Nie twierdziła, że zawsze ma rację - wręcz przeciwnie, bardzo często jej nie miała, lecz rzadko kiedy musiała znosić tego konsekwencje. Ludzie w jej życiu pojawiali się i znikali, a ona nieszczególnie przejmowała się tym, żeby ich w nim zatrzymać. Bardzo często jej reakcją było zwyczajne zerwanie kontaktu, tak charakterystyczne dla wyniosłej p a n i e n k i, za jaką przecież wszyscy i tak ją mieli.
Tym razem było inaczej.
Nie miała parasola ochronnego swojego nazwiska, nie miała pieniędzy i wpływów ojca, ani znajomości i sprytu matki. Nie była u siebie, w Mediolanie, gdzie mogła żyć beztrosko wiedząc, że zawsze z pomocą swojej rodziny wyląduje gładko na czterech łapach. Była w pieprzonym Toronto.
I choć opuściła szkołę tańca po rozmowie z Carissoni przekonana o tym, że kobieta zwyczajnie nie pojmowała sedna baletu, gdy wkroczyła do niej następnym razem zastała prawie pustą salę. Wszystkie dzieci, które wcześniej z trudem radziły sobie na jej zajęciach, teraz szukały sobie innych zajęć - bardziej wspierającego środowiska, rozrywki i radości, którą dawał taniec, a nie sztywnych ram, w których zamykał balet. I nawet wtedy, Santorini uniosła podbródek w górę i uznała, że ci, którzy zostali, byli bardziej wartościowi.
Ale nie podzielał jej zdania dyrektor szkoły.
Nienawidziła Toronto, nienawidziła tego, że potrzebowała tej pracy i nie mogła jej stracić, nienawidziła tego, że musiała się u k o r z y ć przed kobietą, która ewidentnie nie miała pojęcia o balecie i nie rozumiała zawiłości tej sztuki, ponieważ była przesiąknięta Kanadyjskimi obyczajami i nic w niej nie zostało z prawdziwego Włocha.
I z tą nienawiścią w sercu kierowała się właśnie do niej.
Zagryzając zęby, zapierając się nogami aż do samych drzwi prowadzących do studia. Nie miała teraz zajęć - ponieważ zostały odwołane. Wiedziała jednak, patrząc w grafik, że zajęcia Diany odbywały się bez przeszkód i to przed drzwiami jej sali stała, tkwiła
- Panno Carissoni... - zatrzymała ją, gdy kobieta wychodziła z sali i urwała, nie wiedząc, co powiedzieć dalej. Cisza potrwała zaledwie chwilę - jedno odchrząknięcie, po którym uśmiechnęła się przepraszająco. Nie wiedziała, jak miała polubić tę kobietę, ale wiedziała, że ona musiała polubić ją. To wydawało się proste. Przecież wszyscy lubili Elenę. - Wydaje mi się, że zaczęłyśmy na niewłaściwej stopie - zaczęła ostrożnie, zatykając kosmyk ciemnych włosów za ucho. - Czy mogłabym zabrać panią na kawę?
Diana Carissoni
