ODPOWIEDZ
24 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
Some people don’t leave your life. They just find new ways to haunt it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

02
Drama? We don’t know her.


Przykro mi, Rin. Dorosłość wymaga poświęceń, a ty już dawno powinnaś się ustatkować — rzuciła przez telefon Evelyn tonem tak chłodnym, jakby rozmawiała z kimś obcym, nie z własną córką. Shereen wywróciła oczami, zerkając przez ramię na kuchenny wyświetlacz. Godzina połyskująca na sprzęcie wprawiła ją w lekki niepokój. Zbliżała się czwarta po południu. Była umówiona z przyjaciółką i zupełnie nieprzygotowana na jej przyjście. Z trudem rozmawiała z matką przez telefon, sugerując jej między wierszami, że nie miała ani chęci, ani czasu na pogaduszki. Wysłuchiwanie kazań na temat swojego wieku, odpowiedzialności, jaka nad nią zawisła po przepisaniu sali bankietowej, przyprawiało ją o złość. Pamiętała rok swojego urodzenia, matka nie musiała jej o tym notorycznie przypominać. Podobnie jak powtarzać, że była skrajnie nieodpowiedzialna. To również wiedziała. Jeszcze kilka miesięcy temu nie brała pod uwagę czegoś takiego jak przejęcie dobytku rodziców. Zaledwie w listopadzie lekarze postawili ojcu diagnozę — teraz, gdy marzec zbliżał się ku końcowi, Charles coraz bardziej opadał z sił. Przerażała ją nadmierna ilość obowiązków, a ślęczenie nad papierami w gabinecie, przytłaczała. Chciała cofnąć się do studenckich czasów, które niedawno za sobą zostawiła. Naprawdę odpowiadała jej rola wiecznego studenta, wyjścia z przyjaciółkami i poczucie, że nic jej nie ograniczało. Może poza matką wydzwaniającą czasem rano, czasem wieczorem, a czasem kilka razy dziennie. Evelyn nie miała zaufania do swojej córki, o czym przypominała jej za każdym razem, gdy tylko napataczała się ku temu okazja. Mieszkając poza Toronto, nie musiała obawiać się nagłego nalotu matki, ani wyrzygiwania pod tytułem: wszystkodlaciebiezrobiłam. A ty się nie odwdzięczasz. Znajome. Podczas rozmowy z matką, starała się ogarnąć w mieszkaniu i przy okazji nie zabić się o kabel od rozciągniętego odkurzacza. Włosy wybitnie ją denerwowały, bo ostatnią gumkę zapodziała gdzieś między umywalką a szafką łazienkową, a spinkę połamała, gdy zostawiła ją na kanapie i później przypadkiem na niej usiadła. Musiała więc je poprawiać i starać się trzymać rezon. Gdzieś między pierwszym a drugim słowem dało się usłyszeć brzdęk rury od odkurzacza i przesuniętego krzesła. Nie ukrywała, że była zabiegana — a Evelyn nie ukrywała, że szczerze nie była tym zainteresowana. Po rozmowie z matką Shereen odłożyła telefon na szklany stoliczek, klnąc soczyście niczym szewc podczas naprawy butów, bo smartfon zsunął się na podłogę. Złapała jeden wdech. Później drugi i pochyliła głowę, przykładając dłoń do twarzy w akcie desperacji. Naprawdę była zirytowana.
Udało jej się w końcu posprzątać, co było niemałym wyczynem. Jamie miała pojawić się mniej więcej za pół godziny, więc miała wystarczająco dużo czasu, żeby usiąść na kanapie w dresowych spodniach i zjeść cholernie kaloryczną przekąskę, jaką były chipsy. O smaku słodkiej papryki, bo te lubiła najbardziej. Drzwi zostawiła otwarte, więc Jamie mogła śmiało wejść do środka. Siedząc na kanapie i zajadając się cienkimi, wysuszonymi chipsami obsypanymi chemiczną przyprawą, zastanawiała się, od czego powinna zacząć. Miała naprawdę dużo do opowiedzenia panience Park i coś czuła, że świeżo zaparzona matcha latte na niewiele się tutaj zda. W dodatku będą musiały porozmawiać na temat nadchodzącego wesela tutejszego strażaka. Wraz z narzeczoną doszli do wniosku, że idealnym tortem weselnym byłby ten zbliżony kolorami do wozu strażackiego. Na stole weselnym miały się również znaleźć kolorowe makaroniki i najlepiej coś ładnego — tylko co do cholery ładnego? Będą musiały dogadać to z Jamie. Nawet jeśli Sher była właścicielką tego przybytku, to wciąż nie miała pojęcia o zarządzaniu. Uczyła się na szybko, zbyt intensywnie, bo następnego dnia niczego nie pamiętała, a ojciec załamywał nad nią ręce i ewidentnie zaczynał zastanawiać się nad tym, czy powierzenie koncernu mniej dojrzałemu dziecku było dobrym pomysłem. Na pewno było. Wierzyła, że wszystkiego się kiedyś nauczy.
Słysząc dźwięk otwieranych drzwi, oparła rękę o tył kanapy i odwróciła się w ich stronę, wychylając się zza oparcia. Najpierw przywitała Jamie ciepłym uśmiechem. Chwilę później podniosła się z miejsca, by podejść do Azjatki i przywitać ją w sposób należyty — czyli buziakiem w policzek i mocnym przytuleniem. Współpracowników ojciec miał wielu, podobnie jak przyjaciół, ale tylko z niektórymi Winfield miała naprawdę dobre relacje.
— Mam ci proponować coś do picia, czy możemy ominąć ten etap i po prostu sama sobie to ogarniesz? — zerknęła na nią wymownie, odsuwając się na tak zwaną bezpieczną odległość. Czyli na taką, dzięki której mogła przyjrzeć się z bliska twarzy Jamie i wyłapać malujące się na niej emocje. — Mamy trochę do nadrobienia. Ale to zaraz, najpierw złap oddech — dodała z uśmiechem, poklepując ciemnowłosą po ramieniu.

Jamie Park
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
30 y/o
LOVE IS IN THE AIR
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Jamie najwyraźniej już była w wiosennym szale bo była ubrana zdecydowanie za lekko, jak na pogodę, jaka była na zewnątrz. Do tego wszystkiego przyniosła bukiecik przepięknych tulipanów, które idealnie pasowałyby do jej cukierni, ale chyba nie do sali bankietowej. Chociaż w domu Reenie mogły zrobić robotę! Uratowała kwiaty przed zniszczeniem przytulasem z chichotem przyjmując buziaka.
- Masz wazon? - zapytała, bez skrępowania ruszając w kierunku kuchni, jakby była u siebie.
Odłożyła bukiet z namaszczeniem na blat kuchenny i podeszła do ekspresu, grzebiąc w swojej torebce, by wyciągnąć z niej kolejny worek ziaren kawy, którą zamawiała do swojej cukierni. Pamiętała, że ta mieszanka bardzo smakowała Sher.
- Ja mam złapać oddech? Już złapałam! Jest wiosna! - odpowiedziała z wnętrza kuchni.
Po chwili zza progu wyłoniła się czarna główka Jamie.
- Co myślisz o tym, żebym ścięła włosy? - zapytała i znowu zniknęła do wtóru bzyczeń i buczeń ekspresu do kawy. - Też chcesz?
Kolejne głośne zapytanie. Dzisiaj roznosiła ją energia. Sama nie wiedziała czy miała po prostu dobry humor, czy może jednak wpłynęły na niego wiadomości, jakie dostawała od dwóch lekarzy. Nie jednego, ale dwóch... Klęska urodzaju. I pomyśleć, że jeszcze dwa tygodnie temu pisała w nocy do swojego byłego... Dźwięki z kuchni przez moment stały się niepokojące, bo naczynia stukały tak, jakby się wywracały trącone i miały za chwilę się stłuc.
Po chwili wróciła całą sobą do przyjaciółki, niosąc dwa kubki ze sobą. W jednym był napój przygotowany dokładnie tak, jak Sher lubiła, a w drugiej jakaś wariacja na temat słodkiej kawy, bo Jamie właściwie tylko takie piła. Postawiła naczynia na stoliku i odruchowo sięgnęła po słoną przekąskę. Miała do nich małą słabość, głównie dlatego, że otoczona była w pracy cukrem.
- Już jestem cała Twoja! - rozkojarzona, ale Twoja.
Siadła na kanapie, ale zaraz podskoczyła, czując pod pupą coś twardego, co okazało się być jakąś końcówkę od odkurzacza.
- Well that's something new... - z zaskoczeniem odmalowanym na twarzy oddała element gospodyni. - Odkurzacz się jeszcze do mnie nie dobierał.

Shereen Winfield
Żejmi/Maxio
znęcania się i bezsensownej przemocy, przejmowania kontroli nad postacią.
24 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
Some people don’t leave your life. They just find new ways to haunt it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Podczas przytulania Jamie starała się nie pognieść tulipanów, które przyniosła. Była ostrożna, choć nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ten uścisk był zbyt słaby. Gdyby nie kwiatki trzymane przez Jamie, przytuliłaby ją nieco mocniej. Bukiecik prezentował się ładnie. Tulipany były jednym z pierwszych symboli wiosny i choć Shereen całym sercem kochała słoneczniki, tak tulipany miały szczególne miejsce w jej sercu. Te kwiaty były symbolem radości, lekkości i ciepłych uczuć. W tym przyjacielskiej miłości. Po włożeniu do wazonu i postawieniu na jasnej szafce będą prezentować się nie tylko ładnie, ale i schludnie. 
— Tak, mam. Zaraz znajdę — odpowiedziała, odsuwając się od Jamie. Wspólnie przeszły do kuchni. W tym czasie, w którym ciemnowłosa zajęła się szykowaniem kawy, Shereen zaczęła szukać wazonu. 
Na pytanie o kawę skinęła głową — dobrej kawy się nie odmawiało. Zwłaszcza takiej osobie jak Jamie. Winfield uważała za uroczy fakt, że ciemnowłosa doskonale pamiętała, jaką kawę lubiła jej przyjaciółka. Nie wszyscy potrafili to spamiętać — nawet własny chłopak Shereen o tym zapominał, gdy byli razem. Starała się nie mieć do niego żalu o takie rzeczy. Czuła się po prostu niesprawiedliwie, bo ona pamiętała. Nikt jej o to nie prosił, ale wydawało jej się to logiczne. Skoro było blisko, musieli znać swoje upodobania. Przynajmniej powinni.
— Uważam, że wyglądałabyś dobrze. Wydaje mi się, że krótsze włosy podkreśliłyby twoją urodę — Jamie wyglądała dobrze, ale zmiany zawsze były dobre. Kto wie, może nowy look spodobałby jej się na tyle, że nie chciałaby wrócić więcej do długich włosów? Dopóki nie spróbuje, nie będzie wiedziała. Poza tym włosy zawsze odrastały.
Po znalezieniu wazonu nalała do niego wody i wyszła do salonu. Postawiła wazon na jednej komodzie, która wyglądała, jakby została wyciągnięta z filmu o stylu vintage. Pamiątka rodzinna, tak mówiła matka. Dlatego teraz stała u Shereen. Wyglądała dobrze i była w rodzinie od wielu lat. Nie mogłaby jej wrzucić. Nietypowy dźwięk wydobywający się z kuchni sprawił, że odwróciła w tamtą stronę głowę. Zerknęła przez ramię w kierunku kobiety, by oszacować szkody. Nie uważała, by Jamie coś potłukła. Zareagowała instynktownie, chcąc sprawdzić, czy Jamie nie zrobiła sobie krzywdy. Martwiła się o bliskie sercu osoby, co było naturalną rzeczą. Gdyby zdarzył się nieszczęśliwy wypadek, niemal od razu odstawiłaby wazon — nawet na podłogę — i zerwałaby się z miejsca, żeby wspomóc Park. Umysł podpowiadał jej przeróżne scenariusze. Na szczęście żaden z nich nie był prawdziwy. Widząc Jamie na horyzoncie z kawą, podeszła do niej i odebrała swój kubek.
— Świetnie. Bo tak się składa, że się trochę stęskniłam — odpowiedziała, obdarzając dziewczynę czarującym uśmiechem i usiadła obok niej.
Gdy Jamie podskoczyła, Shereen się wzdrygnęła. Spojrzała na nią poważnie, przełykając ślinę i omal się nie zachłysnęła. Widząc element odkurzacza, zaniosła się absolutnie szczerym śmiechem. — Nie wierzę. Odkurzacz po prostu chciał cię poznać. Mogłam was sobie przedstawić w progu — zażartowała, kręcąc głową. Była zbyt zajęta rozmową przez telefon, a później, zaabsorbowana obecnością Jamie, zapomniała o schowaniu tak podstawowych rzeczy na miejsce.
— Gadałam z matką przez telefon i zapomniałam sprzątnąć odkurzacz — wyjaśniła, opanowując śmiech.

Jamie Park
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
30 y/o
LOVE IS IN THE AIR
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Jamie nawet nie zwróciła uwagi, że w trakcie przypływu uczuć jeden z tulipanów się złamał i teraz wyglądał tak smutnie w wazonie. Niby kolorowo, niby wiosennie, a jednak coś było nie tak.
- Ja za Tobą też Sweetie! - odpowiedziała szczerze, odprowadzając wzrokiem falliczną część odkurzacza, z trudem powstrzymując chichot. - Naszło mnie na jakieś zmiany. Mam nowe perfumy! I pomyślałam o włosach, skoro na nowego faceta się nie zanosi!
Przewróciła teatralnie oczami i posłała przyjaciółce rozbawiony uśmiech.
- Tak byłoby zdecydowanie grzeczniej! Taki zamach na moją cnotę... - puściła oczko przyjaciółce i zmarszczyła lekko brwi, na wspomnienie o mamie.
Niby zdanie było rzucone lekko, ale w twarzy Sher odbiło się jakieś napięcie, które nie umknęło uwadze Jamie. Kiedy żyła jeszcze Pani Park, Jamie też często miewała takie rozmowy, jak poranna Shereen. Może dlatego jej radar był trochę bardziej wyczulony.
Dlatego sięgnęła po swój kubek i zbliżywszy go do ust, spojrzała znad niego na przyjaciółkę.
- Musiała być bardzo intensywna ta rozmowa... - zauważyła niby żartobliwie. - W końcu zmusiła odkurzacz do schowania się między poduszkami kanapy.
Dodała niewinnie, udając, że jej słowa wcale nie znaczą tego, co znaczą. Jamie dobrze wiedziała, jak dużym obciążeniem jest przejęcie biznesu. Jej pewnie było odrobinę łatwiej, bo siedziała w cukierni od zawsze, ale mimo wszystko, przejęcie wszystkiego na własne barki to było niemałe zderzenie z rzeczywistością. Tym bardziej, że takie firmy to nie tylko przyjemne dekorowanie tortów i sali na przepiękne uroczystości, tylko pracownicy, opłaty, masa księgowości, zamówienia i mnóstwo upierdliwych rzeczy.
Spojrzała ciepło na Sheri i uśmiechnęła się do niej. Trochę wyczekująco. No dawaj Mała, widzę Cię.

Shereen Winfield
Żejmi/Maxio
znęcania się i bezsensownej przemocy, przejmowania kontroli nad postacią.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#105”