Niekiedy w latach swojego życia odczuwał, jakby zostało one podzielone na trzy osoby. Zupełnie odmienne w swym zachowaniu, lecz o wspólnej aparycji ze względu na dzielone przez nich ciało. Tymi oczami spoglądali na ten świat przez pryzmat innych emocji. W końcu jednakże zrozumiał ciężką dla siebie do zaakceptowania prawdę, iż on był nimi wszystkimi.
Tym z koroną opadającą wśród ciemnych fal jego włosów, a dodającą mu złudnej boskiej sprawczości.
Tym z ciężkim płaszczem smutku otulającym ciasno jego ciało porzucone przez wszelkich bogów oraz ludzi.
Tym, który nadal marzył o swym życiu i dźwigać musiał w sobie brzmię pozostawione w nim po reszcie.
Niespodziewane Lazare zbliżył się do niego, a na języku zatańczyło należące do niego imię; przywołujące go niczym latarnia morska, by nie zagubił się wśród tych rozrywających duszę wspomnień. Ciało ważące tony smutku po endorfinowej pustce po dniach ogarniętych przez manię nagle stało się na tle lżejsze, iż sam oddech nie sprawiał mu już z trudem podejmowanego wyzwania. Znieruchomiał jednakże, obserwując go na klęczkach przed sobą i z dłońmi umieszczonymi na udach należących do niego, od których wzburzonymi falami rozchodzić zaczęło się ciepłe mrowienie - żyjesz, żyjesz, żyjesz…
Może wcale nie musisz uciekać? Nie musiał? Och..
...we dwóch.
Na szafce nocnej po prawej stronie swego łóżka Nadir od dłuższego czasu trzymał jeden z tomików poezji, po której stronach niekiedy przed zaśnięciem błądził sennym wzrokiem, szukając własnego wytchnienia ukrytego między cudzymi słowami. Zanim trafił w jego posiadanie przez przywłaszczenie stosowane przez niego skrupulatnie w przeróżnych sytuacjach, to należał przez dłuższy czas do jego drogiej babci. Przy każdym wierszu napisanym przez jedną z jej ulubionych poetek znajdowały się tłumaczenia z perskiego, zapisane starannie babcinym pismem. Babcia zachwycała się nad tym, w jaki sposób Forughx ujmowała w swych wierszach miłość… a Nadir latami podziwiał i zarazem zazdrościł tej przeżytej przez matkę jego matki. W mglistych wspomnieniach z Aleksandrii uzupełnianych w późniejszych latach jeszcze rodzinnymi opowieściami dostrzegał teraz piękno uczucia łączącego ich dziadków. Zapewne jako jedyna do tej pory ze znanych mu członków rodziny Al Khansy doświadczyła takiego szczęścia w miłości. Wszak doskonale pamiętał, jak dziadek drżącymi ze starości dłońmi z czułością zaplatał siwe włosy swej małżonki w warkocz - każdego wieczora tuż przed snem, gdy opowiadali sobie o kolejnym przeżytym razem dniu. A potem odszedł, zabierając ze sobą część serca swojej ukochanej. Dlatego jeden z wersów zapadł mu mocno w pamięć, jakby wsiąkając głęboko tuszem w jego umysł. Teraz unosił się on między nimi cichym szeptem jego własnego głosu, niczym echo każdego minionego wieczoru, kiedy sczytywał go raz po raz;
زندگی گر ہزار بار بُوَد
بارِ دیگر تو، بارِ دیگر تو
(and if life were repeated a thousand
still you, you, and again you)
- Forughx Farrakhzad
I Nadir byłby zdolny uwierzyć w poetyckie marzenia, iż w każdym z pisanych mu żywotów byłby to
Lazare
L a z a r e,
L a z a r e.
Wszak nadzwyczajnie prosto kształtował sam wizję, w której jego - obojętnie w jak obce głoski się układające - imiona miękko osiadały na ustach kogoś, kim stałby się w tamtych życiach Al Khansa. Rozchodzące się po języku raz goryczą, a raz słodyczą równą boskiej ambrozji. Choć każde z nich choćby stać się miało słodko-gorzką cykutą, to pragnął swoje usta układać do nich z a w s z e. Do potępienia własnej duszy za nieustanne sięganie po zakazane jego sercu uczucia.
Czy tym razem wybierzesz inaczej, Nadirze?
Dłonie Egipcjanina pozostawione z pustką powoli powędrowały prawie po omacku do tych należących do drugiego mężczyzny, nie kończąc jednakże na tym własnej odysei po jego ciele. Wszystko po tym działo się jakby za sprawą chwilowej odwagi bądź nagłej trzeźwości umysłu od otaczających go mgieł choroby. Niezgrabnie oraz w pośpiechu zmienił pozycję, by podobnie uklęknąć przed nim i sunąć dalej opuszkami palców ku górze. Ze wstrzymanym oddechem, ledwo odczuwał, jak boleśnie serce obija się za rzędem żeber w błaganiach o wyrwanie z letargu, w którym trzymał je na uwięzi umysł.
- Czy ja nie chcę? - W zachrypniętym od emocjonalnego monologu głosie wybrzmiało - a może i również ciche oburzenie - zdziwienie, obijające się między kolejnymi sylabami. Dla niego rzecz tak ogromnie oczywista wydawała się przez te wszystkie lata umykać spojrzeniu Moreau. Wolał jednak nie wynikać teraz w tej chwili, jak bardzo jego uczucia wydawać się mogły czymś błahym wskutek nieustających zniknięć. - Oddałbym Ci moje serce w urnie, gdybyś tylko tego zapragnął, Lazare. - Na jedno jego słowo pochowałby się w niezgodzie z rytuałami pogrzebowymi starożytnych Egipcjan tuż przy nim, rezygnując z osądzenia własnej duszy i wiecznego życia w zaświatach, by błąkać się tu.. tuż przy nim.
Spoczywające już po bokach twarzy Lazare dłonie Nadira, delikatnie ją obejmowały z czułością z końcówkami palców wplecionymi między pasma włosów jasnych niczym promienie słońca. Cal za calem zmniejszył ten i tak niebezpieczny już dystans między nimi. Cal, cal, cal… aż do muśnięcia swymi wargami ust Moreau. Wpierw delikatnym powitaniem, a następnie śmielszym zmieszaniem dwóch oddechów w jeden. Chwila; tyle trwała tak ulotna, gdy przerwał pocałunek pieczętujący własne słowa, odsuwając się później do poprzedniej pozycji, w głębi będąc zaszokowanym odruchem dyktowanym mu przez rozbudzone serce.
- Ja… - Głos załamał mu się po pierwszej sylabie, więc nabrał ze świstem powietrza do płuc, szykując się na osąd po dokonanym bez namysłu czynie. Nie mógłby wszak uciec po tym, choć całe jego ciało prawie niedostrzegalnie drżało przed nieuniknionym. - A Ty chcesz?
[aka[it]
Naprawdę, nie z litości lub porywu chwili, gdy na ich światy opadał kurz po n i s z y c i e l s k i c h katastrofach. Czy istniało w ogóle takie
naprawdę? Na granicy ich żyć, gdzie na skraju spotykały się ze sobą te dwa istnienia.[/akapit]
lazare moreau