—
Dziewiąta. — I tyle. —
Ósma trzydzieści, jeśli to wtorek. — Kucała nad szufelką ze wzrokiem utkwionym w mieniące się odłamki pod jej trampkami. —
Jest środa.
I dopiero to, jakby samo określenie czasoprzestrzeni nabrało mocy sprawczej, posunęło Ren do tego, aby spojrzeć
trzeźwiej w stronę gościa motelowego. To była — poza zwyczajową formułką powitalną i formalnościami stricte zawodowymi — jej najdłuższa wypowiedź w stronę Palomy Cortés. Oszczędna, ale poza ramami ułożonej derealizacji. Tajemnicza a zarazem prosta. Nie można odczytać tego inaczej, jak wprost.
"Jest środa" — czyli to nie tak, że całkowicie ignorowała czasoprzestrzeń. Raczej nie wykraczała poza strefę Ho-Oh, bo w pokrętnej logice funkcjonowania motelu i przyległych mu struktur mogła wyznaczyć złudny azymut. Od ósmej do ósmej. Dwanaście godzin. Trzynaście, jeśli
sprzątanie wymagało dodatkowej pary rąk. Stabilna praca. Kontrola. Może
automatyzm.
Wzrok przesunął się beznamiętnie i powoli wzdłuż smukłych nóg. Zatrzymało nieopodal nich. Czerwone smużki. Zastygła krew. Biały ręcznik obok fotela nosił ślady zajścia a Ren wahała się czy zabrać go teraz, czy dopiero następnego dnia, kiedy przyjdzie posprzątać gruntownie Siódemkę.
W nogach czuła ciężar wieczoru oraz sztywność stawów. Lekko poruszyła palcami w butach. Ostatnie szkło chrupnęło pod podeszwami, przypominając o tym, gdzie jest. Jeśli wszystko pójdzie pomyślnie, Dziewiątka opustoszeje do bladego świtu a wtedy sprzątanie obu pokoi przypadnie porannej zmianie.
Postanowione.
Ren podniosła się. Powoli. Niespiesznie. W odpowiedzi w kolanach strzyknęło krótko. Dla kogoś niezaznajomionego mogło to zabrzmieć, jak zapowiedź problemów na przyszłość, ale dla niej to tylko kolejny dowód, że „żyje”. Wspomnienie po szklance i pył wyrzuciła do małego wiaderka z workiem na śmieci w korytarzu. Szufelka i zmiotka trafiły do przenośnego kosza sprzątacza. Ani razu nie spojrzała już na Palomę, nim bez słowa opuściła Siódemkę. Zamek cicho kliknął. W drodze na parter poprawiła mozolnie laufer tam, gdzie Vincent Dubois potknął się, uciekając przed narastającym gniewem Cortés.
Kolejna noc za nią.
***
Pierwszego wieczoru wszystko wyglądało tak samo jak zwykle.
Neon przy recepcji mrugał w swoim rytmie — nierównym, drażniącym, jakby zaraz miał zdechnąć, ale z jakiegoś powodu uparcie się trzymał. Radio SONY na blacie było rozbebeszone na części, wnętrzności wyciągnięte na wierzch, a Ren siedziała nad nim pochylona z papierosem przyklejonym do dolnej wargi i śrubokrętem w dłoni.
Drzwi się otworzyły. Nie spojrzała od razu.
—
Imię i nazwisko — rzuciła, bardziej do powietrza niż do niego. Padło. Bez zawahania. Bez kombinowania. Bez tej typowej pauzy, kiedy ludzie decydują, jak bardzo chcą kłamać. Ren zatrzymała rękę na moment. Zanotowała. Zdjęła klucz. Podała gąbeczkę. Przesunęła klucz. Nawet nie podniosła wzroku, kiedy go brał. Dopiero gdy minął ją i ruszył w stronę schodów, zerknęła przelotnie. Pachniał farbą. Nie świeżą z puszki, tylko czymś cięższym, głębszym — olejem, rozcieńczalnikiem, czymś, co wywołuje nieprzyjemne torsje przy większym natężeniu.
Wróciła do radia. Nie jej sprawa.
***
Drugiego wieczoru neon świecił jeszcze gorzej. SONY już działało, więc rozkręcała kolejne, tym razem PHILIPSa. Zawsze było coś do naprawienia. Zawsze coś, co można było rozłożyć na części zamiast myśleć.
Ten wszedł głośniej. Telefon w ręce, spojrzenia rzucane bardziej na ekran niż na przestrzeń wokół. Energia nie pasowała do tego miejsca — za szybka, za bardzo „na pokaz”.
—
Imię i nazwisko.
Podał. Znów prawdziwe. Ren uniosła lekko wzrok. Tylko na sekundę. Drugi
strike. Długopis zawisł nad kartką, zanim postawiła gąbeczkę. Spytał, co miał z tym zrobić. Nie skomentowała. Nie pytała. Klucz przesunął się po blacie, uderzając lekko o podkładkę formularza.
Później, kiedy niosła ręczniki, drzwi do jego pokoju były uchylone. Światło wpadało pod kątem, rozcinając przestrzeń na pół. Na łóżku rozłożone płótno. Telefon ustawiony tak, żeby widzieć wszystko. Nagrywał. Ruchy szybkie, pewne, trochę przesadzone — jakby ktoś miał to oglądać później i oceniać. Palce ubrudzone farbą. Kolory zbyt żywe jak na to miejsce. Ren zatrzymała się na sekundę dłużej, niż powinna. Potem popchnęła drzwi stopą, zamykając je cicho.
***
Trzeci przyszedł późno. Za późno jak na kogoś tak młodego. Deszcz już przestał padać, ale wilgoć siedziała w ścianach. Zapach dymu i starej tkaniny był cięższy niż zwykle. Stary GRUNDIG z funkcją dyktafonu trzeszczał na kontuarze. Stercząca antenę Ren wygięła w przedziwny kształt przypominający niedomkniętą gwiazdę.
—
Imię i nazwisko.
Głos mu lekko zadrżał, kiedy odpowiadał. Też prawdziwe. Ren spojrzała na niego odrobinę dłużej. Nie oceniał. Nie próbował nic udowodnić. Był… za bardzo obecny w tym, co robił. I jednocześnie jakby nie pasował do własnego ciała.
Trzeci. To już nie był przypadek.
Klucz. Gąbeczka. Odcisk.
***
Myśli przychodziły same, między jednym radiem a drugim, między kolejnymi nocami, które zlewały się w jedną. Ren stworzyła proste profile na potrzebę analizy sytuacji, w której znaleźli się nowi mieszkańcy Ho-Oh.
Pierwszy — cichy, skupiony. Ruchy oszczędne. Profesjonalista. Drugi — szybki, pokazowy. Grał pod kogoś. Publiczność ważniejsza niż proces. Trzeci — niepewny. Jeszcze szukał, jeszcze nie wiedział, co robi.
Łączyło ich coś prostego: farba pod paznokciami; zapach rozcieńczalnika; płótna, które nie pasowały do tych pokoi. Malarze.
Z biegiem godzin nocnych i dni zaczęła zauważać więcej. Przy wymianie ręczników — płótno oparte o ścianę, jeszcze wilgotne. Przy dostarczaniu drinków — dziwne zamówienia, jakby każdy potrzebował czegoś innego, żeby pracować dalej. Przy krótkich rozmowach — urwane zdania o świetle, o kącie, o czymś, co „nie wychodzi”.
I to jedno — każdy z nich malował to samo.
Nie znała tego obrazu. Nigdy go nie widziała. A jednak coś się powtarzało — układ, napięcie, sposób prowadzenia linii. Jakby wszyscy próbowali dojść do tej samej odpowiedzi. Kusiło ją, żeby zrobić zdjęcia, ale nie z ciekawości. Z nawyku. Informacje się przydają. Nawet te, które na pierwszy rzut oka nic nie znaczą, ale kiedy Gara rzucił mimochodem, że za dwa dni pojawi się Vincent Dubois... coś w niej się cofnęło. Dno żołądka wypełniły kamienie. Powietrze prześmierdło zgagą. Ostrą. Kwaśną. Za dużo już z nim było, nie potrzebowała więcej.
Kolejna noc dobiegała końca a przez uchylone drzwi Ho-Oh wpadł petrichor. Pomyślała o niej. Bujając się w fotelu do końca zmiany, zastanawiała się, kiedy pani Cortés zaszczyci ich progi. Musiała.
***
Czwartego dnia motel przestał być cichy. Oprócz szału sajgońskiej kuchni z powodu poniedziałkowego wieczoru
"Kill Bill" w Miss Saigon (raz w miesiącu) i nadprogramowej liczby Wietnamczyków lubujących Umę Thurman (i jej stopy), atmosfera zdawała się gęstsza niż sos słodko-kwaśny.
Tak, jak Ren przewidziała — pani Cortés przybyła. Spokojna, kontrolowana, ale tym razem od progu było widać, że coś jest nie tak. Jakby coś się przesunęło o milimetr w złą stronę. Zastanawiała się czy to kwestia ubioru. Schludny. Czysty. Krzyczący powagą. Prowokujący. Paloma była dziś tym wszystkim. Poprosiła, żeby jej goście zebrali się w Trzynastce.
Największy pokój. Jedyny, który miał sens na coś więcej niż jedną noc i jedną historię. Ren nie pytała. Stała z boku i patrzyła, jak Gara się uwija, jak pierwszy raz od dawna naprawdę się stara.
Malarze też się zmienili. Z cichych, skupionych — w wymagających. Kapryśnych. Jakby nagle przypomnieli sobie, kim są i co reprezentowali; najbardziej pretensjonalną kastę artystów, od których głowa bolała normalnego człowieka.
To wymagało przemyślenia strategii.
Na dole bar wyglądał jak zawsze.
Lepiący się blat. Światło, które nigdy nie było wystarczające. Zapach alkoholu, który wsiąkł w drewno. I dym. Dużo dymu. Ci, co nie zmieścili się w Miss Saigon na pełnometrażowy seans, raczyli się piwem w ciasnym lobby, jak sardynki w puszce.
Paloma usiadła. Jej ruchy były trochę wolniejsze. Trochę cięższe. Nie wyglądała dobrze. Nie w sposób oczywisty. Bardziej jak ktoś, kto przeliczył coś źle i dopiero zaczyna to rozumieć. Za barem stał barman. Skrzynka z narzędziami obok nogi, ręce jeszcze ubrudzone czymś, co wyglądało jak smar albo melasa.
—
Panie Aii, nalej mi coś, proszę, dobrego.
Ale Aii tylko pokręcił głową i burknął:
—
Ja Bii. Aii chory. — Twardy, mongolski akcent grzmiał nad zgiełkiem piszczących Wietnamczyków. —
My różni. Biali zawsze mylą. Tfu! Zaraz przyjdzie kto.
Nie był tym kimś. Zabrał skrzynkę i zniknął na zapleczu. Paloma odprowadziła go wzrokiem, poświęcając mu sekundę dłużej, niż powinna. A kiedy odwróciła się z powrotem — Ren już tam była.
Nie było momentu, w którym podeszła. Nie było dźwięku kroków. Po prostu stała po drugiej stronie lady, jakby zawsze tam była wtopiona w staromodną tapetę lub cienie między półkami. Spojrzenie ciężkie. Ciche. Prawie martwe, ale uważne w sposób, który trudno było zignorować. Przez chwilę nic się nie działo. Światło neonu odbiło się w szkle stojącym na blacie. Gdzieś w tle coś stuknęło. I wtedy, bez zmiany wyrazu twarzy:
—
Co podać?
Paloma Cortés