracała myślami do ich wspólnej nocy. Oczami wyobraźni widziała sceny w mieszkaniu, kiedy byli razem. Ciekawiło ją, czy dzisiaj Theo też zostanie u niej na noc. Mógłby. Naprawdę mógłby, a ona byłaby z tego bardziej niż zadowolona.
Nadszedł upragniony przez tę dwójkę dzień. Ward standardowo siedziała ubrana na czarno na kanapie, czekając na pojawienie się Bachmanna. Czytała kryminał, aż do jej uszu nie doszedł dźwięk dzwonku do drzwi. Książkę odłożyła na stolik kawowy, a sama ruszyła, by je otworzyć. Chciała móc się uśmiechnąć, a zamiast z konsternacją na twarzy wpatrywała się w Bachmanna.
— Cześć — rzuciła dość krótko, nic nie komentując — Wejdź — uchyliła szerzej drzwi, dając mu swobodnie wejść do środka. Tylko cały czas mierzyła go wzrokiem. Po co mu tyle bagaży? Czy to nadszedł etap na szczoteczkę do zębów w jego łazience? Nie przeskoczyli czasem kilku etapów — wprowadzasz się, czy po co Ci tyle tobołków? — spytała wprost. Nigdy nie przypominała osoby, która błądziłaby własnymi słowami. Wypowiadanie wprost wszystkiego należało do jej natury.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak jak wspomniał przy ich ostatnim spotkaniu, zapytał kumpla z gastro szkoły o polecajki win. Jednej całej swojej zmiany w ogóle nie pamiętał, bo był bardziej zajęty wymyślaniem co im przyrządzi na kolację. Spaghetti aglio, olio e peperoncino z czarną truflą, Salmone al forno con olive e pomodorini i Tiramisù al cioccolato fondente con mandorle; czyli bardzo fancy włoskie nazwy na prosty lekko pikantny makaron, łososia zapiekanego z pomidorami i kawowym ciastku. A z wyborem trunków, w końcu padło na dobre prosecco, bo bąbelki były fajne. Zamiar był taki, że zjedzą mniejsze porcje, a reszta jej zostanie na później, żeby ułatwić życie. Tiramisu przygotował dzień wcześniej, stwierdzając, że tak będzie najłatwiej upewnić się, by nie było za słodkie. Rano uderzył w siłownię, tak, ale co było bardziej istotne, pojechał na farmerski market, żeby kupić potrzebne rzeczy.. Powiedzmy, że potrzebne. Niektóre po prostu stwierdził, że się przydadzą, a sam był suką na świeże składniki i nie mógł się powstrzymać. Większość jego bagażu było jedzeniem, jakkolwiek śmieszne by się mogło to nie wydawać; w rękach trzymał duży papierowy karton wypełniony świeżymi składnikami, na jednym nadgarstku wisiała siatka z prosecco, na drugim pierdołki, które nie zmieściły się do pudła. W plecaku właściwie miał tylko kilka utensyliów, bo za cholerę nie pamiętał, czy miała wszystko, co mu było potrzebne. Plus swoje leki i parę świeżych ciuchów, ot, gdyby miał się przypadkiem zasiedzieć i zostać na dłużej.
- Przywitałbym się z tobą porządnie, ale nie mam trzeciej ręki. - zażartował od progu, szczerząc się do niej w uśmiechu ponad pudłem z produktami. Ciepło które poczuł w klatce na jej widok, salto wywinięte przez żołądek, obie te rzeczy sprawiały, że miał ochotę się śmiać. No jaki stary taki głupi, jak dzieciak przed swoim crushem. Wszedł do środka, wyszedł z własnych butów grzecznie od progu nie tracąc rytmu, przeszedł od razu do kuchni, by wszystko odłożyć na blat. Zrzucił plecak z ramion, odkładając go ostrożnie na podłogę, zaraz przy kuchennej wyspie. Odetchnął, pozbywając się wszystkich tych delikatnych rzeczy i dopiero wtedy zwrócił się w jej stronę.
- Hey! - nie ważne, gdzie się w tamtym momencie by nie znajdowała, porwał ją, przyciągając do siebie jednym ramieniem, wolną oparł na jej szyi, by skraść dla siebie całusa; nawet lekko ją przy tym podniósł, bo to już chyba taki standard był, że przy nim latała? Wszystko przez jego wzrost, serio! - Dobrze cię widzieć. Przyniosłem dużo rzeczy. - chociaż w teorii obiecał jej, że jak przyjdzie, to pokaże jej co mu się śniło i co chciał z nią robić.. Ale na tamtą chwilę był trochę rozdarty. Niby dużo już było przygotowane i nie zajęłoby mu długo, żeby ogarnąć całą resztę.. Z drugiej strony dobrze by było mieć już coś gotowego, prawda? Ah, życiowe wybory.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Widzę — stwierdziła krótko, odprowadzając go wzrokiem aż do kuchni. Nigdy nie sądziła, że zobaczy tak bardzo przygotowanego mężczyznę na kolację. Cassian zabierał ją na kolacje do miasta, gdzieś w zaciszne miejsca, gdzie mogli w spokoju delektować się własnym towarzystwem. Później długo nikogo nie było. Jasne, pojawił się Lawrence, był też Scott... ale nikt nigdy nie traktował jej jak księżniczki. Przy Matheo czuła się właśnie w ten sposób, niczym najpiękniejsza kobieta na całej kuli ziemskiej. Jaki normalny facet starałby się tak bardzo? Żaden. Pierwszy raz widziała kogoś, kto uchyliłby dla niej całe niebo.
— No cześć — powiedziała cicho, kiedy przyciągnął ją do siebie. To był właśnie Theo, którego wręcz uwielbiała. Stanięcie na palcach właściwie nic jej nie dawało. Choćby chciała, musiałaby kupić sobie stołek, by móc zrównać się z nim wzrostem, a ten krótki całus jedynie ją utwierdził w tym, że znalazła odpowiednią osobę — to akurat zauważyłam. Tyle aż jedzenia jest potrzebne? — spytała, spoglądając na wszystkie pakunki. Nie spodziewała się tak wielkich zakupów. Ostatnio widziała tutaj tyle toreb, kiedy sama się wprowadzała. Praktycznie nic nie zabrała z poprzedniego mieszkania oprócz ubrań. Potrzebowała spokojnego miejsca, w którym mogła schować się przed ludźmi. Takim które miałoby odpowiedni nastrój, a Theo... wydawał się wszystko zaburzać. Uwielbiała go naprawdę. Nabrała powietrza do płuc. Czy życie przy normalnej osobie miało wyglądać w ten sposób? Czy ktoś właśnie zaczynał się nią troszczyć i opiekować? Dziwne skrajne uczucia zawładnęły jaj ciałem, bo bała się, że mogłaby się uzależnić od Bachmanna w jej apartamencie. Wydawał się go wypełniać bardziej niż wszystkie meble. Nie dlatego że był wielkoludem, a przez dobre serce, które pokazywał jej na dłoni.
— I co będziemy teraz robić? — spytała, przegryzając dolną wargę. Doskonale pamiętała ich krótką wymianę SMS'ów. W myślach prowadziła go wgłąb własnego apartamentu wprost do jej łóżka, ale brzuch postanowił się jej zbuntować i głośno zaburczał. Za to Cynthia spuściła wzrok. Jej ciało nie powinno reagować w tak oczywisty sposób.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Pewnie nie, ale stwierdziłem, że jak zrobię więcej, to ci zostanie. - posiłki przygotowane specjalnie dla niej, ze świeżych, własnoręcznie wybranych produktów, przez jej prywatnego kucharza, ta opcja brzmiała znacznie lepiej niż jakikolwiek catering, prawda? Uśmiechnął się szerzej, ignorując ponaglający go do działania dreszcz, spływający od karku, w dół kręgosłupa, gdy przygryzła dolną wargę, przypominając mu ich małą wymianę smsów. Podświadomie pochylił się mocniej w jej stronę, dłoń przesunął na jej szczękę, kciukiem przesuwając po dolnej wardze. Kusząca opcja.. Ale najpierw trzeba było się posilić, tak? No tak. - Paliwo najpierw. - zarządził krótko, rozbawiony protestem jej ciała. Mogła być na niego głodna ile chciała, ale wysiłki fizyczne na pusty żołądek generalnie nie były najlepszym pomysłem. Ukradł dla siebie jeszcze jeden, krótki pocałunek, nawet jeśli nie powstrzymał się przed krótkim dotknięciem językiem jej dolnej wargi. Uh, focus.
- Chodź, pokażę ci co przyniosłem. - łatwiej będzie się skupić, kiedy zajmie się robotą, tak. Złapał ją za rękę, pociągając za sobą do blatu w kuchni. - Mammyyy.... Dużo różnych rzeczy. Zaraz zrobię makaron z czosnkiem i peperoncini, mamy też łososia, w sumie gotowy do pieczenia, zajmie mu to chwilę, więc mogę go zacząć w tym samym momencie.. O i zrobiłem tiramisu, stwierdziłem, że nie lubisz słodkiego, więc najłatwiej mi było zrobić coś od podstaw. Nie robiłem tiramisu odkąd skończyłem szkołę, ale wyszło niezłe! - rozkładał wszystko, o czym wspominał; składniki do makaronu, oliwę, czosnek, pęczek ostrych papryczek, czarne trufle, potem łososia, zapakowanego w zaprawie w szczelnym pudełku, pomidory, zioła, ziemniaki gotowe do pieczenia, na koniec te dwa małe fancy pojemniczki z dwiema porcjami deseru. Do tego przytaszczył naczynie do pieczenia, własny moździerz do tych przypraw, wszystko co mu było potrzebne do fastrygowania.. Był przygotowany, ok. - I zasięgnąłem porady co do win, bo wiem, że lubisz. To prosecco mi polecono. - drogie cholerstwo też wyciągnął z siatki, prezentując Ward, zanim odstawił butelkę na bok. Było schłodzone, oszronione, gotowe do otwarcia, jeśli miała taką ochotę, chociaż skoro była głodna, chyba wolał ją najpierw nakarmić. - A reszta to pierdołki, które stwierdziłem, że się mogą przydać tak na szybko, więc.. Zrobię ci szybką sałatkę z tą kupną focaccią? Nie zrobiłem jej, nie miałem czasu na trzydniowy projekt, ale ta gotowa jest serio dobra. Mam też kilka owoców, ale tylko te sezonowe. - w miarę jak mówił, rozkładał swoje zakupy w przestrzeni, po raz kolejny zachwycony tym, jak dużo miejsca było na tym blacie. Cudowna kuchnia. Puste pudło i siatki odkładał też na jedno miejsce, odrzucając na podłogę obok siebie, żeby nie przeszkadzały. Gdy skończył mówić i wskazywać kolejne pyszności, zerknął na nią pytająco, bo hey, może sałatka na szybko zanim poda makaron przemawiała do niej mniej, niż po prostu złapanie któregoś z tych owoców?
rozpieszczana cynthia
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ułożyła dłonie na własnych biodrach, unosząc ku górze brwi. Zostanie jej na później? Owszem, miała dość często pusta lodówkę, ale zamawiała sobie jedzenie. Nie gotowała dla samej siebie, a teraz nagle spoglądając na blat... coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że miała po prostu szczęście. Nigdy nie spodziewała się, że mogłaby trafić na tak dobrą osobę. Theo udowadniał jej, że życie wcale nie jest takie smutne.
— Nie musisz się o mnie troszczyć Theo, wiesz? — zagadnęła cicho, kiedy tak trzymał ją w swoich ramionach. Była dorosła, całkiem niezależna, a widok pełnej kuchni wydawał się dla niej czymś niecodziennym. Podobnie jak Matheo, który zaraz zacznie w niej gotować. Może mogłaby przywyknąć do tego widoku.
— Sadysta — mruknęła Cynthia, kiedy ukradł jeden, krótki pocałunek. Nie potrafiłaby zdecydować, czego chciała w obecnym momencie bardziej. Jego, czy jedzenia przygotowanego przez niego.
— Dobrze — kiwnęła głową, ruszając za nim Szczerze mocno wsłuchiwała się w jego słowa. Potakiwała głową, obserwowała po kolei to, co dla niej przygotował. Sama w życiu nie przygotowałaby takiej uczty. Wydawało się jej totalnie poza jej siłą, a teraz? Była zdziwiona, jak dobrze wyglądał blat jej kuchni, gdy był zajęty. Choć do jej kuchni ktoś pasował jeszcze bardziej — przyszedłeś całkiem dobrze przygotowany. Mam Ci pomóc w kuchni? — zagadnęła Cynthia, przechylając głowę i czekając na ewentualne polecenia. Nie chciała wyjść na totalnie bezużyteczną — I dlaczego uważasz, że nie przepadam za słodkim? — faktycznie, nie przepadała. Chociaż do tiramisu miała słabość. Do pewnego gorącego kucharza w twojej okolicy też zaczynała mieć. Zwłaszcza kiedy w tak prosty sposób zaczynał się nią opiekować i... nie bał się jej tak, jak większość ludzi.
— Prossecco też uwielbiam — stwierdziła, patrząc na butelkę — czerwone wino, lub prossecco. Są tańsze i skuteczniejsze niż terapia — powiedziała półserio, półżartem. Nie znała w stu procentach podejścia Theo do alkoholu, ale jakby poznał jej przyjaciół... wszystko by zrozumiał. William był jak wolny lew na sawannie, a Mara jak najbardziej lśniąca gwiazda na niebie, by być w stanie dotrzymać im tempa musiała pić. Ale też chciała pić.
— A nakarmisz mnie, Theo? — spytała, spoglądając na owoce, ułożone na blacie. Chwilę później wzrok już padł na Bachmanna, a ona uroczo się uśmiechnęła.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Jeszcze nawet nie zacząłem. - odpowiedział butnie, nawet jeśli miał zabrzmieć w tej kwestii arogancko. Musiała chwilę poczekać, aż rzeczywiście coś zje i będą mogli się zająć innymi rzeczami. Mógł ją rozpieszczać i troszczyć się o nią na wiele sposobów, prawda? W łóżku, na trzeźwo, też było bardzo przyjemną opcją. Skwitował nazwanie go sadystą krótkim śmiechem i odnotował sobie w głowie, żeby porządnie się nią zająć. Ot, żeby nadrobić za bycie wrednym sadystą, który najpierw chciał ją nakarmić. Straszne rzeczy!
- Nie, nie, możesz sobie usiąść. - większość rzeczy tak czy siak miał już przygotowane. Zaplanował do przodu, nie chcąc być całkowicie pochłonięty kuchnią przez kilka godzin, a jedynie mieszać i pilnować z doskoku. Chciał jej poświęcić więcej uwagi, niż garom, śmiąc wątpić, że w ten sposób zadowoli ją bardziej, niż gdyby po prostu obrał rolę prywatnego kucharza. Był też w tym trochę egoistą, po prostu tęsknił za nią, okay? Jego dłonie wydawały się zamienić w magnes, lgnąc do jej ciała za każdym razem, gdy znajdowała się na wyciągnięcie ręki. Jak gówniarz, śliniący się do obiektu swoich westchnień i mokrych snów... W sumie nie odbiegało daleko. - Nie powiedziałaś mi przypadkiem? Przy okazji czegoś... Dałaś mi słodycze jak jechaliśmy na siłownię, może sobie wymyśliłem, że to dlatego, że sama nie lubisz. Lubisz słodycze? - to było całkiem prawdopodobne, że coś mu się po prostu wydawało i zupełnie nie miał racji. Częściej niż chciałby to przyznać, jego myśli gnały szybciej, niż mógłby je spokojnie przetrawić, sprawiając, że wyciągał niepoprawne wnioski, okay? Albo zapominał o coś dopytać, czy pomyślał o czymś, ale zapomniał powiedzieć tego czegoś na głos. Zdarzało mu się często, więc w tamtym momencie przyglądnął się jej ciekawie, przechylając głowę. Powiedział jej wcześniej, że chciał ją poznać, prawda? Pytania o powierzchownie błahe rzeczy też się liczyły, składały na całość tworzącą Cynthię.
- Nie znam się, ale mam kilku znajomych sommelierów z kulinarnych studiów, więc popytałem i podobno to jest super dobre? Następnym razem przyniosę ci to drugie, które mi polecili, nie chciałem cię przygnieść ilością przyniesionych butelek. - właściwie to bardziej nie chciał, żeby pomyślała, że chciał ją upić, ale wybrał wersję z zagracaniem jej mieszkania. Komu by się chciało trzymać tyle butelek z winem, nie? Bez sensu. - Zapamiętam. Chociaż ta terapeutka do której mnie pół żartem-pół serio wysłali znajomi z pracy, była bardzo okay. Może i do niej wrócę kiedyś. - oczywiście, że zapomniał jak się nazywała, pamiętał tylko tyle, że miała naprawdę przyjemny uśmiech i chyba była ruda. Albo blond? No, taką już miał świetną pamięć. Coś na M i coś z jeziorem. Cholera wie, miał gdzieś w telefonie potwierdzenie umówionej sesji, więc jakby chciała namiary, to mógłby ewentualnie wygrzebać.
Złapała go z zaskoczenia, pytając, czy ją nakarmi. Uniósł brwi najpierw, ale w oczach czaił się rozbawiony chochlik; usta zaraz dołączyły w szerokim uśmiechu.
- Jeśli tego sobie życzysz, oczywiście. - zdawał sobie sprawę, że ujął to trochę niezgrabnie, ale to wszystko dlatego, że najpierw pomyślał o odpowiedzi w swoim własnym języku. Zdarzało się, pewnie zaczynała się i tak już przyzwyczajać; czasami mówił dziwnie, albo akcent wyraźnie brał zakręt i oddalał się od kanadyjskiego brzmienia. Tak czy inaczej, rozglądnął się szybciutko po blacie, nie mogąc narzekać na brak miejsca; poprzesuwał kilka rzeczy, tak, by móc posadzić ją na miejscu obok siebie. W ten sposób mógł się zająć robotą i dawać jej atencję jednocześnie, wygryw. Nie, nie wymagał od niej wskakiwania na blat, już to też było wiadome, że ją podnosił, przesuwał i nosił, ale robił to tylko dlatego, by ułatwić jej życie. Posadził ją na blacie.. I nie powstrzymał cichego pomruku wyrywającego się z gardła, kiedy znajdowała się tak blisko. Zajął miejsce między jej udami, ramieniem przytrzymał ją blisko siebie, wolną dłonią odsunął włosy, by móc złożyć kilka pocałunków na szyi Ward. Była dla niego odurzająca. Gotowanie? Tak, tak, miał gotować i będzie gotować, ale chciał skraść dla siebie jeszcze kilka małych momentów.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Uniosła wyżej brwi, słysząc jego słowa. Chciała móc mu się sprzeciwiać, ale szczerze nie widziała w tym głębszego sensu. Gdzieś w głębi serca rozpływała się, kiedy go słyszała. Nikt nigdy nie mówił wprost, że chce o nią zadbać. Dobra, może mówili, ale nigdy nie manifestowali tego w ten sposób. W jej głowie wybrzmiewała jedna wątpliwość. Czy aby na pewno, jak pozna o niej prawdę, to nie zrezygnuje?
— To co robisz, jak się starasz? — zagadnęła, spoglądając na niego z czystą ciekawością — ale wiesz, że ja też chciałabym o Ciebie zadbać? — wtedy w łóżku też chciała. Tyle że dla niego ważniejsza była jej przyjemność. Rozumiała to, nawet szanowała, ale... chciała móc mu okazać to samo, zwłaszcza że miewała problemy z okazywaniem emocji. Gdyby nie miała osoby o tak otwartym i złotym sercu, wstrzymywałaby się dłużej, ale... on naprawdę chciał móc o nią zadbać.
— No dobrze. Tak dobrze już poznałeś moją kuchnię? — zaśmiała się, unosząc do góry jedną ze swoich brwi. Ostatnio zostawiła go tu raptem na śniadaniu, a teraz będzie przygotowywał dla niej posiłek życia. Ciekawe, czy jak już się najedzą, będą mieli siłę na cokolwiek innego — słuchasz, co mówię? — na jej twarzy wymalowało się szczere zdziwienie, które nie mogło zniknąć. Delikatnie zmarszczyła obie brwi, bo szczerze nie spodziewała się tego. Dwa spotkania temu o tym krótko rozmawiali, a on wyciągał wnioski, myślał. Szczęka powoli zaczynała jej opadać — nie przepadam za słodyczami i kolorami — prawie można byłoby powiedzieć, że ma na nie alergię. Ubranie koloru szarego było już sporym świętem — chociaż zdarzają się wyjątki — i tym razem wzrok wpadł wprost na oczy Bachmanna. Nie miała jakichkolwiek wątpliwości, że on był słodziakiem, ale z nim chciała móc przebywać cały czas.
— Mam być tą nietrzeźwą? — uniosła jeden z kącików ust i po kilku sekundach dodała — nie przeszkadza mi to — Cynthia nigdy nie upijała się w trupa. Kosztowała spokojnie ustami wino, smakując go. Jeden kieliszek jej wystarczył, zwłaszcza przy Theo. Przy nim nie potrzebowała alkoholu, by poczuć się rozluźnioną.
— Moja najlepsza przyjaciółką jest terapeutką i się ze mną zgadza — zagadnęła, przekazując jedną z ważniejszych informacji. Mara, ukochana przyjaciółka, jeśli będą chcieli się spotykać, będzie musiał uzyskać od niej akceptację. Cassian nie otrzymał i popatrzcie, jak to się skończyło. Zerwaniem zaręczyn w trakcie chemioterapii — chyba będę musiała z nią o kimś porozmawiać — jedno słowo specjalnie pokręciła. Jasna sytuacja, Mara już wiedziała o Matheo, ale chciała z nią porozmawiać, żeby... się pochwalić.
— To mnie nakarm Theo — przypomniała mu cichym głosem, wpatrując się w niego dużymi oczyma. Mogła być chłodną, niedostępną kobietą, ale widziała i czuła, że ten wielkolud stojący między jej udami ma serce jak na dłoni. Trudno było jej uwierzyć w to, co miała przed oczyma, a miała mężczyznę idealnego.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie będę się sprzeciwiał. Obiecuję. - obiecał, przyciskając na moment palec do swoich ust, by zaraz użyć tego samego palca, by stuknąć pięść, trzymaną na wysokości klatki. Obiecuję. Podwójnie obiecywał, werbalnie i gestem. Nie chciał się przed nią bronić, nie miał zamiaru stawiać dla niej barier do przeskoczenia, ścian wokół swojego serca czy innych niepotrzebnych pułapek. Miała go. Tak jak powiedział ostatnim razem, kiedy u niej był, nie miałby nic przeciwko, by być jej.
- Przyniosłem dużo rzeczy od siebie, więc jakbym czegoś nie znalazł, to mam opcje. - odpowiedział, rozbawiony, mimowolnie uśmiechając się nawet szerzej, przyglądając, gdy zaczęła się śmiać. Gdyby mógł, nagrałby ten widok swoimi oczami, zapisał we własnej głowie i odtwarzał, kiedy miał gorszy dzień. Już nie pamiętał kiedy ktoś lub coś wypełniało mu klatkę piersiową tak przyjemnym ciepłem. Przechylił natomiast głowę ciekawie, gdy wyglądała się zdziwić faktem, że jej słuchał. To miał nie słuchać? Rozbawienie wymalowało się na jego twarzy. - Yep, awersję do kolorów też zauważyłem. Moim zdaniem przez to, cokolwiek byś nie założyła, wyglądasz elegancko. - nie wiedział, czy taki był zamiar, czy może serio była w wiecznej żałobie za kimś lub czymś, ale nawet jego niewyparzona gęba wiedziała lepiej, niż pytać. Powie mu, jeśli zechce. Nie musiał wiedzieć wszystkiego od razu. - O? Chcę poznać wyjątki. - wyszczerzył się do niej w chochliczym, krzywym uśmiechu. Po drodze, swoją drogą, w miarę jak rozmawiali, zbierał wszystko, żeby ułatwić sobie pracę nad jedzeniem. Nie spieszył się. Sezonowe owoce, które udało mu się zdobyć, to gruszki, jabłka i szklarniane truskawki; te ostatnie wydawały się dobrą opcją na coś szybkiego na ząb. Przekroił tylko te większe w pół, dla ułatwienia życia.
- Ostatnio to ja byłem nietrzeźwy. Jeszcze raz przepraszam. - nie najbardziej dumny moment jego życia, ale z drugiej strony dzięki swojej bezczelności wylądował u niej w mieszkaniu i łóżku, a na tamten moment wrócił, żeby im gotować i spędzić z nią czas. Dzięki, whiskey? Tak czy siak, nigdy nie widział Cynthii porobionej po uszy, także nie miał nic przeciwko, żeby popijała sobie ile chciała. Gdyby się porobiła, też by się nią zajął. Prosty człowiek z niego był, okay?
- Oho, będę obgadywany. Czekaj, jak idzie to powiedzonko? Że jak cię ktoś obgaduje tooo... czkawka? Czy uszy cię swędzą? Czy w ogóle mylę języki..? - roześmiał się ze swojej własnej nieporadności. Nie, nie miał nic przeciwko, by o nim mówiła. Nawet gdyby chciała, żeby poznał tą przyjaciółkę i na żywo wypełniał kilku stronnicowy kwestionariusz, też nie miałby nic przeciwko. Nie miał nic do ukrycia. Jej przyjaciele, rodzina i inne siły wyższe mogli go przesłuchiwać do woli.
"To mnie nakarm Theo" okay, nie miał pojęcia dlaczego, ale jej słowa posłały mały dreszcz w dół jego kręgosłupa. Dało się zrobić. Wyobraźnia pognała w swoją stronę, do wszystkiego co chciał z nią robić, do obrazka jej rozbieganych dłoni, który zachował w pamięci.. To gotowanie może być trudniejsze, niż mu się wydawało. Nie odsuwając się, sięgnął po połówkę truskawki, zaraz przesuwając dłoń do jej ust. Nie powstrzymał się przed dotknięciem jej pełnych ust, podświadomie lekko rozchylając własne, przyglądając się jej spod półprzymkniętych oczu. Podobało mu się to zdecydowanie zbyt bardzo.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Przechyliła delikatnie głowę, słysząc obietnicę i przedziwne ruchy dłońmi. Słyszała o języku migowym, ale nigdy nie widziała go w akcji. Zresztą mogła zwalić to na nadmierną potrzebę gestykulacji. Sama rzadko się uśmiechała, no chyba że Theo był w pobliżu.
— Co to oznacza? — spytała całkiem szczerze, próbując skopiować jego ruch dłońmi. Wyglądała, jakby właśnie została ninją i próbowała wykonać jakieś magiczne jutsu, ale zdecydowanie nieudolnie — w ogóle Theo co ty tak właściwie lubisz? Oprócz siłowni — zagadnęła finalnie, unosząc ku górze oba kąciki ust. Chciała mu dogadać, ale szczerze nie wiedziała jeszcze, w jaki sposób powinna tego dokonać. Bachmann był dla niej tajemnicą. Lubił ćwiczyć, pił, jak miał zły humor, a poza tym? O, był kucharzem i cudownym kochankiem. Reszta wydawała się być dla niej tajemnicą, którą musieli zacząć odkrywać.
— Dobrze, dobrze — przy takiej liczbie pakunków nic nie powinno jej dziwić. Był przygotowany na wszystko. Apokalipsa zombie mogłaby się zacząć w Toronto, a oni jedliby uroczo truskawki oraz sączyli wino. Możliwe, że jedzenie by się skończyło, a zapasy wina dalej byłyby solidne. Ward lubiła pić i nigdy się z tym nie kryła, a promocje na wino w supermarketach były dla niej jak przedwczesna gwiazdka — będę pomocnicą. Też mógłbyś mi coś zlecić — nie mogła przecież jedynie siedzieć na blacie i ładnie pachnieć. Znaczy no mogła, ale dla niego też chciała się postarać i spędzić ten czas wspólnie.
— To źle? — zagadnęła, spoglądając na niego. Wielu ludzi nie rozumiało jej wyboru, szybko własnym ubiorem i fryzurą dystansowała się od innych. Nawet dobierane przez nią perfumy miały bardzo ograniczoną nutę zapachu — a wyobrażasz sobie mnie w różowych ubraniach? — ona sama nie, wyglądałaby jak totalna idiotka — to ty, większego słodziaka jeszcze nie spotkałam — prawda. Jedyną słodyczą, którą tolerowała Cynthia był Matheo. Chociaż słowo tolerować na pewno nie pasowało do uczuć, którymi darzyła Bachmanna. Te zaczynały robić się coraz bardziej skomplikowane.
— Nie masz za co Theo — jeszcze raz to powtórzyła. Jej odpowiadał nawet pijany Theo — czemu przeszkadza tak Ci to picie? Mi się podobało, znaczy ty mi się podobałeś. Próbuję zrozumieć — może na tym etapie znajomości to pytanie wydawało się niewłaściwie, to czuła, że to odpowiedni moment by je zadać. Powoli mieli się poznawać, a za tym idzie przede wszystkim rozmowa. Też taka dotycząca trudnych tematów.
— Uszy swędzą — kiwnęła, uśmiechając się delikatnie. No tak, on zapominał słów, a ona o problemie związanym z jego językiem — tak, ale tylko w samych superlatywach — minusów jak dotąd nie znalazła — możesz mi zdradzić swoje słabe strony, żeby Mara miała pełną informację o Tobie — adhd za taką słabą stronę nie uważała. Dla niej Bachmann funkcjonował jak każdy człowiek, choć może zacznie się to zmieniać wraz z poznawaniem siebie nawzajem — nie za bardzo chwalę ludzi, więc wypadałoby mieć przeciwwagę — powiedziała półserio, półżartem. Większość czasu narzekała przy Marze na ludzi, na świat, na facetów. Rzadko kiedy przychodziła, by się czymś pochwalić, a pierwszy raz od bardzo dawna pochwaliłaby się kimś.
Uśmiechnęła się chytrze, kiedy podniósł truskawkę. Mogła być głodna, ale także była spragniona Theo. Ile oni się nie widzieli? Trzy dni? A dla niej jakby minął miesiąc. Otworzyła usta, czekając, aż ją nakarmi. Ani przez moment jej wzrok nie patrzył w nic innego niż jego usta. Powoli jadła truskawkę, cały czas go obserwując, jak rozpoczyna pracę w kuchni.
— Sam chcesz ich posmakować? — spytała, chwytając za jedną z truskawek i czekając, aż Theo ich nie skosztuje z jej dłoni.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- "Obiecuje." - powtórzył, znów jej mignął, uśmiechając się przy tym, gest wykonując dokładniej i wolniej. - Zanim zacząłem pracować, byłem wolontariuszem w hospicjum, jeden z pacjentów był głuchy, ale potrafił czytać z ust. Długa historia krótko, zaczął mnie uczyć, a ja się szybko uczę. - wyjaśnił, lekko rozkładając ramiona. Pominął, że ASL stało się jego specjalnym zainteresowaniem przez dłuższy moment w nastoletnim okresie swojego życia, przynajmniej zanim wskoczył w wir pracy i nadal śledził kilka kanałów/profili uczących zwrotów, zdań i innych ciekawych rzeczy. Fascynowało go, jak działał uniwersalny język, jego złożoność, wszystkie te małe rzeczy, które robiły różnicę między "dobrze cię widzieć" a "homoseksualny seks". Bardzo delikatna linia je dzieliła w gruncie rzeczy i bawiło go to niesamowicie. - Szczerze? Nie mam pojęcia. - prawdę mówił, koncept "czasu wolnego" go przerażał w większości i dopiero kilka dni temu, kiedy ustalili, że będą spotykać się częściej, zapragnął mieć go więcej. Czasu generalnie, doba i ograniczające ich 24 godziny czasami nie wystarczały.
- Okay. - przyklasnął w dłonie, kiedy znów poprosiła, by znalazł jej coś do roboty. Sięgnął do jednej z szuflad, wyciągnął pierwszy lepszy sztuciec, który nawinął mu się pod rękę. Łyżka. Nada się. Podał jej tą łyżkę z wyjątkowo głupim, dumnym z siebie uśmiechem. - Trzymaj. Jak mi będzie potrzebne, to ci powiem. - rozbawienia nie próbował powstrzymać, tańczyło w oczach i odbijało się w wyszczerzonym uśmiechu. Mogła siedzieć i pachnieć. Mogła też... - I możesz mi opowiedzieć, dlaczego właściwie wybrałaś swój zawód. Jesteś lekarzem, prawda? Dlaczego ta specjalizacja, a nie... Nie wiem, chirurgia? - pamiętał, że chciała, by zadawał jej pytania, któregoś wieczoru w barze, ale czuł, że.. Że nie miał prawa do swojej ciekawości? Jakby jego pytania mogły wydawać się nietaktowne, urazić ją albo od niego odstraszyć? W tamtym momencie był w jej kuchni w zamiarze ugotowania dla nich fancy kolacji i zabrania jej do łóżka. Bezczelność przestała być jego obawą.
Zlustrował ją uważnym spojrzeniem, biorąc pół kroku w tył, żeby móc się jej dokładniej przyglądnąć. Próbował sobie wyobrazić, że góra jej ubioru była różowa i.. Nope. Nah. Wyobraźnię miał niezłą, ale to nie wychodziło. Parsknął krótko, kręcąc głową. - Nie źle, bardziej osobliwe? W życiu nie widziałem tak pięknej kobiety na siłowni, wyglądałaś jakbyś miała jakiś meeting potem. - wspomniał, przy okazji przypominając sobie jak desperacko próbował się bronić, przed przyznaniem jej wtedy, że tak, wyglądała świetnie. Zawsze wyglądała świetnie i zawsze mu się podobała. W ubraniach, czy bez nich. Roześmiał się znów, tym razem kiedy wytknęła mu bycie słodziakiem, uznając, że jest wyjątkiem w jej niechęci do słodyczy. Jak na królową lodu była bardzo urocza. A on bardzo nie był przyzwyczajony do dostawania tego rodzaju komplementów; zwykle dotyczyły tylko jego aparycji i budowy, nie cech charakteru, więc.. jego twarz przybrała więcej koloru, blada cera niczego nie mogła ukryć, pokrywając jego policzki naturalnym różem. Nie odpowiedział, nadal się uśmiechając, ale po prostu nie wiedział co mógłby odpowiedzieć.
Zapytała o jego relację z alkoholem i aż musiał na moment zmarszczyć brwi, próbując znaleźć punkt, z którego mógłby w ogóle racjonalnie przedstawić kontekst. - To dłuższa historia, więc zapnij pasy. I jak cię znudzi, to mi powiedz, bo w sumie mało ciekawa. Ze znajomymi i tak wychodzę się bawić, swoją drogą. - zajął się krojeniem potrzebnych mu składników, których nie przygotował wcześniej; myślało mu się też lepiej, kiedy ręce zajęte miał czymś, czymkolwiek. - Wspomniałem o mojej byłej ostatnio, pamiętasz? Nie lubię mówić źle o ludziach, którzy nie mogą się wypowiedzieć w swojej obronie, ale w jej przypadku zrobię raz wyjątek: jest patologicznym manipulantem. Byłem nastolatkiem, ona nie, udawała, że o mnie dbała, że mnie kochała, tak naprawdę tylko manipulując i szkoląc sobie mnie cholera wie do czego. Lubiła mnie otępiać alkoholem, żebym się słuchał bardziej? - zaczął, starając się ucinać niepotrzebny bełkot wywołany natłokiem negatywnych emocji, które zaatakowały jego głowę. Potrząsnął lekko głową, wyprostował się na moment, rozciągając mięśnie klatki piersiowej, łącząc za plecami łopatki, by strząsnąć z siebie lepie, nieprzyjemne uczucie nieczystości. - Tak czy siak. Alkohol to autoagresja, zwłaszcza z każdym z tych momentów, w których oddawałem się też losowym ludziom. To ostatnie generalnie uważam za absolutnie obrzydliwe? Seks z nieznajomymi, w którym nie ma niczego... Gross. - nie wiedział jak ubrać swoje myśli w słowa. Upijanie się to jedno, czasami nie miał nic przeciwko, bawiąc się ze znajomymi jak każdy inny człowiek. To, z czym miał problem, to ten autodestrukcyjny rodzaj, w którym zapijał się w trupa i lądował między udami jakiejś nieznajomej, by zaraz zniknąć i udręczać się nawet bardziej, fizycznie kacem i psychicznie, poczuciem bezwartościowości, emocjonalnym zranieniem, które sam sobie zadał.
Mara zabrzmiało właściwie jak imię, które mogło być imieniem jego terapeutki. Przechylił ciekawie głowę, posyłając jej krótkie spojrzenie, ale nie wciął jej się w zdanie, wysłuchując. Nie mógł też nic poradzić na przyjemne ciepło rozlewające się w klatce, kiedy tak go pośrednio chwaliła. Będzie o nim mówić w samych superlatywach? Nie dostrzegała w nich słabych stron? Była zbyt kochana dla niego.. - Umm.. Jestem cholernie uparty? Wiesz, na złość babci odmrozi sobie uszy rodzaj upartości. W treningu też, więc czasami sobie coś naciągnę i pluję w brodę, że muszę odpuścić na tydzień czy dwa. Mam też słabość do ciebie, ale nie wiem czy to się liczy. - zdecydowanie wyciągała z niego bardziej rozgadaną i zabawną naturę, posyłając jego posępną i małomówną wersję gdzieś w kąt. Pewnie dlatego, że kiedy do niej mówił i posyłał uśmiechy, czasami odpowiadała mu tym samym, a łakomy na te jej uśmiechy i chichoty był, jak pies na przysmaczki. W sumie przypominał trochę psa, prawda? Golden Retrivera. - Mara, swoją droga, wydaje mi się, że to też imię terapeutki, którą widziałem? I na nazwisko coś z jeziorem albo inną otwartą wodą mi się kojarzy? Może ze studnią... - może powinien dołożyć do swoich słabości fakt, że miał absolutnie okropną pamięć do imion i nazwisk, dat, numerów i całej reszty istotnych społecznie rzeczy.
Skradł jej krótkiego całusa, kiedy tylko wsunęła swoją truskawkę, nie mogąc się powstrzymać. Bo gdyby nie była głodna, znalazłaby się na jego ramieniu, przerzucona w pół w drodze po schodach na górę i już dawno byłaby naga. Ciężkie życie domowego kucharza. - Mhm. - odpowiedział pomrukiem, zostawiając swoje składniki na desce w spokoju, przesunął się znów do niej, pozwalając, by też dała mu truskawkę. Dłonie tym razem trzymał z daleka, z przyzwyczajenia, nie chcąc niczego dotknąć, by nie musieć myć rąk po raz kolejny. Bywały dni, w których mył je tak często, że pod wieczór nie chciały przyjmować żadnego kremu, bolały, piekły i generalnie nienawidziły go za pedantyzm. - Dobra, wrzucam wszystko na patelnię powoli i za... dziesięć minut? Będzie makaron... Ale dam ci jeszcze jedną truskawkę. - musiał tylko wymyślić jak to zrobić, ale zaraz po prostu pochylił się, złapał owoc pomiędzy własne wargi, nie chcąc używać dłoni, uniósł lekko brwi w jej stronę, przysuwając się jak do pocałunku. Żeby sobie sama wzięła, bo aż tak dobrej koordynacji nie miał.
Cynthia A. Ward