ODPOWIEDZ
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#1
The Glitter Bomb & The Golden Boy
Spoglądając na swoje odbicie w szybie drzwi wejściowych do biurowca „Philips and Gardner LLP” westchnęła ciężko, poprawiając na ramieniu torebkę, z której wystawał fragment kolorowego rysunku - to chyba miał być piesek, ale według niej to bardziej przypominało ponuraka. Oby to nie była tylko jakaś zła przepowiednia! Na jej nosie iskrzyła się resztka resztka? dobre sobie! miała go też na włosach, a nawet ubraniu, ale nie zdawała sobie z tego sprawy brokatu, której nie zdołała zmyć po zajęciach kreatywnych z maluchami, a jej ubranie przesiąkło zapachem kleju biurowego i soku jabłkowego. Wchodząc do środka budynku czuła się bardziej jak barwny ptak pośród cesarskich pingwinów. Kiedy recepcjonistka ją zobaczyła, zrobiła taką minę, jakby Winnie wparowała tam w ramach jakiegoś protestu i tylko kątem oka dostrzegła, jak dłoń kobiety przesuwa się delikatnie w stronę telefonu. Wendy uśmiechnęła się promiennie i nim kobieta zdążyła zwrócić się do niej, podeszła do drzwi i pchnęła je bez pukania.
— Alarm, mecenasie! Porzucaj te paragrafy, bo inaczej Twoja siostra padnie trupem z głodu na tej luksusowej posadzce — rzuciła od progu, teatralnie opierając się o framugę. Nie zaskoczył ją widok brata, który sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał się zrosnąć z fotelem. Zrobiła kilka kroków w jego stronę i ignorując papiery na biurku położyła mu przed nosem ulotkę kręgielni z fast foodem.
— Idziemy do National at The Well — odparła nie dając mu nawet sekundy na odpowiedź, a dało się wyczuć, że coś ma do powiedzenia — A, a, a! — pokiwała palcem — Nie, żadnych dyskusji. Muszę ubić parę cyfrowych potworów na automatach i zjeść coś obrzydliwie niezdrowego. I nie, nie będę tego robiła sama — a raczej płaciła sama, ale nie odkrywajmy wszystkich kart za jednym zamachem oznajmiła marszcząc czoło i zakładając ręce w oczekiwaniu, aż szanowny brat ruszy swoje zacne cztery litery. potrzebowała hałasu kul rozwalających kręgle, pikania maszyn i ciężkiego, ale i błogiego zapachu smażonych burgerów. Po siedmiu godzinach użerania się z “Krabikami” należała się jej odrobina rozrywki, prawda?
— Ostrzegam, że jeśli zaraz stąd nie wyjdziemy, by zjeść coś niezdrowego i przesiąkniętego tłuszczem, to zacznę śpiewać tutaj piosenkę o małym głodnym misiu, której uczyłam dzisiaj w grupie Krabików — i mógł to potraktować jako groźbę, bo jej wokalne umiejętności cóż…nie istniały. — Wierz mi… nie chcesz tego słyszeć na żywo — w sumie nie musiał polegać na wierze, bo wychowywał się z nią i mógł pamiętać moment, w którym uznała, że uda się do muzycznego show. Dobrze, że bliscy wybili jej to z głowy, poniekąd dlatego, że sami mieli dość jej prób wokalnych.
— Idziemy Perci, raz dwa. Wyglądasz, jakbyś zapomniał, jak oddycha się poza pracą — a, żeby nie było, że trafiła się mu jedynie zgryźliwa siostra trzeba dodać jak bardzo doceniała fakt, że ciężką pracą tak wiele osiągnął. Stał się poniekąd inspiracją dla reszty rodzeństwa i pokazał im, że można uciec z tego bagna, ale miała wrażenie, że sam po drodze zagubił równowagę i nie widział świata poza pracą.
— Poza tym mój traktorek stoi na zakazie i mamy… — szybko spojrzała na swój zegarek — jakieś pięć minut zanim go odholują — i nie, nie przyjechała do brata traktorem, tylko swoją Hondą Element, której silnik może i chodzi jak stary mikser, ale odpali nawet na największych mrozach.


<3 Percival Gardner, my golden boy!
Winnie the Pooh
45 y/o
NARRATORSKI PIESEK
182 cm
adwokat/partner w kancelarii Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#12
Skupiony nad stertą papierków nawet nie słyszał, żeby za drzwiami jego biura cokolwiek się działo. Sekretarka na dwunastym piętrze nie zdążyła natomiast dobrze Wendy zasugerować, że „tam się nie wchodziło bez pozwolenia”, kiedy zorientował się dopiero po fakcie, że wparowała do środka jego własna siostra, wyglądając jakby przed chwilą uciekła z przedszkola. Albo z cyrku.
Spojrzał na nią oceniająco z miną typu „co ty wyprawiasz?”, ale zanim cokolwiek powiedział, ona zaczynała się już rozkręcać.
„Idziemy do National at The Well”.
Otworzył usta, żeby zaprotestować. Siostra nie dawała za wygraną i najwyraźniej wcale nie chciała pozwolić mu się odezwać, dopóki nie skończy mówić. Niech będzie. Oparł się plecami o fotel, krzyżując ręce na piersi.
Nawet nie spojrzał na tą ulotkę, wystarczyło dać jej mówić. Wizja lunchu w kręgielni z fast foodem, do której w swoim garniturze pasował jak pięść do nosa, to jedno. Dwa, nie zamierzał też zgodzić się na to, żeby urządziła w jego biurze wokalny pokaz godny trzylatki, a wiedział, że jeżeli zaraz stamtąd nie wyjdą – lub jej zwyczajnie nie wyrzuci – tak się właśnie stanie. Winnie była nieobliczalna, wszystkiego mógł się po niej spodziewać.
Patrzył na nią coraz bardziej zniesmaczony, ale gdy wspomniała o traktorku stojącym na zakazie, jakby kompletnie się załamał. Przesunął dłonią po twarzy z głośnym westchnięciem i rzucił okiem na zegarek oplatający jego nadgarstek. Wstał od biurka, podchodząc w jej stronę. Strzepnął z czarnego blatu różowy brokat.
Trzeba było myśleć zanim stanęłaś na zakazie. — Popukał ją w czoło. Delikatnie, ale zawsze. — I nie mogłaś wyciągnąć Zelli? Założę się, że ma o wiele mniej do roboty… — mruknął, składając stertę dokumentów do teczki. — Za trzy godziny muszę być w sądzie. Jedziemy do tej twojej kręgielni, jemy i wychodzimy. — Narzucił własne zasady, choć w głębi doskonale wiedział, że pojadą tam i oczywiście da się namówić na granie na maszynach. — Idź przestaw ten traktor, pojedziemy moim samochodem — dodał, łapiąc za słuchawkę od stacjonarnego telefonu. Kliknął przycisk, który łączył go z sekretarką. — Nie będzie mnie przez trochę, wszystkie palące sprawy przekazuj O’Donnellowi — rzucił, patrząc na siostrę z ponagleniem w oczach. — No, idź, zaraz zejdę. — Wcale nie chciał, ale mus to mus, nim ten promyczek rozniesie mu kancelarię. — Nie do ciebie… Tak, wszystko do O’Donnella.

Wendy Gardner
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przedszkole to istny cyrk, więc zwał jak zwał. Poniekąd zeszła ze sceny na której każdego dnia albo jest klaunem żonglującym dziecięcymi humorami, albo akrobatką stąpającą po rozchwianej linie, gdzie jeden fałszywy krok oznacza chaos nad którym nie da się już zapanować. Mógł więc spoglądać na nią z góry, ale powinien też wiedzieć, że jego wzrok nie ma porównania z badą sześciolatków, która potrafi wytknąć najmniejszy błąd z brutalną szczerością. Zdawała sobie też sprawę z tego, że bywała nieznośnie uparta głównie w jego towarzystwie, ale coś, co określić można nieznośnym uporem, w rzeczywistości było wypracowaną przez lata niezłomnością, którą potrafiła wykorzystać w życiu tylko w dwóch przypadkach: na Krabikach i sporadycznie na Percivaldzie.
Stopniowo zauważała kapitulację po jego stronie, a kącik ust niepewnie podrywał się ku górze w zwycięskim uśmiechu - wygrana pachniała frytkami. Kiedy wstał klasnęła w dłonie tak głośno, jakby wygrała los na loterii, a dostrzegając jak Perci strzepuje brokat, roześmiała się. Robił to z taką starannością jakby co najmniej usuwał skażenie biologiczne.
— Błagam! Nie miałam czasu szukać miejsca parkingowego. W tej dzielnicy o tej godzinie to jakieś nieporozumienie — powiedziała marszcząc przy tym czoło zadziwiona, bo prędzej siebie powinien popukać w głowę, a nie ją.
Słysząc imię siostry posłała mu szeroki, niemal współczujący uśmiech. — Głuptasie, właśnie dlatego nie napisałam do niej — wyznała, obserwując jak upycha dokumenty w teczce. — Potraktuj to jako siostrzaną interwencję, wiesz? Zella ma życie, a ty zmagasz się z teczkami przepełnionymi problemami innych. Kiedy twój zegarek odlicza tylko czas od pracy do pracy, kolejne dni mijają, lata lecą. Dziś jesteśmy, jutro nas nie ma — stwierdziła i ucichła, na krótką chwilę. Jakby zapragnęła, by to wybrzmiało dosadnie. Winnie rozumiała, że to dzięki jego determinacji i pracy udało się mu uciec od biedy, ale czy ucieczka nie miała służyć życiu, a nie tylko zarabianiu?
Uśmiechnęła się jednak zaraz cmokając z satysfakcją i rozładowując tym samym chwile powagi,, bo jakby nie było namówiła brata na wyjście. — Trzy godzinki mi wystarczą mecenasie — odparła radośnie dygając przy tym lekko i obracając się w stronę drzwi, by po chwili przenieść swój wzrok jeszcze raz na niego. — I nie bój żaby, zaraz przestawię swój traktorek, ale chodź szybko do mnie i się nie ociągaj, bo zacznę trąbić — czy była to groźba? Jak najbardziej! — Zdajesz sobie sprawę, że mój klakson brzmi jak zrozpaczony słoń? Niezbyt to szykowne — i puszczając mu oczko skierowała się do wyjścia, a kiedy ponownie mijała sekretarkę podeszła do jej biurka i położyła przed nią obrazek psa, który wystawał jej z torebki.
— Proszę, to dla Pani — I radośnie odwróciła się w stronę wyjścia zostawiając dwa ponuraki za sobą. Zjechała na dół, podbiegła w stronę samochodu z ulga dostrzegając, że jest na swoim miejscu i po chwili już manewrowała po okolicy szukając odpowiedniego miejsca. Gdy już udało się jej zaparkować wysiadła, co idealnie zbiegło się, czasem, bo właśnie dostrzegła brata wychodzącego z budynku.
— Może jednak się przejdziemy? To chyba nie daleko i raczej nam nie zaszkodzi — zaproponowała, kiedy dystans między nimi zminimalizował się. — Przy okazji opowiesz mi co u Ciebie.

Percival Gardner
Winnie the Pooh
45 y/o
NARRATORSKI PIESEK
182 cm
adwokat/partner w kancelarii Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie widział w tym nic dziwnego, tym bardziej złego – w wiecznym zajmowaniu się pracą, wiecznych rozjazdach, braku prywatnego życia. Z każdym miesiącem piękny dom w York Mills stawał się dla niego coraz bardziej obcy. Łapał się na tym, że za wygodniejsze uważał łóżko w pięciogwiazdkowym hotelu niż te własne, które dzielił z żoną. Zresztą, ona też powoli zmieniała się w nieznajomą. A mimo to… nie potrzebował ratunku. Zawzięcie trzymał się tej wersji. Żadnych siostrzanych interwencji i uświadamiania, jak bardzo n i e miał życia.
Był cholernie uparty. Na jego nieszczęście, Wendy ta rodzinna upartość również weszła w krew.
Mój zegarek odlicza dokładnie taki czas, jaki sobie ustawiłem, filozofie. — Uśmiechnął się delikatnie spod uniesionych brwi.
Na jej kolejne słowa mruknął tylko znowu, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że jeżeli nie wyjdzie stamtąd w ciągu najbliższych kilkunastu minut, jego młodsza siostra postara się o to, by wyraz wielkiego zniecierpliwienia usłyszeli nie tylko w całym budynku Philips and Gardner LLP, ale i w całej okolicy. Znał dźwięk klaksonu traktorka Wendy, poznałby go w środku zatłoczonego, głośnego miasta. Faktycznie przypominał odgłos zrozpaczonego słonia. Zresztą, w mniemaniu Percy’ego, samym brokatowym wtargnięciem zrobiła już wystarczającą szopkę.
Odprowadził ją wzrokiem do drzwi, mając nadzieję, że wychodząc z firmy nie zdecyduje się przypadkiem kogoś zaczepić. Była do tego zdolna. Uwielbiała wpuszczać do eleganckiego życia Percivala odrobinę chaosu i pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, że siostra odwiedziła brata w pracy, ale… prawie nikt z pracujących dla niego ludzi nie wiedział, że w ogóle miał jakiekolwiek rodzeństwo. Nie wstydził się ich, po prostu niewiele o sobie mówił. Im mniej o nim wiedzieli, tym lepiej. Mogli więc spekulować i rozmyślać do woli, kim naprawdę był ten kolorowy promyczek, który bezceremonialnie wprosił się do gabinetu szefa. Nikt inny (o zdrowych zmysłach) nie odważyłby się tego zrobić.

Wyszedł na zewnątrz, zakładając na siebie płaszcz; teczkę z dokumentami zostawił. Skrywała zbyt ważne papiery jak na wypad do kręgielni, w której równie dobrze mogłaby się zgubić. Przy Wendy musiał mieć oczy dookoła głowy, skupiać się wyłącznie na niej – inaczej w minutę zgubiłby i ją.
„Może jednak się przejdziemy?”.
Rozejrzał się, zawieszając spojrzenie na swoim czarnym BMW. Zaparkował idealnie pod samym budynkiem i założyłby się o stówę, że wyjechaliby, a ktoś momentalnie zająłby mu miejsce. Dlatego przytaknął, gestem dłoni pokazując siostrze, aby prowadziła. Nie miał pojęcia gdzie konkretnie znajdowało się National at The Well. Kojarzył tylko, że gdzieś w pobliżu.
„Przy okazji opowiesz mi co u ciebie”.
Skrzywił się nieznacznie, idąc obok niej. Schował dłonie do kieszeni płaszcza i odchrząknął. To… kiedy ostatnio się widzieli?
U mnie nic nowego, po staremu. Robota, sporo wyjazdów, konferencje, bankiety, imprezy dla snobów… — Kącik jego ust mimowolnie powędrował w górę. — Nic ciekawego, młoda. — Wzruszył ramionami.
Nie o to go pytała. Zdawkowa odpowiedź była wymijająca, a powód oczywisty: nie chciał rozwodzić się nad tym, co się u niego działo. Co miał jej powiedzieć? Że za dużo pracuje, za dużo pije, a małżeństwo z Gigi jest jedną wielką niewiadomą? Życie Gardnera wcale nie było aż tak poukładane, na jakie je kreował.
Ale mam coś, co ci się spodoba. — Zerknął w jej kierunku, trzymając ją chwilę w niepewności. — Przygarnęliśmy psa. — Tego nawet on się nie spodziewał, wracając kilka dni temu z delegacji, ze zwierzakiem siedzącym na miejscu pasażera obitym najdroższą skórą. — To suczka, kundelek. Znalazłem ją przy stacji benzynowej. — I oczywiście nie mógł tam zostawić. — Mów lepiej co u ciebie… i twoich Krewetek. — Patrzył na nią pytająco.
Tak się nazywała grupa tych bachorków, miał rację? Nigdy nie pamiętał.

Wendy Gardner
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
ODPOWIEDZ

Wróć do „National at The Well”