Podszedł do Pilar, a widząc to jej zacięte, ogniste spojrzenie... jeden kącik jego ust uniósł się ku górze. Dał się jej pchnąć, bo jakby się zaparł, to by go nawet nie ruszyła, ale zrobił krok do tyłu rozkładając wytatuowane ramiona.
- Lepiej jakbym ja leżał i on mnie kopał? Rzucił się na mnie, jakbym kurwa go nie zablokował i nie powalił, to on by to zrobił, a potem mnie skopał, myślisz, że by się zawahał? Widziałaś jak się zamachnął, chciał mnie od razu znokautować, tutaj walił, o tu... - pokazał jej własną skroń, na której miał bladą bliznę, po tym jak kiedyś oberwał. Kiedy pchnęła go po raz drugi, to już przechylił na bok głowę i cofnął się tylko o pół kroku, sprawiając, że ten dystans miedzy nimi się zmniejszył. Wywrócił oczami, kiedy mówiła o tym trzecim.
- Ten trzeci był najgorszy! - aż krzyknął i teraz on zrobił to pół kroku w jej kierunku - stał i patrzył jak okładam jego kolegów, kto tak kurwa robi? - spojrzał na nią z góry - jakby ktoś bił twoich kolegów, to byś stała i patrzyła? A potem byś uciekała? Czy byś oddała? - oddałaby, tak samo jak Madox. Nawet jakby wiedzieli, że nie mają szans, to by nie stali i nie patrzyli, nawet by się nie zawahali, tylko by w to poszli. I jakby ten trzeci się nie zastanawiał, to może w dwóch by jednak powalili Madoxa, on by leżał na ziemi, a oni by go kopali. Ale stało się inaczej, a Noriega po prostu to wykorzystał.
I kiedy zaczęła o tym pierwszym, to on już też otworzył usta, to spojrzał na nią trochę z wyrzutem.
- Wiesz co on powiedział... - zaczął, bo na pewno nie wiedziała, stała za daleko. To, że nazwał go ćpunem, to nawet go nie ruszyło, nie dało się tego ukryć, że Madox przesadzał czasem z różnymi substancjami, ale to, żeby sobie spróbowała prawdziwego faceta...
A co on był nieprawdziwy?
Może jak siedział wtedy na murku i po prostu patrzył jak jakiś frajer obłapia jego narzeczoną, to mógł tak sobie pomyśleć. Bo kto normalny tak robi?
Chociaż... może normalni ludzie tak właśnie działają, rozumieją pojęcie udawania, gry i to po to, żeby pokazać Antoiniowi, ale Madox to przecież nie był normalny.
Tylko zaraz okazało się, że Pilar też nie była. Kiedy zamiast go zrugać, zrobić mu kolejny wykład, to ona już go przyciągała do siebie za koszulę mówiąc, że to co zrobił było najgorętszą rzeczą, jaką widziała.
Madox tylko wypuścił powietrze z płuc nosem, kiedy połączyła ich usta w tych ognistym pocałunku. W takim, który smakował adrenaliną, która wciąż krążyła w żyłach, ale też i tą miłością, która przecież wypełniała ich galopujące w piersi serca. Od razu zacisnął palce na jej pośladkach, kiedy oplotła go nogami, poprawił ją na sobie, przyciskając jeszcze mocniej. Jeszcze bliżej. Żeby ją czuć, całym sobą.
- Eres imposible - jesteś niemożliwa, wydyszał jej w usta między kolejnymi pocałunkami, których pewnie tak szybko by nie przerwał, tylko, że postanowił je przerwać tamten koleś, Madox aż odchylił do tyłu głowę, bo nie dość, że nie pomógł kolegom, to jeszcze jakiś pierdolony konfident. Aż się szarpnął w jego stronę i gdyby Pilar go nie szarpnęła do siebie przytrzymując za policzek, to może by się tam wrócił?
- Uciekamy? - powtórzył po niej unosząc jedną brew, no bo jak oni mieliby uciekać, kiedy oni niczego się nie bali. Chociaż na te jej kolejne słowa, kiedy jej pełne usta układały je na jego wargach, a rozszklone, duże oczy wpatrywały się w niego, to kiwnął głową - no dobra - jeszcze raz musnął zaczepnie jej usta - ale w końcu musisz założyć mundur, powalić mnie na ziemie i skuć - zaczepił jeszcze językiem jej wargę, a zaraz poprawił ją tylko na sobie, nawet nie myślał o tym, żeby ją puścić. Nawet wtedy kiedy się przeciskali przez tłum, pod scenę, gdzie muzyka dudniła, ludzie skakali w jednym rytmie, bardzo blisko siebie. To on ją tylko jeszcze bardziej do siebie przycisnął. Ocierali się o nich, a Madox łasił się do niej, kiedy jego klatka piersiowa unosząca się w szybkim oddechu, w której wciąż waliło mu serce, obijała się o tą jej, zaciskał palce na jej skórze coraz mocniej, zahaczając nimi o jej bieliznę. A ciemnych tęczówek nawet na moment nie spuścił z jej pięknych... nie czekoladowych, tylko czarnych dzisiaj, oczu. Mieniły się od tych świateł zjawiskowo. Oni przecież też wciąż umazani w tej farbie po prostu błyszczeli. Zresztą jak wszyscy.
Światła, które sprawiały, że wszystko dookoła żyło, każdy wzór, każdy malunek, muzyka, która wypełniała całe ciało, synchronizowała się z szybkim biciem serca, by zaraz je zwolnić, a potem znowu pobudzić. I te jej piękne, duże, czarne oczy, w których odbijały się... gwiazdy? Albo cały kosmos.
Nie mógł oderwać od niej spojrzenia, jakby nic innego już się nie liczyło, bo prawda jest taka, że tak było, tylko te jej oczy, tylko te gorące, pełne wargi, z których zaraz skradł kolejny pocałunek, taki który zgrał się idealnie z muzyką, która ich otaczała, gorącą, sensualną, płynną.
y esos ojos, grandes, negros, brillantes ✶⋆.˚