ODPOWIEDZ
24 y/o
For good luck!
182 cm
pianista, student toronto symphony orchestra
Awatar użytkownika
o, muzo moja biedna co się z tobą stało?
w tych marzycielskich oczach nocnych widzeń roje,
a szaleństwo i groza kolejno twe ciało
przyoblekają w chłodu i milczenia zbroję.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji
czas narracji
postać
autor

007
I did violence to my own heart

Szczupłe palce tańczyły na biało-czarnym parkiecie pianina, by każdym kolejnym krokiem malować dźwiękami ostatnią część utworu. Pochylony lekko nad instrumentem, zdawał się żyć wyłącznie zapisany wraz z nutami na pięciolinii. W codzie smyczki stopniowo przyśpieszyły, a on sam podkreślił triumfalny akord.
O k l a s k i,
by wraz z nimi cały świat ponownie zaczął istnieć, gdy młody muzyk zmusił się do przywdziania na usta delikatnego uśmiechu i powolnego powstania z ławy fortepianowej. Nie szukał wzrokiem nikogo na widowni, pozwalając się oślepić światłom padającym na scenę. Rzucona matczyna obietnica między jedną rodzinną kolacją a drugą od samego początku nawet w jego uszach wydawała się tą bez pokrycia. Pani Beauregard zazwyczaj w miejsca ważne dla swej latorośli wybierała się wyłącznie wtedy, gdy dostrzegała w nich jawną korzyść dla własnych politycznych potyczek. Bez fleszy fotografów oraz nagłówków krzyczących o polityczce i jej synu tak dobrze wychowanym, oraz muzycznie utalentowanym - bez szans! W ostatnich miesiącach częściej widywał w rodzinnej posiadłości jej asystentkę, co właściwie w ogromny sposób nie przeszkadzało samemu Vincentowi. Wszak spotkania z własną matką doprowadzały go zazwyczaj na skraj wytrzymałości, zmuszając do balansowania nad kolejnym atakiem paniki.
U k ł o n,
tuż przed zbyt pośpiesznym zejściem ze sceny w kierunku najbliższej łazienki. Chwile między zanurzaniem twarzy w lodowatej wodzie płynącej z kranu w zlewie a zamawianiem w emocjach taksówki wydawały się na tyle niewyraźne, iż brunet nie potrafiłby wskazać momentu porzucenia górnej części własnego eleganckiego fraka koncertowego. Oddalając się od Roy Thomson Hall, w myślach starał się odciąć od ponownie napływających zmartwień. Kilkunastu nieodebranych połączeń przeplatających się z coraz to pełniejszymi złości wiadomościami od Baskerville. Melusine; samo sformułowanie wspomnieniami jej imienia w umyśle przyprawiło go delikatne drżenie dłoni, bo ich los był p r z e k l ę t y. A spoglądając razem głębiej - do samych przeklętych wrót piekieł - pisali na siebie wyłącznie wyrok śmierci, gdy z wód zapomnienia wyciągali siłą duchy przeszłości.
Serene - dlaczego?
Pchnął lekko drzwi klubu nocnego, z ulgą czując witający go chaos trwającej w najlepsze imprezy. Nim jednak skierował się na krótką wycieczkę do łazienki po spisanie swych trosk białą kreską, przysiadł niedbale na jednym z wolnych barowych stołków. Z wolna przebiegł pełnym obojętności wzrokiem po butelkach alkoholi ustawionych za barem, doskonale zdając sobie sprawę, że nie zamierzał przecież trudzić się wyborem. Takie niuanse zarezerwowane były zdecydowanie na lepsze wieczory, a nie polegające na zwyczajnym upadlaniu się do nieprzytomności.
- Byle coś mocnego - Umęczonym głosem skierował swoją p r o ś b ę w stronę barmana, spoglądającego na niego wyczekująco. Zdawało mu się przez moment, iż nawet rysy twarzy mężczyzny wydały się znajome w mglistych wspomnieniach ostatnich imprezowych wędrówek. Ciągu płynącego alkoholem i używkami, w którym zamierzał się zatapiać do samego zapomnienia. Byleby nie musieć ponownie mierzyć się z przeszłością wyciągniętą z dna miejscowego jeziora.


Melusine A. Baskerville
-
a dajcie mi żyć w spokoju
24 y/o
For good luck!
168 cm
malarka we własnej pracowni
Awatar użytkownika
you believe me like a god, I'll betray you like a man
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

[you were once a sun child - now there is nothing left but rage.]
melusine & vincent



Biegła.
Melusine — stanowczy głos matki, twardo akcentujący każdą z sylab melodyjnego imienia i nadający im karcący wyraz, bez wątpienia zwiastujący potencjalny wybuch, jeszcze zamaskowany starannie kokardą dobrych manier - ginął w porywach wiatru i odgłosach bijącego gwałtownie serca.

dum-dum, dum-dum, dum-dum, dum-dum, dum-dum...

Oddech zdradliwie uciekał z płuc, a drobne kamienie znajdujące się na brzegu bezlitośnie smagały gołe stopy, ale ona uparcie parła naprzód, w głowie mając tylko jedną myśl.
Tym razem ją uratuję.
Akt heroizmu godny podziwu, aczkolwiek podszyty wewnętrznym egoizmem, bo tak naprawdę...
Tym razem się uwolnię.
Już niemal czuła nitki wolności pomiędzy palcami, już sięgała po wiotką dłoń ledwo zauważalną w ciemnościach, kiedy nastąpiło:
Bolesne
p r z e b u d z e n i e.
MELUSINE! — widelec z łoskotem uderzył o marmurową posadzkę, sprzeciwiając się powszechnie przyjętym zasadom savoir vivre, jednocześnie narażając samą Melusine na podwójnie poirytowane spojrzenie matki, które w tym momencie przewiercało ją na wskroś.
Jak mogłaś? Podczas biznesowej kolacji?
Mentalnie szarpiąc się z narastającą złością, niemalże błagającą ją o wywołanie piekła na ziemi, zacisnęła mocno szczęki i powoli odsunęła się od stołu.
Ja... nie czuję się najlepiej. Proszę mi wybaczyć — odparła miękko, z trudem panując nad głosem. Nie z lęku przed gniewem matki. Nie z poczucia wstydu przed gośćmi, dla których była jedynie elegancką ozdobą. Z palącej nienawiści do samej siebie; do przejawu słabości, który przemknął zwinnie pomiędzy murami obronnymi i próbował po raz kolejny zamknąć ją w celi przeszłości.
W y s t a r c z y.
Posyłając gościom przepraszające spojrzenie i życząc im udanego wieczoru (celowo omijając przy tym wzrok matki), podniosła się z miejsca i udała się wprost do wyjścia, nie dbając już o konwenanse, czy zachowanie pozorów, że planowała się jedynie położyć. Nie, Melusine potrzebowała dać ujścia wszystkim zgromadzonym frustracjom, potrzebowała z n i s z c z y ć.
Momentalnie imię Vincenta zatańczyło jej przed oczami. Tak, bez dwóch zdań to on był sprawcą całego zamieszania, ponieważ skutecznie ignorował ją od kilku dni, pozwalając lękom znów wkraść się pomiędzy myśli. Ignorował? Ją? Jak ś m i a ł? Byłaby naprawdę kimś innym, gdyby sobie na coś takiego pozwoliła, dlatego natrętnie atakowała Beauregarda wiadomościami i telefonami, ewidentnie pragnąc doprowadzić go na skraj wytrzymałości psychicznej swoją namolnością. A kiedy jednak i to nie zdało egzaminu, obrała inną strategię i kazała szoferowi zawieść się do klubu nocnego. W limuzynie wypiła kilka mocnych drinków (o ile drinkiem nazwać można czystą whisky z lodem) i wypaliła minimum trzy papierosy na złagodzenie zszarganych nerwów. Zbyt wiele pieniędzy wydała na czarną sukienkę, by splamić ją krwią Vincenta, czyż nie? Poza tym nie mogła go tak po prostu z a b i ć - to byłoby zbyt proste i pozbawione finezji, którą się tak dumnie szczyciła.
Podziękowawszy szoferowi i poprosiwszy go, by czekał w pobliżu (nie zamierzała zabawić w tym marnym przybytku dłużej niż to było konieczne), skierowała się wprost do klubu, zgrabnie omijając dość pokaźnych rozmiarów kolejkę. Baskerville n i g d y nie czekała. Po wejściu do środka momentalnie się skrzywiła pod napływem licznych duszących zapachów mieszających się ze sobą i tłumem tańczącym gęsto, jakby jutro miało nie nadejść. Prostując się niczym struna (matka byłaby dumna), ruszyła do baru, ponieważ jeżeli gdzieś miałaby znaleźć Vincenta (nie licząc oczywiście dna płytkiej mogiły), to właśnie tam.
Nie pomyliła się. Bez najmniejszego wysiłku rozpoznała znajomą gęstą czuprynę i aurę zgorzkniałości. Zachodząc mężczyznę od tyłu, jej dłoń powędrowała wprost na jego kark, a palce pochwyciły kosmyki włosów w żelaznym uścisku, zmuszając go do odchylenia głowy. Chaos panujący w klubie nocnym zmusił ją do pokonania dzielącego ich dystansu niemalże do minimum (tak to sobie tłumaczyła).
Trzydzieści sekund. Daję Ci trzydzieści sekund, zanim przesunę rękę i wyślę Cię w zaświaty — czerwone wargi niemalże muskały płatek jego ucha, a z boku dla niezaznajomionych wyglądało to niemalże na składanie m i ł o s n e j obietnicy. Cóż, na swój sposób może i nią było, ale z naciskiem na ś m i e r t e l n ą.Tłumacz się — uściśliła miłosiernie, jakby jego zmroczony alkoholem umysł nie był w stanie nadążyć.

vincent beauregard
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
anna maria wesołowska
sam sobie sterem, triggerem, okrętem
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”