Każdy mógł
odwagę odbierać inaczej, i może nawet Donnie przyznałby, że to co robiła Maria też było odważne? Bo żeby
być dla kogoś opoką, przecież trzeba nosić w sobie pierwiastek bohaterstwa.
Bowen był jednak młody, na tyle, że dla niego tak naprawdę prawdziwe męstwo wciąż zakrawało o brawurę, w dużym stopniu. Przekraczanie granic, łamanie zasad, zero strachu, bez zawahania wyciągać ręce po swoje, po to czego się pragnie, co grało w duszy.
I on to dzisiaj robił.
Pozwalał sobie na chwilę szczęścia topiąc zielone spojrzenie w jej pięknych, ciemnych oczach. Na to przyspieszone bicie serca, które sprawiało, że krew krążyła szybciej w żyłach, sprawiając, że czuł, że po prostu żyje.
Bo Donnie nie tylko w swoich zdjęciach lubił to
życie. On zawsze szukał czegoś, co powodowało chociaż na ten jeden moment, na chwilę, to, że po prostu chciało się
więcej.
I jej chciał więcej. Poznać ją bardziej, wszystko co siedziało w tej głowie zwieńczonej burzą czarnych loków, w które wplatał palce. Wszystko co skrywało to brązowe, przenikliwe spojrzenie, błyszczące coraz mocniej w tych klubowych światłach. Spojrzenie, które co rusz łapały jego zielone tęczówki.
Ale przede wszystkim to co siedziało w jej sercu, które teraz wybijało już synchroniczny rytm z tym jego. Bo jednak serce zawsze było najprawdziwsze. Mogła być kobietą, z melancholią wymalowaną w spojrzeniu, tęskniącą za czymś, ale serce... To było dzikie. Szalone. Ogniste.
Czuł to w kolejnych pocałunkach, w westchnieniach, które ulatywały z piersi. Widział to w rozedrganych wargach, kiedy te jego ułożyły się w wyznanie pełne zachwytu, nad jej pięknem.
Bo była dla niego
piękna.
I nawet jeśli jutro przyjdzie nowy dzień, a on o tym zapomni...
Bo zapominał, często zapominał, to przecież dzisiaj mogło jeszcze trwać, z tym
bellisima, które opuszczając jego wargi osadziło się na jej skórze. Wlazło gdzieś pod nią i gryzło, ale w ten przyjemny sposób. Taki który sprawia, że skóra drży.
Piękna...
Bo przecież on to mówił kompletnie szczerze, to dokładnie czuł.
Dla niego była piękna, nie jak te wszystkie dziewczyny przy barze, które nie wiedziały czego chcą. Bo Maria to wiedziała.
Wiedziała dokładnie.
Całą sobą.
Kompletnie się nie zawahał, kiedy pociągnął ją na kolana, a jej palce, które mocniej szarpnęły jego włosy sprawiły tylko, że odchylił do tyłu głowę, zadzierając ją, patrząc prosto w jej oczy. Te piękne, duże oczy, które teraz mieniły się niesamowicie. W których teraz to już po prostu... utonął.
W jej spojrzeniu i dotyku, tak ciepłym i przyjemnym. W jej zapachu, którym znowu się zaciągnął. Oszałamiającym.
Opuszki jego palców muskały śliski materiał jej sukienki, wędrowały po jej ciele sprawdzając to jak reagowało na jego dotyk. Było to ekscytujące. Jak nowa podróż, w którą wybierali się wspólnie. Odważnie, a jednak z oddłużeniem, które towarzyszyło temu, jak próbowało się czegoś po raz pierwszy.
Chociaż kolejne pocałunki już w ogóle nie miały w sobie nic z tego pierwszego, tego, który był pewnego rodzaju
próbą ognia, te kolejne były już tak zachłanne, jakby ich usta po prostu do tego były stworzone. Dla siebie nawzajem, dla tego, żeby kraść sobie oddechy i zamykać w nich te wszystkie słowa. Nawet kiedy jej pełne wargi ułożyły się w jego imię, kiedy ciepły oddech zagrał przy uchu, to chciał się do niej odwrócić, chciał znowu ją całować.
Ale nie zrobił tego, słuchał jej, chociaż klatka piersiowa unosiła mu się w szybkich, płytkich oddechach, chociaż palce sunęły po nagiej skórze na jej udach, pod materiałem sukienki, zaczepnie. Chociaż zielone oczy szukały jej spojrzenia. W pierwszym momencie zmarszczył ciemne brwi, a jego twarz na moment przybrała tego srogiego wyrazu.
Bo on uważał, że to było jak najbardziej na miejscu. Coś, czego oboje pragnęli, chcieli tego... Już od pierwszego spojrzenia w oczy i tego pytania,
czy przyszła potańczyć, oni tego chcieli. Dążyli do tego.
Jej kolejne słowa sprawiały, że wyraz jego twarzy złagodniał, że kącik ust uniósł się ku górze, a płuca opuściło wstrzymywane westchnienie, która mogła poczuć na sobie, bo ruszyło całym jego ciałem.
-
Ale ja patrzę tylko na ciebie... i nie wydaje mi się, że to coś złego... - rzeczywiście jego intensywnie zielone oczy były w nią wpatrzone, jak w najpiękniejszy na świecie obraz. Sięgnął do jej ręki, którą opierała mu na policzku, oparł na niej swoją dłoń, żeby przesunąć ją, żeby musnąć ciepłymi wargami środek jej dłoni, jej palce -
a może ty po prostu... Dawno nie robiłaś tego co chciałaś? Tylko to co powinnaś Mario? - jego zielone tęczówki podniosły się z jej dłoni, na której składał kolejne pocałunki, na oczy -
a dzisiaj możemy robić tylko to, co chcemy - to chyba była dobra perspektywa?
Jemu brzmiała dobrze, robić to, co się chce, a nie to, co trzeba. Zrzucić maskę powinności na rzecz odrobiny szaleństwa. Bo czemu nie?
Szczypnął zaczepnie zębami skórę na jej opuszkach, a potem znowu ułożył je sobie na ciepłym, wilgotnym karku. A potem znowu się do niej szarpnął, tak, że ich klatki piersiowe, w których te serca wciąż łomotały, się zetknęły. I ona czuła na sobie to jego, a on to jej. Dłonie zacisnął na jej pośladkach, mocno, poprawiając ją na sobie, tak jakby to było właśnie jej miejsce. Oddając się w całości temu kolejnemu pocałunkowi, który sprawiał, że kręciło się w głowie. Który powodował na karku gęsią skórkę i ten przyjemny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa.
Mimowolne, ciężkie westchnienie wyrwało mu się z płuc, kiedy się od niej odrywał, nie chciał.
A jednak teraz mogła czuć na pełnych wargach tylko te jego ciężkie, urywane oddechy, przez ten jeden moment, kiedy postanowił...
-
Chodźmy stąd... Do mnie - wydyszał te słowa na raty. I może takich rzeczy się nie mówi podczas pierwszego przypadkowego spotkania? Ale... -
ucieknijmy stąd - musnął krótko wargami jej pełne usta -
daj mi się porwać... - kolejne słowa układał na jej ustach -
albo nie dawaj, i tak to zrobię - objął ją jeszcze ramionami, przyciskając do siebie jej gorące ciało. Patrząc jej prosto w oczy. Nie dał jej kolejnej chwili na podjęcie decyzji, znowu muskając zaczepnie jej wargi, a już po chwili splatał jej palce ze swoimi. Ściągał ją z siebie, tylko po to, żeby wstać i znowu ją do siebie przyciągnąć, na moment
schować w swoich ramionach.
-
Tu jest dzisiaj twoje miejsce Mario - złożył na jej szyi mokry pocałunek.
A potem płaszcze i do wyjścia.
Na ten mróz. Chłodne powietrze które w jednej sekundzie skontrastowało z ich rozgrzanymi ciałami. Więc... nie można było pozwolić, żeby ostygły. Żeby ogień, który już ewidentnie między nimi płonął, zgasł. Donnie nie zamierzał pozwolić, więc kiedy tylko wyszli z klubu, to zaraz przyparł ją do murowanej ściany, na chwilę, po to tylko, żeby znów poczuć na swoich wargach te jej słodkie, pełne usta.
Este es tu lugar hoy, Mario 
ིྀ ❥