przekleństwa i znowu jakiś imprezowy młyn
Najgorzej, że Madox lubił też
złośliwą Pilar.
Jego ciemne oczy wciąż wpatrzone były w nią intensywnie, z tym całym ogniem, ale i z
miłością. No i z zachwytem, który dzielił między nią, a to co się działo dookoła. Między ten zjawiskowy festiwal kolorów, ludzi, ozdoby, światła i to wszystko. I chociaż ona była równie kolorowa, to jednak ta czerwona sukienka wciąż rzucała się w oczy, wciąż podkreślała jej
ognisty temperament, który zaraz mu pokazywała.
Ale przecież on lubił, to jaka była nieugięta.
I tylko jeszcze bardziej się do niej łasił, splatając jej palce ze swoimi, sięgając do jej odkrytej skóry opuszkami, zaczepiając ją.
-
Okaże się - na moment złapał jej spojrzenie, nie wierzył w to, że będzie nieustępliwa cały wieczór. Ale mogła próbować...
A on mógł ją cały wieczór powoli
łamać, kolejnym muśnięciem palców na jej dekolcie, na szyi, z której odgarniał pokręcone, upaprane farbą kosmyki. Kolejnymi spojrzeniami w jej piękne, czekoladowe oczy.
Przyciągnął ją do siebie bliżej, bo chociaż wszystko dookoła mieniło się tysiącem barw, sceneria była naprawdę piękna, to i tak jego ciemne tęczówki wpatrzone były w jej popaćkaną twarz. Chciał się do niej wyrwać, chciał znów zamknąć jej usta układające się w to słowo
demonios, tak pięknie, że aż po plecach przeszedł mu dreszcz, w pocałunku, tylko co z tego, kiedy trzymała go z dala od siebie układając palce na jego gardle. Przełknął ślinę tak, że mogła poczuć, jak grdyka mu zadrgała pod jej opuszkami, pod paznokciami, które za każdym razem powodowały na jego skórze to przyjemne mrowienie uwieńczone gęsią skórką.
-
Esto es solo el comienzo -
to dopiero początek, powiedział powoli i szarpnął się, żeby te jej palce, które trzymała mu na gardle ułożyć na swoich wargach, szczypnąć zębami skórę na jej opuszkach.
To miał być szalony wieczór, Madox czuł to od samego początku, on już czuł tą energię w domu, kiedy się malowali, a może jeszcze wcześniej, kiedy słuchał o tej imprezie? Dawno nie był na czymś takim, nie licząc imprez w klubie, równie szalonych, na których jednak często musiał
ratować sytuację, a tu nie musiał nic. Tu mógł się dać ponieść. Mógł się bawić z nią do samego rana. Bez myśli, że coś trzeba... Bo tutaj wszystko było
można. Co tylko się chciało.
-
Te... - zaczął w odpowiedzi na jej
diabła, ale nie dokończył, bo już się od niego odpychała, już wprawiała w ruch te swoje zwiewne falbany, które otoczyły jej sylwetkę ukazując pomalowane uda. Oczy momentalnie mu pociemniały. Wyciągnął do niej rękę, ale wtedy ten tłum idący w wesołej paradzie ją po prostu wchłonął, a na Madoxa też ktoś wpadł, odwrócił się, a kiedy z powrotem patrzył przed siebie, w miejsce, w którym przed chwilą stała kręcąc piruety, jej już wcale nie było. Rozejrzał się, przepchnął do przodu, ale nic z tego. Kolory mieszały się ze sobą, blendowały do tego stopnia, że ciężko było zobaczyć w tłumie
krwistą czerwień jej sukienki, bo światła zmieniały barwy. Wszystko wyglądało na trzeźwo jak po najlepszym kwasie...
Chciał ją znaleźć i nawet ruszył z tą parada, gdzieś w sam środek, w pewnym momencie przystanął rozglądając się dookoła. Nie ma opcji, żeby ją tutaj znalazł, wszędzie dookoła wirowały kolory, pomazane w fluorescencyjnych farbach dłonie i zaraz taka jedna, oczojebna żółta, zacisnęła mu się na koszuli, ale to nie była Pilar.
-
Tańczysz, czy tylko stoisz tutaj i dobrze wyglądasz? - rzuciła jakaś dziewczyna, była ładnie pomalowana, we wzory, od góry do dołu, nie chaotycznie jak oni ze Stewart, widać było, że ktoś spędził wiele godzin na tych malunkach. Stanęła na palcach, żeby sięgnąć do jego ucha, a zaraz dawała mu czerwony kubeczek z jakimś drinkiem. Ciemne oczy Madoxa prześlizgnęły się po jej ciele, jakoś tak odruchowo, a zaraz zatrzymały na kubku.
-
Szukam kogoś... - chciał go jej oddać, ale wepchnęła mu go z powrotem do ręki.
-
Możesz się napić i szukać - w zasadzie to mógł, więc wychylił kubek do dna za jednym razem, wyczuł rum i colę, zajebiście, bo to przecież jego ulubione połączenie. Już oddawał kubek dziewczynie, żeby rozejrzeć się za Pilar, ale tym razem we dwójkę wylądowali w jakimś kółku, gdzie stało kilka osób, wszyscy w wymalowanych w odciski dłoni koszulkach i śmiesznych okularach.
-
Wasza kolej! - rzucił jakiś chłopak, który zaraz podszedł do nich z nowymi kubkami -
pijecie, a potem łapiecie dwie nowe osoby, z którymi tańczycie - wyjaśnił, chociaż Madox nie zrozumiał za bardzo zasad, ale zaraz jego
nowa koleżanka, która była już wstawiona i wisiała mu na ramieniu, ściągnęła chłopakowi okulary i założyła je Noriedze. W sumie fajnie w nich wyglądał, więc nie protestował. Nie protestował też, kiedy stuknęli się kubeczkami i znowu wychylili je do dna, tym razem wódka z jakimś sokiem.
Zaprotestowała za to jego towarzyszka.
-
Ale my się dopiero poznaliśmy, to ja tańczę z nim - stwierdziła i już znowu ciągnęła go za koszulę, kompletnie już porozpinaną. Zarzuciła mu ręce na szyję i praktycznie na nim wisiała.
-
Wiesz... ja mam narzeczoną i ją zgubiłem... - zaczął Madox, bo on teraz tej narzeczonej używał jak jakiegoś magicznego zaklęcia. No i zazwyczaj działało.
Ale tym razem chyba nie, bo dziewczyna przysunęła się do niego bliżej.
-
A ja mam męża, ale siedzi w chacie... A wiesz co mówią o tym festiwalu? Że to co dzieje się en la playa, zostaje na plaży - Madox od razu pomyślał, że to prawie jak w Vegas, ale jego to i tak za bardzo nie przekonywało.
Zanim zdołał jakoś odkleić od siebie tą dziewczynę, to za jej plecami wyrósł jakiś łysy typek.
-
Carmen! - zawołał, a ona się obejrzała, cofnęła wpadając w wymalowaną klatę Madoxa, a Noriega liczył tylko na to, że to nie jest ten jej mąż. Chociaż może lepiej jakby był? Już miał zrobić krok do tyłu, a ona go złapała za klamrę od paska, no co łysol tylko jeszcze bardziej się wkurwił.
-
Ja pierdolę... ja naprawdę już stąd pójdę - rzucił Madox, ale łysek zmarszczył groźnie brwi.
-
Bałamucisz moją siostrę, a teraz chcesz sobie tak po prostu stąd iść! - zaryczał. Czyli jeszcze... jej brat? I co to kurwa znaczy bałamucisz?
-
Właściwie... - zaczął Madox, ale Carmen kleiła się do niego jeszcze bardziej a zaraz strzeliła rękami w niebo.
-
Ricardo tylko siedzi przed telewizorem z piwem, a kiedy chcę go gdzieś wyciągnąć, to on nie ma ochoty, to co ja mam zrobić? Jestem jak ten kwiat bez wody, kiedy faceci mnie nie adorują - wyrzuciła z siebie bardzo dramatycznie, a Madox już coś podobnego gdzieś słyszał.
Znowu się cofnął, ale Carmen nie dawała za wygraną...
Tylko, że wtedy ten jej łysy brat złapał ją za rękę i szarpnął do siebie, mocno, aż krzyknęła.
No i chuj, no i cześć.
-
Ej! - rzucił Madox -
nie szarp jej... - po co on to powiedział? A mógł sobie po prostu iść. Ale łysol coraz mocniej ciągnął Carmen i widać było, że ją to po prostu boli. Sama też się szarpnęła, ale nie zdołała się wyrwać -
zostaw ją - powtórzył jeszcze Madox, chociaż może nie powinien się wtrącać, ale z drugiej strony... on przecież wiecznie to robił.
¿Dónde estás, cariño? (,,•᷄ࡇ•᷅ ,,)?