-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Kończyła już swój dwunastogodzinny dyżur i już w cywilu zmierzała do wyjścia, gdy on znowu rzucił jej się w oczy. Nie potrafiła powiedzieć dlaczego akurat na tym przypadku skupiła się wyjątkowo mocno, ale coś jej ewidentnie nie grało… czuła w kościach, że coś było nie tak. I chyba właśnie dlatego postanowiła zainterweniować. Głupi pomysł, wręcz idiotyczny. Naprawdę nie było dla tego żadnego logicznego wyjaśnienia. Może przemawiało przez nią zmęczenie? Ostatnich dwanaście godzin dało jej w kość, więc może gdzieś w międzyczasie zgubiła też zdrowy rozsądek. W efekcie przyspieszyła kroku, tak żeby go nie zgubić i wyszła za mężczyzną ze szpitala. Dopiero, gdy znaleźli się poza jego murami, na przestronnym dziedzińcu…
- hej, przepraszam. - rzuciła, zwracając na siebie jego umowę i uśmiechając się pogodnie. Znowu przyspieszyła, żeby zrównać się z nim krokiem i nawet odwróciła się plecami do kierunku ich spaceru, ale tak żeby móc wbić spojrzenie w męską twarz. Przystojną, tego nie mogła mu odmówić… oceniła na oko jego wiek i zdążyła zawyrokować, że wyglądał na zmęczonego - Czy to możliwe, że już cię tu widziałam? Znaczy… no na pewno cię tu widziałam. - wywróciła oczami, bo głupiutka ona… na swoje wyjaśnienie miała tylko to, że nie zaczepiała tak pacjentów szpitala. Mężczyzna w tym momencie jednak raczej nie powinien wiedzieć, że była pracownikiem… no chyba, że miał równie dobrą pamięć do twarzy i wtedy była spalona, ale tą myśl po prostu ignorowała - Wszystko w porządku? I tak wiem, wiem… to strasznie idiotyczne pytanie jeśli weźmiemy pod uwagę, że jesteśmy pod szpitalem i nikt nie przychodzi tu bez powodu. - zagryzła lekko wargę, jednocześnie nie spuszczając z niego uważnego spojrzenia - Ale mimo wszystko… wszystko w porządku? - czy po prostu jesteś uzależniony i bardzo dobrze to ukrywasz? Ale tą myśl już tym bardziej zachowała dla siebie… ale historia znana jak świat! Widziała to zdecydowanie zbyt często ii zbyt często oglądała tego skutki… i chyba właśnie dlatego wyszła ze swojej strefy komfortu i zagadała do zupełnie obcego jej mężczyzny, robiąc z siebie straszną idiotkę.
Robbie Cole
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Dlatego kiedy Iris do niego podeszła odruchowo obrócił się, rozglądając za czymś, co najprawdopodobniej zgubił. Kiedy okazało się, że jego portfel nigdzie nie leży, skupił uwagę na dziewczynie. O tak... Pewnie, że ją kojarzył, co przywołało pół uśmiech na jego twarzy. Nawet zmęczone oczy rozbłysły na chwilę. Trudno było jej nie kojarzyć! Ślicznotka, która w kolorowych strojach medycznych fruwała po korytarzach niosąc pacjentom pomoc, ulgę i uśmiech. Wstyd się przyznać, bo Robbie był dla niej za stary, ale kilka razy powiódł za nią wzrokiem, mając nieprzystojne myśli.
Zmarszczył brwi, skupiając swoją uwagę na jej buzi, a dokładniej ustach, próbując pokleić wątki, które z siebie wyrzucała. Jego ramiona lekko się spięły, kiedy rzuciła z pewnością siebie, że już go widziała tutaj. Bywał za często? A potem padło pytanie, które go totalnie wybiło i zaskoczyło.
Wszystko w porządku? - odbiło się echem w jego głowie, dotykając tego miejsca, które wcale w porządku nie było.
Jego twarz na chwilę się zmieniła, ale ukrył to momentalnie pod ciepłym, nieco protekcjonalnym uśmiechem. Na moment zawisła między nimi cisza.
- Jasne, ale to miłe że pytasz... - odpowiedział, ale intensywność jej spojrzenia, nie pozwoliła mu zepchnąć tej sceny w niepamięć i ruszyć dalej.
Ramię zabolało intensywniej, przez co odruchowo podniósł rękę by je lekko rozmasować. Zanim zdążył się na tym złapać już sprzedał sygnał, że jednak nie jest dobrze.
- Kiedyś uprawiałem sporo sportu i mam starą kontuzję, która odzywa się na wiosnę...
Albo lato, albo jesień, a w zimie właściwie nie odpuszcza...
- Byłem po prostu na kontroli. - wyjaśnił, unikając jej spojrzenia.
Iris Valentine
-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie wątpiła, że to było miłe, przynajmniej dla większości ludzi. Ona sama tego pytania nienawidziła i gdy sama była pacjentką – miała ochotę zagryźć, gdy tylko ktoś ją o to pytał. Swoją drogą teraz sobie zdała z tego sprawę i dała mentalnie przez głowę, ale było już za późno na zmianę narracji. Chociaż nie. Nie było. Można było po prostu wyrzucić z siebie to, co naprawdę chodziło jej po głowie.
Przyglądała mu się uważnie. Słuchała i słyszała, co mówił… nawet nie wątpiła, że nie kłamał i naprawdę wierzył w to, co jej teraz mówił, ale jednocześnie czuła w kościach, że to nie było to.
- Jak starą? – wypaliła i znowu ugryzła się w język, wzniosła oczy ku niebu i dała sobie medal za najbardziej niefortunnie prowadzoną konwersację… - Nie powinnam pytać. Nie powinno mnie to w ogóle interesować. Tym bardziej, że jednak ktoś ci te recepty wypisuje, ale po prostu widziałam to zbyt wiele razy. Zbyt wiele razy widziałam też jak to się kończy. – obracała się w specyficznym towarzystwie. Może nie sportowców, ale wojskowych już tak… i niestety ucieczka w proszki była jednym ze sposobów na radzenie sobie z rzeczywistością po odejściu ze służby – Więc wiem, że to nie moja sprawa, ale… po prostu powinieneś z kimś o tym porozmawiać. – z kimś, kto podobnie jak ona zauważy ten problem i w odróżnieniu od niej – będzie potrafił mu pomóc.
Jednocześnie nawet na moment nie odwracała od niego spojrzenia, nawet jeśli unikał jej spojrzenia. A gdy jednak podniósł wzrok i ich spojrzenia mogły się spotkać – uśmiechnęła się do niego przepraszająco i lekko wzruszyła ramionami, bo wiedziała, że nie powinna. Ale jednocześnie nie mogła tego tak zostawić – czasami potrzebny jest kubeł zimnej wody.
Robbie Cole
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Tak starą, że pewnie mogłaby być Twoim ojcem. - odpowiedział wymijająco, ale w żartobliwym tonie.
Jednak kiedy padło słowo klucz, zmarszczył brwi na tyle mocno, że nie mogło to ujść jej uwadze. "Recepty". Tak, ktoś mu te recepty wypisywał... Ramię zapiekło, złośliwie przypominając mu, że wcale nie jest taki twardy, na jakiego próbował pozować. Barki spięły się, przez co odrobinę się obniżył, przypominając drapieżnego kota.
- Wow, szybko poszło... - zaczął trochę bardziej oschle, niż by chciał, dlatego zaraz zmusił się do lżejszego tonu. - Często to robisz?
Zapytał ciekawie, przyglądając się jej reakcji. Dopiero teraz odnalazł jej oczy, świadomie wytrzymując intensywne spojrzenie Iris.
- ... Łapiesz obcych facetów i ich diagnozujesz? - kącik jego ust powędrował trochę wyżej, kiedy poczuł, że trafił.
Rozluźnił się trochę, czując, że adrenalina "bycia nakrytym" zaczęła przejmować kontrolę. A on przecież jej nie oddawał ani swoim odruchom, ani lekom, których potrzebował. Tylko dlaczego w takim razie brał recepty od dwóch różnych lekarzy, którzy myśleli, że zażywał ich znacznie mniej, niż w rzeczywistości?
- I tym kimś... jesteś Ty? - zapytał, znów wracając do żartobliwego przekąsu. - Nie przejmuj się, po prostu jesteś czujna i starasz się być dobrą... pielęgniarką?
Jego ciało pozornie się rozluźniło, kiedy zmienił postawę, krzyżując ramiona na piersi. Tak naprawdę starał się podtrzymać łokieć tak, by ręka nie ciążyła mu w bolesnym barku. Patrzył teraz na nią nieco z góry, z trochę pobłażliwym uśmiechem na twarzy, ale w jego oczach można było wyczuć iskrę sympatii. Bystra dziewczyna.
Iris Valentine
-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Mimo wszystko jego intensywne spojrzenie nie zrobiło na niej większego wrażenia, a brew dziewczyny drgnęła wymownie ku górze. Domyślała się, że do jakiejś dyskusji między nimi dotrze, ale jednocześnie doceniała, że na dobrą sprawę… nie zaprzeczył. Nie dał jej do zrozumienia, że jest przewrażliwioną wariatką widzącą rzeczy, które się nie dzieją. Ale wbrew pozorom jego beztroski ton odrobinę… działał jej na nerwy? Sama nie potrafiła powiedzieć, co to, ale szlag… czego ona się właściwie spodziewała? - Tylko, gdy wpadną mi w oko - prychnęła w odpowiedzi, patrząc na niego wymownie i wymownie też kręcąc głową - I oczywiście, że nie ze mną. Nie jestem specjalistą - zabawne, bo na dobrą sprawę sama powinna przejść porządną terapię i chociaż może nie miała problemu z uzależnieniami to dawne traumy, pewnie jakiś rodzaj zespołu stresu pourazowego, nie wspominając o naprawdę gównianym dzieciństwie, z którego wyszła z całą masą autodestrukcyjnych zachowań. Cóż… możliwe, że wpieprzanie się w cudze życie było objawem tego bałaganu, który miała w głowie - Są tu całkiem nieźli terapeuci, są grupy pomocowe… na pewno ktoś byłby w stanie ci z tym pomóc. Tu pewnie powinnam rzucić regułką o tym, że to jest tylko w twojej głowie i tak dalej, ale… - pokręciła głową, że nie zamierzała tego robić - Po prostu widziałam jak całe mnóstwo porządnych ludzi, którzy spierdolili sobie w ten sposób życie. A jak powiedziałam… wpadłeś mi w oko. - kącik ust drgnął jej w rozbawieniu, bo tak… była czujna i to, że był przystojnym facetem nie miało nic do rzeczy, może po prostu chciała uderzyć odrobinę w jego ego - I czasami lepiej usłyszeć coś od obcego człowieka. - dodała, wzruszając ramionami i ruszając się z miejsca. Powiedziała, co wiedziała i co chciała, nie miała zamiaru dłużej go zatrzymywać, chociaż i tak nie oderwała od niego wzroku, czekając aż i on ruszy w swoją stronę.
Robbie Cole
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zadziorna! Podobała mu się jej odpowiedź na jego protekcjonalne zagranie. Było w tej dziewczynie coś przyciągającego. Niby wyglądała na znacznie młodszą niż była, ale oczy miała starsze. Zdecydowanie starsze.
Pokiwał głową uznając porady i mądrości, którymi go zalała, walcząc z lekkim uśmiechem, który ciągle próbował wpełznąć na jego usta. Jego oczy podniosły się z punktu na chodniku, kiedy wspomniała o wpadaniu w oko i zatrzymały się na jej tęczówkach. Trochę przypominała mu Kass.
- Nie jesteś specjalistą, ale diagnozujesz w locie? - zapytał, nie powstrzymując już uśmiechu.
Słuchał dalej rozwiązań, jakie podsuwała, ale był w nich jeden podstawowy problem.
- Tylko widzisz, terapia nie wyleczy bólu. - wyjaśnił. - Poza tym jestem pod stałą opieką tego samego lekarza...
Dwóch... Cole, dwóch lekarzy.
Ramię odezwało się kolejną falą piekącego bólu zmuszając jego ciało do tego, by lekko się przeciągnął, próbując rozciągnąć szyję nad prawym ramieniem i mięśnie, które teraz krzyczały o jakąś ulgę. Jakąkolwiek. Najlepiej taką, która sobie spokojnie czekała w kieszeni jego kurtki, tylko drogę do niej zagradzały czarne i mądre oczy dziewczyny, której "wpadł w oko".
- Nie sądziłem, że tak często tutaj zaglądam, żeby zwrócić na siebie uwagę. - zmienił temat czując, że nie chce już kolejnego starcia. - Ciekawe, że zwróciłaś na mnie uwagę i jest mi naprawdę miło.
Tym bardziej, że raczej nie miała prawa kojarzyć go z jego sportowej kariery. Chyba, że jest fanem baseballu i ogląda mecze Blue Jays. Wtedy pewnie rozpoznałaby w nim trenera. A może właśnie go rozpoznała i dlatego jej się poskładały rzeczy? Przecież drużyna ma własny sztab lekarzy.
- Obiecuję, że Cię znajdę, jak zacznę mieć problem... - dodał, kiedy Iris zaczęła już odchodzić. - Tylko potrzebuję Twojego imienia.
Iris Valentine