-
I am my own sanctuary and I can be reborn as many times as I choose throughout my life
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Chyba po prostu wymieszała coś czego nie powinna. To było dla niej najlepsze wyjaśnienie zagadki dlaczego czuje się aż tak źle w swojej własnej skórze i czemu żołądek zdawał się być w opłakanym stanie.
Stała właśnie w jednym z popularnych sklepów spożywczych, aby zrobić zakupy na śniadanie. Chociaż może nie powinna lepiej nic jeść... Jej organizm potrafił się niezwykle mocno buntować za każdym razem, gdy tylko przyjmowała pokarm.
Ostatnimi czasy jednym z jej nowych zwyczajów było sprawdzanie nowych sposobów na kaca z różnych zakątków świata. Tym razem przypomniała sobie o tym jak Asia, sympatyczna dziewczyna z Polski, opowiadała jej o cudownym działaniu ogórków kiszonych. Zatem niosła w ręku naręcze mocnych ogórków kiszonych sprzedawanych w woreczkach.
Wszystko wokół zdawało się ją umacniać w przekonaniu, że nienawidzi swojego życia. Pogrążała się w rozpaczy i żałości, a okrutny los postanowił zadrwić z niej jeszcze bardziej w momencie, gdy jakieś fatum usunęło z jej drogi znak informujący o niedawno umytej podłodze. Nie zdawała sobie sprawy, że była ona aż tak śliska.
Buty, które przywdziała tego ranka nie były przystosowane do takiej powierzchni. Noga uciekła jej gdzieś, gdy tylko wykonała nieostrożny krok. Poślizgnęła się i niemal straciła równowagę, ale przed bezpośrednim kontaktem z podłogą uratował ją stojący przed nią heros, w którego ramiona niemal wpadła. Szkoda tylko, że przy okazji mocniej ścisnęła worek z ogórkami kiszonymi, który eksplodował pomiędzy ich ciałami.
- Cholera jasna... Przepraszam bardzo. Nic się panu nie stało? - zapytała z lekkim przejęciem, ale oczywistym było, że coś się stało.
Oboje byli przemoczeni i pachnieli jakby wyszli właśnie z fabryki konserw po długiej zmianie.
Karrion Stifler
-
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiSierra/Leonetyp narracjiDemokracja bezpośredniaczas narracjiWłaściwypostaćautor

Karrion nie planował dziś żadnych bokserskich czynów. Szczerze mówiąc, jego ambitny plan na poranek ograniczał się do jednej bardzo konkretnej misji: wejść do sklepu, kupić tabletki na rozwolnienie i wrócić do domu zanim organizm postanowi sobie przypomnieć o wczorajszej, niezbyt udanej kolacji. A wszystko przez kebaba. Nigdy nie sądził, że jedzony o trzeciej nad ranem posiłek bogów będzie tym, czym KFC jest dla kurczaków.
Dlatego właśnie stał przy półce z lekami bez recepty, z rękami w kieszeniach i miną człowieka, który gdzieś tam rozmyśla trochę nad własnym losem, a jednocześnie ma we wszystko wyjebane tak jak Hiszpania w Eurowizje. Już prawie sięgnął po opakowanie tabletek, gdy nagle jego uwagę przyciągnął ruch kątem oka.
Odwrócił głowę dokładnie w chwili, gdy zobaczył kobietę wykonującą coś pomiędzy ślizgiem w snowcross, a moonwalkiem wstecznym w stylu Majkela. Instynktownie złapał ją, zanim poleciała na podłogę, jednak nie obyło się bez ofiar. Worek z ogórkami kiszonymi eksplodował.
Karrion nawet nie drgnął, kiedy kwaśna zalewa rozlała się pomiędzy nimi i spłynęła po jego koszulce. Stifmeister nie mógł przecież pokazać, że było to dla niego niekomfortowe. Chodzi tu wszakże tylko o styl i nic więcej.
Powoli opuścił wzrok na mokrą plamę na swojej klatce piersiowej, potem na resztki foliowego worka w jej dłoniach, a na końcu ponownie na nią. Jego brwi uniosły się minimalnie, jednak nie w gniewie, a w totalnym zaskoczeniu. Nie tak wyobrażał sobie ten poranek, a przecież jeszcze w perspektywie było to, że mógł się po prostu zesrać.
Gdy w końcu się odezwał, jego głos był spokojny i niski, jakby sytuacja wcale nie była absurdalna.
- Cóż... - zaczął. - Miewałem lepsze poranki... ale gorsze też - stwierdził, wspominając chociażby początek następnego dnia po walce, w której obito mu gębę na ringu.
Puścił kobietę dopiero wtedy, gdy upewnił się, że stoi stabilnie i choć wyglądali teraz jak dwoje bezdomnych po kąpieli w Gangesie, nie dawał po sobie poznać tego dyskomfortu. Przesunął dłonią po mokrej koszuli, po czym spojrzał na nią jeszcze raz.
- Po co Pani w ogóle te ogórki? - zaczął od dupy strony, ale to faktycznie go interesowało.
Brzuch na chwilę dał o sobie zapomnieć, a więc i Karrion zapomniał, że trzymał cały czas w ręku paczkę tabletek na rozwolnienie. Jedni mogliby powiedzieć, że odegrali scenę z taniego kabaretu. Inni zaś, że mogło to być na swój sposób romantyczne. W końcu niejedna para rozpoczęła swój żywot od kibla.
Ophelia Attwood
-
I am my own sanctuary and I can be reborn as many times as I choose throughout my life
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak wyglądały wybory przeszłej Ophelii. Teraźniejsza Ophelia z kolei musiała sobie z nimi jakoś radzić. Podobnie jak z faktem, że właśnie wpadła na najprawdziwszego Herkulesa, z którym skąpała się w kwaśnym soku ogórków kiszonych. Z tym, że jej wybawiciel w dłoni zamiast potężnej broni dzierżył niezwykle skuteczny środek na rozwolnienie. Jak nie tylko ona miała gówniany poranek... W jego przypadku dosłownie.
Oboje właśnie wyglądali jakby chcieli startować w konkursie na Króla i Królową Mokrego Podkoszulka. Attwood była bardziej niż świadoma tego, że przemoczony materiał przylgnął do jej dekoltu, a biała koszulka nałożona w pośpiechu z rana właśnie podkreślała w cudny sposób jej zdecydowanie zbyt nijaki biustonosz. No trudno. Chwilowo było na to zbyt gorąco, ale jak tylko wyjdzie ze sklepu to będzie musiała zapiąć kurtkę narzuconą na ramiona, aby nie przyciągać wzroku przechodniów.
- Przynajmniej nie jestem sama z tym uczuciem - skwitowała z lekkim uśmiechem, który był przepełniony zażenowaniem.
Tyle dobrego, że jej bohater, który pomógł jej stanąć na nogi nie miał jej za złe tego wszystkiego i wydawał się nie przejmować zbytnio faktem, że teraz pachniał niczym najlepsza zakąska do wódeczki. Może jednak powinna uznać, że w jakiś sposób uczyniła go apetycznym?
- Ogórki... Ach... Wypiłam wczoraj nieco za dużo - odpowiedziała wprost, nie zamierzając go specjalnie zwodzić. - Podobno pomagając... A pan, zdaje się również ma swoje demony żołądkowe.
Zerknęła wymownie na opakowanie Stoperanu w jego dłoni. Nie zamierzała go oceniać. Nic co ludzkie nie było im obce. Może i mieli dosyć nietypowe pierwsze spotkanie, ale zdecydowanie scenarzyści komedii romantycznych niekiedy ładowali swoich bohaterów w o wiele dziwniejsze sytuacje. Przynajmniej tutaj było ciekawie i niesztampowo.
Karrion Stifler
-
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiSierra/Leonetyp narracjiDemokracja bezpośredniaczas narracjiWłaściwypostaćautor
Westchnął ciężko i pomasował ręką kark, krzywiąc się minimalnie, jakby właśnie musiał przyznać się do porażki, co raczej nie przychodziło mu z łatwością.
- Demony to delikatne określenie - odparł krzywiąc się. - Wczoraj zaufałem kebabowi… któremu ufałem od lat... - rzucił dość smutnym tonem, który wprowadzał dziwny, niespokojny nastrój. Zrobił krótką pauzę, jakby samo to wyznanie było dla niego czymś niemal osobistym.
- I to był błąd - dodał ciszej, z nutą zawodu, jak bokser mówiący o trenerze, który przygotował go na nie tego rywala, co trzeba. Spojrzał w górę na sufit sklepu, jak gdyby spoglądał na niebo w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące go pytania. Następnie przeniósł wzrok na opakowanie tabletek w swojej dłoni, unosząc je lekko.
- Nigdy mnie nie zawiódł. Mamusie oszukasz, ojca oszukasz, ale kiszek nie oszukasz - skinął głową, jak gdyby właśnie wygłosił sentencję godną Sokratesa.
- Niezbyt chętnie, ale muszę przyznać, że tym razem kebab mnie pokonał - westchnął ciężko.
Jego wzrok znów przeniósł się na nią.
- A skoro ogórki mają ratować panią… - skinął głową w stronę resztek woreczka. - To może warto zaopatrzyć się w następny worek? Ten już raczej do niczego się nie przyda - zauważył, spoglądając to na jej strój, to na swój.
- Karrion Stifmeister Stifler - przedstawił się, wyciągając suchą dłoń w kierunku Ophelii. Jak już tkwili w tym żołądkowym gównie razem, to chociaż niech się poznają - będzie raźniej.
Ophelia Attwood
-
I am my own sanctuary and I can be reborn as many times as I choose throughout my life
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Zdradzone zaufanie boli najbardziej - odparła jakby zupełnie nie chodziło o zatrucie pokarmowe, a bardziej filozoficzną sprawę.
Rozumiała jednak, że czasem jedno niezwykle przykre doświadczenie potrafiło dla człowieka skreślić najbardziej lubiany lokal. Sama całe szczęście nie miała takich wrażeń. Jedynie nowe punkty z żarciem potrafiły ją tak nieprzyjemnie zaskoczyć, ale nigdy miejsce, w którym decydowała się regularnie na posiłek.
- Przykro mi to słyszeć. Mam nadzieję, że faktycznie szybko pomoże i więcej nie zaznasz takiej porażki - powiedziała łagodnie jakby była kobietą pocieszającą wojownika wracającego z przegranej wojny.
Dopiero na jego uwagę spojrzała na resztki worka i zmasakrowane ogórki, które w nim się znajdowały. Miał rację. Powinna teraz zrobić w tył zwrot, aby dokupić więcej polskiego leku na kaca. Chyba, że taka kąpiel w soku z kiszonki również miała działania łagodzące skutki przepicia. Nie miała pojęcia. Rabini wciąż nad tym dyskutowali.
- Zapewne powinnam to zrobić - odpowiedziała, wzdychając ciężko po czym wyciągnęła dłoń, aby uścisnąć wyciągniętą w jej stronę rękę. - Ophelia Attwood. Pomimo okoliczności miło mi poznać... panie Sztywny Majster.
Uśmiechnęła się nawet do niego nieco zadziornie, wypowiadając tę ksywkę, która zdecydowanie mocno ją rozbawiła. No, ale była skacowana, a w tym wypadku jej mózg mógł lubować się w humorze dla dwunastolatków.
Karrion Stifler
-
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiSierra/Leonetyp narracjiDemokracja bezpośredniaczas narracjiWłaściwypostaćautor
W obecnym rankingu problemów jego życia mokra koszula była gdzieś bardzo daleko na liście. Znacznie ważniejsze było to, że jego jelita postanowiły zawiesić broń, jednak z nimi nigdy nic nie wiadomo. Mogą czasem przypierdolić znienacka jak Caro z walorami smakowymi majonezu dekoracyjnego i od razu jest z tego gnój. Karrion znał przecież swój organizm i wiedział, że ten jest zdolny do wszystkiego.
Wciąż trzymając opakowanie tabletek powrócił wzrokiem do Ophelii. Na moment zamarł, po czym powoli uniósł jedną brew.
- Pan Sztywny Majster… - powtórzył powoli.
Kącik jego ust uniósł się w bardzo wyraźnym, dwuznacznym uśmiechu, który zdradzał, że był dumny z tej ksywy niczym George Floyd ze swoich wielu ksyw: Ghost of Kyiv, Johann von Floydmann, Grzesiek Floryda czy z wyniku wyszukiwania google nie żyje śmieć jebany.
Jego spojrzenie na moment wróciło do tabletek, które wciąż obracał w palcach.
- Chociaż patrząc na dzisiejszy poranek bardziej Pan Rozwolniony Majster... - westchnął cicho, obracając wszystko w żart.
Skinął lekko głową w stronę rozgniecionych ogórków leżących na ziemi, przypominając sobie o jej tekście sprzed chwili.
- Serio leczą kaca? - nie żeby potrzebował, bo ogólnie mało pijał, ale może kiedyś skorzysta z tej wiedzy Lechitów. - Zawsze słyszałem tylko jedną teorię związaną z ogórkami kiszonymi... - zaczął po chwili. - Jeśli ktoś naprawdę chce mieć taką sraczkę jak ja dzisiaj, to wystarczą ogórki kiszone i mleko - spojrzał znacząco na resztki worka, potem na nią.
Wyraz jego twarzy nagle stał się poważny.
- Mam nadzieję, że to nie jest twój plan... - rzekł przejęty i uniósł lekko opakowanie tabletek. - Bo jeśli tak, to może nam nie starczyć amunicji do tej bitwy - dodał już z nutką rozbawienia, bo to było dość abstrakcyjne, że ze wszystkich możliwych tematów gadali akurat o sraczce.
Ophelia Attwood
-
I am my own sanctuary and I can be reborn as many times as I choose throughout my life
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pod wpływem niezwykle miłej rozmowy jej problemy również zdawały się przynajmniej na chwilę gdzieś zniknąć. Kac nie dokuczał już tak mocno. Nie zwracała uwagi na pulsowanie w głowie, ani na to, co wyczyniał jej własny żołądek, który mógł przecież uznać, że sam zapach zalewy ogórkowej jest dla niego na tyle drażniący, że warto byłoby zwrócić swoją zawartość. Może Sztywny Majster miał na nią taki wpływ?
Widziała ten uśmiech. Zdecydowanie spodobał mu się tytuł, który mu nadała i podsuwał coraz to nowsze myśli. Była tego pewna. Podobnie jak tego, że z pewnością musiały brzmieć one niezwykle urzekająco sądząc po jego rozanielonej mimice.
- Oby na długo nie był Rozwolniony. Trzymam kciuki za ten Stoperan - rzuciła jeszcze pokrzepiająco.
W nim była cała nadzieja. Może faktycznie Karrion da sobie radę jak tylko weźmie ten jakże mocny specyfik. Może sama powinna poszukać dla siebie jakiś tabletek zamiast polegać na swoistych sposobach z medycyny ludowej?
- Tak słyszałam. Jeszcze nie testowałam - odpowiedziała, bo dopiero niedawno usłyszała o tym tajemniczym sposobie i nie miała dotychczas okazji do tego, aby zweryfikować te informacje. - O tym drugim też słyszałam, ale spokojnie... Nie zamierzam testować na sobie ani na tobie.
Z pewnością nikt nie spodziewał się akurat takiego obrotu sprawy, ale skoro już im się tak dobrze rozmawiało to chyba nie miało większego znaczenia czego właściwie dotyczył temat.
- A ten zdradziecki kebab to skąd? Chcę wiedzieć, gdzie powinnam uważać - zapytała jeszcze, wykonując kilka kroków w tył, aby odłożyć resztki ogórków na jedną z półek i wziąć dwa kolejne woreczki.
Co prawda nie jadała jakoś szczególnie często w takich miejscach, ale nigdy nie wiadomo. Mogła mieć po jakiejś imprezie ochotę akurat na kebab i wtedy warto wiedzieć, który lokal mógłby być podejrzany.
Karrion Stifler
-
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiSierra/Leonetyp narracjiDemokracja bezpośredniaczas narracjiWłaściwypostaćautor
Koszulka przykleiła mu się do klatki piersiowej od wysychającej zalewy, ale przestał już na to zwracać uwagę. Na tym etapie szkody były wyrządzone, a on i tak miał ważniejsze sprawy na głowie. Na przykład własne jelita.
Kiedy Ophelia zapewniła go, że nie zamierza testować kombinacji ogórków i mleka ani na sobie, ani na nim, Karrion wypuścił powoli powietrze z płuc.
- Uff… - mruknął pod nosem z wyraźną ulgą.
Dopiero po chwili wrócił do jej pytania. Przez moment wyglądał jak człowiek, który musi przyznać coś niewygodnego. Przesunął kciukiem po krawędzi opakowania, po czym skinął lekko głową, jakby pogodził się z losem.
- Ali Agca Doner Kebab - powiedział w końcu. W jego głosie zabrzmiała nuta rozczarowania, mówił wszakże o miejscu, które przez ostatnie miesiące darzył prawdziwym szacunkiem, wszak był to pierwszy kebabowy zawód od czasu pierwszego powrotu do Toronto. Teraz był przecież w trakcie drugiego.
- Coś zaczęło się psuć, odkąd Ali Agca sprzedał biznes - skinął głową, przypominając sobie karierę jegomościa. Niegdyś niedoszły zabójca papieża Polaka, potem właściciel kebaba w Toronto. Życie pisało naprawdę dziwne scenariusze. - Kupił go jakiś tures… Zafer - tylko tyle o nim wiedział. Reszta to już historia: nowy właściciel, zjazd z wielkością, czasem dostawy i jakością, a potem już tylko równia pochyła w dół.
Wrócił spojrzeniem do Ophelii.
- Teraz to już nie wiem, gdzie można zjeść dobrego. To miasto zeszło na psy - skinął sam do siebie głową, przypominając sobie, że psy to nawet wirtualnym Toronto na pbfach rządzą.
Wtem odezwał się jego brzuch, za który mężczyzna nawet się złapał jedną dłonią.
- Nie teraz... - rzucił głosem, jakby był jakimś Spider-Manem mającym przemienić się w jakiegoś pająko-potwora.
Nie czekając więc na nic, otworzył paczkę tabletek i od razu wziął profilaktycznie ze 3, nie zapoznając się w ogóle z zaleceniami dotyczącymi stosowania tego medykamentu.
- Chcesz? - spytał, podsuwając jej blister.
Ophelia Attwood
-
I am my own sanctuary and I can be reborn as many times as I choose throughout my life
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mogła się cieszyć przynajmniej z tego, że w Toronto nie panowały już mrozy obejmujące dwucyfrowe liczny na minusie. Inaczej niewątpliwie odmroziłaby sobie cycki wychodząc nawet w zapiętej kurtce ze sklepu. Całe szczęście teraz nie groziło jej nic aż tak poważnego.
- Serio wyglądam jak ogórkowa terrorystka? Albo samobójczyni? - zapytała z rozbawieniem, gdy tylko usłyszała tę niezaprzeczalną ulgę w jego głosie.
Może najgorszemu wrogowi mogłaby zapodać taką terapię, ale nawet nie wiedziała w jaki sposób dokonałaby subtelnej aplikacji zarówno mleka jak i owych ogórków kiszonych. Zdawało się to być praktycznie niemożliwym zadaniem.
Nazwa knajpy coś zdawała jej się mówić. Coś dzwoniło, ale nie wiedziała, w którym kościele. Równie dobrze mogło dzwonić w samym Watykanie. Wysłuchała jednak w całości tej jakże poruszającej historii Karriona i podeszła bliżej, aby położyć mu dłoń na ramieniu w ramach duchowego wsparcia.
- Jeśli to cię pocieszy to Ali cię nie zawiódł. Dokonał tego obcy mężczyzna - powiedziała łagodnie.
Gdyby tylko Agca był w posiadaniu budki z kebabem to wszystko byłoby w porządku. Ba, jedzenie wychodziłoby mu nawet bosko, biorąc pod uwagę, że przecież ściskał rękę samemu papieżowi to jego dłonie zostały w jakiś sposób poświęcone przez ten dotyk... ergo sam jego kebab stawał się relikwią piątej kategorii poprzez pocieranie o inną relikwię powstałą dzięki kontaktowi ze świętym.
Nie spodziewała się, że żołądek postanowi zaatakować mężczyznę akurat w tym momencie. Patrzyła z pewnym oniemieniem na to jak ten sięga po tabletki i bierze od razu kilka na raz. Na zaproponowany specyfik pokręciła tylko głową.
- Nie, dzięki. U mnie jak już to idzie drugą stroną - odpowiedziała, ale kto wie jak jeszcze jej organizm będzie chciał się oczyszczać. - Idziemy do kasy?
Może był to odpowiedni moment na to, aby dokonać tego jakże poważnego zakupu.
Karrion Stifler
-
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiSierra/Leonetyp narracjiDemokracja bezpośredniaczas narracjiWłaściwypostaćautor
- Nie - odparł spokojnie i lekko pokręcił głową. - Ale pytanie było zasadne - dopowiedział, znów zerkając w kierunku ogórków.
Kącik jego ust uniósł się minimalnie, bo choć Ophelia absolutnie nie przypominała terrorystki, to jednak obraz kobiety stojącej w sklepie z workiem ogórków kiszonych, w dodatku oblanej ich zalewą, tworzył dość… jednoznaczne skojarzenia. Szczególnie dla człowieka, który właśnie walczył z własnym żołądkiem.
Karrion skinął głową, kiedy zaproponowała przejście do kasy i bez słowa ruszył w kierunku miejsca docelowego. Po drodze jeszcze raz odruchowo poprawił opakowanie tabletek w dłoni, jakby upewniał się, że wciąż tam są.
Kiedy dotarli do kasy, jego uwagę przyciągnęło coś zupełnie innego. A właściwie ktoś...
Za kasą siedziała młoda ekspedientka o wyjątkowo ładnej twarzy, jasnych włosach i tym typem uśmiechu, który potrafił sprawić, że człowiek topniał niczym kanapka z serem. Dla takich kobiet padało się na kolana i cieszyło, że jest mężczyzną. Tak, bez wątpienia przypominała mu matkę.
Karrion zamarł na ułamek sekundy. W normalnych okolicznościach byłby to dokładnie ten moment, w którym spróbowałby rzucić jakimś pół-żartem, pół-flirtem. Może zagadać, sprawdzić, czy rozmowa pójdzie dalej. A nuż właśnie w takim miejscu zaczęłaby się historia o tym, jak poznał swoją przyszłą żonę. Dziś jednak stał przed nią z koszulką przesiąkniętą zapachem ogórkowej zalewy, trzymając w dłoni opakowanie tabletek na rozwolnienie. Wyglądał mniej więcej jak człowiek, który przed chwilą wyszedł z długiej, przegranej walki z jabolem, być może nawet zakupionym w tym sklepie.
Karrion poczuł, jak przez ułamek sekundy robi mu się… trochę głupio. Podrapał się lekko po karku i odchrząknął cicho, odkładając tabletki na taśmę.
- Dzień dobry - rzucił dość neutralnie, chcąc zachować pozory normalności.
Ekspedientka przeskanowała opakowanie z uprzejmym uśmiechem, który w innych okolicznościach mógłby być zalążkiem do rozwinięcia mitu Stifmeistera. Dziś jednak Karrion uznał, że los wyraźnie zasugerował mu, żeby nie przesadzał ze swoimi ambicjami i myślał o dupach w takim kontekście, by się nie zesrać. Nie, by jakieś zaliczyć.
Westchnął lekko pod nosem, zdając sobie sprawę z tego, że ewidentnie przepadła mu szansa nie tylko na znalezienie żony dzisiaj, ale także na eksperymenty łóżkowe, np. trójkąt. Biorąc pod uwagę jak wyglądał wspólnie z Attwood, bliżej już było im tylko do kochanków. A to wszystko za sprawą jednego, nietrafionego kebaba...
Stifler spojrzal na swoją kompankę i skinął porozumiewawczo głową, jak gdyby wcale nie wyglądali na bezdomnych, którzy kupują tabletki na rozwolnienie i worki ogórków kiszonych.
- Pozwól, że zapłacę za ciebie i ulżę sumieniu - rzucił prawdziwie heroicznym tonem, jak gdyby chciał dokonać czegoś prawdziwie epickiego. W rzeczywistości uznawał się po prostu za winnego całej tej sytuacji, bo gdyby nie był taki duży, to może by ten worek nie pękł. Z drugiej strony, wina była chyba obustronna, skoro blondi nie patrzyła gdzie idzie i wpadła na taki pociąg towarowy jak on.
Ophelia Attwood