przekleństwa i znowu się robi gorąco

-
Niesamowite to było - skwitował ten pokaz sztucznych ogni, bo taki był. Ale chyba jeszcze bardziej niesamowite było, że oni sobie tak leżeli spokojnie, na tym pomoście w Meksyku, z dala jeszcze od tego wszystkiego, co za kilka godzin miało im zaserwować Toronto. Patrząc sobie w oczy.
I te oczy Pilar też teraz były
niesamowite, błyszczące i jakieś takie rozmarzone, siedziała w nich emka, siedział w nich
ogień i coś jeszcze
miłość, co sprawiło, że Madox się uśmiechnął, zawiesił ciemne tęczówki na jej pięknej twarzy, a zaraz już pytał jak wyobrażała sobie ich ślub.
Zmarszczył brwi, kiedy powiedziała to
nie wiem, ale on też nie wiedział, nie myślał nad tym, może tak jak Marie i Tio? A może zupełnie inaczej, tylko oni we dwoje na jakiejś dzikiej plaży? Wyciskając do cna te kilka chwil we dwoje, które znowu udało im się złapać?
I teraz też on wykorzystywał te ich
sam na sam, muskają upaćkaną farbami skórę na jej dekolcie wargami.
-
To nic... - mruknął gdzieś w okolicach jej obojczyka, ale kiedy powiedziała o tym, że
nigdy nie myślała, że wyjdzie za mąż, to podniósł na nią spojrzenie -
jak byliśmy z Tio dzieciakami, to obiecaliśmy sobie, że nigdy się nie ożenimy, bo pokłóciliśmy się o jedną dziewczynę i stwierdziliśmy, że są głupie, niewarte tego, żeby się o nie kłócić... - opowiadał jej znowu, łasząc policzek, do jej szyi składając na niej mokre pocałunki, sunąc językiem, na którym zbierał gorzki smak farby aż do ucha -
a potem ja, a on pierwszy mi gratulował, i teraz on też już jest mężem Marie, wiesz jak on się ucieszy z naszych zaręczyn? - bo oni z Tio mieli swoje
wzloty i upadki, ale przecież całe dzieciństwo ganiali po ulicach Medellin we dwóch, we dwóch dorastali, byli braćmi mimo wszystko. Podniósł się żeby zajrzeć w jej piękne, czekoladowe oczy -
ale jakbyś chciała księcia, to chyba byś musiała... nie wiem, wyjść za Galena Wyatta - pokazał jej czubek języka -
ale za to czekolady ci mogę kupić ile chcesz - i zaraz mrugnął do niej zaczepnie jednym okiem. Madox często narzekał, że Emptiness przynosi straty, ale prawda jest taka, że nie przynosił. Prowadził jeden z najlepszych klubów w Toronto, a do tego jeszcze ta
ciemna strona jego interesów. Pierdolił, że nie ma pieniędzy, a tak naprawdę je miał, co było widać chyba najbardziej po tej jego zdobnej, drogiej biżuterii. Paskach robionych na zamówienie i miękkich koszulach. Po tym jak często modernizował Emptiness, nowy parkiet, nowe bary, dodatkowe pokoje w podziemiu. Jeszcze trochę, a może zacznie kupować sportowe samochody?
Musiał się z nią zgodzić, że nigdy nie wychodziło im planowanie.
Pojedziemy do Meksyku zidentyfikować ciało mojej matki, a potem zrobimy sobie wakacje... Ile oni tak naprawdę mieli tych wakacji? Kilka godzin? Bo wiecznie coś się działo. Ale chyba już do tego przywykli.
Już oboje wiedzieli, że nie da się u nich działać według planu. Zresztą, Madox nigdy nie szedł zgodnie z planem, on go wymyślał na bieżąco, brał to co dawał los. Chwytał chwile.
-
Dobra, ale... - zaczął i się nad nią pochylił jeszcze bardziej, tak, że jego ciepły oddech zawisł na jej policzkach -
ale teraz to ty musisz powiedzieć, że to jest ten moment, bo ja nie chcę znowu strzelić falstartu - zanim zdążyła mu coś powiedzieć, to już się schylił, żeby musnąć wargami jej pełne, gorące usta. Bo może się teraz już dogadali, ale co by było, jakby nie? Jakby on to spierdolił wszystko, tym, że wyszedł za wcześnie z takimi deklaracjami? Pojawiła się taka myśl z tyłu głowy, może przez tą wróżkę? A może przez emkę, która dotykała jakiś takich głębiej skrywanych
emocji?
Kiedy zaczęła to
wiesz, co chcę? To uniósł pytająco jedną brew, a kiedy kontynuowała, to nawet się uśmiechnął.
-
Czyli będzie niemożliwie, gorąco, pojebanie i zapamiętamy to do śmierci... która też może się tam na nas czaić - wywrócił oczami, ale właściwie... to mu się to podobało. Bo przecież on by to wszystko przeżył jeszcze raz, postrzały, hipotermię, akcje, które mogli przypłacić życiem. Długą drogę już mieli za sobą, ale... jeszcze dłuższa przed nimi. I może jeszcze bardziej
pojebana?
Dał się jej pchnąć i opadł plecami na deski, a kiedy na nim usiadła okrakiem, to zaraz sięgał palcami do jej ud, układał je na jej pośladkach, ale tylko na moment, bo po chwili ona poprowadziła jego ręce w górę, nad głowę, zacisnęła palce na jego nadgarstkach, a on się szarpnął, specjalnie, wbijając w nią spojrzenie. Zadziorne.
-
Ty wybierasz kiedy, a ja wybieram miejsce, to znaczy ja losuję miejsce, bo wiesz... ja mam więcej farta - pokazał jej czubek języka, ale coś w tym było. Chociaż... Madox w jednej chwili miał ten swój
głupi fart, a w drugiej już potrafił sprawę koncertowo spierdolić. Więc u niego to takie 50 na 50. Albo wylądują w jakimś pięknym miejscu i przysięgną sobie miłość aż po grób w akompaniamencie jakiegoś malowniczego wodospadu na Seszelach, albo... szczękając zębami z zimna na jakiejś Antarktydzie.
W zasadzie, i to, i to, byłoby fajne.
Mruknął jak
dziki kot, kiedy jej usta wylądowały na jego torsie, serce szarpnęło mu się mocniej w piersi. Do niej. A zaraz podniósł głowę, żeby na nią spojrzeć. Utkwić ciemne tęczówki w jej pięknej twarzy.
-
Kogo ty chcesz oszukać Pilar? - rzucił i spojrzał na nią poważnie, ale zaraz znowu się uśmiechnął, szczerze i pięknie -
i tak będziemy pić rum - bo zawsze i wszędzie go pili, chociaż wiadomo, że lokalnych specjałów też spróbują -
ale pojebany szaman mi się podoba, tylko błagam cię... żeby nie był karłem - aż pokręcił głową, a zaraz ją opuścił, jakoś tak gwałtownie, że aż walnął się w potylicę. Tylko, że wynagrodziły mu to jej pocałunki, które wędrowały już po jego szyi, mieszając muśnięcia warg z szczypnięciami jej zębów, w ten najbardziej przyjemny sposób,
kurewsko przyjemny. Aż kolejny pomruk wyrwał mu się z gardła. A może było to spowodowane tym, jak zacisnęła na nim mocniej uda.
-
A jakie to jest najbardziej odklejone miejsce? Znajdźmy jakieś odklejone, bo jeszcze... - i już jej miał mówić, że jeszcze przecież nie było tego
specjalnego pieprzenia, które dostaje narzeczona. Ale może to było w tym domu, do którego się włamali? Odklejone miejsce, jakby na to nie patrzeć.
Tylko, że zamiast dokończyć, to nabrał mocniej powietrze w płuca, kiedy szarpnęła zębami za jego kolczyki, bo to też kurewsko lubił. A to co mówiła powodowało, że jego myśli już kręciły się tylko na niej, nie na ślubie, na tym odklejonym miejscu, w którym mógłby ją wziąć.
Wreszcie. A może to ten jej dotyk tak na niego działał? Albo i to, i to.
Kiedy zawiesiła pełne usta tuż nad jego wargami, to szarpnął się zaraz do niej, musnął je.
-
Kurewsko dużo buñuelos - wyszeptał w jej usta, które zaraz znowu musnął zaczepnie -
i świętowanie z moją rodziną - i znowu to zrobił -
i ty jako moja żona - jeszcze raz zaczepił jej usta, tym razem przygryzając jej dolną wargę, żeby zostawić na niej to pulsujące uczucie -
zajebiście mi się podoba - skwitował, a zaraz... agresywnie, dziko, intensywnie, wpił się w jej usta, sięgając palcami do jej policzka, po którym sunął na jej potylice, które zaraz wplatał w jej ciemne, zmierzwione kudły, przyciągając ją do siebie. Mieszając na językach ich smak w
ognistym pocałunku, tak kurewsko żywiołowym, że aż... kręciło się od niego w głowie. Usiadł nie przerywając go, spinając mięśnie na brzuchu, przyciągając ją do siebie tak, że teraz czuł jej serce, które waliło w piersi, które obijało się o to jego, czuł ją na brzuchu i jej uda zaciskające się na nim coraz mocniej.
Dopiero po chwili oderwał usta od jej warg, ale wciąż muskał jej żuchwę, jej szyję, w którą zaraz rzucił.
-
Łódź? Ocean? Molo? Za sceną? Albo w tym małym pierdolonym namiocie? Co będzie najbardziej odklejone i dobre na to specjalne pieprzenie dla mojej narzeczonej? - teraz to on szczypał zębami jej skórę, na szyi, na obojczyku, na którym zostawił jej po sobie ślad, kolejny już chyba, znowu. Poprawił ją na sobie tak, że mogła czuć klamrę paska, która wbijała jej się w brzuch, ale mogła też czuć to, jak
znowu był na nią gotowy. A na piersi jego szybki oddech, kiedy zadarł głowę, żeby zaczepnie spojrzeć jej w oczy -
quiero - mruknął i znowu się do niej wyrywał, sięgał do jej pełnych, gorących warg -
tú - na których ułożył to słowo
cię. Bo niesamowicie jej teraz chciał. Z tą myślą w głowie, że zostanie jego żoną, gdziekolwiek, poślubioną mu przez jakiegoś pojebanego szamana.
Zajebista wizja.
conviértete en mi esposa, en algún lugar del fin del mundo ‧₊˚
⋅♡
༘⋆