Podróże po świecie nie były mu obce. Nie uważał się za ignoranta, który odwiedzał różne zakątki globu i nawet nie próbował nauczyć się ich kultury, języka czy obyczajów. Miał smykałkę do języków, choć twierdził, że przydałaby mu się jeszcze jedna podróż do Afryki, żeby podszkolić swój afrykanerski, już nawet nie wspominając o języku polskim i ich „ą, ę, ć”, które tak cholernie ciężko było mu wymówić, gdy mieszkał tam przez pięć miesięcy, przygotowując się do wyjazdu na front w Ukrainie. Chodził po muzeach, uczył się historii, jadł lokalne posiłki, zawsze starał się żyć jak miejscowy, nie jak turysta. Dlatego też rozbawiła go niezmiernie jej reakcja, a raczej oburzenie, kiedy wytknął jej gorzką prawdę o Mediolanie. Włochy były przepiękne - kultura, obyczaje, jedzenie, architektura, sam fakt, że opera wywodziła się właśnie z tego kraju, te niskie barytony, wysokie oktawy. Był zakochany w tym miejscu, dlatego też spędził tak wiele czasu, szlifując tamten język. Jednak Mediolan? Nie potrafił się z tym miastem zżyć. Miał wrażenie, że ludzie gnali tam za modowymi trendami bardziej intensywnie niż za relacjami z innymi ludźmi, za tą autentycznością, którą widział na przykład w Wenecji.
Swoją drogą wyglądała cholernie słodko z takim wyrazem twarzy. Przez moment przemknęła mu nawet przez myśl wizja, że mógłby specjalnie rzucać jakieś obraźliwe słowa w kierunku jej kultury, byle tylko złościła się w t e n konkretny sposób. Czuł dziwny ścisk w klatce piersiowej, przyspieszone bicie serca, miał wrażenie, jakby krew w jego żyłach przyspieszała, dosłownie przebijając się przez cały organizm. Działała na niego. To było coś pomiędzy pociągiem a jakąś niewytłumaczalną fascynacją. Nieznajome uczucie przestraszyło go. Czuł, jakby tracił kontrolę nad swoim zazwyczaj stoickim zachowaniem. Wyprowadzała go z równowagi, budziła w nim rzeczy, których nie potrafił kontrolować. Przerażało go to do takiego stopnia, że musiał coś zrobić, byle tylko tego nie overthinkować.
Przełknął ślinę, zastanawiając się szybko, jak się tego uczucia pozbyć, a pierwszą lepszą myślą było obrócenie wszystkiego w żart, jakiś komediowy sketch, even. Rzucił laskę w jej stronę, a chwilę później odwalił tę jakże wykwintną akcję, która wydawała się być spełnieniem jej fantazji. Przez moment nawet poczuł się jak Bóg. Znowu miał wszystko pod kontrolą. Znowu to on zaczął wygrywać, ustawiając swoje pionki w takim schemacie, że za chwilę mógł spojrzeć prosto w jej brązowe tęczówki i wykrzyczeć
szach, mat... Jednak życie nie jest aż tak usłane różami, jak nam się wydaje, prawda? Przynajmniej nie w jego wypadku. Odwracając się do niej, poczuł ten cholerny ścisk w kolanie. Zabawne, jak operacja, która miała de facto uratować mu nogę, faktycznie ją uratowała, ale w pakiecie zostawiła coś, z czym miał już żyć do końca. Ból nie przychodził nagle. On tam był prawie zawsze - czasem głuchy i tępy, czasem ostry, wwiercający się pod rzepkę i ciągnący wzdłuż uda, jakby każdy krok przypominał mu dokładnie, co wydarzyło się wtedy na froncie. Przy większym ciężarze noga odzywała się od razu. Sztywniała, piekła gdzieś głęboko pod skórą, a kolano potrafiło zaprotestować tak mocno, że przez sekundę miał wrażenie, jakby zaraz miało się pod nim ugiąć. Nie chciał pokazać jej, że cierpi. Nie chciał, żeby patrzyła na niego jak na kalekę, nawet jeśli trzymała właśnie w dłoniach jedyną rzecz, która pozwalała mu ukrywać to trochę lepiej - laskę.
Stojąc nad nią, ze spoczywającą dłonią na murze tuż obok jej głowy, zamykając ją w taki sposób, czując jej zapach i przyglądając się jej twarzy, zatrzymał wzrok o kilka sekund za długo na mostku jej drobnego nosa. Dosłownie odłączył się od świata, licząc malutkie piegi rozsiane po jej skórze.
Raz... dwa... trzy... cztery... kurwa, Caspian, co ty robisz? Ocknął się. Znowu to robiła. Nie musiała się nawet starać, a on tracił nad sobą...
k o n t r o l ę
Składając krótki, jednak czuły pocałunek na wierzchu jej dloni i wpatrując się w jej przepiękne tęczówki, czuł ciepło przechodzące przez całe ciało, a gdy chwilę później nazwała go synem morza, jego usta spowił autentyczny, szczery uśmiech.
- Saint Irene - odpowiedział, zdając sobie sprawę, że właśnie to oznaczało jej nazwisko... Santorini. Co teraz, kiedy o tym pomyślał, było z jednej strony komiczne, ponieważ do świętoszek to ona zdecydowanie nie należała. Przynajmniej nie w tym momencie. Chciał ją bliżej poznać... nie, musiał. I nie chodziło tylko o przespanie się z nią i zostawienie jej potem na tak zwanym
read option. Nie. Chciał wiedzieć o niej więcej.
Podając jej telefon, miał cichą nadzieję, że po prostu wpisze w niego swój numer, jednak nie - co on sobie właściwie myślał? Panna Santorini musiała się nad nim jeszcze troszkę poznęcać, to było oczywiste. Zamiast jednak zbulwersowania, na jego twarzy pojawił się cwaniacki uśmiech.
- Zapracować? - uniósł brew, zerkając dokładnie na to, co robiła z jego telefonem. Znowu to samo. Znowu to cholernie niezręczne ciepło. Znowu miała nad wszystkim kontrolę. Już wiedział, co chciał zrobić. Miał tylko nadzieję, że nie dostanie za to w pysk, ale nie potrafił się powstrzymać. Nie dając jej nawet dokończyć zdania, wyrzucił z siebie krótkie, niskie,
- Piccolina.
Przybliżył się do niej szybko, nie dając jej pola do ucieczki. Przywarł do niej całym ciałem, przygniatając ją do ściany, wsunął dłoń pod poły jej płaszcza, czując jej kruchą figurę. Zniżył twarz do jej ucha i wyszeptał,
- Devo aggiungere alla lista delle tue abilità non solo la danza classica, ma anche il furto? - Z każdą powoli wypowiedzianą sylabą przesuwał dłonią w dół jej talii, aż zatrzymał się na tylnej kieszeni, gdzie wyczuł swój telefon. Zapach jej włosów, perfum i tego czegoś, co było po prostu nią, działał mu na nerwy. Walczył ze sobą, żeby nie poprowadzić dłoni jeszcze niżej, żeby nie ścisnąć jej pośladka. Zamiast tego wsunął dłoń do kieszeni i wyciągnął swój telefon, po czym powoli się wyprostował. Trzymał go między kciukiem a palcem wskazującym za krawędź, tak by zwisał tuż przed jej twarzą, uśmiechając się zawadiacko.
- A teraz, bellissima, proszę o twój numer, żebym mógł napisać, w razie gdyby się okazało, że po tym spotkaniu dotknął mnie emocjonalny uszczerbek na zdrowiu. - Na zdrowiu... bo na sercu to już go pozostawiła.
piccolina