-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Tak, jasne - odpowiedział bratu, kiedy ten ruszył po jakieś napoje. Odprowadził go wzrokiem, gdy mężczyzna zaczął przeszukiwać szafki - Ta w rogu, tam są jakieś szklanki i kubki.
Sam poszedł zaraz po indyka pieczonego razem z ziemniakami oraz po sałatkę z surowych warzyw z kuskusem. Postawił jedno i drugie na stole i również zatrzymał się - podobnie, jak Alvaro - z dłońmi na oparciu krzesła, słysząc pytanie Sergio. Spojrzał na niego nieco zaskoczony taką bezpośredniością, ale z drugiej strony do pewnego stopnia mógł ją zrozumieć: facet dopiero dowiedział się o drugim życiu swojego męża i jego rodziny, więc nic dziwnego, że był ciekawy.
Kiedy Alvaro zaczął mówić - i to zaczął od tego, że "nie wie, czy jest genialny" - Tiago posłał mu karcące spojrzenie mówiące "przestań pierdolić głupoty, ile razy mam powtarzać?", jednak nie odezwał się. Po chwili wbił spojrzenie w stół, wracając wspomnieniami do tamtych chwil w muzeum, do tych wszystkich klejnotów, miecza, do planowania tamtego napadu, wspólnej radości, kiedy udało im się w końcu wymyślić, jak to zrobić... Coś ścisnęło go za serce, a on sam nie wiedział, czy to przyjemny uścisk - bo wspomnienia były dobre - czy niekoniecznie, bo nigdy się to już nie powtórzy. Na jego twarzy odmalowały się wszystkie emocje z tym związane: tęsknota, żal, szczęście i rozpacz, jednocześnie.
- Sí - odpowiedział na pytanie partnera - Coś koło tego.
Znalezienie kupca na to wszystko również nie było łatwe, ale w końcu się udało; choć w pewnym momencie Tiago już zaczynał wątpić w powodzenie tego przedsięwzięcia i zastanawiał się, czy nie przetopić tych klejnotów, bo wtedy co prawda straciłyby na wartości (oraz - nie oszukujmy się - pięknie), ale przynajmniej łatwiej byłoby je sprzedać. Ostatecznie jednak nie trzeba było tego robić.
Przełknął ślinę, próbując w ten sposób rozluźnić ściśnięte teraz gardło, po czy usiadł.
- Częstujcie się, smacznego.
Nie patrzył na nikogo, pogrążony teraz we wspomnieniach.
Alvaro Salvatierra Sergio Martinez Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Po zaparzeniu kawy przyniósł dwa pozostałe kubki, naszykowane przez Salvatierrę i wypełnione parującym napojem bogów i ustawił je na stole, jeden z nich przed swoim bratem, a drugi przed sobą, samemu również zajmując miejsce u boku swojego męża.
Był nieco zaskoczony, że Sergio od razu zapytał o kradzieże, ale w sumie nie dziwił się temu aż tak bardzo - ta kwestia ich życia, o której nie miał bladego pojęcia, na pewno wydawała mu się teraz ciekawa i warta zgłębienia. Przyglądał się zarówno Alvaro, jak i Santiago, który przy opowieści Salvatierry jakby "oklapł". Coś nieprzyjemnie ścisnęło mu się w okolicy żołądka na myśl o tym, że zapewne jego bratu krążyło po głowie to, o czym rozmawiali w pewnym momencie podczas ich pierwszego spotkania po latach - to, że chciałby przeżyć jeszcze choć jeden napad, że chciałby znów coś zaplanować, że przecież tak to kochał. Alvaro najwyraźniej również dostrzegł to, że Santiago nagle zniknął, zresztą ciężko było to przegapić; usiadł obok Santiago, przygarbiony, wyglądając teraz jak skarcone dziecko. Salazar nie bardzo wiedział co sobie zrobić z tym faktem, więc obserwował, jak Alvaro sięgał dłonią do nadgarstka jego brata, spodziewając się po Santiago tego, czego można było się po nim spodziewać: strącenia ręki Alvaro albo przynajmniej cofnięcia swojej, podniesienia się z krzesła, uśmiechu numer pięć i udawania, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Nie odezwał się, bo nawet nie wiedział co miałby powiedzieć; bezmyślnie sięgnął po swoją kawę, wciąż patrząc na palce młodszego na nadgarstku jego braciszka.
Sergio Martinez Alvaro Salvatierra Santiago de la Serna
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Dziękuję za kawę - powiedział wesoło, dostrzegając, ze pojawił się przed nim kubek i napił się trochę - Tak, to był naprawdę dobry napad. Chyba pierwszy, w którym brałeś udział, prawda? - zwrócił się do Alvaro, wciąż z tym sztucznie pogodnym wyrazem twarzy, który sobie przykleił. Ludzie, którzy by go nie znali i dodatkowo nie widzieli jego miny przed chwilą, mogliby w tę jego beztroskę nawet uwierzyć - Potem było wiele innych, oczywiście, niezależnie od tego jak bardzo bym nie protestował przeciw temu, żeby ten tu brał w nich udział. Upierał się, że jest dobrym złodziejem i inżynierem, a po tym pierwszym skoku musiałem mu uwierzyć i po jakimś czasie, po kilku wspólnych napadać straciłem wolę walki z tym jego uporem osła.
Zerknął na Salazara i puścił mu oczko.
- Twojego męża też czasem odwodziłem od pomysłów brania w czymś udziału, ale on też tego chciał, to co miałem powiedzieć? On akurat był wychowywany trochę podobnie do mnie, bo jednak mieliśmy tego samego ojca.
Skoro reszta nie zabrała się jeszcze za nakładanie jedzenia, Santiago postanowił zrobić to za nich. Uśmiechnął się do Alvaro, delikatnie wyplątał nadgarstek spod jego dłoni, chwycił talerz Sergio i nałożył mu wszystkiego po trochę, a chwilę później to samo zrobił z talerzami Salazara i Alvaro.
- A pamiętacie ten sejf w Londynie? - zapytał, wciąż tym wesołym tonem, wciąż z uśmiechem, próbując stłumić wciąż tkwiący w jego piersi żal - Ten, do którego weszliśmy w długi weekend wielkanocny, przez szyb windy sąsiedniego budynku? Świecidełka warte - jak potem przeczytałem w gazecie - dwieście milionów funtów, według tych, którzy je wyceniali. Sprzedaliśmy je troszkę drożej, ale przebicie było niewielkie.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez
-
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Gdy Santiago zwrócił się z pytaniem bezpośrednio do niego, wciąż z tym sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy, Alvaro przez chwilę wyglądał tak, jakby miał ochotę go ugryźć. Również się uśmiechnął, choć w jego wykonaniu uśmiech nie był wesoły, był raczej mieszanką smutku, bólu i psychopatii, podobnie jak jego spojrzenie, które utkwił w przyjacielu.
- Nie, mi amor - te dwa słowa nie zabrzmiały jak wyznanie miłości ani jak pieszczota, wypowiedziane warkotliwym tonem inżyniera brzmiały raczej jak obelga. - Ten napad miał miejsce jakieś siedem lat temu, a o ile dobrze pamiętam, to zaczęliśmy razem kraść trochę wcześniej. - na krótką chwilę zacisnął mocniej palce na jego nadgarstku, po chwili zdając sobie jednak sprawę z tego, że może mu sprawić ból, więc cofnął dłoń. Nieco zbyt szybko i zbyt gwałtownie, więc o mało co nie potrącił kubka z herbatą, na szczęście jednak jego łokieć wyminął kubek o dosłownie kilka milimetrów.
- Ale tak, ten, który ty masz na myśli i który był moim pierwszym - a w każdym razie pierwszym moim u boku ciebie, Santiago - imię ukochanego w jego ustach zabrzmiało tak dziwnie i tak oficjalnie, jakby mówił o zupełnie obcym człowieku, a nie o kimś, kogo kochał całym sercem. - też był na muzeum i też zwinęliśmy wtedy całkiem sporo biżuterii i klejnotów. Tylko nie jestem pewien, czy miał miejsce w Niemczech; śmiem twierdzić, że raczej w Argentynie.
Potem zamilkł, ciężko stwierdzić, czy dlatego, że nie miał już nic do powiedzenia czy z jakiegoś innego powodu, ale prawda była taka, że przestał słuchać. Nawet gdyby chciał, to nie bardzo mógł - szumiało mu teraz w uszach, w głowie mu się zakręciło, a serce inżyniera zaczęło bić tak mocno i szybko, że miał wrażenie, że słyszą je wszyscy siedzący przy stole.
Właśnie. Serce.
- Wybaczcie, muszę się na chwilę oddalić, chyba nie wziąłem dzisiaj swoich leków - mruknął niechętnie, choć zgodnie z prawdą, spojrzał krótko na mężczyzn siedzących po drugiej stronie blatu i podniósł się od stołu; znów jego ruchy były tak szybkie i chaotyczne, że o mało co nie przewrócił krzesła, które zakołysało się lekko, ale cudem zachowało pion. Gdy oddalił się w stronę sypialni, przeskakując po kilka schodków jednocześnie, czuł na sobie zaskoczone spojrzenia obu Martinezów.
Był wściekły, choć może nie powinien. Może powinien się przyzwyczaić do tego, że żył pod jednym dachem z facetem, który często zachowywał się jakby non stop występował na deskach prestiżowych teatrów na całym świecie. Ale nie mógł się do tego przyzwyczaić, nie po ich ostatnich rozmowach, nie po tym, jak ostatnio o mało co się nie rozstali.
Nie chciał wybuchać, pewnie faktycznie nie powinien, pewnie powinien się z tym po prostu pogodzić - z tym, że żyje z Santiago i z wszystkimi jego wadami, o ile w ogóle można było to nazwać wadą, ale nie był w stanie zignorować tego, jak się poczuł i udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Santiago de la Serna Salazar Martinez Sergio Martinez
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zamiast tego jednak sięgnął po swój kubek i powolnym, dystyngowanym gestem napił się kawy, próbując się opanować i nie powiedzieć czegoś zjadliwego na ten temat do Martinezów, choć cisnęło mu się teraz na usta kilka wyrażeń w stylu "i tak to się, widzicie, przyjemnie żyje" albo coś podobnego. Powstrzymał się jednak również przed tym, nie chcąc zaogniać sytuacji. Wcale nie chciał zrywać z Alvaro.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez
-
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Gdy wrócił był już spokojniejszy, choć widać po nim było kilka rzeczy - to, że chwilę temu buzowały w nim silne emocje, co zwłaszcza odbijało się na lekko zarumienionych jeszcze policzkach, to, że miał lekko wilgotne włosy od zmoczenia twarzy pod kranem, i to było mu cholernie głupio. Popatrzył na wszystkich zgromadzonych, choć najpierw na Salazara i Sergio, mówiąc:
- Przepraszam Was za mój wybuch. Czasem... nad sobą nie panuję i działam szybciej, niż myślę. Zwłaszcza ostatnio, bo... zdrowie mi się trochę skomplikowało i chyba nie do końca ogarniam nową rzeczywistość. - spuścił na chwilę wzrok, przesunął palcami w swoich włosach, po czym podszedł do krzesła Santiago, stając tuż za nim i pochylając się w taki sposób, żeby niemal oprzeć podbródek o jego ramię; nie zrobił tego jednak, nie oparł się, uznając, może go tym rozjuszyć, a tego nie chciał. Ściszył za to głos do szeptu, niekoniecznie chcąc, by reszta zgromadzonych słyszała kolejne słowa, choć domyślał się, że siedzieli na tyle blisko, że i tak będą słyszeli. - I przede wszystkim ciebie przepraszam, mi querido. Pamiętam o czym rozmawialiśmy, pamiętam, ze mówiłeś, że nie zmienisz się ot tak i że robisz to zbyt długo, żeby się nagle przestawić. Przepraszam, ja też jeszcze nie umiem... być bardziej cierpliwym i lepszym partnerem.
Po chwili usiadł na swoim miejscu, wciąż spoglądając na Santiago. Nie zdziwiłby się, gdyby ten jednak stwierdził, że nie da rady dłużej wytrzymać z kimś takim, jak on. Po krótkim wahaniu położył dłoń na blacie stołu, w pobliżu przedramienia Santiago, ale nie dotykając go.
- Dziękuję, że ze mną wytrzymujesz. I naprawdę przepraszam, że wcale ci niczego nie ułatwiam.
Santiago de la Serna Salazar Martinez Sergio Martinez
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Gdy jednak Alvaro stanął za jego plecami, Santiago znów przycisnął splecione palce mocniej do ust, poruszywszy nerwowo szczęką i wbijając wzrok w stół. Czuł go za sobą i to nie było przyjemne uczucie; czuł, jak włosy jeżą mu się na karku i głowie, mięśnie na jego ramionach spięły się jeszcze bardziej. Gdy mężczyzna się do niego pochylił, miał ochotę sięgnąć do jego twarzy i odepchnąć go od siebie, ale to tez udało mu się powstrzymać. Poczuł ulgę, gdy ten w końcu usiadł, choć jego dłoń znalazła się teraz zdecydowanie zbyt blisko ręki Santiago.
- Myślę, że to nie jest temat do omawiania w tej chwili - odpowiedział niskim, wibrującym głosem, oderwawszy w końcu dłonie od swoich ust i kładąc powoli ręce na stole - Czekaliśmy na ciebie z jedzeniem.
To nie była do końca prawda, bo nie omawiali tego - siedzieli cały ten czas w milczeniu, zerkając na siebie; zwłaszcza Sergio wodził wzrokiem od Tiago do swojego męża i z powrotem, zastanawiając się, co się właśnie działo. On w ogóle nie domyślał się, z czego mógł wynikać ten wybuch, bo nie było go przecież przy rozmowie między de la Serną i Salvatierrą.
Tiago miał ochotę również wstać od stołu i gdzieś odejść, żeby się również wyciszyć. Teraz denerwowało go, że Alvaro dał sobie taką szansę, że mógł ochłonąć, że oblał się kubłem zimnej wody, pomyślał chwilę i przyszedł już w lepszym nastroju; a on sam nie bardzo miał taką możliwość, bo jak zaraz co chwilę obaj będą na zmianę wychodzić, to goście poczują się niemile widziani - a tak przecież wcale nie było. Tiago naprawdę chciał z nimi normalnie porozmawiać, być może oczyścić atmosferę między sobą, bratem i szwagrem, jeśli było tam jeszcze coś do czyszczenia (był przekonany, że było); a nie sprawiać, że oni stwierdzą, że może już sobie pójdą i zostawią Santiago i Alvaro samych, żeby wyjaśnili problemy między sobą.
Dzięki słowom przeprosin jednak zyskał pewność, że jego pierwsze domysły były słuszne: chodziło o to, że nie chciał pokazać, jak bardzo jest mu przykro. W głowie krążyło mu wiele rzeczy, które chciałby teraz wywrzeszczeć Alvaro w twarz: czy on spodziewał się, że Tiago teraz się rozryczy i będzie się kulił z żalu, że już nigdy nie dokona napadu? Przy gościach? Czy oczekiwał, że jeśli Santiago próbował się otwierać przed Alvaro, to nagle będzie to robił przed każdym? Że nawet przed Alvaro będzie otwierał się zawsze, że zmieni się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Czy Alvaro w ogóle faktycznie pokochał jego, czy tylko swoje wyobrażenie o nim? Czy traktował teraz Tiago jak swój jakiś projekt psychologiczny, jak jedną ze swoich maszyn, którą teraz należało udoskonalić?
Chwycił sztućce i zaczął kroić sobie mięso.
- To skoro temat napadów mamy już omówiony, to o czym chcielibyście porozmawiać? - zapytał gości, już nieco innym tonem, próbując brzmieć normalnie choć głos mu teraz lekko drżał ze złości - Wybraliście już dom tu, w Toronto? Salazar mówił ci, Sergio, jaki miał pomysł, żeby przekonać cię do takiego jednego, który ma dużo szyb zamiast ścian?
Ta zmiana tematu, skupianie się na tym, jak zatrzymać gości w domu, trochę pomogła mu się uspokoić - czuł, że wściekłość powoli zaczyna mu opadać i chować się gdzieś w sercu. Na ewentualne później, chyba, że zdoła zupełnie zniknąć do końca tego wieczoru.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez
-
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Po chwili nie był już pewien, dlatego gdy wrócił do stołu, to wydawał się spokojniejszy, choć wciąż się w nim kotłowało i wszystkie emocje, myśli i uczucia krążyły szybko po jego głowie, mieszając się ze sobą i tworząc jedną wielką kolorową masę, której póki co nie potrafił do końca ogarnąć. Wiedział jednak jedno - faktycznie nie dojdą do niczego dobrego, gdy będą wciąż popełniać te same błędy. Wiedział też, że nie może próbować zmieniać na siłę Santiago, bo tak naprawdę wcale nie chciał tego robić; świadomość, że właśnie do tego swoim zachowaniem dążył, do tego, żeby jego facet zachowywał się tak, jak on tego oczekiwał, była dla niego teraz niemal paraliżująca.
Siedział przy stole, z opuszczoną głową, wpatrując się w swój talerz, na którym leżała nietknięta jeszcze porcja jedzenia. Faktycznie czuł się jak skarcone dziecko, ale skarcone całkiem słusznie, bo za coś, co było niedopuszczalne i co zraniło drugą osobę. Starszego brata, opiekuna, mentora? Tak, też. Ale przede wszystkim przyjaciela i partnera.
Chciał coś zrobić, wykonać jakiś gest w stronę Santiago, dotknąć jego ręki, przytulić się... ale wiedział, że żadna z tych rzeczy nie będzie dobrze odebrana. Nie zrobił więc nic z tych rzeczy, po prostu sięgnął po sztućce i zaczął jeść, skupiając wzrok na Salazarze i Sergio, z lekkim zaciekawieniem w oczach.
- Och, chętnie posłucham o tym pomyśle, podzielicie się? - uniósł lekko brwi, skupiając teraz wzrok na Sergio i pakując go ust pierwszą porcję jedzenia na widelcu, standardowo nakładając sobie wszystkiego po trochu, bo tak już miał. Mimowolnie wydał z siebie cichy pomruk zadowolenia, bo indyk był naprawdę pyszny, warzywa również i naprawdę mu smakowało; znów powstrzymał się jednak przed jakimś większym gestem w stronę ukochanego, po prostu popatrzył na niego z uznaniem wymieszanym ze smutkiem i skruchą i wrócił do jedzenia, popijając to winem, które w międzyczasie któryś z nich - najprawdopodobniej, bo raczej samo się nie nalało - nalał z przyniesionej przez Sala butelki do kieliszków.
Santiago de la Serna Sergio Martinez Salazar Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na szczęście nie musiał czekać bardzo długo, choć musiał przyznać, że te pełne napięcia dziesięć minut trwało bardzo długo - przez ten czas Sergio zdążył przeanalizować sytuację, nie dojść do żadnych wniosków i zapragnąć ewakuacji do domu, żeby ci dwaj wszystko sobie wyjaśnili. Z drugiej strony jednak miał wrażenie że może i się przydać teraz katalizator w postaci Martinezów, bo w ich obecności raczej... raczej się nie pozabijają i nie powiedzą czegoś, czego mogliby później żałować: będą się hamować. W tym miał najwyraźniej rację, bo Santiago stwierdził, że to nie jest temat na teraz, co oznaczało, że zamierza o tym porozmawiać później.
- Też chętnie usłyszę o tym pomyśle - odezwał się ostrożnie, patrząc to na de la Sernę, to na Salvatierrę - ale tak wracając do poprzedniego tematu to nie wiem, czy nie chcielibyście jednak wyjaśnić sobie tego tu i teraz...? - spojrzał jeszcze pytająco na swojego męża - Jak myślisz? Nie lepiej by było w naszym towarzystwie, żeby ci dwaj nie pourywali sobie łbów albo się nie powystrzelali?
Użył metafory, bo nie sądził, żeby między jego szwagrami doszło do aż takich czynów, ale mówił całkowicie poważnie, bo widząc ogień w oczach Kocura naprawdę obawiał się, że mogą między nimi, w samotności paść słowa, które trudno będzie cofnąć i wyjaśnić; że mogą palnąć coś, czego potem będą żałować do końca życia. Jemu z kolei uruchomił się tryb psychologa - chciał pomóc tym facetom i w żadnym wypadku nie chciał, żeby teraz się przypadkiem rozstali przez jeden wybuch.
- Swoją drogą, Alvaro, mogę zapytać, co ci jest? Przeziębiłeś się?
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Santiago de la Serna
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
On również nic nie mówił, też zajął się swoim piciem, gdy Palermo zniknął na górze i to on właśnie napełnił kieliszki winem podczas tej krótkiej "przerwy", która mimowolnie nastała w ich spotkaniu. Te dziesięć minut nieobecności Alvaro faktycznie niemiłosiernie się dłużyło, zwłaszcza gdy siedzieli tak sobie w milczeniu, ale na szczęście chłopak (Sal nie mógł przestać o nim jako o chłopaku, pewnie przez różnicę wieku, która ich dzieliła i przez to, że Palermo pojawił się w życiu jego rodziny, gdy był faktycznie młodym chłopakiem) w końcu wrócił. Obserwował, jak pochylał się nad Santiago, swoim zwyczajem szukając jakiejś bliskości - tu akurat on i Sal byli do siebie podobni - i jak jego brat powstrzymuje się resztką sił, żeby go nie rozszarpać. Odetchnął z uglą, niemal dosłownie, dopiero w momencie, gdy Salvatierra zajął w końcu miejsce przy stole i zabrał się za jedzenie.
Prawdopodobnie nawet odpowiedziałby na pytanie Tiago, podłapując zmianę tematu, żeby mu jakoś pomóc - a ewidentnie tego potrzebował, w jego ocenie przynajmniej - ale Sergio miał na to inny pomysł. Salazar popatrzył nieco zbity z tropu na swojego męża, po czym położył mu dłoń na kolanie i ścisnął je ostrzegawczo.
- Wiesz, nie wiem czy to jest dobry pomysł - odezwał się cicho, zerkając na Santiago i zastanawiając się jak bardzo sama sugestia załatwiania jakichkolwiek prywatnych spraw przy Salazarze i Sergio będzie dla niego triggerem.
Santiago de la Serna Sergio Martinez Alvaro Salvatierra