Ona również w ostatnim czasie pozmieniała priorytety.
Nie wiedzieć dokładnie kiedy przestała na pierwszym miejscu stawiać
prace.
Prace, która od osiemnastego roku życia przysłaniała każdy jej dzień. Była powodem, dla której codziennie rano wstawała zmotywowana, kształciła się i szkoliła, żeby być coraz lepszą. Łapanie skurwieli miała we krwi. Fiksowała się na tym. Niekiedy do mocno niezdrowego poziomu obsesji, jak wtedy z Arthurem, kiedy potrafiła całymi nocami przesłuchiwać podsłuch, zamiast po prostu zdać się na to, że specjaliści wyłapią, co trzeba. Była tak zdesperowana w swoich działaniach, że żeby zdobyć informacje była gotowa narazić takie osoby jak chociażby Galen, którego zabrała na dwie kurewsko niebezpieczne misje. Bo prawda była taka, że gdyby cokolwiek tam poszło nie tak, to mogłoby nie być zbyt kolorowo.
Praca była dla niej najważniejsza.
I sama nie wiedziała dokładnie kiedy to się tak bardzo zmieniło. Kiedy jej priorytetem stał się jeden chłopak o pięknych, czekoladowych oczach i równie
pięknym sercu. Kiedy dokładnie otworzyła się na niego do tego stopnia, że nie tylko wpuściła go do środka, oddała swoje serce, ale również oplotła całe życie wokół niego. Kiedy właściwie przestałą się tak kurewsko bać uczucia, jakim go darzyła. Nie miała bladego pojęcia, ale dopiero z perspektywy czasu (600 postów!) widziała, jak bardzo się zmieniła. Jak Madox wyciągnął z niej wszystko co najlepsze. Jak nie tylko nauczył ją kochać, ale przede wszystkim
słuchać serca, czuć. I chociaż u niego było tego aż nazbyt dużo, tak u Pilar kiedyś nie było tego wcale. Zrodził to w niej na nowo, wręcz z dziecięcą łatwością i ekscytacją. Pokazał jej, że najlepiej się żyło, kiedy głowa i serce były odpowiednio zrównoważone. Zupełnie jak oni.
I on też się zmienił. Widziała to w jego zachowaniu, to jak nie traktował już wszystkiego jak zabawę, że potrafił wziąć odpowiedzialność na własne barki, a nie tylko zasłaniać się szeroko pojętym
wyjabanizmem. Że nie zwalał wszystkiego na czucie, ale również na po prostu, po ludzku źle podjęte decyzje. A jednak przy tym wszystkim pozostawał sobą. Nie udawał. Niczego przy niej nie udawał i to chyba było w tym wszystkim najpiękniejsze.
Autentyczność. Traktowała to jak przywilej, że mogła być u jego boku. Rozwijać się razem z nim.
I nawet teraz: była przekonana, że będą się kłócić. Z chwilą, w której krzyczał jej imię i łapał za nadgarstek dałaby sobie rękę uciąć, że będą się dochodzić w krzykach i nieporozumieniach. I co? Nie miałaby ręki. Bo oni w tym duecie również zrobili kurewski progres. Szczególnie na tym wyjeździe. Nauczyli się siebie nawzajem słuchać i…. rozumieć. Wzajemne perspektywy, a przynajmniej spróbować zrozumieć. Kto by pomyślał, dwójka dzikusów, a jednak
o k i e ł z n a n y c h.
Spojrzała mu głęboko w oczy, kiedy opowiadał o byciu odpowiedzialnym dzikusem i zastanowieniu się dwa razy. Brzmiało to dobrze, bardzo dobrze, a jednak jej po głowie chodziły tylko dwa słowa, które zresztą zaraz mu powiedziała stanowczo i wyraźnie.
—
Solo sé —
Po prostu bądź. I to chyba podsumowywało wszystko. Niczego nie pragnęła tak bardzo jak tego, żeby po prostu przy niej
był. W jakiejkolwiek tylko wersji chciał
dzikiej premium czy
light, czy kurwa nawet tej najbardziej odpowiedzialnej. —
Yo también te quiero — odpowiedziała mu od razu, bez żadnego zawahania, czując, jak jej serce wyrywa się szaleńczo do przodu, z chwilą, w której wyznawał jej miłość. Niby słyszałą to już nie raz, a jednak za każdym, pierdolonym razem uderzało ją to coraz bardziej, mocniej,
głębiej. Nie radziła sobie z ilością uczuć, jakie do niego miała w sobie. Rozsadzało ją to od środka. Fizycznie bolało, a jedynym upustem tych emocji, o jakim mogła pomyśleć, był agresywny pocałunek, który złożyła na jego ustach, kiedy on już coś mówił o szpitalu.
Nie słuchała go.
Po prostu zarzuciła dłonie na jego szyję, napierając na jego ciało z całej siły. Ustami również, które sukcesywnie kradły powietrze spomiędzy jego warg, gdzie już po chwili wdarł się i sprawny język. Czuła jak ciepły prąd wędruje po jej kręgosłupie, jak ciało zalewa znajomy, kurewsko przyjemny gorąc, szczególnie, że ona cały poranek myślała tylko i wyłącznie o
jego smaku. Od pierdolonego wschodu słońca, który skończył się w jaskini diabła. Dlatego w dupie miała to, że ktoś ich wołał ze środka drogi. Własnymi dłońmi odnalazła jego ręce i poprowadziła je sobie na tyłek. Przycisnęła jego palce do materiału sukienki, a potem zepchnęła je jeszcze niżej na miejsce, w którym pośladki łączyły się udami, wymuszając na nim, by wziął ją na ręce. Współpracę mieli opanowaną do perfekcji, dlatego już po chwili zaplatała nogi za jego plecami, przyciskając się do nagrzanego ciała najmocniej, jak tylko mogła, delektując obłędnie słodkim smakiem jego ust.
Oderwała się od niego dopiero, kiedy autentycznie zabrakło jej w płucach powietrza. Kiedy serce waliło mocno w piersi, a klatka piersiowa zderzała sie energicznie zdobiącym jego tors. Odsunęła głowę jedynie na tyle, by móc spojrzeć mu w oczy.
—
Tu lo eres todo, Madox —
Jesteś wszystkim, Madox, wyszeptała, jakby dookoła była setka ludzi i chciała, by ta wiadomość była tylko i wyłącznie zadedykowana dla niego. —
Mejor que todo el chocolate del mundo, que las gomitas de mango y el ron de Medellín, que la concha más hermosa del fondo del océano y la pegatina de animal más singular —
Lepszy niż cała czekolada świata, niż żelki z mango i rum z Medellin, niż najpiękniejsza muszelka na dnie oceanu i najbardziej unikalna naklejka ze zwierzątkami. Może nie był to szczyt romantyzmu, a już na pewno nie dla przeciętnego człowieka, jednak bardzo w ich stylu. Bo może oni nie umieli mówić pięknie o miłości, byli chaotyczni, ale kiedy robili to po swojemu, to miało to w sobie wyjątkowo dużo czaru. —
Mi mundo entero —
Całym moim światem, dodała jeszcze dla podkreślenia swoich intencji, nim znowu musnęła jego usta. Tym razem wolniej, smakując je powoli, z należytą uwagą, sensualnie mieszając ze sobą ich języki, przy okazji wplatając palce w blond włosy. Mógł poczuć jak nagle zadrżała w jego ramionach. Tak mocno na nią działał.
—
Kurwa — rzuciła po chwili, opuszczając w końcu nogi, których wcale nie chciała opuszczać, zaglądajać w ciemne oczy. —
Oświadczyłabym ci się, gdybym nie miała już tego na palcu — oznajmiła z rozbawieniem, chociaż była w tym najszczersza prawda. Aż musiała się go na moment przytrzymać, gdy odstawił ją na ziemię, bo od tego wszystkiego zakręciło się jej w głowie.
Spojrzała w stronę drogi.
Nie chciała tam wracać.
Kurwa jak ona nie chciała tam iść, do ludzi, pogotowia… nie mogli zostać tutaj? Pośrodku jebanego niczego, tylko oni? Nie mogli. Bo wyglądało na to, że wszyscy już na nich czekali. Westchnęła głośno i podniosła na niego spojrzenie.
—
Nie chce jechać do szpitala — powiedziała w końcu, chociaż pewnie spodziewał się takiej odpowiedzi. A może jednak spodziewał się czegoś o wiele bardziej stanowczego? —
Ale jeśli pójdziemy tam i oni faktycznie każą mi jechać, to pojadę, okej? — progres? Można to było tak nazwać. Nie zmieniało to faktu, że kurewsko nie chciała tam jechać, bo przecież dobrze sie czuła, nawet ból nie był już tak nieznośny, ale może faktycznie powinna też być nieco bardziej odpowiedzialna? —
Ale skoro jestem chorutka, to mnie niesiesz — wywaliła dolną wargę, a w następnej chwili już bezczelnie wskoczyła mu na barana.
Tu lo eres todo, Madox ₊˚ʚ ₊
˚✧ ゚.