-
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie mogła jednak spędzać w biurze całych dni. Potrzebowała odpocząć od liczb i niekończących się powiadomień z serwerów, które co chwilę przypominały o kolejnym zablokowanym koncie. Nie zamierzała rezygnować z udowodnienia całemu światu, że jej biznes nie miał nic wspólnego z tym, o co był oskarżany. Była uczciwa, płaciła podatki, nie zaniedbywała swoich pracowników oraz dbała o klientów. Nie miała pojęcia, komu nadepnęła na odcisk i kto chciał doprowadzić ją do bankructwa. Jej celem było odnalezienie winowajców i oczyszczenie swojego nazwiska, zanim jej firma odczuje efekty czyjejś nienawiści. Przez to wszystko niemal zapomniała o umówionym spotkaniu, na które już i tak była spóźniona. Wyłączyła laptopa, uprzednio upewniając się, że wszystkie używane przez nią programy zostały zamknięte. Sięgnęła po długi, ciemnozielony płaszcz i skierowała się do wyjścia. Pożegnała się z recepcjonistką i poprosiła ją, by nie zostawała po godzinach. Była dobrym szefem, z uprzejmością traktowała ludzi, dlatego nie potrafiła zrozumieć, czym zasłużyła sobie na to wszystko, przez co aktualnie przechodziła.
Sytuacja na drogach nie była tragiczna, dlatego pomimo, iż wyszła z biura spóźniona, w umówionym z Zellą miejscu pojawiła się niemal o czasie. Kiedy ciężkie, mosiężne drzwi lokalu zamknęły się za nią, odcinając szum wieczornego miasta, Niamh na moment przystanęła, by przyzwyczaić wzrok do przyciemnionego, ciepłego światła. Dłonią wygładziła materiał okrycia i zrobiła to, co robiła zawsze, gdy wchodziła do pomieszczenia pełnego ludzi - wyprostowała ramiona, uniosła lekko podbródek i powiodła wzrokiem po sali z uprzejmą, choć chłodną obojętnością. Nikt, kto na nią patrzył, nie domyśliłby się, że jeszcze dwadzieścia minut temu wertowała obciążającą dokumentację, szukając błędów w rozliczeniach swojej działalności. Dopiero w momencie, w którym dostrzegła znajomą twarz, na jej ustach wymalował się delikatny uśmiech. Przywitała się gestem ręki i pewnym krokiem zmierzyła w stronę odpowiedniego stolika.
- Cześć, wybacz mi spóźnienie - pochyliła się nad przyjaciółką i przycisnęła zimny policzek do jej własnego. - Nie mam żadnego oryginalnego wytłumaczenia. Zasiedziałam się w pracy - powiedziała, gdy już zajęła miejsce na przeciwko Zelli. Nie zamierzała skarżyć się na swoje problemy, z tymi akurat musiała uporać się sama.
Zella Gardner
-
It’s no use going back to yesterday, because I was a different person then.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracji1os (bio), 3os (reszta)czas narracjiprzeszłypostaćautor
Czy też Zella była już świadoma problemów przyjaciółki, czy też raczej nie, była gotowa poczekać lub przełożyć spotkanie, które wspólnie zaplanowały. Nie dostała natomiast niczego, co wskazywało o jakichś poważniejszych kłopotach, które zadecydowałyby o jej pojawieniu się w umówionym miejscu, więc bardzo się ucieszyła. Sama żyła pracą i, co prawda, ostatnio trochę więcej czasu spędzała z ludźmi prywatnie, ale chyba potrzebowała troszkę więcej swobody. I może jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy.
Na miejscu pojawiła się dosyć sporo przed czasem, również zaskoczona przez brak większych korków czy przystanków w drodze. Pogawędziła nawet o tym z taksówkarzem, który przywiózł ją na miejsce. Bardzo miły człowiek. Gardner zawsze podziwiała tych przyziemnych, skupionych na swojej drobnej, może niezbyt opłacalnej pracy. O dziwo, prawie zawsze wydawali się być jej najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi. Nie to co ona.
Ledwie usiadła przy stoliku, a odezwał się jej telefon. Nie widząc Niamh na horyzoncie, zdecydowała się odebrać i pogrążyć w krótkiej rozmowie. Sądziła, że mogło być to coś ważnego, ale w trakcie wyszło, że jak zwykle nie było żadnych obaw. Zdążyła pożegnać się z drugą stroną i coś tam poszperać w telefonie, a gdy go odkładała, dostrzegła zmierzającą w jej stronę blondynkę. Od razu się do niej uśmiechnęła.
— Nie masz za co przepraszać. Dopiero minutę czy dwie temu skończyłam rozmawiać z Sophie. Dziewczyna tak się wszystkim przejmuje, że rozmawiam z nią już chyba codziennie. A radzi sobie świetnie. — również po przyjacielsku ucałowała Niamh, na sam koniec uśmiechając się lekką goryczą. Mówiła rzecz jasna o kobiecie, która przejęła pałeczkę od Gardner i jej wspólniczki w nowym lokalu w Vancouver. Miała kompetencje, predyspozycje, umiejętności, no i zaufanie ich obu. Czego chcieć więcej? — Och, czyli coś znajomego. Też bym była się zagadała z klientką gdybym nie ustawiła sobie przypomnienia. — parsknęła, a nawet machnęła ręką, bo naprawdę się nie gniewała. Po krótkiej chwili wyprostowała się nieco w siedzeniu, skupiając całą swoją uwagę na kobiecie. — Dobra. Zamówmy coś i możemy sobie pogadać. — zaproponowała, bezgłośnie klaszcząc dłońmi i trzymając je tak przez dłuższą chwilę.
Niamh R. Kilroy
-
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Obie doskonale wiemy, że pierwsze kroki w świecie biznesu nie należą do najłatwiejszych - przypomniała jej, tym samym sugerując, że Sophie doskonale sobie poradzi, gdy już pewniej poczuje się w roli szefowej. - Niewiele brakowało, a sama zrezygnowałabym z marzeń - wróciła pamięcią do chwil, w których jej firma mieściła się w jednej teczce, a miesięczne zyski ledwo starczały na opłacenie czynszu i pożywny posiłek dla córki. W tamtym okresie, nie musiała jednak zaprzątać sobie głowy bezpodstawnymi oskarżeniami o przekręty podatkowe, bo sama miała wgląd w całą dokumentację, a jej księga rachunkowa składała się na cienki, prawie całkowicie pusty zeszyt.
Zaśmiała się na kolejne słowa Zelli, które tak bardzo obrazowały jej własne życie. Poświęcała pracy zdecydowanie więcej czasu, niż było to wymagane, ale nie potrafiła inaczej. Szczególnie teraz, gdy zmuszona była przesiadywać nad dokumentacją finansową firmy, by odszukać wszystkie niezgodności, które były w stanie doprowadzić ją na samo dno.
- Może obie powinnyśmy skupić się na czymś innym niż pracy - zasugerowała i gdyby miała w zasięgu ręki szklankę z alkoholem, na pewno wzniosłaby ku temu toast. - Na co masz ochotę? - zapytała, sięgając po kartę z napojami, gdzie w oczy od razu rzuciło jej się Dirty Martini, na które postanowiła się skusić. Kilroy była fanką nie tylko mocnej kawy, ale również wysokoprocentowych trunków alkoholowych, chociaż nieczęsto po nie sięgała. - Dla siebie wezmę Dirty Martini z dodatkową oliwką i może jakieś przystawki - podzieliła się swoim wyborem i kartę z napojami, zamieniła na tę, w której mogła znaleźć przekąski. - Co powiesz, na krakersy z tatarem z tuńczyka i awokado? I może jeszcze deskę z dojrzewających serów z miodem truflowym? - zapytała, zamykając kartę i odłożyła ją na brzeg stolika. Była głodna, ale nie na tyle, by zamówić dla siebie cały posiłek, przystawki na ten moment zupełnie jej wystarczały.
Niamh nie musiała szukać atencji. Wystarczyło jedno krótkie, pewne spojrzenie w stronę kelnera i ledwo dostrzegalne skinienie głową, by ten natychmiast zmienił kurs i ruszył w stronę ich stolika. Gdy w jego rękach znalazł się niewielkich rozmiarów notesik, złożyła swoje zamówienie i cierpliwie czekała, aż Zella poda kelnerowi własny wybór trunku.
- Vancouver nie spełniło twoich oczekiwań, czy po prostu zatęskniłaś za domem? - zwróciła się do przyjaciółki, gdy tylko kelner oddalił się od ich stolika.
Życzyła Zelli jak najlepiej, czuła ogromną satysfakcję widząc kobiety, które rozwijały się zawodowo. Zmuszona była jednak przyznać, że nieobecność przyjaciółki była dla niej trudniejsza, niż by tego chciała. Nieliczne bliskie osoby, które miała w swoim życiu, starała się trzymać na wyciągnięcie ręki, dbając o każdą wspólną więź z niemal chorobliwą uwagą. Niestety, gdy Gardner podjęła decyzję o opuszczeniu miasta i rozwinięciu własnego biznesu, nie mogła zrobić nic, poza pogratulowaniem jej odwagi i życzeniem odniesienia sukcesu. Egoistycznie jednak cieszyła się z jej powrotu.
Zella Gardner
-
It’s no use going back to yesterday, because I was a different person then.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracji1os (bio), 3os (reszta)czas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie mogła natomiast nie zawtórować jej śmiechem przy temacie pracy. Były najwidoczniej bardziej podobne niż mogłoby się wydawać. Gardner, nie mając za wiele innych zajęć, chcąc czy nie skupiała się właśnie na salonie. Ale dzięki temu też osiągnęła taki sukces.
— Być może. Ale póki nie mam lepszego pretekstu, zajmę się tym bo to zwyczajnie lubię. —zadecydowała, wciąż uśmiechając się z rozbawieniem. Dopiero przy kolejnym pytaniu wyraz jej twarzy uległ zmianie, a delikatna zmarszczka między jej brwiami sugerowała zamyślenie. — Ja chyba tradycyjnie wezmę lampkę czerwonego wina, półsłodkiego. Nie wiem co tu mają, ale może nie pożałuję tej decyzji. — nie, żeby była jakąś koneserką, ale nie każde wino jej podchodziło. Jej wybór tylko umocnił się, gdy Niamh zaproponowała przystawki, które nie powinny kolidować z trunkiem Gardner. — Na dobry początek brzmi świetnie. — krótkim skinięciem głowy pochwaliła wybór, tym samym też pieczętując dobór przystawek. Była ryba, był ser. Bardziej zadowolona być nie mogła.
Wraz z nadejściem kelnera grzecznie poczekała, aż jej przyjaciółka przekaże mu swój wybór trunku oraz wybrane dodatki, a po niej Zella złożyła zamówienie na swoje wino. Na wszelki wypadek poprosiła też, by kelner od razu przyniósł im całą butelkę i dwa kieliszki. Niamh nie musiała z nią pić, sama też raczej więcej niż dwie trzy lampki by nie wypiła, ale lepiej dmuchać na zimne.
— Chyba oba, tak po trochu. — odpowiedziała, choć każde większe zastanowienie poświęcane na ten temat robił z jej głowy jeszcze większy mętlik. Przez to też wzruszyła ramionami, nie nonszalancko, a ze zwyczajnej niepewności. Mogła być natomiast nieświadoma dlaczego w ogóle podjęła decyzję o powrocie, natomiast wiedziała, iż podjęła dobry krok, wracając na stare śmieci. To tutaj miała swoje życie, przyjaciół, najbliższych. I raczej była przekonana, że to tutaj też trafi może w końcu na swoją drugą połówkę. Albo zestarzeje się samotnie i skończy jako panna z dziesięcioma kotami.
Niamh R. Kilroy
-
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Przynajmniej nie musiałaś dzielić czasu między walkę o pierwsze zlecenia a wybór najlepszego przedszkola - powiedziała z uśmiechem, choć tak naprawdę wspomnienie to nie przywoływało na myśl niczego pozytywnego. W tamtym okresie jej życie było naprawdę trudne i niemal zrezygnowała z postawionych sobie planów. Na szczęście za każdym razem gdy otulała córkę do snu, uświadamiała sobie, że to właśnie dla niej musiała być silna. Mała zasługiwała na wszystko to co najlepsze, a Niamh obiecała sobie, że zrobi wszystko by jej to zapewnić. Dotrzymała obietnicy i nawet jeśli wiązało się to z masą nieprzespanych nocy i wylanych łez, tylko to miało dla niej znaczenie.
Obie były pracoholiczkami, w czym Kilroy nie widziała niczego złego, bo jej samej z trudem przychodziło zajmowanie się zwykłymi, przyziemnymi sprawami. Zdecydowanie bardziej wolała spędzić wieczór na ucieleśnianiu swoich wizji, od bezsensownego przesiadywania w klubach czy innych miejscowych lokalach. Pomimo tego wiedziała, że nie może wiecznie odsuwać na bok wszystkich oraz jak ważne było pielęgnowanie relacji. Najlepszym przykładem na to była Vivienne, która zaryzykowała niemal wszystko, tylko po to, by ostrzec ją przed nadchodzącą katastrofą.
- Chciałabym chociaż na jeden dzień być kimś, kto nie odpowiada za sukces kolejnej inwestycji, która ma zmienić panoramę tego miasta - rzuciła, i choć mogło wydawać się, że narzekała, wcale tak nie było. Czasami po prostu chciałaby zrzucić z siebie wszystkie te drogie ubrania, zmyć z twarzy maskę niezłomnej liderki i poczuć się po prostu normalna. Przeciętna. Chciałaby zniknąć w tłumie, nie niosąc na barkach ciężaru setek decyzji, od których zależał wizerunek jej firmy i spokój córki. - Choć pewnie szybko zatęskniłabym za tym co znam - dodała ze śmiechem, bo przecież nawet jeśli od czasu do czasu zdarzało jej się myśleć o nudnej normalności, nie była ona dla niej.
Butelka wina, dwa kieliszki i zamówione przez Niamh Martini szybko pojawiły się na stoliku. Blondynka od razu złapała za szklankę i zamoczyła usta w trunku. Był dobry, wręcz wyśmienity.
- Bez względu na powód twojego powrotu, cieszę się, że się na to zdecydowałaś - uśmiechnęła się, szczerze zadowolona tym faktem. - Moje paznokcie również świętują twój powrót. Prawie straciły nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek spotka je tak profesjonalna opieka - zaśmiała się, unosząc szklankę z drinkiem. - Za powroty, które zawsze mają sens, i za to, że w końcu jesteś tam, gdzie twoje miejsce - pozwoliła sobie na mały toast, no ale przecież miały co świętować.
Zella Gardner
-
It’s no use going back to yesterday, because I was a different person then.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracji1os (bio), 3os (reszta)czas narracjiprzeszłypostaćautor
— Też prawda. — przyznała przyjaciółce rację, kiwając pokrótce głową. Życie z dzieckiem wyglądało zupełnie inaczej i zdawała sobie z tego sprawę. Przynajmniej po części. Dlatego też nie decydowała się na nie aż do tej pory, zwłaszcza że nie miała żadnego partnera. I szczerze? Wcale nie czuła się, jakby gonił ją tykający zegar biologiczny i na każdym kroku przypominał jej o tym aspekcie życiowym. Może dlatego, że ceniła sobie swobodę, której rodzice dzieci nie zawsze posiadali. Póki co, miała jeszcze czas, ale coraz bardziej była przekonana, że było jej raczej bliżej do bezdzietnej ciotki niż matki.
Samej siebie Zella też nie wpisywała w pracoholizm, bo bez przesady, natomiast zdawała sobie sprawę, że życie poza pracą też było warte pielęgnowania. Może nie poświęcała temu aż tak dużej ilości czasu, ale jej ekstrawertyczna natura nie pozwalała jej też się odciąć całkowicie od najbliższych czy ludzi w ogóle. Jej praca poniekąd wiązała się też z kontaktem z drugą osobą, z czego bez skrupułów korzystała.
— Gdyby się dało to chętnie bym się zamieniła życiem na jeden dzień. Jak w tym filmie z bliźniaczkami Lohan, nie pamiętam jaki był tytuł. — nawet nie była pewna, czy dobrze skojarzyła fabułę, ale wydawało jej się że tak. Może i nie wiedziała na co się pisze, natomiast jej ciekawska natura zawsze była spragniona nowych wrażeń. — Oj, z pewnością. Nic nie jest lepsze niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. — zawtórowała jej śmiechem. Sama myślała podobnie, dlatego stałe zamiany a’la jakiś film nie wchodziły nawet w rachubę.
— Ja tak samo, ale bardzo się cieszę że każdy jest raczej zadowolony z mojego powrotu. — skwitowała, również się uśmiechając, nie kryjąc swojego rozbawienia. Nalewała sobie akurat wina kiedy po raz kolejny rozbrzmiał jej śmiech. — Na pewno, ale spokojnie, zajmę się nimi niezwłocznie. I przyznam ci szczerze, że właśnie to od klientek otrzymuję najwięcej radości z powodu powrotu. — rodzina też się cieszyła, ale odkąd wróciła do salonu to panie tylko obiecują, że już jej stąd nie wypuszczą. Chyba utknęła tutaj zatem na stałe. — Dokładnie. Ja jeszcze dorzucę od siebie, by nam się non stop powodziło i nie obchodzi mnie, że może nas to znudzić. — zachichotała, ale przytknęła swój kieliszek do szklanki Niamh, zaraz potem wypijając trochę wina.
Niamh R. Kilroy
-
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- The Parent Trap - podpowiedziała, doskonale pamiętając film, o którym wspomniała przyjaciółka. W latach młodości bywała na tych samych galach co Lindsay Lohan i nawet miały pojawić się w tej samej produkcji. Niestety los chciał, że jedna z nich zrezygnowała z zabezpieczenia, a druga wpadła w narkotyki. I choć Kilroy nigdy nie zastanawiała się nad tym, jak wyglądałoby jej życie, gdyby w tamtym momencie była bardziej rozważna, cieszyła się, że nie musi stawać przed kamerami i udawać kogoś kim nie była. - Obawiam się, że gdybyśmy zamieniły się miejscami choćby na godzinę, świat mógłby tego nie przetrwać. Ty pewnie zaczęłabyś kłócić się z moim głównym wykonawcą o odcień kruszywa, a ja... cóż, ja prawdopodobnie próbowałabym przeorganizować ci cały salon według zasad symetrii ogrodów francuskich - zaśmiała się cicho, próbując wyobrazić sobie siebie w roli stylistki paznokci. - Lepiej zostańmy przy swoich życiach. Są wystarczająco skomplikowane bez magicznych zamian - uznała, wciąż rozbawiona tą wizją.
- Nie wydaje mi się, by można było znudzić się sukcesami - zauważyła, ponownie maczając usta w alkoholu. - A co do twoich klientek... wcale im się nie dziwię. W tym mieście łatwiej o dobrego dewelopera niż o kogoś, kto potrafi sprawić, że człowiek czuje się poskładany do kupy po jednej wizycie w salonie - przyznała szczerze, mając nadzieję, że niebawem umówią się na wizytę. Potrzebowała, by ktoś profesjonalnie zajął się jej paznokciami i nigdy nie omieszkałaby spędzenia dodatkowych kilku chwil w towarzystwie Zelli.
Ich rozmowę na moment przerwał kelner, który z nienaganną precyzją zaczął rozstawiać na stole zamówione przystawki.
- Wygląda bardzo apetycznie - skomentowała, gdy mężczyzna w końcu się oddalił. - Znam cię na tyle dobrze, by wiedzieć, że dla ciebie to tylko rozgrzewka. Masz już na oku kolejną lokalizację, czy tym razem planujesz coś zupełnie innego? Może własna linia produktów? - zapytała i sięgnęła po niewielki kawałek kruszącego się sera, obracając go przez chwilę w palcach, zanim powoli uniosła go do ust.
Zella Gardner
-
It’s no use going back to yesterday, because I was a different person then.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracji1os (bio), 3os (reszta)czas narracjiprzeszłypostaćautor
— Tak! Dokładnie ten. — aż klasnęła dłońmi, gdy przyjaciółka przytoczyła poprawną nazwę filmu. To przykre, że taka popularność prawie zawsze miała tak okrutne konsekwencje, zwłaszcza dla osób, które od dziecka były częścią tego środowiska. Chyba rzadko kto wychodził z tego bez mniejszych lub większych skandali. Może kryło się za tym coś więcej, ale Gardner akurat nie miała akurat zielonego pojęcia o takich sprawach, więc nawet nie próbowała na siłę zgłębiać się bardziej poza tym, co otrzymywała z mediów czy od przyjaciółki. — O tak, o odcień bym się mogła kłócić. To całkiem prawdopodobne. — parsknęła, nie kryjąc rozbawionego uśmiechu. — Słuchaj, nie miałabym nic przeciwko przeorganizowaniu salonu w każdym innym wypadku. W moim natomiast nie może mieć to prawa bytu. Ale mogłabym rozważyć ten salon z Vancouver w przyszłości jakbyś miała chęć. — rozwinęła żart jeszcze bardziej, kwitując go krótkim chichotem. — Ale masz rację. Lepiej, by wszystko zostało tak jak jest. My również. — dorzuciła jeszcze na sam koniec.
— Oj, słodzisz mi. Aż tak cudotwórcza nie jestem. — aż machnęła ręką, jednocześnie przewracając lekko oczyma. Jej uśmiech mówił jednak, że było jej z tego powodu miło. Cieszyło ją to, że klientki oraz sama Niamh bardzo chwaliły sobie jej troskę i opiekę. Nawet, jeśli dotyczyła ona tylko dłoni i paznokci.
Uśmiech wciąż pozostawał na jej ustach, gdy kelner rozstawiał wszystkie talerze. Po krótkich oględzinach również musiała przyznać, że wszystkie rzeczy wyglądały naprawdę interesująco.
— Zgadzam się totalnie. Aż jestem ciekawa czego spodziewać się po daniach głównych. — przyznała się, oczywiście już wykraczając zdecydowanie dalej niż musiała. Gardner lubiła jedzenie, bez względu na to, czy chodziło o jego degustację czy przygotowanie. — No cóż… Własna linia produktów czy jeszcze jeden salon brzmią zachęcająco, to fakt. Ale nie mam w głowie jeszcze nic pewnego, na razie są to jedynie wstępne myśli. — wyjaśniła pokrótce, idąc w ślady koleżanki i również sięgając po ser, który ostrożnie spróbowała.
Niamh R. Kilroy
-
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Szkoda - rzuciła z udawanym rozczarowaniem, choć w jej głowie już pojawiła się wizja tego, w jaki sposób przeorganizowałaby salon. Jako architektka krajobrazu była w stanie odtworzyć w pamięci układ każdego pomieszczenia, automatycznie szukając w nim niewykorzystanego potencjału. Oczami wyobraźni widziała już ogród wertykalny - ścianę żywej zieleni, która zupełnie zmieniłaby mikroklimat wnętrza i nadała salonowi luksusowego sznytu. Była też w stanie wyobrazić sobie kamienie, po których bezszelestnie spływałaby woda z minimalistycznego, sztucznego wodospadu, kojąc zmysły czekających na zabieg klientek. Zachowała jednak te wizje dla siebie, nie chcąc wtrącać się w biznes przyjaciółki. Gdyby Gardner przyszła do niej po radę, byłaby w stanie jej udzielić. W zaistniałej sytuacji wypadało jednak milczeć. - Kobieta musi znać swoją wartość - powiedziała z przekonaniem, a jej wcześniejsze słowa całkowicie przekładały się na rzeczywistość. Nie słodziła przyjaciółce, a jedynie utwierdzała ją w fakcie, że była jedną z najlepszych w swojej dziedzinie. Niamh niechętnie oddawała dłonie pod opiekę innych osób, Zella była jedyną osobą, której ufała w stu procentach. - Wydaje mi się, że jesteśmy już za stare, by bawić się w sztuczną skromność - zaśmiała się, choć tak naprawdę nie żartowała. No może tylko z tą starością, bo do wieku emerytalnego jeszcze sporo im brakowało.
Ser nie tylko dobrze się prezentował, ale również wyśmienicie smakował. W tym momencie nawet odrobinę pożałowała, że również nie skusiła się na wino, które zdecydowanie lepiej zgrywało się ze smakiem sera niż Dirty Martini.
- Nigdzie nie musisz się spieszyć - zapewniła, bo nawet jeśli sama zasugerowała rozwój biznesu, nie zamierzała pchać Gardner w żadnym kierunku. - To twój biznes i zrobisz wszystko po swojemu - pozwoliła sobie na delikatny uśmiech, sięgając po kolejny kawałek sera. - Chciałam tylko ci przypomnieć, że jesteś w stanie osiągnąć wszystko czego zapragniesz - dodała, już z większą powagą, po czym przeniosła wzrok na krakersy z tatarem z tuńczyka i awokado. Była głodna. Zajęta całą tą sprawą z przekrętami podatkowymi, całkowicie zapomniała o rzeczach tak mało istotnych jak przyjmowanie posiłku.
Zella Gardner
-
It’s no use going back to yesterday, because I was a different person then.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracji1os (bio), 3os (reszta)czas narracjiprzeszłypostaćautor
— Prawda jest taka, że mój salon jeszcze nie dorósł do tego, by być godzien oddania się w Twoje dłonie. Ale zobaczymy, może kiedyś. — przyznała absolutnie szczerze. Zella podziwiała kunszt przyjaciółki i to, jak spektakularne dzieła wychodziły spod jej ręki. Po cichu marzyła, by ktoś taki zajął się w przyszłości jej salonem. Teraz była jeszcze na etapie obaw, że decyzja mogła dość mocno uderzyć w jej biznesowy portfel, a w tym temacie była naprawdę dość skąpa i marudna. Już jej wspólniczka miała większe zadatki na szastanie kasą, choć póki co, Gardner starała się trzymać ją w ryzach. Zdawała sobie jednak sprawę, że im więcej funduszy zbiorą, tym gorzej będzie się opierać takim potencjalnym ulepszeniom. — Za stare? Co ty gadasz, moja droga. Jesteśmy przecież w kwiecie wieku. Co do szczerości, tej sztucznej mówimy kategoryczne nie, masz rację. — tym samym potwierdziła, że jej poprzednie słowa były absolutnie prawdziwe. Zella była z natury skromna, a osiągnięciami chwaliła się bardziej w celach humorystycznych. Wolała być też taka, niż kreować się na przesadną damę, która była ponad wszystkimi innymi.
Ser i wino było zdecydowanie dobrym połączeniem, choć Zella popełniła tak zwany przypadek, by do tego doszło. Nie znała jeszcze tak dobrze tych wszystkich nowobogackich zwyczajów i dopasowywania wytrawnego jedzenia do rodzaju trunku czy wina. Stale się jednak uczyła i najwidoczniej szło jej całkiem nieźle. Niamh zawsze mogła również nalać sobie wina po wypiciu martini, skoro już stała tam cała butelka i drugi kieliszek.
— No oczywiście. — pokiwała głową w zgodzie, zaraz jednak czując to dziwne uczucie, które towarzyszyło jej za każdym razem, gdy ktoś w jakiś sposób ją komplementował lub doceniał jej wartość. Zdecydowała się zatem przeczekać moment z odpowiedzią, tłumacząc się kończeniem kawałka sera, który akurat konsumowała. — Bardzo dziękuję za te słowa otuchy, naprawdę. Ale uważaj z nimi trochę, bo zaraz zostanę prezydentem Kanady. — oczywiście, że musiała swoje lekkie zażenowanie rozładować żartem. Pomogło. Przynajmniej jej. Nawet uśmiechnęła się w stronę Niamh, trochę z rozbawieniem, ale również i z wdzięcznością. Mimo wszystko doceniała takie mentalne wsparcie, bo nie od każdego szło je uzyskać. I też chciała w jakimś stopniu zrewanżować się tym samym.
Niamh R. Kilroy