ODPOWIEDZ
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

One.

Miałeś jedno zadanie, Enzo. Kazałem ci ściągnąć jednego faceta, spieprzyłeś sprawę po całości. Nie powinno cię tu być.
Powinieneś już wypierdalać. W tym domu nie ma miejsca dla nieudaczników.
Obiecuje, że jak cię tylko namierzę, to zniszczę ci życie.
Santorini. Wiem, że jest w Toronto. Przydaj się do czegoś.
Nie chcesz? Pamiętaj, że wiem o tobie wszystko. Lepiej się nią zajmij, albo pożałujesz.


Szatan zna Twoje grzechy i nie pozwoli Ci odejść w spokoju — Enzo nie był wierzący. Nie wyznawał żadnej religii, żadnej wiary. Tę stracił już dawno temu, prawdopodobnie już za czasów dzieciństwa. Obserwował z boku to, co działo się w domu; jak lalka kurząca się na komodzie przez lata tylko po to, by na koniec zostać wyrzucona. Stare przedmioty i zabawki miały swój termin ważności. Dzieci je wyrzucały, gdy dorastały. Dzieci zamieniały lalki na lakiery do paznokci, chłopcy wyrzucali samochodziki i zastępowali je grami komputerowymi. Czas przedział nieubłaganie do przodu, zostawiając za sobą wspomnienia. Ludzie dojrzewali, z wiekiem stawali się coraz markotniejsi, coraz gorsi. Coraz mniej szczęśliwi, coraz bardziej zgorzkniali i skłonni do nieludzkich czynów. Zabawki były tylko początkiem tego etapu dorastania. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej traciło się wiarę w ludzi. W osobach, takich jak Enzo, tej wiary brakowało. Ojciec pokazał mu świat, w którym wszystko było szare, ponure i pozbawione sensu. Mógł mu za to podziękować; nauczył go, że najbliższa rodzina potrafiła zawieść. Każdy kolejny zawód bolał mniej. Złamane serce nie bolało, bo przecież wiedział, że szczęście nie było wieczne dla kogoś, kto był tylko narzędziem służącym do zabawy. Zbyt wiele razy się rozczarował, by teraz przejmować się takimi rzeczami. To, co odczuwał, nie miało nic wspólnego ze smutkiem. To było to dziwne, zalegające na dnie żołądka niczym kamienie uczucie, przypominające ociężałość. Tyle że Enzo odczuwał to w głowie. Ojciec przez wiele lat zatruwał mu myśli i głowę swoimi chorymi dewizami. Prawił o więzach rodzinnych, o zobowiązaniach względem członków rodziny, o przeznaczeniu, o wykonywaniu poleceń. Szydził z ludzi, traktując wszystkich jak figury porozstawiane na szachownicy zwanej życiem. Lorenzo musiał się od tego odciąć. Potrzebował wolności i przede wszystkim spokoju. Niestabilność w życiu codziennym przyprawiała go o frustrację. Chodził podirytowany, niezadowolony. Sporo palił, jakby to miało mu pomóc w uspokojeniu. Pomagało, ale tylko na chwilę. Dym zatruwał płuca, dając ciemnowłosemu krótkotrwałą chwilę ukojenia. Najgorsze były wieczory. Nie te, w których normalnie zasypiał, lecz te, w które przypominał sobie o poczuciu beznadziejności i wyrzutach sumienia, z którymi musiał mierzyć się ostatnie dwanaście lat.
Elena Santorini nie była osobą, której potrzebował. Nie była ostatnim elementem układanki ani kimś, kto pomógłby pomóc odnaleźć mu spokój ducha. Widział w niej gwóźdź do trumny. Kogoś, przez kogo wyląduje w płytkim grobie, zagrzebany przez własnego ojca, jeśli i tym razem zawiedzie ojca. Nieszczególnie podobała mu się wizja bycia ściganym przez członka swojej rodziny. Nie odczuwał też żadnej radości z obserwowania Eleny Santorini. Zadanie, które miał do wykonania wydawało się bardzo proste. Musiał dokończyć to, co zaczął lata temu. Wyśledził jej rodzinę, nakierował ojca na trop Lorenzo, ojca Eleny. Przyczyniłby się do ich śmierci, tym razem całkowicie świadomie i bez skrupułów. Wiedział, że nie byli dobrymi ludźmi. Nie wiedział, że Fedrico będzie chciał szukać Eleny, bo uznał ją za zagrożenie. Enzo dowiedział się o tym zaledwie kilka dni temu. Miał ją poobserwować, sprawdzić, czy pielęgnowała mafijną tradycję swojej rodziny. Podobno brała udział w szemranych interesach; jakich? Musiał to ustalić.
Wieczór wdarł się do miasta, niosąc za sobą porywisty wiatr i przeszywające zimno. O tej godzinie teatr nie był tylko obiektem kultury, był bijącym sercem miasta. Osoby zainteresowane choć trochę sztuką teatralną lub baletem wchodziły do wnętrza budynku — nie mogli doczekać się spektaklu. Enzo nie lubił teatrów. Nie pasował do tego miejsca, w którym mężczyźni poubierani w garnitury próbowali udowadniać swoją męskość, a kobiety zakładające eleganckie suknie robiły z siebie damy, choć na co dzień ich życie nie miało zbyt wiele wspólnego z kulturą. Kłamać potrafił każdy. Stojąc oparty o budynek w skórzanej kurtce, kończył dopalać papierosa. Mijający go ludzie zerkali na niego z mieszaniną dziwnych emocji wymalowanych na twarzach. Dostrzegał w tych spojrzeniach i pytanie i niepewność. Rozumiał przekaz. Nie prezentował się najlepiej na tle tego ekskluzywnego miejsca. Nawet nie próbował wyglądać dobrze w świecie fałszu i przepychu. Podłapując czyjeś spojrzenie, elegancko kiwał głową, jak bezdomny alkoholik szukający towarzystwa w klasie społecznej, do której nie należał. Zerknął na zegarek, czekając na godzinę zakończenia spektaklu. Pozostało już niewiele czasu do spotkania z Eleną Santorini, o której wciąż wiedział niewiele. Przyznać musiał szczerze, że nie była mistrzynią kamuflażu. Wiedział, że jako primabalerina radziła sobie świetnie; był na jednym z jej występów. Właściwie pokaz baletowy nosił ten sam tytuł, co ten wystawiany tego wieczora. Pamiętał każdy detal występu. Miał wyśmienitą pamięć. Zwłaszcza wtedy, gdy skupiał się na zadaniu. Tym razem zamierzał zwrócić na siebie jej uwagę; nie poprzez obecność, nie poprzez aurę. Zamierzał do niej zagadać, gdy tylko wyjdzie na zewnątrz.

Cztery minuty przed zakończeniem spektaklu wyrzucił niedopałek na ziemię.

Trzy minuty przed końcem okrążył budynek.

Dwie minuty przed kodą opierał się o ścianę tuż przy tylnym wyjściu teatru.

Czekał na nią, gotowy do realizacji kolejnej części planu.

Musiał być czarujący, by zdobyć jej zaufanie i udowodnić, że nie był zagrożeniem.

Z ich dwójki była nim Elena.


Świetnie sobie dzisiaj poradziłaś — Zagadał, wyłapując ją kątem oka, gdy wychodziła z budynku. Właśnie tymi słowami i nutą nonszalanckiego podziwu w głosie, zamierzał zatrzymać ją na dłużej niż przysłowiową chwilę. Pytanie, czy chciała mu ją poświęcić.

Elena Santorini
Ostatnio zmieniony pt kwie 03, 2026 12:20 pm przez Enzo Lawrence, łącznie zmieniany 1 raz.
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
i'm not good at love, i'm so much better at taking my clothes off
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

you ain't met someone quite like me
the kill of the night
outfit
Lubiła być n a r z ę d z i e m.
Jej życie było zaprojektowane od samego początku - miała w nim swoją rolę, miała obowiązki do wypełnienia i cele do osiągnięcia. Od najmłodszych lat wiedziała jak powinna wyglądać i zachowywać się osoba o jej statusie. Znała formę, w której powinna się zmieścić, a w którą jej matka wpychała ją początkowo z wyraźnym oporem ze strony młodej Santorini. Opór ten zmniejszał się z biegiem lat, gdy dostrzegła, że gdy jej starania odnosiły skutek, na ustach jej ojca pojawiał się tak rzadki widok szczerego uśmiechu.
Nie wiedziała, w którym momencie swojego życia przestało jej to przeszkadzać - a w którym zaczęła to doceniać. Zasady, reguły, te istotne i te kompletnie stworzone na potrzeby jej kontrolującej rodziny, wytyczały jej szlak, a jej jedynym zadaniem było nim podążać. Znała etykietę bezbłędnie, prezentowała się nienagannie - a przede wszystkim, wiedziała, gdy wzrok należało odwrócić.
Była ślepa na broń błyszczącą na blacie biurka ojca, któremu przynosiła herbatę. Głucha na odgłos stłumionych krzyków dobiegających z ogrodu, który kochała wyłącznie w promieniach słońca - nigdy nie wchodziła do niego pod osłoną nocy. Pozostawała skupiona na sobie, na własnych obowiązkach, na treningach, które uczyniły z niej primabalerinę. Na deskach Teatro Alla Scala, na których zostawiała skrawek swojej duszy - ten nieskalany wszystkim, czego doświadczała ich w posiadłości i każdą obietnicą składaną przez jej ojca, której nie potrafił dopełnić.
Była i d e a l n a, wierząc, że tylko taką wersję można było pokochać. Lubiła zasady i konwenanse, ponieważ dawały jej coś, na czym mogła się skupić - czym mogła zasłonić tę istotę swojego jestestwa, do której sama nie zaglądała zbyt często. Lubiła teatr, ponieważ to taniec wskazywał jej, kiedy powinna oddychać, kiedy powinna się skupić a gdy sztuka nakazywała jej rozluźnienie. Przywdziewała inne twarze z radością, znajdując sobie role do wypełnienia, inne od tej, którą grała na co dzień.
Tego wieczoru była Giselle.
Wirowała na wiejskich polach, przekazując swoją miłość mężczyźnie, który nie mógł jej odwzajemnić. Łaknąc jego uczuć, jego bliskości, odtwarzała swobodę z rygorystyczną precyzją, wspomnieniami sięgając do nocy gorącego, Włoskiego lata, do zapachu jej ogrodu i tej młodzieńczej wolności, której zaznała wystarczająco, by pamiętać jej smak. Gdy sztuka nakazywała, by jej włosy wymknęły się z upięcia i, w ten niestandardowy dla tradycyjnego baletu sposób, opadły na jej ramiona w scenach szaleństwa, zamykając oczy mogła niemal wyobrazić sobie życie, które straciła.
Gdy Giselle umierała, za wszelką cenę starała się nie myśleć o posadzce utopionej w szkarłacie, o pustych spojrzeniach wbitych w sufit i tej dłoni, łudząco wyciągniętej w jej stronę, choć sięgała po leżący obok pistolet.
Być może dlatego od zawsze potrafiła błyszczeć na deskach teatru. Była czystym płótnem, które ktoś inny mógł chwycić, przemalować wedle swojego uznania. Formą, czekającą, aż czyjeś dłonie ją uformują na kształt, który byłby dla nich satysfakcjonujący.
Być może dlatego po ostatnich ukłonach w jej oczach błyszczały łzy - nie wzruszenia, a świadomości tego, że wraz ze zsunięciem się kotary, jej ciało nie miało już wytyczonego c e l u.
Tkwiła przez dłuższy czas przy swoim stanowisku, powoli doprowadzając się do porządku - zrzucając z siebie kostium jak skórę, układając go idealnie w pokrowcu, zawieszając na tym miejscu, na którym wisiał zawsze. Wyjmując wsuwki z włosów, wsadzając do pudełka na wsuwki. Zdejmując z siebie kombinezon, wkładając cokolwiek, ponieważ tego wieczoru jej chęci na uczestniczenie w spotkaniach po występie były zerowe. Większość osób opuściła już przebieralnię gdy ona wciąż w niej tkwiła, spoglądając na podarowane jej kwiaty - kwiaty, które musiała odnieść na jutrzejszy spektakl. Wiedziała, że ostatecznie trafią do jej mieszkania, ale teatry były praktyczne - gdy spektakl odbywał się codziennie, marnotrawstwem byłoby nieużywanie tego samego bukietu wręczanego primabalerinie w oczach publiki.
Gdy odstawiała kwiaty na właściwe miejsce, przez myśl przeszło jej, że w Mediolanie codziennie dostawała nowe. Nie była na tyle próżna by sądzić, że to przez zachwyt jej sztuką. Wpływy jej ojca sięgały daleko, były odczuwalne nawet wtedy, gdy jego miejsce na widowni tkwiło puste. Nie wiedziała, za czym tęskniła bardziej - za morzem umierających kwiatów, wypełniających jej sypialnię, czy za złudną nadzieją, że m o ż e tym razem go zobaczy.
Wychodząc tylnym wyjściem z teatru nie dbała o to, w jaki sposób się prezentuje - jej włosy były rozrzucone w nieposkładanej burzy, narzucona na ramiona kurtka nachodziła na luźne jeansy, w których nigdy w życiu nie pojawiłaby się publicznie. Grzebała w obszernej torbie za schowanym w wewnętrznej kieszeni papierosem, przeznaczonym na wieczory takie jak ten. Paliła, choć tego nie lubiła. To to przeklęte miasto zasiało w niej tę plagę.
Męski głos przebrzmiał w powietrzu i sprawił, że zatrzymała się gwałtownie, odwracając wzrok od swoich poszukiwań. Jakaś prymitywna cząstka zaszyta w jej głowie sprawiła, że jej ciało napięło się bezwiednie, dreszcz przemknął wzdłuż kręgosłupa. Głos był mocny, o b c y, a wokół nich zapadła już noc. Santorini była uważna - zwykle, gdy nie rozpraszały ją przemyślenia, na które nie chciała mieć w swojej głowie miejsca.
Jej wzrok powoli przesunął się po sylwetce opartego o ścianę mężczyzny, po jego skórzanej kurtce i rozluźnionej sylwetce. Dotarł wyżej, do przystojnej twarzy okalanej ciemnymi włosami, których końcówki opadały w kierunku czoła. Jego słowa zdawały się kompletnie nieadekwatne do ubioru, zaledwie przykrywka, nieudolnie maskująca fakt tego, że na nią c z e k a ł. W każdym innym przypadku cofnęłaby się do środka, udając, że czegoś zapomniała - prosząc ochronę o eskortę głównymi drzwiami prosto do wnętrza taksówki.
Ale Santorini była próżna, a obcy mężczyzna nie wydawał jej się tak wrogo nastawiony - ponieważ był miły dla oka.
- Dziękuję - odparła zdawkowo, prostując się mimowolnie, świadoma tego, że nie wyglądała tak, jak powinna wyglądać primabalerina - teraz, zmęczona po spektaklu, gotowa wrócić do swojego mieszkania by zająć czymś swoje myśli. Jej wzrok jednak ostentacyjnie zlustrował jego sylwetkę, buntowniczą odzież, która wzbudzała w niej konsternację. - Wpuszczono tak pana do teatru? - zapytała, kącik jej ust sam pomknął w górę w zadziornym uśmiechu. Westchnęła ostentacyjnie, dłonią odsuwając kosmyki włosów, z uporem lecące jej na twarz. - Będę musiała porozmawiać na ten temat z ochroną.

Enzo Lawrence
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obecny Enzo był indywidualistą w każdym możliwym tego słowa znaczeniu. Światopogląd bruneta na przestrzeni lat ulegał zmianie, kształtował się i formował z każdym kolejnym rokiem życia. Gdyby cofnął się o piętnaście lat, widziałby zagubionego, może nieco niepewnego chłopca stojącego obok ubranego w garnitur ojca o zabójczo przeszywającym spojrzeniu. Urywki przeszłości przenosiły go do willi w słonecznym Mediolanie. Dom — albo raczej Willa — rodziny Lawrence stała na łagodnym podwyższeniu na obrzeżach miasta. Zaprojektowana w stylu klasycznej, włoskiej elegancji przyciągała uwagę turystów. Zwłaszcza wczesnym latem, gdy wielobarwne kwiaty ozdabiały ogród, a drzewa porastały bujne liście. Przypominał mu się masywne drzwi i ścieżka wyłożona kolorowymi kamieniami. Nie pamiętał imienia ogrodnika dbającego o wizualną część ogrodu, ale miał dobrą rękę do roślin. Wykonywał swoje obowiązki z zaangażowaniem. To były czasy, w których uważał swojego ojca za prawdziwy autorytet. Mężczyzna wzbudzał podziw u pierworodnego syna. Ten mężczyzna potrafił ze wszystkiego zrobić biznes. Jednego roku sprzedawał ręcznie rzeźbione przez żonę figurki związane z włoską tradycją — idealny prezent dla turysty. Innym razem otwierał własną perfumerię inspirowaną północną częścią Włoch. Pieniądze były nieodłącznym elementem codzienności Fedrico i jego rodziny. Pławił się w luksusach i często patrzył na innych z góry, szufladkując ludzi, jakby byli zwykłymi zabawkami. Uprzedmiotowianie miał we krwi. Nikogo nie traktował równo, nawet własnej żony. Zawsze chodził w towarzystwie dwóch psów obronnych, a gdy któryś był nieposłuszny, po prostu go wymieniał. Gdyby miał możliwość, bez wątpienia potraktowałby jak towar nawet własne dziecko. Enzo chroniła jednak matka i krew. Do pewnego momentu nie dostrzegał ułomności ojca. Nie powiedziałby, że się go bał, ale ojciec wzbudzał respekt. Nie musiał krzyczeć, by wymusić posłuszeństwo — wystarczyło zimne spojrzenie i upominające zaciśnięcie palców na ramieniu, by zrozumieć, że postępowało się niewłaściwie. Odpowiadało mu to, dopóki nie zaczął dostrzegać niepoprawności w zachowaniu tego mężczyzny. Przemoc nie zawsze oznaczała tę fizyczną. Była też ta cicha, psychiczna, wwiercająca się w głowę jak wiertło lekarskie w czaszkę. Okropne uczucie, zwłaszcza bez znieczulenia.
Pamiętał moment, w którym po raz pierwszy poczuł ją na sobie. Miał może ze czternaście lat, gdy wrócił dużo później do domu niż zwykle. Zasiedział się wtedy u kolegi. Spędzili miło czas, grając w piłkę i przeglądając kolekcję kart. Ojciec czekał na niego w salonie. Siedział nieruchomo jak cmentarny posąg, z dłońmi splecionymi na kolanach. — Gdzie byłeś? — zapytał spokojnie. Lorenzo odpowiedział wtedy zgodnie z prawdą. Podał nawet imię chłopaka, u którego był. Nie potrafił wtedy kłamać. Mina ojca zdradzała rozczarowanie. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Kazał mu usiąść naprzeciw siebie i urządził wieczorną pogadankę na temat tego, że Enzo nie szanował jego czasu, że wybrał siebie i postawił na swoją przyjemność. Że okazał brak szacunku ojcu i przyniósł mu wstyd, bo ten zgodził się zostać dłużej na prośbę kolegi. — Ludzie, z którymi się zadajesz, zawsze będą próbować coś z ciebie wyciągnąć. Czas, uwagę, lojalność. Jeśli im na to pozwolisz, zostaniesz z niczym. A ja nie wychowuję kogoś, kto daje się wykorzystywać. Następnym razem wybierzesz mądrzej — wtedy zaczęło do niego docierać, że zdaniem ojca każda relacja była transakcją. A on sam ma wartość tylko wtedy, gdy nie daje z siebie za dużo. To był pierwszy moment, w którym zaczął rozumieć, że ojciec mówiący o manipulacji i oczekiwaniach, sam pozbawiał go wartości poprzez wymuszanie czasu i lojalności. Fedrico oczekiwał od syna posłuszeństwa. A on nie chciał być marionetką pozbawioną własnego zdania. Właśnie wtedy zaczął się buntować, ojciec przestawał być autorytetem. Stawał się ostrzeżeniem i przestrogą. Lorenzo po raz pierwszy nie przytaknął od razu. A później przestał robić to w ogóle, doprowadzając do pogłębienia konfliktu z ojcem. Po kilku latach Fedrico zrozumiał, że jeśli oczekiwał czegoś od Enzo, musiał przedstawić mu ofertę, którą uzna za wartościową. Przestali być rodziną. Łącząca ich relacja zaczynała przeistaczać się w obustronne transakcje. Zachowywali się względem siebie jak obce osoby, które łączyły tylko interesy. Matka była załamana, bo rodzina, którą próbowała stworzyć, rozpadała się na jej oczach; ojca zżerała od środka wściekłość; Enzo zaczął dostrzegać swoje mocne strony. Pielęgnował swoje wartości, które stały się nieodłączną częścią jego egzystencji. Wyznaczały jego przyszłość.

W przeciwieństwie do Eleny nie zależało mu na uśmiechu ojca.
Nie pozostawał ślepy na chore zagrywki.
Widział w nim antagonistę, nie głównego bohatera.
Miał do niego żal o to, że spieprzył mu życie i wciąż próbował to robić, choć nie mieli kontaktu.
I teraz znów próbował mieszać. Lawrence nie chciał sprawdzać Eleny i nie miał najmniejszej ochoty na kolejną zabawę w kotka i myszkę. Obiecał sobie, że jeśli doprowadzi sprawę do końca, już nigdy więcej nie wejdzie w żaden układ z ojcem. Fedrico szukał dowodów, by pozbyć się ostatniej osoby noszącej nazwisko Santorini. Lorenzo zamierzał udowodnić, że była niewinna. Wiedział, że grzebanie w jej przeszłości i obecnym życiu mogło przynieść katastrofalne skutki. Zwłaszcza dla ojca. Elena w Kanadzie była pod ochroną mężczyzny należącego do kanadyjskiej organizacji, która mogła rozpieprzyć w drobny mak całe życie Fedrico i jego niewielką grupę przestępczą. Szedł po cienkiej linie, która w każdym momencie mogła się zerwać — ale ojciec wiedział wszystko najlepiej. Dlatego Enzo zamierzał wykręcić się z interesu, jeśli tylko nadarzy się taka okazja.
Na razie musiał zgrywać czarującego bohatera przed panienką Santorini. W odpowiedzi na pytanie posłał jej niemal zuchwały uśmiech; jeden z tych sugerujących, że poruszając temat z ochroną, postąpiłaby dość głupio i naiwnie. Odsunął się od ściany, przechodząc obok niej i wskazał otwartą dłonią drzwi, przez które chwilę temu przeszła.
— Możemy iść tam razem, nie widzę przeciwwskazań. Powiedzmy, że twój pracodawca to mój przyjaciel. Gdyby nie to, prawdopodobnie by mnie nie wpuścił. Na szczęście żyjemy w dobrych relacjach, a ja nie sprawiam kłopotów... — oczywiście, bo jakby mógł? Przecież ludzka moralność i wartość wcale nie zależała od ilości oferowanych pieniędzy. Przecież nie mógłby zaoferować łapówki za jednorazowy bilet wstępu i fałszywą przyjaźń. Miał tylko robotę do wykonania i zamierzał zrobić wszystko, by doprowadzić ją do końca.
Zatrzymując się przed drzwiami, zerknął przez ramię na Elenę, jakby w ten sposób sprawdzał, czy zamierzała pójść za nim. Mruknął gardłowo, w zastanowieniu, przeczesując palcami włosy i zerknął na nią w najbardziej czarujący sposób, na jaki było go stać. W końcu w tym momencie przyjmował rolę zainteresowanego nią mężczyzny. I nawet nie musiał się wybitnie starać, bo Elena swoim wyglądem i sposobem, w jaki się do niego uśmiechała, przyciągała jego uwagę — flirt z nią przychodził mu naturalnie.
— Nazywam się Lorenzo. I tak szczerze, wolałbym cię gdzieś zaprosić. Najlepiej na drinka, którego postawię bez żadnych zobowiązań — dodał nieco ciszej, tonem balansującym między żartem a czymś bardziej osobistym. Przechylił lekko głowę, lustrując jej twarz z rosnącą ciekawością w spojrzeniu. Nie była tylko kolejnym, przypadkowym spotkaniem, choć tak próbował ją traktować. W przeciwieństwie do niej wiedział, z kim rozmawiał — i właśnie ten szczegół potęgował ciekawość. Chciał poznać Elenę Santorini i dowiedzieć się o niej czegoś bardziej... Osobistego. Plotki krążyły o każdym, ale jego interesowało głównie to, jaka była naprawdę. Bo to on zamierzał sprawdzić, czy była prawdziwym zagrożeniem, czy tylko wymysłem chorego umysłu mężczyzny zbliżającego się do sześćdziesiątki.

Elena Santorini
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
i'm not good at love, i'm so much better at taking my clothes off
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ich posiadłość była w s p a n i a ł a.
Pamiętała krętą drogę prowadzącą przez strome zbocza na północy od miasta, w rejony, do których turyści nie mieli dostępu. Ich willa była odizolowana, otoczona oliwnymi tarasami, położona wysoko w punkcie, w którym nie rzucała się w oczy osobom tkwiącym z dołu - zaś z niej roztaczał się majestatyczny widok na wszystko wokół. Pamiętała kamienną bramę, za którą roztaczała się jej najbardziej ukochana część tego raju - starannie pielęgnowane ogrody. Za dziecka usiłowała nauczyć się wszystkich, skomplikowanych nazw rosnących tam kwiatów, ale było ich zbyt wiele - wiecznie coś kwitło, zawsze pachniało, zamykając ją w szczelnej bańce otaczającego ją piękna.
Jej matka lubiła mawiać, że to miejsce było najbliższym niebu, do jakiego mogli się dostać.
Z perspektywy czasu, Elena musiała przyznać jej rację.
Chwilowo tkwiła t u t a j, w miejscu dalekim od jakiejkolwiek, nawet szerokiej definicji raju. Z torbą zarzuconą przez ramię, pochmurną pogodą Kanadyjskiej wiosny nad głową i obcym mężczyzną w skórzanej kurtce.
Jego zuchwały uśmiech sprawił, że coś w jej wnętrzu przestawiło się nieco, jakby włączyło inny t r y b. Brew kobiety mimowolnie powędrowała w górę w reakcji na jego słowa, wzrok zaś zlustrował męską sylwetkę raz jeszcze, jakby szukając elementów układanki, które mogłyby wpaść na swoje miejsce. Obcy wyglądał całkowicie pociągająco, nie mogła mu tego odebrać - a jednocześnie nie wyglądał, jakby choćby stał w pobliżu dyrektora teatru, o którym mógłby w tej chwili mówić.
- Rozumiem - westchnęła, nie siląc się na teatralność, gdyż ta przychodziła jej łatwo - zamiast tego wybrała coś po środku, między ironią a prawdziwą wiarą w jego słowa, w tym miejscu, które nie było łatwe w interpretacji. - Musi być p a n w takim razie bardzo ważnym człowiekiem.
Elena lubiła zuchwałych ludzi. Z każdą chwilą i każdym wypowiedzianym przez niego słowem docierała do wniosku, że mężczyzna musiał tu przyjść celowo - że czekał, nie byle na kogo, ale na nią. Sposób, w jaki natychmiast nawiązał z nią konwersację, jakby wiedział doskonale kim była - primabaleriną, gwiazdą tego teatru, lub nawet zwykłą tancerką, która również dla mężczyzn, jak przekonała się w przeszłości, stanowiła atrakcyjną zdobycz. To, jak przeszedł do konkretów, a jego imię - boleśnie znajome - przecięło ciszę wraz z propozycją zabrania jej gdzieś.
Lorenzo. Cóż za ironia losu, że człowiek noszący imię jej ojca znalazł się tutaj, teraz, ze swoją piekielną urodą, nosząc się gdzieś na pograniczu szarmanckości i tego dzikiego, impulsywnego braku ogłady. Na jedno uderzenie serca odwzajemniła jego spojrzenie - w jej ciemnych tęczówkach pojawił się drapieżny błysk na wzór tego, którym obdarzył ją Lorenzo.
Pragnęła się zgodzić.
W ten szalony sposób, któremu daleko było do ostrożnego przemyślenia sytuacji, pragnęła przystać na jego propozycję. Sprawdzić, gdzie skieruje ją noc, gdy zawierzy ją w rękach przystojnego nieznajomego, którego obecność i intensywny wzrok tchnęły zupełnie inny rodzaj napięcia w jej ciało.
Ale nie mogła zignorować jego zuchwałego spojrzenia, jego pewności siebie, jakby wystarczyło, że stanie przy bocznym wyjściu z teatru a Elena Santorini rzuci się w jego ramiona, przystając na każdą propozycję. Santorini była wszystkim, ale nie była ł a t w a.
- To bardzo miłe z pana strony - uśmiechnęła się szeroko, dziewczęco - dygnęła nawet, w ten kulturalny sposób skierowany do człowieka, którego ubiór z kulturą miał niewiele wspólnego. Jej rzęsy zatrzepotały lekko, niemal ostentacyjnie - włosy zsunęły się na policzki od tego drobnego pochylenia się w jego stronę. - Ale nie.
Chwyciła za kaskadę ciemnych włosów i odrzuciła je za ramię, odwracając się i ruszając w przeciwnym kierunku niż ten, który wyznaczał mężczyzna.
koniec
Spoiler
nie no żarcik
stalker alert
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedział, że mu nie wierzyła. Nic dziwnego. Stał przed nią zupełnie obcy facet podający się za przyjaciela kogoś tak ważnego, jak właściciel teatru. Tylko ktoś głupi uwierzyłby w tę bajeczkę wymyśloną na poczekaniu. Nie było go na dzisiejszym spektaklu, ale czy ktoś mógł to potwierdzić, albo temu zaprzeczyć? Elena na pewno nie. Widział wcześniejszy spektakl. Santorini oddawała się sztuce, jak cudownej kochance. Niknęła w świecie rzeczywistym, materializując się w tym, w którym emocje przekazywane ruchem ciała i każdym gestem miały największą moc i siłę przekazu. Enzo nie był człowiekiem sztuki. Daleko było mu do eksperta w jakiejkolwiek dziedzinie artystycznej; był raczej laikiem wykonującym swoją pracę. Jeśli jego zadanie zakładało przyjrzenie się bliżej jakiemuś dziełu sztuki, czy artyście, interesował się tym przez chwilę. Opinia bruneta na temat twórców, czy sztukmistrzów, była dość ambiwalentna. Ci ludzie byli tak pochłonięci światem wyobraźni, że rzadko ogarniali rzeczywistość. Raczej nie kierowali się logiką, czy analityką w codziennym życiu — doświadczali świata poprzez kolory, barwy, dźwięki, nuty, muzykę, dotyk, słowa i estetykę. Uważał to za intrygujące, ale nie na tyle praktyczne, by móc posługiwać się tym na co dzień. Światopogląd wiązał się w głównej mierze z emocjonalnością. Otwarte na nie osoby miały naturalny talent do zmieniania świata i wpływania na innych. Wystarczyło spojrzeć na Elenę i na to, co robiła ze sceną. Nie tylko ona, wszyscy ci artyści, ale jego celem była Santorini. Logiczne, że to na niej skupiał swoją uwagę.
Wchodzenie z nią w słowne gierki — choć nierozsądnie kuszące — byłoby równoznaczne ze stratą już i tak cennego czasu.
Nie skomentował słów o ważnym człowieku. Lorenzo miał ten dar umiejętnego zbywania rzeczy, które w tym momencie były nieistotne, nawet jeśli sam podjął się tematu. Nie było ważne, kim był. Prawdopodobnie i tak nie powiedziałby o tym Elenie, bo te informacje nie były jej do tego potrzebne. Musiał jakoś podjąć temat, a to był najprostszy sposób rozpoczęcia rozmowy; nawiązanie do sztuki. Nie odczuwał nadmiernego zachwytu tym, co zobaczył, ale d o c e n i a ł starania. Na pewno na sali teatralnej było wiele oczarowanych tym występem osób. Może niektórzy uronili nawet łezkę lub dwie. Zuchwałość miał we krwi, nawet nie musiał się szkolić w tym zakresie. Pewności siebie i butności także mu nie brakowało — co też nietrudno było zauważyć. Najwidoczniej Elena, mimo krótkotrwałego zainteresowania, którym go obdarzyła, miała nieco inne zdanie na ten temat.
To bardzo miłe z pana strony, ale nie.
W tym momencie zaczął ją analizować. Uśmiechnął się pod nosem, jeszcze zanim się odwróciła, by odejść w drugim kierunku. Zrobiła dokładnie to, czego się spodziewał. Obserwował sposób, w jaki odsuwała włosy z twarzy. Ten ruch był odrobinę zbyt płynny, zbyt świadomy. Podobnie jak teatralne dygnięcie i sposób, w jaki na niego zerknęła. Obraz Eleny Santorini w jego głowie stawał się coraz wyraźniejszy. Nie był specem od osobowości, nie miał nic wspólnego z psychologią — nie próbował czytać ludzi. Obserwował, wyłapywał szczegóły i dorabiał sobie własną teorię. Taką, która w jego mniemaniu była odpowiednia. Lawrence zawsze dużo analizował, teraz nie patrzył na Elenę jak na człowieka — widział w niej szyfr, kod, który musiał złamać, by zajrzeć głębiej. Odeszła od niego, lecz nie nazwałby tego ostatecznym krokiem, raczej pokazowym. Zupełnie jakby próbowała grać dla widowni, której tutaj nie było. Nie ruszył się. To był moment, w którym każdy inny mężczyzna zrobiłby krok do przodu, by ją zatrzymać, być może chwycić za nadgarstek i pokazać jak bardzo, mu zależy na jej obecności. On tylko przesunął ciężar ciała, opierając się lekko o ścianę, jakby przestało mu się spieszyć.
— Nie? — zapytał, doliczając w myślach do trzech. Głębokie westchnięcie przepełnione rozczarowaniem oznaczało tylko tyle, że właśnie go z a w i o d ł a. Oczywiście, że chciała zostać wybrana, może próbowała być wyzwaniem — zakładanie, że została już zdobyta, było katastrofalnym błędem. Chciała być doceniona, czy może zauważona, ale nie jako osoba, która zakładała maski, lecz ktoś, kto się pod nimi chował. Zapewne znała swoją wartość i miała świadomość, że fizycznie była pociągająca, atrakcyjna. Gdyby tak nie było, nie próbowałaby testować granic poprzez dziewczęcy urok.
Wsunął ręce do kieszenie spodni, wzruszając przy tym ramionami — bardziej obojętnie, niż teatralnie. Obojętność miał wbudowaną w swój życiowy mechanizm i nie potrafił tak po prostu jej wyrzucić. W takich momentach, gdy była naprawdę potrzebna, nie musiał chociaż udawać. Okazanie emocji niewyrażającej żadnej emocji, przychodziło mu z łatwością gaszenia zapałki. Wystarczył silniejszy podmuch, by płomień zgasł — czy płomień Eleny w tym momencie zgaśnie, czy może się zatli? Musiał to sprawdzić. Zamierzał ją przetestować i sprowokować; te dwie rzeczy na co dzień nie sprawiały mu żadnego problemu. Cisza dookoła przez tę krótką chwilę wydawała się zbawienna, jakby całe miasto wstrzymało oddech, czekając na kolejne słowa bruneta.
— Na scenie radzisz sobie świetnie, tam wszystko ma sens. Poza nią myślałem, że improwizujesz. Ale widzę, że działasz według jakiegoś... — zakreślił w powietrzu kółko wskazującym palcem, sugerując zamknięty okrąg — rdzeń jej osobowości, w jego założeniu. — Planu. — zaakcentował, wzdrygając się na to słowo, jakby właśnie powiedział coś odrażającego.
— Mój błąd. Myślałem, że jesteś mniej przewidywalna — przeciągnął ostatni wyraz. Kącik jego ust drgnął w półuśmiechu. Stojąc w cieniu, oparty o tę cholerną ścianę, miał nad nią przewagę. Maskowanie rozbawienia, czy własnej próżności nie byłoby łatwiejsze w żadnym innym miejscu. W sztucznym świetle lamp i grze cieni, nawet rozbawienie mogło wyglądać jak rozgoryczenie, czy żal.



nudziara
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
i'm not good at love, i'm so much better at taking my clothes off
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Och, Elena z n a ł a swoją wartość.
Uczono ją tego jeszcze zanim na dobre nauczyła się chodzić, zanim wykształciła w sobie urodę i wdzięk, którym mogłaby na tę wartość zarobić. Jej rodzina piastowała wysoką pozycję w łańcuchu pokarmowym Mediolanu, w którym wszystkie pieniądze były zbroczone krwią. Pod pewnymi względami, jej matka zachowywała się, jakby były częścią arystokracji.
Santorini uczono, że mało który chłopiec jest jej w a r t. Że poza urodą i wdziękiem, które i do niej przyszły z czasem, musiał mieć coś więcej. Status społeczny, pieniądze, koneksje, władza. Coś, co przyniosłoby jej realną korzyść, poza chwilą uciechy w czyichś ramionach. Poznała tę lekcję bardzo boleśnie w trakcie swojej młodości, gdy chłopcy, którymi była zainteresowana, nagle własne zainteresowanie nią tracili pod wpływem paru słów szepniętych im przez jej brata, od których ich twarze bielały.
W dorosłości miała dowolność wyboru, a jednak bezwiednie kierowała się tym, czym była nauczona.
Cóż wiedziała o mężczyźnie czekającym na nią pod tylnym wejściem? Był przystojny, miał więc urodę i wdzięk, które z pewnością kupowały mu uwagę wszystkich kobiet, jakie postanawiał uraczyć swoim zainteresowaniem. Ale te rzeczy były ulotne, puste, Santorini je posiadała i potrafiła je zdobywać, wybierając sobie mężczyzn, którzy poza nimi posiadali coś jeszcze.
Cóż innego mógł posiadać Lorenzo, poza włoskim imieniem?
Jego postawa, skórzana kurtka i ta pewna niedbałość schowana w sylwetce zdradzały, że był człowiekiem, który nawykł do zdobywania tego, na czym mu zależało. Niesforne włosy muskane wiatrem były obrazem pewnego rodzaju braku zainteresowania, pod którym chowała się kalkulacja. Zupełnie tak, jakby wytoczył się w ten sposób z łóżka i po prostu przypadkiem wyglądał tak dobrze, pragnąc zaprosić ją na kolację.
Jego słowa zaś pchnęły w jej serce coś na kształt irytacji, przełamanej pewnego rodzaju wyzwaniem. Jej brew uniosła się w górę w reakcji na nie, nogi mimowolnie zatrzymały w miejscu. Abstrahując od j e j uroku i wdzięku, Santorini była pieprzoną primabaleriną.
Czy ten człowiek myślał, że padnie w jego ramiona wyłącznie dlatego, że na nią zaczekał?
Czekały na nią d z i e s i ą t k i osób. Mężczyzn, którzy poza urodziwymi twarzami, mieli też wypchane konta bankowe, dojścia do ekskluzywnych miejsc, które chciała zwiedzić i koneksje, które mogły jej w życiu pomóc.
Mężczyzn, którzy przede wszystkim o nią zabiegali.
Ponieważ Santorini nauczono, że to oni powinni starać się o nią. Zabieganie o uwagę jakiegokolwiek mężczyzny w jej książce nie było wyłącznie niestosowne czy poniżające, ono nie istniało, nie było opcją, z której mogła skorzystać choćby Lorenzo był cholernym prezydentem tego kraju.
- Och, przewidziałeś to, prawda? - spytała, kompensując danie mu tego, czego chciał - zatrzymaniem się - tym, co potrafiło jej to osłodzić. Złośliwością. - A może zwyczajnie przywykłeś do tego, że kobiety padają ci do stóp, Lorenzo?
Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, pozwalając, by przebiegły uśmiech wpełznął na jej usta, zwykle wytrenowane do okazywania serdeczności niezależnie od tego, kim była dla niej druga osoba.
- Czy tylko tyle zwykle ci wystarcza? - zapytała, przekrzywiając głowę. - Tkwienie pod miejscem pracy wybranej przez ciebie osoby i rzucenie od niechcenia propozycją zabrania jej na obiad?

cwaniak
ODPOWIEDZ

Wróć do „Meridian Arts Centre”