36 y/o
For good luck!
168 cm
work it faster, make it better at nilsinger's.
Awatar użytkownika
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/wanna
typ narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentny
czas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszy
postać
autor

Poranek nad Toronto był blady i nieprzekonany — światło przeciskało się przez chmury bez większego entuzjazmu, jakby samo miasto jeszcze nie zdecydowało, czy chce się obudzić po tej nocy.
A noc była ciężka.
Nie dla miasta.
Dla niej.
Biuro Nilsinger opustoszało już dawno po północy. Światła na piętrze gasły jedno po drugim, aż w końcu została tylko ona — pochylona nad stołem, otoczona rozłożonymi planami, kubkami po kawie i cieniem własnych decyzji. Godziny przestały mieć znaczenie gdzieś między kolejną iteracją osiemdziesiątego piętra a momentem, w którym zaczęła ingerować w kolejne pięć wyżej, jakby próbowała wyprzedzić każdy możliwy błąd, zanim ten zdąży zaistnieć.
To nie była już praca. To było gaszenie pożaru, którego nie powinna była nawet widzieć.
Pomarańczowe światło monitora rzucało jej wyzwanie, podkreślając poprawki nanoszone z niemal chirurgiczną precyzją na aktualny projekt w programie. Palce bolały od ciągłego nacisku, kark zesztywniał, a myśli — zamiast się porządkować — zaczęły nakładać się na siebie jak źle zaprojektowane kondygnacje. Nie spała ani minuty. Kiedy wychodziła z biura, miasto dopiero zaczynało się poruszać. Pierwsze tramwaje, pojedyncze światła w oknach, zimne powietrze, które uderzyło ją w twarz i na moment wyczyściło głowę. Na krótko.
Teraz stała przed domem Kilroy — dokładnie w tym samym ubraniu, co wieczorem. Płaszcz nosił ślady długiego siedzenia, włosy były przeczesane umownie, jakby zrobiła to mechanicznie gdzieś między jednym planem a drugim. Zmęczenie widoczne nie w samej twarzy, ale w sposobie, w jaki
stała — zbyt nieruchomo, zbyt oszczędnie, ady drzwi się otworzyły, nie próbowała niczego maskować. Weszła do środka, pozwalając, by zimne powietrze przecięło przedsionek, zanim drzwi zamknęły się za jej plecami. Zatrzymała się kilka kroków dalej. Postawiła aktówkę przy ścianie — ciężej, niż zamierzała.
Wiem, która jest godzina — odpowiedziała cicho, bez zaczepności. Głos miała niższy, szorstki od niewyspania. — Dlatego jestem teraz. — Otworzyła aktówkę. Ruchy były precyzyjne, ale wyraźnie sztywne — jakby wykonywała je siłą przyzwyczajenia, nie energii. Wyciągnęła teczki i wcisnęła je pod ramię, dźwigając je po znajomej trasie — do kuchni. Było ich aż pięć, każda opatrzona dopiskiem „wersja 1, 2, 3…”. — Nowy Jork się obudził — rzuciła krótko. — I nie podoba im się, co zobaczyli. Greene przeszarżował. Albo cofają go z projektu razem z finansowaniem… albo domykamy to na miejscu. — Wzięła krótki oddech. — Wybrali drugą opcję. — Zerknęła na zegarek pod rękawem płaszcza i skrzywiła się wyraźnie. — Mam samolot za pięć godzin. — Dopiero wtedy spojrzała na nią uważniej. Na tę nienaturalną prostotę sylwetki. Na napięcie, które nie miało nic wspólnego z dumą. Na ortezę. Zatrzymała wzrok o sekundę za długo. — …czyli jednak. — Bez triumfu. Bez satysfakcji. Raczej jak ktoś, kto odhacza w myślach coś, co już wcześniej policzył. Odwróciła wzrok. — Przepraszam. — krótko — Za wczoraj. — Przecież, że nie za uratowanie życia! Palce zacisnęły się lekko na krawędzi Wersji 5. — To nie była moja rola. — Nie tłumaczyła się dalej. Zabrała ręce od papierów i cofnęła pół kroku. — Dokumentacja jest kompletna — skinęła głową w stronę teczek. — Osiemdziesiąte piętro i pięć wyżej. Z naniesionymi zmianami na światłowody. Trzymaj to u siebie. Nie w biurze. Na wypadek, gdyby Thomas uznał, że chce jeszcze coś poprawić. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem… wrócę jutro wieczorem. Może pojutrze. — Spojrzała na nią jeszcze raz. Krótko. Uważnie. Odpuściła. Bojowy duch musiał się oszczędzać na popołudnie w Nowym Jorku. — Dobranoc, Kilroy.
Jakby noc jeszcze się nie skończyła. Ruszyła po aktówkę w przedsionku.

Niamh R. Kilroy
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
35 y/o
For good luck!
167 cm
landscape architect in her own office
Awatar użytkownika
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdy tylko Inari zmierzyła w stronę kuchni, Kilroy ruszyła za nią, ignorując fakt, że jej obecny strój drastycznie odbiegał od standardów biznesowej etykiety. Szła boso po zimnej podłodze, a jedwabna koszula nocna ledwie sięgała jej połowy ud. Gdy oparła się o kamienny blat jednej z kuchennych szafek, materiał podciągnął się jeszcze wyżej, odsłaniając zgrabne nogi. Nie było to celowym zabiegiem. Po prostu we własnym domu nie czuła potrzeby, by pilnować każdego centymetra materiału, bo teraz liczyło się tylko to, co architektka miała do powiedzenia.
Słuchała raportu o Nowym Jorku z kamienną twarzą, podczas gdy jej umysł - mimo wycieńczenia -pracował na najwyższych obrotach. Greene, wstrzymane finansowanie, krytyczny termin - każda z tych informacji trafiała na odpowiednią półkę, natychmiast budując strategię obrony. Kiedy Inari wspomniała o swoim nagłym wyjeździe i rzuciła krótkie przeprosiny za wczoraj, Niamh jedynie zmrużyła oczy, przyjmując ten gest z chłodnym dystansem.
- Pięć wersji w jedną noc. Imponujące tempo, nawet jak na ciebie - rzuciła, a w jej głosie pojawił się pewnego rodzaju podziw, który szybko zatuszowała głośnym kaszlnięciem. Oderwała się od wysokiego blatu i podeszła bliżej teczek, kładąc dłoń na Wersji 5. - Dobrze, że Nowy Jork zareagował tak szybko. Na tym etapie przyniosłoby to im zbyt wielkie straty, dlatego wcale mnie nie dziwi, że chcą negocjować - przyznała, doskonale wiedząc, że gdyby wybór padł na pierwszą opcję, zarząd wykazałby się skrajną krótkowzrocznością, graniczącą z finansowym samobójstwem.
Gdy Nilsinger opuściła kuchnię, odprowadziła ją wzrokiem, dokładnie analizując wszystkie informacje, jakie przekazała jej kobieta. Nie wiedziała, na ile tak naprawdę może jej ufać, doskonale pamiętając, że ich wspólna przeszłość była usiana momentami, w których Inari z czystą, niemal artystyczną satysfakcją blokowała jej najbardziej dochodowe projekty. Kilroy nie zamierzała pozwolić, by tym razem stało się podobnie - musiała osobiście trzymać rękę na pulsie. Pospiesznym krokiem udała się wprost do drzwi wejściowych, gdzie w ostatniej chwili, zdrową dłonią chwyciła Inari za nadgarstek, fizycznie powstrzymując ją od wyjścia. Przez ułamek sekundy trzymała ją mocno, czując puls architektki pod palcami, ale niemal natychmiast zdała sobie sprawę z braku profesjonalizmu tego odruchu. Cofnęła dłoń gwałtownie, jakby sparzył ją dotyk, i wyprostowała się, maskując chwilowe zmieszanie lodowatym spojrzeniem.
- Zmień rezerwację. Lecimy razem - zadecydowała głosem nieznającym sprzeciwu. - To nasz wspólny projekt i wspólnie go domkniemy. Nie będę siedzieć w Toronto i czekać na raporty, podczas gdy w Nowym Jorku będzie decydować o losach mojego przedsięwzięcia i systemach światłowodowych - zerknęła na wiszący na jednej ze ścian zegar, po czym ponownie spojrzała na twarz kobiety. - Pięć godzin wystarczy ci na ogarnięcie własnej osoby i powrót tutaj? - upewniła się, bo w jej odczuciu podróżowanie dwoma samochodami nie miało najmniejszego sensu. Poza tym ona sama zmuszona byłaby do wynajęcia taksówki, bo prowadzenia z usztywnionym barkiem nawet nie brała pod uwagę. - Jeśli to nie jest wystarczający czas... - zaczęła, czując lekkie drętwienie na karku, jak zawsze, gdy musiała wyjść poza sferę czystego profesjonalizmu i własnego komfortu. - Możesz skorzystać z łazienki dla gości. I moich ubrań. Powinnyśmy mieć podobny rozmiar - odchrząknęła cicho, odwracając na moment wzrok w stronę kuchni. - W międzyczasie przygotuję śniadanie dla nas i dla Ronnie. Tym sposobem unikniemy niepotrzebnego stresu w drodze na lotnisko - rzuciła, uważnie przyglądając się kobiecie.
Propozycja wspólnego posiłku i pożyczenia ubrań wywołała u niej nagłe ukłucie dyskomfortu, drastycznie naruszając skrzętnie budowany mur profesjonalnej izolacji. Mimo to chłodna logika biznesowa szybko stłumiła ten opór - uznała, że maksymalizacja czasu na przygotowania jest jedynym rozsądnym wyjściem, jeśli za kilka godzin mają stanąć w Nowym Jorku w pełnej gotowości.

Inari Nilsinger
mashedpotato
posty w pierwszej osobie
36 y/o
For good luck!
168 cm
work it faster, make it better at nilsinger's.
Awatar użytkownika
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/wanna
typ narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentny
czas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszy
postać
autor

Zatrzymała się, kiedy Niamh złapała ją za nadgarstek, ale bardziej z zaskoczenia niż sprzeciwu.
Spojrzała najpierw na jej dłoń, potem wyżej — na twarz, na to spięcie, które wcale nie zniknęło od wczoraj, tylko zostało lepiej schowane. Nie cofnęła ręki od razu. Dopiero kiedy Kilroy sama ją puściła, Inari poprawiła ułożenie aktówki, jakby nic się nie wydarzyło.
Lecimy razem.
Uniosła brwi. Przez moment wyglądała, jakby chciała coś skomentować — pewnie coś w stylu „to nie była propozycja, tylko rozkaz” — ale odpuściła. Nie miała na to energii. Dobrze, Inari też. Zamiast tego przesunęła spojrzeniem po niej od góry do dołu. Boso. Jedwab. Orteza pod materiałem, której nie dało się już „nie zauważyć”.
Westchnęła cicho.
Pięć godzin wystarczy — rzuciła, już bez oporu. — Nawet z zapasem.
Propozycja łazienki i ubrań zawisła w powietrzu trochę za długo. Inari przekrzywiła lekko głowę, jakby próbowała dopasować ją do osoby, która właśnie ją wypowiedziała. Nie pasowało i chyba to było w tym najbardziej rozpraszające.
Nie podejrzewałam cię o takie oferty o szóstej rano — mruknęła, bardziej zmęczona niż uszczypliwa. Kącik ust drgnął. Sięgnęła do kieszeni płaszcza, wyciągając telefon. — Mam Norę — dodała po chwili, odblokowując ekran. — Może przywieźć mi rzeczy. Albo nas podrzucić na lotnisko. Będzie szybciej i… mniej kombinowania. — Zawahała się na sekundę, jakby jednak rozważała drugą opcję. Łazienka. Ubrania. Kuchnia, w której Niamh robi śniadanie, jakby to był normalny poranek. Nie był. I obie o tym wiedziały. — Ale jeśli naprawdę chcesz się bawić w logistykę i śniadania… — dodała ciszej, chowając telefon z powrotem do kieszeni. — Nie będę cię zatrzymywać. — Spojrzała na nią jeszcze raz, już bez analizowania. — Jednak potrzebuję kawy bardziej niż ubrań. Białą. Z cukrem.
Ściągnęła płaszcz.

Niamh R. Kilroy
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
35 y/o
For good luck!
167 cm
landscape architect in her own office
Awatar użytkownika
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Niamh poczuła, jak jej dłoń niemal piecze w miejscu, w którym przed chwilą dotykała nadgarstka architektki. Szybko splotła palce za plecami, prostując się jeszcze bardziej, jakby chciała fizycznie odgrodzić się od tego momentu słabości. Uwaga Inari o porannych ofertach trafiła w czuły punkt – Kilroy poczuła napływającą do policzków irytację, którą natychmiast stłumiła chłodnym, profesjonalnym spojrzeniem.
- To nie oferta, Inari. To optymalizacja zasobów - rzuciła sucho, po raz kolejny smakując imienia kobiety. Za nic by się do tego nie przyznała, ale byłaby w stanie się do niego przyzwyczaić. - Skontaktuj się z Norą, a ja zajmę się resztą - poleciła, próbując odgonić od siebie wszystkie te niepoprawne myśli, przypominające jej o braku profesjonalizmu.
Gdy Nilsinger ściągnęła płaszcz, odwróciła się gwałtownie, nie chcąc przyglądać się temu, jak kolejna bariera między nimi znika. Ruszyła w stronę sypialni, boso, starając się zachować resztki godności. Po kilku minutach wróciła, mając na sobie gruby, grafitowy szlafrok z ciężkiej bawełny, który szczelnie opinał jej sylwetkę i niemal całkowicie maskował ortezę. Związała pasek z taką siłą, jakby pancerz miał ją chronić przed niezręcznością tej sytuacji.
W kuchni ruchy Niamh były mechaniczne i precyzyjne, choć operowanie jedną ręką przy ciężkich naczyniach sprawiało jej widoczną trudność. Każde stuknięcie patelni o blat przypominało jej, jak bardzo absurdalna jest ta scena. To ona, wielka Niamh Kilroy, przygotowywała śniadanie dla kobiety, która jeszcze wczoraj była jej największym zawodowym utrapieniem. Czuła się ze sobą fatalnie. To domowe wydanie, zapach smażonego bekonu i wspólna kawa kłóciły się z każdym instynktem samozachowawczym, jaki posiadała. Ale skoro już rzuciła tę propozycję, nie zamierzała się wycofać. Nie była gotowa na kapitulację. Właśnie ściągała z patelni ostatnią partię rumianych naleśników, gdy w kuchni pojawiła się Ronnie. Nastolatka była jeszcze zaspana, a u jej stóp wiernie dreptał Clover – kocur o mądrym spojrzeniu, którego kilka lat wcześniej wyciągnęły wspólnie spod kół ciężarówki. Ronnie zatrzymała się przy lodówce i zmrużyła oczy, przerzucając wzrok z rozłożonych na kuchennej wyspie talerzy na matkę.
- Mówiłam jej, żeby wyciągnęła cię na jakąś randkę, a nie od razu tu z nami zamieszkała. Trochę desperackie, nie? - rzuciła z tym swoim bezczelnym, nastoletnim półuśmiechem, za sprawą którego Niamh niemal upuściła rozgrzaną patelnię.
- I dlatego właśnie nie mówię ci o wszystkim - ucięła, starając się, by jej głos brzmiał stabilnie, choć w środku wszystko w niej drżało. - Pani Nilsinger jest tutaj służbowo. Za kilka godzin mamy lot do Nowego Jorku, nie będzie mnie w domu dzień czy dwa - powiedziała, stawiając na samym środku kuchennej wyspy butelkę syropu klonowego i miskę z leśnymi owocami. - Po śniadaniu zadzwonię do pani Higgins żeby została z tobą do mojego powrotu - dodała, włączając ekspres do kawy.
- Żartujesz sobie? Mamo, mam siedemnaście lat! Nie potrzebuję niańki, żeby przeżyć dwa dni bez ciebie. Ale oczywiście, leć. Ratuj światłowody, budynki i co tam jeszcze chcesz. To zabawne, że zawsze to ja muszę cierpieć przez twoje nagłe decyzje i ambicje. Pani Higgins jest tak stara, że to ta będę musiała pilnować, żeby nie spadła ze schodów. Wielkie dzięki, mamo - wyrzuciła z siebie ze złością, ostatnimi czasy wiecznie niezadowolona z każdej podjętej przez matkę decyzji.
- Bez dyskusji, Ronnie, to już postanowione - głos Niamh był stanowczy, choć chyba tylko głuchy nie byłby w stanie doszukać się w nim troski. Nie był to odpowiedni czas na kłótnie z córką, z którą zdecydowanie zamierzała porozmawiać po powrocie z Nowego Jorku. - A teraz siadaj i jedz. Wysmażyłam porządnie bekon, tak jak lubisz - delikatny uśmiech pojawił się na jej twarzy, choć nie zagościł na niej zbyt długo, a wszystko za sprawą architektki, która pojawiła się w drzwiach kuchni. - O której Nora nas odbiera? - zapytała, stawiając na blacie dwa kubki z kawą - czarną dla siebie i białą z cukrem dla Nilsinger. Tak jak ta sobie zażyczyła. Córce podała szklankę, wypełnioną po brzegi sokiem pomarańczowym.

Inari Nilsinger
mashedpotato
posty w pierwszej osobie
36 y/o
For good luck!
168 cm
work it faster, make it better at nilsinger's.
Awatar użytkownika
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/wanna
typ narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentny
czas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszy
postać
autor

Poranek w domu Kilroy był chłodny i uporządkowany, ale tym razem nie w sposób sterylny — raczej jak przestrzeń, która dopiero zbiera się w sobie po długiej nocy. Światło wpadające przez wysokie okna było rozproszone, mleczne, osiadało na kamiennych blatach i gładkich frontach szafek. Zapach bekonu i kawy rozchodził się po wnętrzu, łagodząc jego surowość, wprowadzając coś niepasująco domowego.
Inari przyczaiła się jeszcze w przedsionku, zanim weszła dalej. Telefon przy uchu, głos niski, spokojny.
Nora, zmiana planów. Dwa miejsca na ten sam lot. — Zaspana odpowiedź asystentki brzmiała jak bełkot, ale była potwierdzeniem automatycznym. — Jedno może być przy łazience w klasie eko. — Chwila milczenia. — Nie ma? Trudno, niech stracę. Dwa z przodu. Przy oknie na mnie. Spakuj mi dwa dni. Szyk. I coś zapasowego, bo nie mam dziś zaufania do rzeczywistości. — Przymknęła oczy na sekundę. — Weź taksówkę. Wyślę ci adres, skąd nas odbierzesz. Jedziemy moim samochodem na lotnisko. I nie zapomnij o tablecie. Tak, tym. Jeśli już i tak mam być zawieszona w powietrzu, równie dobrze mogę podbić ranking.
Rozłączyła się bez słowa. Jeszcze moment stała w ciszy, zanim ruszyła dalej. Zapach uderzył ją od razu. Bekon. Naleśniki. Kawa. Zatrzymała się w progu kuchni, opierając dłoń o framugę.
Obraz był niemal zbyt zwyczajny — Niamh przy blacie, a przy stole Ronnie. Dziewczyna siedziała krzywo na krześle, jedna noga podwinięta pod siebie, druga luźno oparta o podłogę. Plecy zgarbione, włosy w nieładzie, oczy jeszcze lekko przymknięte — wyglądała jak ktoś, kto zdecydowanie spał za krótko albo za źle. Przy niej kręcił się kot — trójkolorowy, o zielonych ślepiach, który co jakiś czas ocierał się o nogę krzesła albo zatrzymywał, żeby spojrzeć na Inari z tą charakterystyczną, spokojną oceną.
Zerknęła w dół, gdy zwierzak musnął jej nogę.
Ty przynajmniej nie oceniasz — mruknęła cicho.
Kot tylko zamrugał powoli i wskoczył na wolne krzesło obok.
Nora będzie za niecałe trzy godziny — odezwała się w końcu, wchodząc do środka. — Przywiezie wytyczne firmy. Lepiej być o jeden krok przed nimi. — Sięgnęła po kubek, który już na nią czekał. Upiła łyk. Słodka. Idealnie. — Smaczna. — Unosząc wzrok, zatrzymała go na Ronnie. Przez chwilę po prostu ją obserwowała — sposób, w jaki siedzi, jak opiera brodę o dłoń, jak wygląda na zmęczoną bardziej, niż powinna.
Dziewczyna musiała wyczuć sprawę, bo od razu bąknęła:
Mówiłam, poczekaj chociaż do trzeciej randki z wprowadzeniem się tutaj. — Spojrzała podkrążonymi oczami na Nilsinger. — Żebym zdążyła uzbroić ściany w panele akustyczne. I wybielacz do płukania oczu..
Spokojnie — rzuciła ochrypłym tonem. — Jeszcze nie zdążyłyśmy nawet sporządzić pre-intercyzy.
Hmm... Trochę szkoda — odparła Ronnie bez zawahania, opierając się o blat i wytknęła Inari widelcem. — Już miałam nadzieję, że ktoś normalny w końcu tu zamieszka.
Inari uniosła brew.
Rozumiem, że to twoja aplikacja?
Nie. Ja planuję przejąć ten dom. Długoterminowo.
Ambitnie. Uwzględniłaś w planie obecnego właściciela czy liczysz na cud?
Ronnie uśmiechnęła się półgębkiem.
Jeszcze analizuję opcje.
Dobrze. Lubię ludzi, którzy mają plan B. — Kącik ust Inari drgnął, ale zaraz na zmęczonej twarzy pojawiła się konsternacja. — Wyglądasz, jakbyś zaliczyła all-nightera.
Ronnie prychnęła i uśmiechnęła się wrednie.
Giełda nie śpi.
Chwila ostentacyjnego siorbania soku pomarańczowego.
Aha — odpowiedziała Inari bez większego przekonania. — Czyli projekt domowy na ekonomię.
Mhm.
Inari uniosła brew, upijając kolejny łyk kawy.
Ale ty też nie wyglądasz na taką w skowronkach.
Głupota ludzka nie śpi.
Ronnie spojrzała na nią uważniej, po czym uśmiechnęła się krzywo.
Nie mów o sobie tak brutalnie, Inari.
Sekunda ciszy, która zdawała się trwać wieczność. Przez twarz Kilroy Junior przebiegł cień obawy, że być może przesadziła i nawet zerknęła nieco przytomniej w stronę Niamh.
Córka swojej matki — skwitowała Inari spokojnie, bez cienia urazy. Ronnie odetchnęła z nerwowym śmiechem. Sięgnęła po talerz i przyjrzała się naleśnikom z przesadną dokładnością. — Wygląda podejrzanie dobrze — mruknęła. — To moment, w którym powinnam się wycofać?
Zdecydowanie — rzuciła Ronnie. — Ona tak gotuje tylko, jak coś jest nie tak.
Czyli standardowy model współpracy. — Usiadła i wzięła pierwszy kęs. Przez moment skupiła się tylko na tym — smaku, cieple, czymś prostym i konkretnym po nocy, która była wszystkim, tylko nie tym. Kot na krześle obok obserwował ją uważnie. — Nie licz — mruknęła do niego cicho. — Nie dzielę się.
Ronnie parsknęła.
On i tak spróbuje.
Szanuję determinację.
Oparła łokieć o blat, wracając spojrzeniem do dziewczyny.
Przetrwasz dwa dni bez nadzoru?
Bez problemu. Gorzej z domem.
To może być dla niego trudne doświadczenie.
Zwłaszcza jeśli przyślą mi panią H i g g i n s. — Niezadowolone spojrzenie otaksowało Niamh. — Na tym etapie to mnie powinni płacić za opiekę.
Inari skrzywiła się lekko.
Ciocia dobra rada? Taka od „za moich czasów”?
Ta sama.
Brzmi jak ktoś, kto pamięta budowę piramid.
I pewnie ma do niej uwagi. Ona na pewno była świadkiem morderstwa Cezara i upadku Konstantynopola.
Krótki, cichy śmiech przeciął powietrze.
Inari sięgnęła po kubek i dopiła kawę. Na moment jej spojrzenie wróciło do kota — spokojnego, oswojonego, pewnego swojej przestrzeni.
Kiedyś miała zwierzę.
Boa tęczowego kolumbijskiego w odmianie leucystycznej — jasnego, niemal nierealnego w swojej barwie. Z czasem jednak przestał mieścić się w jakichkolwiek ramach jej życia. Za duży. Za bardzo wymagający przestrzeni, której nie była w stanie mu zapewnić bez kompromisów. Oddała go. Od tamtej pory nic. Przez chwilę myślała o modliszkach — zamkniętych światach w szkle, gdzie wszystko było pod kontrolą.
Spojrzała z powrotem na Ronnie.
Jakbyś naprawdę potrzebowała ucieczki — rzuciła neutralnie — wybieraj miejsca z dobrym jedzeniem.
To brzmi jak doświadczenie.
To brzmi jak rozsądek.
Aha, czyli doświadczenie.
Nie potwierdzam, nie zaprzeczam — mruknęła Inari w kubek.
W takim razie ja nie daję żadnej gwarancji. Mamo, bierzesz pełną odpowiedzialność za to, co się tutaj wydarzy.
Tym razem uśmiech Inari był wyraźniejszy. Krótki, ale prawdziwy. Nie powiedziała już nic więcej do Ronnie. Świadomie. Granice zostały wyznaczone — nie jej rola, nie jej przestrzeń. I tym razem ich nie przekraczała. Zamiast tego tylko skinęła jej lekko głową.
Kot przeciągnął się leniwie na krześle, zupełnie niewzruszony.


Niamh R. Kilroy
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
ODPOWIEDZ

Wróć do „#5”