42 y/o
For good luck!
168 cm
naprawia starocie w zaciszu swojego domu
Awatar użytkownika
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Hot?— powtórzyła, ale słysząc to w jego wykonaniu miała ochotę przewrócić z rozbawieniem oczami, bo gdy wypowiadał to w ten sposób, pierwszym skojarzeniem była Leia w metalowym bikini. Owszem, była seksowna w tym stroju, ale nie w tym rzecz. — Była hot, bo działała z wyprzedzeniem, analizując ruchy Imperium, a to czyniło ją jednym z najbardziej efektownych przywódców Rebelii — świat wokół niej mógł płonąć, a ona i tak znalazła wyjście, eliminując tych co stawali jej na drodze do celu. Maria zdecydowanie lepiej odnajdywała się w tej tematyce, a i jego dość szybko w nią wepchnęła. — No i był też przemytnik, który pojawił się znikąd w samym środku bitwy, w poważaniu miał protokół i choć jego statek ledwo latał — nie żeby sugerowała, że coś ze statkiem Bowena jest nie tak — to jakimś dziwnym trafem to z nim najlepiej uciekało się z nudnej bazy — samo to już intryguje, a nie żaden disneyowski książe z bajki, co pojawia się na koniec i zbiera uznanie. — Pakował się w kłopoty i bez trudu z nich wychodził dzięki swojemu bezczelnemu uśmiechowi i pewności siebie, która mogłaby graniczyć z arogancją… kogoś mi to przypomina — wyznała wymownie się mu przyglądając i trochę się zgrywając, o czym świadczył jej zawadiacki uśmiech. W tej swojej beztrosce i otwartości miał w sobie coś z Hana Solo. Poniekąd dlatego też uznała, że ucieczka z nim nie mogła być nudna.
Kiedyś…
Rzucona przez niego obietnica kolejnego razu w zestawieniu ze wzruszeniem ramion i nutą niepewności skrywaną za uśmiechem, choć wywołała w Marii przyjemny dreszcz, nie można było zapomnieć o tym, że przede wszystkim miała potencjał do wylądowania w dziale tych niespełnionych. Jakie były szanse, że ich drogi znów się przetną? Nikłe. Musiałoby zostać to zaplanowane, a ona nawet nie posiadała planu na dzisiaj. Wszystko co działo się tu i teraz było niewskazane, jak na nią skrajnie nieodpowiedzialne, nie mówiąc już o tym, że niestosowne, a jednak... tak bardzo potrzebne. Nie była jednak skłonna przekroczyć granic do tego stopnia, by celowo utorować sobie drogę do kolejnego spotkania, umawiając się z nim z pełną premedytacją. Działanie pod wpływem chwili i emocji to jedno, a planowanie powtórki to już wyższa półka. Raczej nie miała odwagi na taki krok, nawet jeśli w tym momencie o tym nie myślała oddając się chwili i tracąc kontrolę w objęciach młodego chłopaka.
Element zaskoczenia? — powtórzyła cicho przytakując — Następny raz sam w sobie będzie sporym zaskoczeniem — jeśli do niego dojdzie — ale i tak uważaj Donnie — to w jaki sposób akcentowała jego imię… w jej ustach to nie był zwykły zlepek liter; kiedy wypowiadała jego imię robiła to leniwie, powoli, miękko…i rozbrajająco. — Nie tak łatwo mnie podejść — nie ostrzegała, a raczej obiecywała. W końcu, gdy jest zbyt łatwo, to robi się zbyt nudno.
Postanowiła zostawić za sobą wyobrażenia Lei, Hana Solo i porwania, które prawdopodobnie miało się nie wydarzyć. Postanowiła żyć chwilą zamieniając całą swoją dotychczasową życiową mądrość na jedną noc bezmyślnego szaleństwa. Postanowiła nie szukać w jego oczach sensu, a jedynie odbicia dziewczyny, którą była, zanim dorosła. Postanowiła zignorować fakt, że dzieli ich pokolenie, i skupić się na tym, że łączy ich taniec. I w końcu, postanowiła potraktować Donniego jak najpiękniejszy błąd w swojej nienagannej kartotece.
Jeszcze nie, ale jesteś na dobrej drodze — zdradziła, jakby to był jakiś sekret, a tak naprawdę była to oczywistość wymalowana: w jej wyrazie twarzy - błogim i rozmarzonym; w oczach przepełnionych odzyskanym blaskiem; w ciele, drżącym pod najprostszym gestem; w ruchu odważnym, pewnym, bez sprzeciwu.
Wzrokiem błądziła gdzieś pomiędzy jego spierzchniętymi ustami, a klatką piersiowa, która raz po raz wyłaniała się spod koszuli, gdy w tańcu poluzowała się o jeden guzik, a może nawet dwa. To jak na nią reagował, jak był w nią wpatrzony niczym w dzieło sztuki którego dotykać nie powinien, a mimo to dotykał, zwalało ją z nóg. Pozwoliła, by adrenalina i tęsknota za utraconą młodością ją otumaniła. — Dwa tańce, jeden drink — ta konfiguracja bardziej jej odpowiadała, choć chyba nie potrzebowała kolejnego drinka. Raczej kubeł zimnej wody, by się jej przydał. Byłby idealny, by stłumić chemię między nimi, która groziła nagłym wybuchem. — Jesteś bardzo pewny siebie — ale w jednym się nie mylił, swój świat zostawiła poza parkietem i teraz to on był w jej epicentrum, generując wstrząsy, które już zaburzyły jej codzienność. Nic nie będzie już takie samo.
Pozwoliła mu na to, na stanie się jej kłopotem. Kiedyś to ona była kłopotem dla innych, a teraz dziwnie było znaleźć się w zupełnie innym miejscu, ale nie wycofała się. Wiedziała, że Donnie to błąd - energiczny, dwudziestoparoletni, pewny siebie - a mimo to zrobiła krok naprzód, oddając się zabawie na parkiecie, co jakiś czas dopuszczając do głosu rozsądek próbujący poprawiać niesforną dłoń chłopaka, stopniowo coraz bardziej tracąc kontrolę i hamulce, coraz mocniej pozwalając sobie na beztroski śmiech...
…aż w końcu całkiem się poddała, gdy przyciągnął ją i jej plecy znalazły oparcie w jego torsie, a głowa spoczęła na jego ramieniu. Zamiast blokować jego zagubione dłonie poddała się pod szeptanym wyznaniem, zamykając na chwilę oczy i pozwalając chwili trwać. Przypomniały się jej te wszystkie młodzieńcze noce, gdzie nikt nie przepraszał za najmniejszy dotyk, nie pytał o zgodę. Przepraszano tylko wtedy, gdy taniec dobiegał końca i trzeba było się rozstać. Otwierając oczy widziała zarys jego szczęki, a gdy spojrzał na nią i ich oczy się spotkały, na pierwszy plan wysunęły się jego usta. Młode, spierzchnięte, jakby spragnione, a w jej oczach tliła się teraz cicha, ale elektryzująca zgoda na upadek.
Na pewno niczego nie ostudził swoim hiszpańskim wyznaniem.
Podsycał żar.
Od jego ust dzieliły ją milimetry…
Donnie — cichy, niski, lekko chropowaty głos Marii był niczym wołanie o ugaszenie pragnienia, ale jednocześnie stał się głosem rozsądku i sprowadził ją na ziemię. Przywołując jego imię, przywołała siebie. Jeszcze ułamek sekundy wcześniej balansowała na linie nad przepaścią, pod sobą widząc desperację w objęcia której prawie się rzuciła.
Zamiast tego złączyła ich dłonie, zatrzymując tym samym jego wędrówkę po jej brzuchu.
Muszę się napić — wyznała obracając się w jego stronę czując jak policzki jej płoną, a w ustach zasycha. Była spragniona, niewątpliwie. Tylko pragnienie, które w sobie tłumiła raczej nie sposób ugasić drinkiem lub wodą… a jednak postanowiła się oszukiwać. — Bar?

Han Solo 🔥✨❤️‍🔥🥵
Latina, Ave Maria
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- I to właśnie jest hot, była przywódcą rebelii, zakochała się w buntowniku, umiała się odezwać i była inteligentna... Takie rzeczy są hot - uśmiechnął się, a te intensywnie zielone oczy błysnęły zadziornie, chociaż zaraz przesunęły się w dół po jej dekolcie - inne też są... - przygryzł na moment dolną wargę, ale zaraz znowu patrzył jej w oczy - a to, że lubiła facetów, którzy przyciągają kłopoty dodawało jej jeszcze uroku - mrugnął do niej jednym okiem. Dla niej mógł być nawet Hanem Solo. Bo w zasadzie miał w sobie coś z takiego buntownika, nie szedł za ogólnie przyjętymi normami piękna, odbiegał od nich w swojej fotografii. W kłopoty też się pakował bardzo często. A pewność siebie chyba nigdy go nie opuszczała.
Nawet gdy opowiadał jej o tym następnym razie.
Brzmiał abstrakcyjnie, bo Donnie naprawdę nie był w tym dobry, w umawianiu się na kolejne spotkanie, on raczej wykorzystywał te nieplanowane do cna, raczej zdawał się na zrządzenie losu, ale... mogli przecież sobie pomarzyć, zastanowić się jakby to było, a może tymi myślami przyciągnąć następny raz? A potem kolejny i kolejny.
- Nigdy nic nie wiadomo - stwierdził z zadziornym uśmiechem, zielone tęczówki zawieszając na jej pełnych ustach, które w niesamowity sposób układały się w jego imię - a ja lubię wyzwania - musiał to dodać, powtórzyć jej właściwie. Lubił wyzwania, powalczyć o swoje. Lubił kiedy to nie było takie proste... Zakazane może?
Może nie powinno ich tutaj być?
Razem na parkiecie w akompaniamencie ognistej salsy. Ale zdawali się tym wcale nie przejmować, na pewno nie przejmował się Donnie, który z każdym spojrzeniem w jej piękne, ciemne oczy, coraz bardziej się spoufalał, zbliżał do niej, ośmielał, łasił. Bo też to czuł, że był na dobrej drodze. Chociaż jeszcze nie wiedział gdzie ona go zaprowadzi...
Ale może to właśnie jeszcze bardziej podsycało atmosferę?
A może jednak jego pewność siebie?
To, że Donnie doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak działa na kobiety. Jak działają te jego zielone oczy i ciemne, niesforne kosmyki, które okalały pociągłą twarz, które co jakiś czas musiał odrzucić do tyłu. Pochylił się do jej ucha, tak, że skórę zanim omiótł jego ciepły, szybszy już, oddech.
- Ja po prostu wiem jakie cuda mogą zdziałać te oczy... - powiedział powoli, a potem jeszcze pozwolił sobie wypuścić powietrze mocniej przez nos, tak, że mogła to poczuć na swoim uchu, zanim się od niej odsunął.
Zanim pozwolili sobie na trochę bardziej energiczne ruchy, trochę więcej tego wpadania sobie w ramiona po kolejnym piruecie, a mniej... zaglądania sobie w oczy. Chociaż o to też Donnie wciąż walczył, o kolejne spojrzenie w jej piękne oczy, miedzy uśmiechami, między obrotami i tym jak po raz kolejny podsuwała jego dłoń gdzieś z jej pośladka wyżej, a on zaczepnie ją znowu tam układał. Było w tym coś... pociągającego.
Jakby gotowi byli sprawdzać swoje granice testować je, a może przekroczyć?
Tylko jeszcze wciąż się ze sobą droczyli.
Dopiero kiedy jej nagie plecy zderzyły się z jego klatkę piersiową, dopiero kiedy jego ręce przesunęły się po jej brzuchu, a ciemne, błyszczące oczy odnalazły spojrzenie. Donnie był naprawdę gotowy skończyć te podchody. Ich usta dzieliły nieznośne milimetry, tu już nie trzeba był się szarpać, wystarczył jeden ruch, żeby je zamknąć, zniwelować całkowicie. I Bowen był gotowy to zrobić, sięgnąć po ten słodki zakazany owoc, tylko wtedy ułożyła na tych ciepłych, pełnych wargach znowu jego imię. Niesamowicie je wypowiadał, aż wzdłuż kręgosłupa przeszedł mu dreszcz. Chociaż w pierwszej chwili, kiedy się do niego odwróciła, uciekła mu, to wypuścił mocno powietrze z płuc, tak, że zagrało na jej odkrytym dekolcie, to zaraz skinął głową, zaraz uśmiechnął się.
- Okej - rzucił spokojnie, a zaraz zacisnął mocniej palce na jej dłoni - bar - zgodził się z nią i pociągnął ją za sobą w kierunku baru, torując jej drogę poprzez tłum. Parkiet zdawał się wcale nie pustoszeć, wręcz przeciwnie, ludzi przybywało.
Przy barze też, ale Donnie znalazł kawałek, gdzie się wcisnął, a potem zrobił trochę miejsce Marii. Trochę. Tak, że znowu musieli stać bardzo blisko siebie, niebezpiecznie blisko. Ale to po prostu te tłumy.
- To teraz ja... - stwierdził, chodziło mu o wybór drinka, zaraz machnął do jakiejś barmanki, tej, której oddawał aparat - dwa razy Aperol Spritz - poprosił i uśmiechnął się do niej ładnie, ale zaraz pochylał się do Marii. Nie musiał wcale, ale chyba chciał. W nos uderzył go zapach jej perfum, a na policzku czuł jej oddech.
- Słodko-gorzkie połączenie, tak samo niebezpieczne jak Rebujio… Myślę, że wystarczy - znowu przemawiała przez niego ta typowa pewność siebie, ale Donnie taki już był.
Na drinki musieli poczekać dosłownie chwilę, dostali je ozdobione pomarańczą, w dużych, pękatych kieliszkach. Przy barze robiło się tłoczno, więc Donnie bez jakiegoś skrępowania znowu ułożył palce na talii brunetki i pociągnął ją w kierunku loży, gdzie mogli sobie znaleźć trochę miejsca. Wypić drinka, może porozmawiać? Albo po prostu znowu pozaglądać sobie w oczy... Z nieprzyzwoicie bliska.

miradas calientes bebidas frías 🍹༘⋆
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
42 y/o
For good luck!
168 cm
naprawia starocie w zaciszu swojego domu
Awatar użytkownika
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kłopoty też potrafią być hot — zwięźle podsumowała temat, a kąciki jej ust wywindowały ku górze w wymownym uśmiechu. Dobrze wiedział co, a raczej kogo ma na myśli, ale nie zamierzala pozostawać mu dłużna, kiedy sam w tak jawny sposób ją podziwiał. Na pewno nie umknęło też jego uwadze to, jak bardzo jej to schlebia, ponieważ nieszczególnie się z tym kryła. Może początkowo jeszcze próbowała stwarzać jakiekolwiek pozory kontroli, ale z każdą kolejną chwilą Donnie rozbrajał pomalutku to wieloletnie uzbrojenie.
I dobrze wiem, że lubisz wyzwania — od pierwszej chwili — inaczej nawet być do mnie nie podszedł — przecież już na pierwszy rzut oka wydawała się skomplikowana, zamknięta w swoim świecie, a jednak jako jedyny postanowił zaryzykować i zmniejszyć dystans. Teraz mógł odcinać kupony od wygranej, bo nie wyglądał na kogoś, kto by żałował swojej decyzji, a wydobycie z Marii barcelońskiego żaru to naprawdę godny podziwu wyczyn. Nawet jeśli ukazała się im jedynie namiastka tego, co kiedyś w niej się tliło.
Stojąc tam w sercu pulsującego klubu po raz pierwszy od bardzo długiego czasu poczuła, jak coś zaczyna w niej pękać. Nie musiała pilnować terminów wizyt lekarskich, obowiązkowych szczepień, szkolnych wywiadówek, domowego menu, list zakupów, zleceń od klientów, harmonogramu wszystkich domowników będącym niczym skomplikowana łamigłówka, którą rozwiązywać musiała każdego dnia na nowo, bo plany nieustannie ulegały zmianom. Teraz mogła po prostu być, trwać i pozwalać na to, by ta skorupa odpowiedzialności pękała uwalniając uwięzioną kobietę z barcelońskich ulic. Wszystko za sprawą tego dzieciaka o zielonych oczach, który nie miał prawa wiedzieć, jak do niej dotrzeć - przecież różniło ich tak wiele, że wiek to przy tym pikuś - a jednak bezczelnie wtargnął w jej bezpieczną bańkę i przebił ją. Bez zastanowienia. Bez pytania.
I była mu wdzięczna, choć jeszcze tego nie rozumiała. Właściwie była w szoku, kiedy w tańcu z nim odkryła, że pewnych rzeczy się nie zapomina… że język bioder poruszających się w rytm muzyki wciąż był ten sam, pomimo wiekowej przepaści, a język dłoni błądzących po ciele partnera elektryzował podobnie, jak podczas barcelońskich letnich nocy. Każda jego drobna prowokacja przypominała jej o tym, że dopiero budziła się z zimowego snu, w który zapadła na zbyt długo i nagle… zapragnęła się tym podzielić. Z nim. Chciała zaprezentować mu ten ogień który sam w niej rozpalił, chciała by poczuł to na własnej skórze, taniec był idealnym sposobem na wyrażenie siebie, a jego ciche potwierdzenie - niesamowicie się ruszasz - uświadomiło ją, że się udało.
Jesteś niemożliwy — wydukała cicho czując jak wydychane powietrze przyprawia ją o dreszcz, aż odruchowo przechyliła głowę w kierunku swojego ramienia — ale cuda to domena świętych… — wyznała spokojnie, bo gdy byli tak blisko nie musiała podnosić głosu. Jej palce wbijały się w jego wilgotną skórę na karku, pod dłonią czuła jego pulsujące tętno. Balansowała niespokojnie na krawędzi, krok w tył mógł być jej powrotem do zimowego snu, z kolei krok naprzód mógł stać się jej zatraceniem w młodzieńczej energii Donniego. — …a w tobie nie widzę świętości — wyznała przyciągając go za kark jeszcze bliżej, tak że jej usta niemal muskały jego ucho, prawie tak, jak on zrobił to wcześniej.
Jego oczy były bardziej zaproszeniem do zguby.
Nie zwiastowały cudów.
Siały spustoszenie.
W Marii.
Szczególnie w chwili, kiedy milimetr i ułamek sekundy dzielił ją od zatracenia się w jego ustach. Jedno mrugnięcie wystarczyło, by powstrzymać to szaleństwo, ale na jak długo, skoro napięcie wokół nich można było kroić nożem? Ujmując jego dłoń dała się poprowadzić do baru, zdała się na niego w wyborze drinków, bo sama była zbyt skupiona na tym, by unormować swój oddech i zapanować nad zmiękczonymi nogami od natłoku emocji. Zatłoczenie przy barze zupełnie jej nie przeszkadzało, ale i tak pozwoliła się pociągnąć w stronę loży. Jego pewny dotyk w talli po tym niemal pocałunku wręcz parzył, a i tak bez zastanowienia usiadła na kanapie pozwalając chłodnemu materiałowi siedziska dać sekundową ulgę jej rozgrzanym plecom. Przycisnęła delikatnie chłodny kieliszek do swojego rozpalonego policzka i przyglądała się Donniemu, może nieco wyzywająco, jakby próbowała sprawdzić, co zrobi teraz, gdy muzyka była nieco cichsza, a oni nie byli już skupieni na tańcu.
Po chwili upiła łyk drinka, jakby liczyła, że jego chłód stłumi nieco żar pulsujący pod jej skórą. Odstawiając szkło na stolik oparła się nieco wygodniej o oparcie w loży, jednocześnie pozwalając na to, by jej odsłonięte ramię przylgnęło do jego koszuli. Znów poczuła ciepło bijące od niego.
Ten twój aparat — zaczęła, jednocześnie kiwnęła lekko głową w stronę barmanki u której pozostawił swój sprzęt — to twoja pasja? — zapytała, ale nie byłaby sobą, gdyby nie dodała czegoś jeszcze. — Czy może sposób na podrywanie starszych dziewczyn na artystę? — uśmiechając się żartobliwie jednocześnie dała do zrozumienia, że na drugie pytanie wcale nie musiał odpowiadać, ale w kwestii pasji była naprawdę ciekawa.
— Zrobiłeś mi zdjęcie? — zapytała cicho, obracając się nieco w jego stronę z zaciekawieniem obserwując go, jednocześnie czekając na odpowiedź.

no veo santidad w ti, solo perdición 📿🔥⛪️👹🍹
Latina, Ave Maria
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdecydowanie kłopoty były hot, Donnie się z tym zgadzał i wiedział o tym. O tym, że te jego uśmiechy, spojrzenia w oczy, a przede wszystkim śmiały dotyk, miały w sobie coś gorącego, ale może to też sprawa jego gorącej włoskiej krwi. Nie tak ognistej jak ta Marii, latynoska, ale przecież Włosi też mieli swój temperament.
Na pewno miał go Donnie.
Temperament, który pchnął go w jej kierunku wtedy przy barze. Chociaż... to przecież za sprawą zdjęć, jakiejś dziwnej melancholii, którą na nich uchwycił. W jej dużych, ciemnych oczach, w tym rozmarzonym wyrazie twarzy.
Nie uśmiechu, który później mu posyłała podczas tańca, podczas tego co wyprawiali na parkiecie.
Chociaż uśmiech też miała urzekający, zjawiskowy, a jednak to nie on zwrócił jego uwagę. Nie ten barceloński żar, a chyba tęsknota za nim, która teraz ulatywała gdzieś w eter z każdym jego śmiałym gestem, z każdą jej odpowiedzią, w której nie było zawahania.
Donnie też nigdy się nie wahał, nie poddawała, i nie zastanawiał, co mógłby zrobić, tylko on to po prostu robił. Tak, jak teraz się z nią bawił, tańczył, uśmiechał, zaglądał w jej oczy.
Nie różniło ich tak wiele, na pewno nie...
Właściwie Bowen czuł gdzieś pod skórą, że może więcej ich łączy, niż im się wydawało?
Przyszli tu z zupełnie różnymi zamiarami, w różnym celu, a jednak teraz kierowali się jednym, przyciąganiem, które było miedzy nimi niezaprzeczalne.
Maria go pociągała, jej ruchy bioder, które idealnie czuły rytm, jej dłoń sunąca po jego rozgrzanej skórze, jakby nie potrzebowała, żadnej mapy doskonale wiedząc, gdzie ułożyć opuszki palców, żeby czuć szybko bijące serce, puls, który przyśpieszył gwałtownie. Donnie nie był taki doświadczony, nie w tańcu, a jednak się starał, nie zawahał ani razu hacząc opuszkami o gładki materiał jej sukienki.
Jesteś niemożliwy, był zawsze, ale przy niej chyba trochę bardziej. A święty to nie był nigdy. Bo jego myśli oscylowały gdzieś w okolicach jej pełnych, gorących ust, które czuł tak blisko tych swoich.
Wystarczył minimalny gest, żeby je zamknąć w pocałunku.
Ale Donnie może za późno się zdecydował, a ona... trochę mu jeszcze uciekała. Ale Bowen się nie poddał.
Zaraz prowadził ją do baru, a później do loży, żeby w smaku zimnego Aperol Spritz znaleźli może odrobinę… orzeźwienia?
Tylko czy było im to potrzebne? Z perspektywy Donniego, na pewno nie, bo jemu wcale nie przeszkadzał ten ogień, który między nimi szalał, wręcz przeciwnie.
Upił drinka, a kilka kropel ze szklanki, spadło mu gdzieś na koszulę, na skrawek gorącej skóry, który wystawał spod materiału, spłynęły po torsie niknąc wraz ze złotym łańcuszkiem w czerni. Rozsiadł się na kanapie nonszalancko i chociaż może wcale nie musiał, bo muzyka tutaj była cichsza, to przysunął się do niej bliżej.
Kiedy zaczęła temat jego aparatu, największej pasji właściwie, to zielone tęczówki błysnęły jakoś intensywnie, a kącik ust uniósł się do góry. Nawet nie spojrzał w stronę baru, bo jego oczy były wpatrzone w nią.
- Pasja i praca właściwie - powiedział od razu, bo tak było. Zarabiał na tym co kochał, można powiedzieć, że miał wielkie szczęście. Na jej kolejne słowa wesoło przewrócił oczami, ale zaraz znowu zatrzymał je na jej twarzy.
- A czy starsze dziewczyny lecą na artystów? - przysunął się jeszcze do niej, tak, że zaciągnął się intensywnym zapachem jej perfum, który teraz w połączeniu z tą rozgrzaną skóra, był naprawdę dziki - bo jeśli tak, to mogę jeszcze coś poopowiadać o kompozycji, albo światło-cieniu, może coś więcej o portretach, a później przejdziemy do aktów? - zaczepiał ją, bo Donnie tak naprawdę nie fotografował ludzi. To znaczy czasem to robił, ale jednak jego główna specjalizacja to architektura, miasto, ruch, życie. A nie portrety, czy akty - chociaż najczęściej robię zdjęcia budynków, albo ulicy... - dodał, chociaż może nie brzmiało to wcale interesująco. Ale dla niego takie było.
Tak jak ona była ciekawa czy zrobił jej zdjęcia.
Dał jej chwilę, dwa dzikie uderzenia serca, zanim odpowiedział. Dwa uderzenia serca, podczas których jego oczy przesunęły się powoli po jej sylwetce, na twarz.
- Tak, trzynaście zdjęć... - poprawił się tak, że jego kolano dotknęło tego jej - pokażę ci je później, myślę, że wszystkie są dobre, a kilka... to artyzm w czystej postaci - tak jej słodził? Nie, po prostu tak uważał, aż zerknął w kierunku baru. Pewnie chętnie by tam poszedł i od razu pokazał jej swoje zdjęcia, bo Donnie mógł o fotografii rozprawiać godzinami. Chociaż teraz znowu sięgnął do swojego drinka, znowu go upił, a potem oparł na kolanie, tak, że chłodna stopka dotknęła też tego jej.
- Chociaż od dzisiaj taniec to też chyba będzie moja nowa pasja - uśmiechnął się, znowu ją zaczepiał - tylko muszę jeszcze trochę się podszkolić, chociaż chyba jak na nowicjusza nie było tak źle? - znowu intensywnie zielone tęczówki spoczęły na jej pięknych, ciemnych oczach.

Sus ojos oscuros valían la pena el pecado ♡ྀི
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
42 y/o
For good luck!
168 cm
naprawia starocie w zaciszu swojego domu
Awatar użytkownika
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Marii również nie przeszkadzał ten ogień, który pojawił się zupełnie niespodziewanie między nią, a Donniem. Nie przeszkadzał on tej stęsknionej za bliskością kobiecie, która zbyt długi czas tkwiła w martwym punkcie, zawieszona pomiędzy rolą wzorowej matki, a cichym wypełnianiem domowych obowiązków. Przez lata skrupulatnie pielęgnowała obraz kobiety, która ma wszystko pod kontrolą, gubiąc gdzieś po drodze tą żywą, kipiąca emocjami dziewczynę z Barcelony, która kiedyś nie bała się chłonąć życia pełnymi garściami. Teraz pod wpływem tych — pełnych uznania dla niej — zielonych oczu Donniego, czuła jak rozpada się pomalutku nie dopuszczając do siebie wyrzutów sumienia, że poczuła coś z nim — bezczelnym kłopotem z aparatem na szyi.
Coś początkowo przerażającego, bo tak niestosownego, okazało się obezwładniająco słodkie, że przez moment zastanawiała się czy równie słodki smak mają jego usta… i była już t a k blisko, by się przekonać, a jednak jakaś część niej jeszcze się hamowała, choć czuła, że stoi na krawędzi i tylko jeden ruch dzieli ją od tego, by poddać się i rzucić w przepaść ciągnąc go za sobą. Szczególnie teraz, kiedy siedząc z nim w jednej loży obserwowała jak oczy rozbłyskują mu na temat aparatu i już po tym wiedziała, że to musi być jego pasja. Było w tym coś pociągającego. Jego propozycja przejścia do aktów powinna ją oburzyć albo chociaż przywołać ją do porządku, a zamiast tego poczuła jedynie gwałtowny skurcz w podbrzuszu.
Nagły, zapomniany, a zarazem tak znajomy.
Tęskniła za tym uczuciem, chociaż zapomniała o jego istnieniu na pewien czas.
Zamiast przywołać Donniego do porządku zrobiła coś, co prawdopodobnie przypieczętowało właśnie jej upadek tego wieczoru. Otulona zapachem pomarańczy i jego rozgrzanej skóry powoli odchyliła głowę do tyłu, opierając ją o oparcie kanapy, tym samym wystawiając swoją szyję prosto na jego spojrzenie. Mógł dostrzec puls pod jej rozgrzaną skórą, to jak z trudem przełknęła ślinę, ten jeden głębszy oddech jakby bała się, że zaraz zabraknie jej tchu. Rzuciła się w przepaść czując na swojej skórze jgo oddech.
Budynki i ulice, Donnie? — powtórzyła cicho, a w jej głosie przebijała się nuta rozbawienia, której on nie miał prawa w pełni zrozumieć. — Mój świat składa się z ludzi, którzy kochają martwe fasady — a dokładniej jednego człowieka, o ironio - jej męża — to nawet zabawne… uciekłam z domu pełnego architektury, żeby trafić na kogoś, kogo też fascynują konstrukcje — oczy zapłonęły jej wyzywająco, gdy tylko myśli o mężu odgoniła od siebie rownie szybko, jak się pojawiły. — Dzisiaj oszczędź mi teorii o świetle na murach — szepnęła jednocześnie dłonią przesuwając po jego karku, by wsunąć palce w jego włosy. — Budynki nie oddychają i nie prowokują — na pewno nie w taki sposób jak teraz robiła to ona.
Ignorując hałas klubu skupiała się na tym, jak jego kolano napierało na jej własne. — Trzynaście? — uniosła nieco głowę zaskoczona ilością, spodziewała się może trzech? — Jeśli twierdzisz, że to czysty artyzm to naprawdę muszę je zobaczyć, ale musisz mi obiecać coś jeszcze — zaczęła wolną dłonią odruchowo sięgając do kolana, które niespodziewanie zetknęło się z chłodną stopką jego drinka. — Musisz zrobić jeszcze co najmniej jedno zdjęcie… trzynaście to pechowa liczba — chociaż dzisiaj przyniosła jej namiastkę szczęścia, czyż nie?
Nie wycofała swojej dłoni, zamiast tego zaczepnie dotknęła jego zastanawiając się, czy to szkło, które trzymał w dłoni nie było przypadkiem ostatnia granicą, jaka powstrzymywała ich przed przyciąganiem, które niewątpliwie wisiało w powietrzu.
A co do twojego debiutu na parkiecie — wiedziała, że nie tańczył pierwszy raz, ale z nią… to co innego — nawet jeśli technika kuleje to nadrabiasz to odświeżającą improwizacją i masz plus za bezczelność — mrugnęła do niego, a w kąciku jej ust błąkał się najbardziej czarujący uśmiech, jaki widział tego wieczoru.
Tak Donnie, możesz być bezczelny. Iiiiii pewny siebie.
Doceniła to raz. Doceni z pewnością po raz kolejny.


Entonces pequemos, Donnie🔥
Latina, Ave Maria
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Fotografia sprawiała, że oczy rzeczywiście mu błyszczały, ale dzisiaj te jego intensywnie zielone ślepia były też rozmigotane za sprawą pewnej brunetki, z której nie spuszczał spojrzenia. A kiedy odchyliła do tyłu głowę, powiódł nimi po jej długiej szyi, po skórze, na której odznaczało się jej gardło, kiedy przełykała ślinę. Odruchowo pochylił się bliżej, tak, że jego ciepły oddech osadził się na jej skórze, kiedy w płuca zaciągnął się jej zapachem, który mieszał w sobie woń jej perfum, drinka i czegoś jeszcze...
Czego Donnie chyba nawet nie umiał nazwać, ale czuł to w powietrzu. Pożądanie?
Słuchał jej, przechylając na bok głowę, coraz bliżej jej szyi, coraz bliżej niej. Kolejne centymetry niknęły między nimi bezpowrotnie.
- Martwe fasady...? - powtórzył po niej jakoś tak powoli, tymi słowami również muskając jej nagą skórę - a dla mnie budynki to życie, pęknięcie na murze, które powstało od setek podeszw uderzających w betonowe schody. Światło, które codziennie pada inaczej przez liście, które przecież z dnia na dzień układają się w zupełnie innych pozach. Ludzie w oknach, rozmarzone dziecięce buzie z nosami dociśniętymi do szyby, melancholijne ciemne oczy wpatrzone w błękitne niebo - kiedy mówił o tych ciemnych oczach, te jego przesunęły się znowu po jej szyi, zahaczyły o dekolt uwieńczony złoty łańcuszkiem, który znowu puszczał mu oczko odbijając klubowe światła - każdy budynek nosi na sobie ślady człowieka, ślady życia, czasem nie zauważalne na pierwszy rzut oka, a czasem... bardzo ludzkie - wypuścił mocniej powietrze z płuc z westchnieniem, bo to też był bardzo ludzki odruch jego ciała, które zadrżało pod jej dotykiem. Kiedy znowu opierała dłoń na jego karku, kiedy wplatała palce w ciemne kosmyki.
W odpowiedzi na jej prowokację, przesunął kolano tak, że zmarszczyło gładki materiał jej sukienki. Zabujał kieliszkiem sprawiając, że pomarańczowy trunek zakołysał się, a zimne szkło tym razem musnęło jej palce.
- A może właśnie szczęśliwa? - zapytał, odnosząc się do tej pechowej liczby, bo czy ona im dzisiaj nie przyniosła szczęścia?
Kiedy jej palce musnęły te jego, wciąż zaciśnięte na zimnym szkle, to przez głowę przeszła mu zupełnie inna myśl. Nie, ostatnia granica...
Tylko chyba niepotrzebna już przeszkadzajka. Na moment jego intensywnie zielone oczy zjechały na ten kieliszek, który zaraz odstawił na stolik. A jego tęczówki, wyzywająco odszukały jej ciemne, obłędne spojrzenie.
- Tylko jeden plus? - zapytał, a jego głowa zawisła te kilka ostatnich centymetrów nad jej szyją. Nieprzyzwoicie blisko.
Kącik jego ust drgnął ku górze, kiedy posłał mu ten najbardziej czarujący uśmiech tego wieczoru, a ręka... Ta bezczelnie spoczęła na jej kolanie, a potem z tą całą jego niezachwianą pewnością siebie przesunęła się wyżej po jej udzie, zbierając śliski materiał sukienki.
- Muszę... - powiedział powoli i teraz to jego ciepłe wargi, od jej pełnych, zmysłowo rozchylonych ust dzieliły... Może to jeszcze jedno słowo? - Zaimprowizować - dokończył i zrobił to. Zamknął jej pełne wargi w pocałunku. Najpierw miękkim, odważnym, aczkolwiek tylko takim, który smakował jej i może badał jeszcze grunt?
Na ile mógł sobie pozwolić, kiedy ręką przesunął bliżej?
Kiedy pogłębił pocałunek, zmysłowo, sensualnie. W rytmie muzyki, która płynęła teraz leniwie z głośników, w rytmie serc, które zabiły mocniej, ale nie szaleńczo.
Do utraty tchu.
Albo głowy. Bo Donnie chyba stracił dla niej głowę.

Tengo que improvisar 🔥✨❤️‍🔥
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
42 y/o
For good luck!
168 cm
naprawia starocie w zaciszu swojego domu
Awatar użytkownika
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kąciki jej ust uniosły się w delikatnym uśmiechu, tlił się w nim przebłysk tryumfu. Przeczuwała, że gdy tylko wspomni o martwych fasadach, będzie to coś w rodzaju pstryczka, który sprawi, że wcale nie oszczędzi jej teorii… ale nie żałowała. Zrozumiała, że Donnie dostrzega coś więcej, niż tylko budynek. Potrafił zauważyć życie w pęknięciach betonu oraz historię, która tworzy się w każdej sekundzie, nawet wtedy, gdy ktoś przystanie nagle i oprze się o ścianę, by zapalić papierosa. Dla niego człowiek nie był intruzem na tle budynku, tylko był częścią spektaklu wartego uwiecznienia na zdjęciu. To uderzyło ją równie mocno jak kolejne oddechy składane na jej skórze. Kiedy opowiadał o dziecięcych buziach przyciśniętych do szyby i pęknięciach na murze, zrozumiała, że dostrzegał piękno w rysach i codziennym życiu iii - być może - właśnie to sprawiło, że czuła się przy nim taka… widzialna?
Więc tak to widzisz… — wyszeptała, ponieważ odległość dzieląca ich nie wymagała podnoszenia głosu. — Teraz jestem jeszcze bardziej ciekawa twoich zdjęć — wyznała zerkając na niego, a w jej oczach ciekawość mieszała się z lekkim podziwem, ale i zaskoczeniem. Zrozumiała, że fotografie mogły skrywać więcej niż tylko ładną pozę. Mogły eksponować jej pęknięcia, tęsknotę, ból… a on pomimo tego, nie zrobił kroku w tył. Parł na przód, bez strachu, ze swoją bezczelną pewnością i łobuzerskim uśmiechem, za którym kryje się ktoś, kto ma do zaoferowania więcej niż początkowo przypuszczała. Z każdą chwilą utwierdzała się w przekonaniu, że ten przypadkowy dzieciak w klubie zaciekawił ją do tego stopnia, że nie chciała pozwolić mu zniknąć w tym tłumie, gdy przyjdzie na nich pora.
Teraz jednak żadne z nich nie planowało znikać, no chyba, że mieliby to zrobić wspólnie.
Mocniejsze westchnienie odbiło się od jej szyi, ale bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że go sprowokowała. — Szczęśliwa? — powtórzyła cicho biorąc głębszy oddech. — Być może, ale wiesz co mówią o szczęściu, Donnie… bywa ulotne, a ona zrozumiała, że wcale nie chciała, by on też nagle się gdzieś ulotnił. Więc czy nie warto dmuchać na zimne?
Przytaknęła leniwie, pomrukiem i delikatnym ruchem głowy opartej na kanapie, gdy tak zawisnął nad jej szyją. Plusów mogłaby wymienić znacznie więcej, ale po co, skoro najwyraźniej zebrało się mu na zapracowanie na kolejny… i szło mu nieprzyzwoicie dobrze.
Czując jego dłoń wędrującą bezczelnie w górę jej uda, zbierającą śliski materiał sukienki, wypuściła drżący oddech prosto w jego usta. Poczuła jak jej ciało sztywnieje w oczekiwaniu na ciąg dalszy, a zarazem w głębi siebie rozpaczliwie rwała się ku niemu. Ta dłoń sunąca po jej udzie była niczym przeciągnięcie zapałką po drasce, a każdy odkryty milimetr jej skóry zdawał się płonąć. Wstrzymała oddech tonąc w jego zielonych tęczówkach, dając mu przyzwolenie na improwizację.
Czując to wyzwalające drżenie w podbrzuszu nie chciała uchronić się przed upadkiem.
Ona sama skoczyła.
Z nim.
Kiedy jego usta zamknęły te jej, poczuła jakby coś w głębi niej pękło, a po jej ciele rozlała się fala ciepła, którego nie czuła już zbyt długi czas. Maria oddała mu ten pocałunek bez zastanowienia, bez grama niepewności, bez zawahania. Odpowiedziała miękko, bez pośpiechu pozwalając sobie na uczucie ulgi zmieszanej z niedowierzaniem.
Czując jak Donnie pogłębia pocałunek, przechyliła lekko głowę, by ułatwić mu dostęp do swoich ust. Dłoń wcześniej zaciśnięta w okolicy jego karku teraz rozluźniła się, a opuszkami palców zaczęła leniwie błądzić w jego ciemnych włosach. Nie starała się walczyć o oddech, ona zatraciła się w tym pocałunku czując jak jej ciało stopniowo mięknie pod jego dotykiem.
Za tę improwizację... — mruknęła prosto w jego usta, ledwie odrywając się od nich na milimetr, tak że ich wargi wciąż się o siebie ocierały przy każdym słowie — ...dostajesz znacznie więcej niż plusa, Donnie — westchnęła oddając mu swoje usta, swoją uwagę, swoją namiętność, która przebudzena z zimowego snu desperacko szukała teraz ujścia.
Wolna dłoń powędrowała na jego klatkę piersiową. Czuła jak pod cienkim materiałem koszuli jego serce wybija szalony rytm. Przyciągnęła go ku sobie, tym razem pewniej, zatracając się w jego ustach z większą zachłannością.
W tej chwili nie liczyło się n i c.
Nic poza słodkim smakiem pomarańczy na jego ustach.
Nic poza nim.
Chłopakiem, który jako jedyny miał odwagę sprawić, by znów poczuła, że żyje.


Tus labios tienen sabor a naranja 🫦🍊
Latina, Ave Maria
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Donnie rzeczywiście piękno dostrzegał w pęknięciach, w rysach, w nieidealnej wizji budynku, skazie, która szła na jego boku. Jakimś ludzkim elemencie, graffiti wyrysowanym niewprawną rękę na ścianie. Dlatego jego zdjęcia nie były typowe, dlatego nie publikowały ich typowe magazyny. One łączyły w sobie surowość miasta i ludzki pierwiastek. Coś żywego, nie zawsze idealnego, ale poruszającego. Coś, co poruszyło jego. On po prostu już w fotografii miał wypracowany ten swój styl, nurt, który go pociągał, z którym szedł.
A teraz pociągała go ta brunetka, która przed nim siedziała. Ten jej ogień, który czuł na skórze, który sprawiał, że tą jego nawiedzał przyjemny dreszcz przechodzący po pleach.
Ale też te jej ciemne oczy, w których na zdjęciu dostrzegł zdecydowanie więcej. Nie tylko żar, ale też melancholię, tęsknotę za... czymś. Jeszcze nie wiedział tylko czym.
Nie była dla niego tylko piękną twarzą z burzą czarnych włosów, nie była dla niego tylko pełnymi ustami. Nie była kobietą dojrzałą, ale w tym tak pociągającą, że nie mógł się jej oprzeć...
Chociaż może to akurat też się zgadzało.
Ale przede wszystkim to była dla niego zagadką.
A Donnie lubił zagadki i teraz kiedy patrzył z bliska w te jej przejmujące, ciemne oczy, to on cały czas zastanawiał się, co oprócz ognistej salsy gra w jej duszy.
Chociaż teraz na pierwszy plan wyszła ta gorąca krew buzująca w ich żyłach. Kąciki ust drgnęły mu do góry wraz z jej kolejnymi słowami.
- Że szczęście chodzi za odważnymi? - zdecydowanie Donnie wolał to powiedzenie. I chyba nim się w życiu kierował. Prąc na przód, z odwagą, z tym błyskiem w oczach, które teraz z jej gorących, pełnych warg przeniosły się na oczy. Bo czasem po prostu trzeba było się nie bać po to szczęście sięgnąć, pozwolić mu, żeby zakwitło, w sercu, czy w głowie, albo... w pocałunku. Znowu zielone tęczówki odszukały jej piękne, brązowe oczy.
I w nich właśnie widział potwierdzenie, nieme przyzwolenie na jego improwizację, na to, żeby zamknąć dzielące ich milimetry w pocałunku. W dotyku, który przecież wcześniej sprawiał, że jej skóra drżała w zawahaniu. A teraz... teraz drżała pod jego dotykiem zupełnie inaczej, kiedy chłodne opuszki kontrastowały z tym jak gorąca była jej skóra. Nie zawahał się nawet na moment podsuwając materiał jej sukienki coraz wyżej. Całując jej obłędne usta tak, jakby jutra miało nie być. Mogło nie istnieć, bo w tej jednej chwili liczył się tylko tan bajeczny smak pomarańczy mieszający się na ich językach, które teraz poddawały się temu pełnemu pasji tańcu, tak jak oni wcześniej na parkiecie. Był w tym pewien pierwiastek igrania z ogniem, coś zaczepnego...
Kiedy czubki jego palców odnalazły skrawek koronkowej bielizny, kiedy teraz to po niej przesunął krótkimi paznokciami, po nierównej fakturze materiału w załomku jej uda.
Był w tym ogień, który podsycał ten jej brak zawahania, szli w to razem, ramie w ramię. Po równo winni.
Winne te jego zielone oczy. Winne jej gorące, słodkie usta.
Uśmiechnął się na jej słowa, mogła to poczuć na swoich wargach, jak kąciki tych jego uniosły się ku górze, a zielone oczy błysnęły znowu zaczepnie. Podobało mu się to, to jak na niego reagowała, płytszym oddechem, który i tak kradł z jej płuc, który oddawał jej należycie, w kolejnych pocałunkach. Podobało mu się to, jak jej skóra drżała po jego dotykiem, z sekundy na sekundę... mocniejszym. Bo teraz już zaciskał mocniej palce na jej udzie, przyciągał ja do siebie jeszcze bliżej.
Serce waliło mu w piersi w jakimś szaleńczym tempie, co mogła poczuć pod opuszkami palców, które oparła na jego klatce piersiowej. I ten rytm też narzucały sobie nawzajem ich wargi, bardziej zachłanny, bardziej gorący, bardziej odważny. Bo szczęście przecież chodzi za odważnymi. I to jak ich ciała reagowały na siebie, jak płuca opuszczały kolejne westchnienia, a serca bił już chyba w jednym rytmie, to przecież... to musiała być czysta euforia.
Bardziej odważny też postanowił być Donnie, bo jego dłoń posunęła się głębiej pod cienki materiał, oparł ją na jej krągłym pośladku, zacisnął palce na gładkiej skórze, druga ręka sięgnęła jej talii, przesunął palcami wyżej po jej żebrach, pod linię piersi.
Wciąż improwizował?
Teraz już chyba zupełnie nie, pozwalając się prowadzić odruchom ciała, które tak bardzo chciało mieć ją jeszcze bliżej. Czuć bijące od niej ciepło nie tylko na tych dłoniach, które wędrowały nowymi, śmielszymi ścieżkami. Czuć ją po prostu na sobie, więc nie bardzo przejmując się tym, że wciąż siedzieli w loży, pociągnął ją do siebie, na siebie. I może Maria nie była jakąś małolatą, która ze swoim chłopakiem obściskiwała się w klubie...
Ale przecież dzisiaj mogła być, zwłaszcza, że te jego zielone oczy już znowu były w nią wpatrzone jak w najpiękniejszy na świecie obraz.
- Sei bellissima... - i to jej powiedział, bo w jego oczach taka właśnie była piękna.

Sei bellissima... ˚˖𓍢ִ໋🌷͙֒✧🩷˚.🎀༘⋆
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”