-
stewardessa air canada o duszy romantyczki, która obiekty westchnień zmienia średnio trzy razy w miesiącu, przy każdej nowej miłości przechodząc prawdziwą przemianę osobowości
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Prawdę powiedziawszy pozostawała w niej jeszcze do wczorajszego wieczora.
Kiedy zapukała do drzwi blondyna, mogła sprawiać wrażenie, jakby w ogóle jej to nie ruszyło, jednak to nie była prawda. Kiedy zapadł zmrok, a ona zapakowała się do jego łóżka, w końcu uderzyło w nią to, jak mocno skopała sprawę. W dodatku uświadomiła sobie, że zrobiła to po raz kolejny, co zaś pociągnęło ją do wniosku, że w ogóle się do tego nie nadawała. I być może przyjęłaby to z lekkością, gdyby nie fakt, że przecież zależało jej na tym, aby w końcu zostać czyjąś partnerką.
Mówiła więc jeszcze przez dobrych kilka godzin. Mówiła nawet wtedy, kiedy Tracy zasnął już ze zmęczenia, a ona sama nie zdołała tego zauważyć. Dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że blondyn obecny był obok wyłącznie ciałem, więc sama także spróbowała zasnąć. Nie miała pojęcia, kiedy jej się to udało, ale osiągnęła sukces. Przynajmniej pozornie, ponieważ nie spała zbyt długo, a rano obudziła się w jego ramionach.
Było to na swój sposób przyjemne, ale przecież Debbie miała świadomość tego, że w ich przypadku nie było to zabarwione żadnymi uczuciami. Zresztą, nie był to pierwszy raz, kiedy budziła się w ten sposób w ramionach mężczyzny, z którym nie łączyło jej nic na poważnie. Tracy był jednak dla niej kimś w rodzaju przyjaciela, albo przynajmniej dobrego kolegi, dlatego zgodnie z tym, co wczoraj zapowiedziała, zamierzała odpłacić mu się posiłkiem.
I najwyraźniej nie musiała czekać z tym do kolacji.
Wymknęła się z łóżka i pomaszerowała prosto do kuchni, robiąc w niej szybkie rozeznanie. Nie znalazła wszystkich przypraw, które wykorzystywała zwykle, ale po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że poradzi sobie z ich okrojoną wersją. W głowie ułożyła też listę późniejszych zakupów, dzięki którym odnalazłaby się w tym pomieszczeniu w pełni. Na razie jednak zmuszona była improwizować.
I trochę przy tym hałasowała, co mogło odpowiadać za to, że Tracy w końcu wymaszerował z sypialni. Debbie zorientowała się właśnie w momencie, w którym wybiła na patelnię jajka, których przecież musiała pilnować. Gdy jednak odwróciła się przez ramię i jej wzrok spoczął na blondynie. — O nie, nie — odezwała się i czym prędzej pognała w jego stronę, wyciągając przed siebie ręce, jak gdyby gotowa była wepchnąć go z powrotem do sypialni. — Wracaj tam i jeszcze przez chwilę nie wychodź — poleciła, posyłając mu przy tym wymowne spojrzenie. — Proszę? — dodała, uśmiechając się niewinnie.
Nie mógł pokrzyżować jej planów, które tak dokładnie sobie poukładała.
Tracy Raynott