30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Powrót do rzeczywistości powinien być kubłem zimnej wody zrzuconym prosto na ich głowy - a zamiast tego był tylko odległym stukaniem świata zewnętrznego, który pragnął o sobie przypomnieć. Szarpanie za klamkę nie wzbudziło w nim paniki, którą powinno - którą wzbudziło w n i e j. Z niechęcią wypuścił ją ze swoich ramion i przez ułamek sekundy tkwił w zawieszeniu, patrząc, jak pośpiesznie zbierała swoje rzeczy.
Dopiero gdy ta chwila minęła, a klamka wciąż poruszała się w miejscu, westchnął ciężko. Wsunął na siebie spodnie, mając znacznie mniej roboty z doprowadzaniem się do porządku niż miała Margo. Zapiął z powrotem swój pasek, wzrokiem oceniając wyrządzone przez nich szkody gdy, niespodziewanie, znów znalazła się o b o k.
Jego usta wygięły się w wyrazie zadowolenia gdy przylgnęła do niego, na przekór logice, która nakazywała jak najszybsze opuszczenie tego miejsca i powrót do tego, co było przed chwilą. Jego ręce owinęły się wokół jej talii, przytulając ją do siebie na krótką chwilę, w której chowało się coś miękkiego - w przeciwieństwie do wszystkiego, co zrobili przed chwilą.
- Nie wiedziałem, że masz takie fantazje - odrzucił beztrosko, sięgając po jej własną broń i obracając ją przeciwko niej. W jego oczach błysnęły iskierki rozbawienia gdy zerkał na nią, pochylony nad guzikami swojej koszuli, które zapinane z powrotem sprawiały znacznie mniejszą radość niż odpinane wcześniej.
Oderwał się od nich wyłącznie wtedy, gdy stanęła obok, wsuwając na ramiona własną koszulę - a on wykorzystał ten fakt, by o r d y n a r n i e klepnąć ją w tyłek.
- Nie lubię się dzielić - rzucił przy tym, ostentacyjnie, jak każdy, męski samiec, który mógłby zachowywać się w ten sposób. Odsunął się przy tym lekko, wiedząc, że łokieć kobiety bywał bardzo celny - szczególnie, gdy zmierzał w kierunku jego żeber.
Klamka przestała szarpać gdy osoba po drugiej stronie zrozumiała aluzję i wybrała inną salę. Dawało im to odrobinę swobody, ale ich czas w tym miejscu tak czy inaczej dobiegł końca.
- Czy mogę uznać to za przyjęcie mojego zaproszenia na randkę? - zagadnął, opierając się o ścianę w bliźniaczej pozycji do tej, w której wcześniej ona przyglądała się jemu gdy przesłuchiwał kobietę. Teraz to on patrzył, jak zapinała ostatnie guziki swojej koszuli, jak przeczesywała dłońmi włosy i próbowała doprowadzić się do porządku. - Czy jednak będziesz wymagała kwiatów?
Przeszedł przez drzwi gdy chwyciła za akta, sięgając do klamki. Przekręcił zamek, gotowy przejąć konwersację z osobą, która domagała się wejścia do środka. Człowiek mógł osiągnąć bardzo wiele z pomocą podłego charakteru, a on nie zamierzał tłumaczyć powodu, dla którego drzwi były zamknięte ani tego, dlaczego z Margo w ogóle tam byli.
Nie miał w zwyczaju tłumaczenia się w żadnej kwestii.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Parsknęła cicho, kiedy jego dłoń wylądowała na jej pośladku, a odruch, który pojawił się niemal natychmiast, zatrzymała w połowie drogi, jakby w ostatniej chwili przypomniała sobie, że tym razem nie warto. Zamiast tego pokręciła głową, z tym charaktrystycznym dla siebie politowaniem, które zawsze balansowało na granicy rozbawienia i nagany.
- Będę pamiętać - rzuciła, unosząc na niego spojrzenie, w którym błysnęło coś zaczepnego. - Jak będę przechodzić obok biurka Evansa, to mu powiem, że następnym razem też może się załapać, ale tylko jednorazowo, bo jesteś zaborczy - oboje wiedzieli, że to była czysta prowokacja, jedna z tych drobnych złośliwości, którymi obrzucali się niemal odruchowo, jakby była wpisana w ich sposób bycia. Tak samo jak wiedzieli, że nie należało brać ich na poważnie.
W tych miesiącach nauczyli się rozróżniać to, co było grą, od tego, co naprawdę miało znaczenie i może właśnie dlatego wciąż tu byli, mimo wszystkiego, co między nimi nie działało tak, jak powinno. Słowa rzucane w złości albo dla efektu rozmywały się szybko, traciły ciężar. Te inne, cichsze, rzadsze, wypowiadane bez świadków - zostawały.
Doprowadzenie się do porządku zajęło jej więcej czasu, niż chciałaby przyznać, ale w końcu stanęła prosto, poprawiając jeszcze kołnierz i przesuwając dłonią po włosach, jakby tym gestem mogła zamknąć wszystko, co wydarzyło się chwilę wcześniej. Odwróciła głowę w jego stronę, zatrzymując na nim spojrzenie na moment dłużej. - Jest dobrze? - zapytała spokojnie, choć oboje mieli świadomość, że dobrze było pojęciem względnym w ich przypadku.
Plotki nigdy nie zniknęły; krążyły gdzieś na obrzeżach, ciche, uparte, podsycane każdym spojrzeniem, każdym przypadkowym gestem, każdym momentem, w którym znajdowali się razem tam, gdzie nie powinni. Wyjście z sali przesłuchań bez świadka tylko dolewało oliwy do ognia, ale żadne z nich nie wyglądało na szczególnie przejęte tym faktem.
Ruszyli korytarzem, tym razem już w znajomym rytmie, który nie wymagał słów. Szła odrobinę przed nim, jakby naturalnie przejmując prowadzenie, a jednak co jakiś czas zerkała przez ramię, upewniając się, że jest tuż za nią. Kiedy ponownie wspomniał o randce, nie zatrzymała się, nie zwolniła nawet kroku, ale jej odpowiedź przyszła lekko, rzucona z tym ledwie widocznym uśmiechem. - Jasne - to jedno słowo w y s t a r c z y ł o.
Dotarli do swoich biurek, wracając do przestrzeni, w której wszystko miało swoje miejsce, a chaos musiał zostać przykryty pozorami normalności. Margo opadła na krzesło, odkładając akta na blat, ale zamiast od razu się nimi zająć, odchyliła się lekko i spojrzała w jego stronę. - Mam nadzieję, że wreszcie zrobiłeś mi obiecane miejsce w szafie - powiedziała, unosząc brew. - Ile można wozić tę torbę w samochodzie? - w jej głosie pobrzmiewała lekkość, ale pod spodem kryło się coś, co wykraczało poza żart, choć nadal było podane w ich sposób, bez zbędnego ciężaru.

koniec


Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”