ODPOWIEDZ
38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
there's no more dreams for me to sell, I choose my nightmares wisely, I don't wanna ruin the story, but it doesn't turn out well
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

what have I become?
my sweetest friend, everyone I know goes away in the end

Dzięki Bogu za deszcz…
Olbrzymie krople zdawały się zmywać dziwną duchotę popołudnia z przykurzonych fasad budynków, z odjeżdżających w stronę przedmieść samochodów i z przemykających gdzieniegdzie przechodniów, kryjących się pod kapturem lub wbijających głowy głębiej w kołnierz, jakby miało to uchronić ich przed tym nieplanowanym prysznicem. Osiadająca na oknie wilgoć rozpraszała zapalające się powoli światła miasta, przygotowującego się spokojnie do kolejnego wieczoru. Mroczne wnętrze apartamentu rozświetlały tylko reflektory przejeżdżających na zewnątrz samochodów i kilka chybotliwych płomieni świec; to jednak wystarczało, by wydobyć z ciemności pomniejsze szczegóły.
Zwykle uporządkowana przestrzeń tonęła w kompletnym nieładzie. Zmięta pościel kłębiła się w nogach łóżka, a centralne miejsce na nim zajmowała walizka, do połowy wypełniona wrzuconymi byle jak ubraniami. Szklanka z resztką czystego ginu jakimś cudem utrzymywała równowagę na samej krawędzi etażerki, grożąc jednak w każdej chwili rozlaniem alkoholu na panele. Wieże usypane z książek, które nigdy nie doczekały się swojego miejsca na półce w salonie, chybotały się niebezpiecznie, gdy Paloma krążyła między otwartymi drzwiami niewielkiej garderoby, staromodnym sekretarzykiem a fotelem w rogu pokoju, zawalonym jakimiś papierami.
Wciąż było wcześnie, ale czas ją gonił. W ciszy zapadającej między kolejnymi utworami, nienachalnie płynącymi z dyskretnie rozmieszczonych głośników, głowę kobiety zaczynały ponownie wypełniać urywki z przeprowadzonej wcześniej rozmowy. Zimna krew, którą zazwyczaj się cechowała, w tym momencie bulgotała wściekle gdzieś pod czaszką, zagłuszając zdrowy rozsądek i opanowanie, szarpiąc za dawno zapomniane struny i uświadamiając coraz skuteczniej, co się z nią działo. Paloma się bała.
Była cholernie przerażona.
Zaciśnięte w wąską linię usta nie były w stanie przestać drżeć, gdy dorzucała kolejne niezwiązane ze sobą przedmioty do walizki. Dłonie nie odnajdywały należytego celu od razu, a dopiero po kilku próbach, wzrok był zbyt rozbiegany by uznać, że wszystko jest tak, jak zazwyczaj.
Nie było.
Paloma sięgnęła niezgrabnie po szklankę i spłukała zgęstniałą ślinę resztką alkoholu. Skrzywiła się lekko, odstawiając szkło z hukiem na sekretarzyk. Gin był już ciepły, a nierozcieńczony niemal parzył wyschnięte gardło. Przydałby jej się prawdziwy drink.
Przypadkiem napotkała swoje spojrzenie w jednym z luster, których kilka rozstawionych było w całej sypialni. Syknęła z irytacją. Bogato zdobiona, pozłacana rama tylko podkreślała obraz nędzy i rozpaczy, jakim w aktualnym stanie była kobieta; włosy w nieładzie, zmięta koszula wypuszczona ze spodni, rozmazany makijaż — miała skłonność do machinalnego pocierania oczu, kiedy te stawały się zbyt suche. W niczym nie przypominała zwykłej siebie, dla której prezencja była wartością nadrzędną, wszelkie słabości należało dobrze ukryć za dopasowanym ubraniem i perfekcyjnie dobraną biżuterią, a smród strachu przykryć nutami migdałów i tuberozy.
O ileż łatwiej by było, gdyby po prostu była w stanie usiąść i zapłakać — nad losem swoim i tych, którzy ją otaczali, nad szeregiem błędów, które popełniła od momentu, gdy przez laty wkroczyła w ten świat. Nie było to dobre miejsce, a mroczna jama pełna wygłodniałych potworów. Świadomość bycia jednym z nich jednocześnie rozczarowywała i pocieszała; przynajmniej nie była tak zupełnie bezbronna.
Nagłe łomotanie w drzwi wejściowe zagłuszyło ciche dźwięki Thank God for the Rain, płynące właśnie z głośnika.
Sánchez zjeżyła się jak pies postawiony w stan gotowości. Spod wysuniętej szuflady sekretarzyka wydobyła krótki nóż. Bose stopy nie wydały żadnego dźwięku, gdy przemknęła po panelach do salonu, bezszelestnie przymykając za sobą drzwi do sypialni. Czyżby jednak… w końcu…? Przyłożyła ucho do drzwi, bojąc się odsunąć zasłonkę wizjera, by nie ujawnić swojej obecności. Palce zaciśnięte na drewnianej rękojeści wilgotniały, knykcie — pobielały.
Łomotanie powtórzyło się, tym razem okraszone kilkoma wydyszanymi po hiszpańsku przekleństwami. Ciasno przywierała do drzwi, więc spowodowane uderzeniem wibracje rozeszły się echem po jej ciele — wraz z falą ulgi, gdy bez trudu rozpoznała dobiegający z drugiej strony głos.
Otworzyła, zanim zdążył uderzyć w drzwi po raz trzeci.
Cordero...?
Przydomek Salazara zabrzmiał w jej ustach jednocześnie jak pieszczota i pytanie zbyt straszne, by ośmielić się wypowiedzieć je na głos. Wystarczył jednak rzut oka na twarz mężczyzny, by wiedziała, że przynoszone przez niego wieści nie pozostawią ich tymi samymi ludźmi, jakimi obudzili się tego ranka.
Pleciona mata pod drzwiami stłumiła brzęk noża, wypadającego z bezwładnej dłoni.


Carlos Salazar
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

everyone I know goes away in the end
don't lie to me if you're putting the dog to sleep

To był ból, jakiego nie potrafił znieść. Taki rodzaj cierpienia, który wrzucał go w delirium, a jemu chciało się wyć. Jeszcze przed kilkoma godzinami klęczał na zimnych płytkach łazienki i targany torsjami wyrzygiwał żółć, alkohol i cały ten nagromadzony strach. Chciał rozbić sobie głowę o klozetową muszlę. Chciał położyć się na podłodze i łkać jak dziecko, trzęsąc się w gorączce – może nawet to zrobił? Nie pamiętał. Pamiętał za to jak odzyskał panowanie nad swoim ciałem, przepłukał gardło kolejną dawką whisky, a później wsiadł w samochód. Może miał nadzieję, że zanim dotrze tam, gdziekolwiek zmierzał, po prostu umrze, wpadając w poślizg i wbijając się w najbliższe drzewo. Jak tchórz, zostawiając ich wszystkich, bo nikt go kurwa nie obchodził, tylko jego własne cierpienie. Martin też miał ich wszystkich w dupie, bo gdyby tak nie było to przecież…
To był ból, jakiego nie potrafił znieść. Czuł go już wcześniej – pierwszy raz, gdy umarł ojciec, ale wtedy jego młody umysł wyparł traumę. Nie pozwolił, by stracił ufność do świata na samym początku jego odkrywania. Drugi raz poznał jego smak, gdy odeszła matka. Było to druzgocące, jednak po części zdążył się na to przygotować. Wiedział, że Sofía trafiła do miejsca, w którym w końcu mogła odpocząć; przy odrobinie szczęścia spotkała tam swojego męża, przecież Bóg nie mógł być tak nieczuły, by odmówić tej dobrodusznej kobiecie ostatecznego połączenia z miłością jej życia. W końcu przyszedł trzeci raz (czy nie tyle razy Jezus upadał niosąc krzyż?) i Carlos nie był ani młody, ani gotowy, nie było też żadnej obietnicy zbawienia. Czuł się bezsilny, gniewny i tak bardzo przerażony, że niemal zapominał jak oddychać. Powinien być razem z Cassandrą, zapewnić jej wsparcie, ale nie potrafił na nią spojrzeć, bo od razu widział Martina – wykrwawiającego się na bruk, łapiącego mętnym spojrzeniem ostatnie strzępki rzeczywistości, powtarzającego wciąż ‘Cassie’, jakby miała przyjść i złapać go za rękę, ale nie... tam był tylko Salazar.
Nie mógł być też sam. Bał się zostać w domu, bo wiedział, że pod wpływem emocji mógłby zrobić rzeczy nieodwracalne i przynoszące jeszcze więcej cierpienia. Może on na to zasługiwał, ale nie Cassandra. Nauczy się żyć i z tym rodzajem bólu, bo czym może się różnić od fizycznego cierpienia? Musiał jedynie przesunąć próg wytrzymałości, docisnąć ranę mocniej, zagryźć zęby i poczekać aż rwące szarpanie zamieni się w tępe pulsowanie. Był ktoś, kto mógłby mu w tym pomóc – przynajmniej tak mu się wydawało, gdy przejeżdżał przez kolejne skrzyżowanie, a deszcz zalewał przednią szybę samochodu.

Nawet na nią nie patrzył, gdy otworzyła drzwi. Zerkał gdzieś ponad jej ramię, w głąb pokoju, tym mętnym i zagubionym spojrzeniem. Był przemoczony, wyraźnie roztrzęsiony, pachniał jak alkohol i paczka fajek. Paloma z pewnością widziała Carlosa w wielu wydaniach, ale po raz pierwszy wydawał się tak mały i zupełnie bezsilny. Był mężczyzną, który doskonale maskował swoje emocje, samokontrolę opanowując niemal do perfekcji – tego wymagał od nich świat, w którym oboje żyli. Tym razem jednak każdy drgający mięsień działał przeciwko niemu, a łamiący się głos, gdy zwrócił się do niej po dłuższym milczeniu, zdradzał jeszcze więcej.
On… — Nie zauważył noża, który bezdźwięcznie upadł na matę przed drzwiami. Nie widział tego, że sama wyglądała inaczej, jakby również była poza kontrolą. Przełknął gorycz, która zebrała się w gardle, zacisnął palce i wbił paznokcie w skórę, skupiając się na tym rodzaju bólu; znajomym i bezpiecznym. — On nie żyje. — Jego głowa zawirowała. Chciał oprzeć się o framugę, bo to jedno zdanie całkowicie zburzyło jego równowagę, ale ciało nie poruszyło się, zesztywniałe i napięte. Stał więc w progu, jak bezpański pies, z podkulonym ogonem i wzbierającym żalem. Powoli przeniósł spojrzenie na twarz kobiety – szukał jej oczu, jakby miały odpowiedzieć na pytanie – dlaczego? I kolejne, które pojawiało się później – co zrobić, by ta realizacja przestała tak bardzo palić? Oczywiście, że nie znała odpowiedzi, ale może mogli udawać, przecież zawsze byli w tym dobrzy. To tylko kolejny zły dzień, zła noc, kaskada fatalnych wyborów i dotkliwych konsekwencji.


Paloma Cortés
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
there's no more dreams for me to sell, I choose my nightmares wisely, I don't wanna ruin the story, but it doesn't turn out well
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

Przywykła do jego ściągniętych poważnie rysów i zdecydowanego spojrzenia, bez trudu odnajdującego najważniejsze detale, do ledwie zauważalnego śladu melancholii w liniach drobnych zmarszczek, które zaczęły pokrywać męską twarz, ale to był Carlos Salazar, jakiego mało kto miał okazję oglądać. I choć Paloma mogła myśleć o sobie jako o kimś, kogo Cordero dopuścił kiedyś wyjątkowo blisko, to nawet dla niej widok ten był niemal bardziej szokujący niż słowa, które w pierwszej chwili w ogóle do niej nie dotarły. Choć wypowiedział je tylko raz — krótko, drżąco, cicho; tak, że nawet głośniejszy oddech mógłby je zagłuszyć — rozchodziły się po umyśle kobiety echem, które zamiast cichnąć, stopniowo urastało do przejmującego wrzasku.
On nie żyje — nie musiała pytać, kto.
Była tylko jedna osoba, której śmierć mogłaby wstrząsnąć nim tak bardzo. W świecie, w którym koneksje liczyły się bardziej niż prawdziwe ludzkie więzi, a lojalność zdawała się być upadającym konceptem, przyjaźń Carlosa i Martina zdawała się niemal odrealniona. Chwilami wydawało się, że to ona była kotwicą, która nie pozwalała Palomie całkowicie odpłynąć na głębokie, mroczne wody całkowitego cynizmu.
A teraz ktoś pozbawił tego i ją, i Carlosa, który na oczach Sánchez rozpadał się na kawałki.
To Layton wciąż uparcie nazywał ją Victorią, nawet gdy to zwycięskie miano nadane przez ojca brzmiało w jej uszach już jedynie jak kpina, a wszyscy wokół przywykli do zwracania się do niej drugim imieniem, bardziej neutralnym i — według niej — poważniejszym, bardziej przystającym kobiecie, która nie waha się przed sięgnięciem po broń. To on widział w niej młodą, niedoświadczoną dziewczynę sprzed lat tam, gdzie w oczach innych urastała do rangi autorytetu w kwestiach negocjacji. To jego traktowała może nie jak drugiego ojca, a raczej jak surowego starszego brata, który pokładał w niej nadzieje, ale i wymagał więcej, niż sama potrafiłaby od siebie wymagać.
A teraz… tak po prostu zniknął? Wiadomość, choć oczywista, nie mogła przebić się do jej świadomości. Wiedziała, że Carlos musiał mieć pewność, by w takim stanie pojawić się na jej progu. Niemożliwe, by był to tylko okrutny żart, chociaż z każdą sekundą właśnie na to coraz bardziej liczyła.
Strach o samą siebie na moment się wyciszył.
Chciała coś powiedzieć, zapytać, upewnić się, ale żadne sensowne słowa nie chciały ułożyć się na jej języku. Czuła na nim tylko przejmującą gorycz, posmak żółci i wypitego przed chwilą alkoholu; nagle poczuła się niemal zbrukana tym buchającym od mężczyzny żalem, zapragnęła spłukać gardło wrzątkiem, wcisnąć pulsujące gałki oczne w czaszkę, która zaczynała być zbyt ciasna, by pomieścić kaskadę katastrofalnych myśli.
Chciała coś zrobić, pocieszyć go jakoś, ukoić ten ból, który zdawał się długimi cierniami sięgać również po jej ciało i umysł, ale przez dłuższą chwilę stała bez ruchu, napięta do granic możliwości, niezdolna do najdrobniejszego gestu czy grymasu. Poruszały się tylko jej oczy — szeroko otwarte, pociemniałe, o niemal czarnych tęczówkach, wodziły po męskiej twarzy wyrażającej nic innego, jak rozpacz. Otumaniającą, przytłaczającą, nieznaną dotychczas. Rozpacz owa sprawiała, że Carlos wydał się Palomie niemal kruchy. Bezbronny jak mały chłopiec, którego po raz pierwszy w życiu zaskoczyła bezlitosna rzeczywistość i potrzebował prostego pocieszenia.
Jakieś drżenie jego mięśni mimicznych, wychwycone czujnym, choć zamglonym spojrzeniem Palomy w końcu wyrwało ją z tego stanu otępienia. Nie powiedziała ani słowa; chwyciła go pewnie za przemoczone ubranie i nie bez trudności wciągnęła do środka. Trzasnęły drzwi, zachrobotał klucz w zamku, a gdy światło z korytarza zniknęło, pokój znów pogrążył się w miękkim półmroku; łaskawszym dla nich obojga, maskującym grymas bólu odbity w męskich rysach i szok, obejmujący w posiadanie twarz Sánchez.
Usiądź — chciała powiedzieć, lecz droga stąd do skórzanej sofy wydawała się niemożliwa do pokonania dla nich obojga.
Opowiedz, co się stało — domagała się ta logiczna część jej jestestwa, ale była pewna, że wystarczą dwa słowa, a te silne męskie ramiona, sztywno opuszczone wzdłuż boków ciała, zaczną niekontrolowanie drżeć.
Co z Cassandrą? — krzyczał niemal matczyny pierwiastek, który budziła w niej ta zbuntowana pannica od momentu, gdy pierwszy raz miała ją pod swoją opieką.
Usta odmówiły jej posłuszeństwa; nie powiedziała więc nic.
Ignorując przejmujący chłód i warstwy mokrego materiału, które oddzielały ją od zmarzniętej skóry i twardych mięśni Carlosa, ignorując niepewność — bo takie gesty były obce i zdawały się naruszać granicę na jakimś głębszym poziomie, niż ten, na który kiedykolwiek sobie wzajemnie pozwolili — powoli objęła go ramionami.
Smukłe dłonie spoczęły miękko na lędźwiach, pobladły policzek oparł się o męską pierś i chociaż to ona wydawała się przy nim drobna i mała, chociaż to ona zaczęła niekontrolowanie drżeć, zanim pojedyncza łza stoczyła się w dół jej twarzy — nie było teraz wątpliwości, kto kogo trzyma w jednym kawałku.


Carlos Salazar
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Oboje zdążyli przywyknąć do pewnych wersji siebie. Do masek, które tak skrupulatnie dopasowywali do twarzy, że ciężko było je odróżnić od rzeczywistości. Utrzymywali kontrolę bardzo długo, nie poddając się emocjom – były zbędne, problematyczne, stanowiły słaby punkt, który łatwo wykorzystać. Kiedy więc oboje zamarli, stojąc przed sobą jak dwa posągi, pełni napięcia i zawahania, wszystko wydawało się tak nowe i delikatne, zupełnie niepoprawne. Stali się transparentni, obnażeni w całkowicie inny sposób niż dotychczas. Carlos przez moment faktycznie wydawał się jawić jako zagubiony chłopiec i to przeświadczenie paliło, ale nie potrafił temu zapobiec. Nie potrafił unieść gardy, wybudować kolejnej linii obrony, bo był tak bardzo zmęczony i przerażony. Pozwolił, by Paloma rozbierała kolejne warstwy jego powierzchowności, zakradając się coraz głębiej, sięgając poza warstwę drżących mięśni i ukradkowych spojrzeń. Powoli jednak sama odkrywała siebie, bo nie potrafiła pozostać obojętną, nie na te słowa, które padły z jego ust. Martin był bliski dla nich wszystkim, był spoiwem, kotwicą, mentorem, bratem i ojcem. Sputnikiem, towarzyszem podróży, który choć krążył po własnej orbicie, w końcu przecinał się z innymi trajektoriami, na zawsze zmieniając pojmowanie świata i przestrzeni. Zabrakło go, a wszystkie zasady rządzące wszechświatem nagle stały się trywialne i niepoprawne. Oni, oboje, znaleźli się w punkcie, w którym brakowało czegoś istotnego, a tęsknota i żal były tak wielkie, że nie potrafili sobie poradzić z jego okiełznaniem.
Nie musiała mówić zupełnie nic, bo doskonale wiedział jakie pytania chciała zadać. Nie miał jednak żadnych odpowiedzi, żadne słowa nie potrafiły przejść przez zaciśnięte gardło. Pozwolił się zaciągnąć w głąb mieszkania, bezwiedny jak szmaciana lalka. Wszystko wydawało się wyalienowane i niemal nierealne, sam fakt, że w ogóle przyjechał do niej, szukając jakiegokolwiek komfortu, nie powinien mieć miejsca. Nie zmieniało to jednak rzeczywistości - był tam, ciało i kości zamknięte w niewielkiej przestrzeni, spazmatycznie drżące pod wpływem siły, której nie mógł opanować. Duch jednak wędrował, meandrując po urywanych klatkach przeszłych wydarzeń, zabarwionych na brunatną czerwień i głęboką czerń. Miał wrażenie, że wilgoć na jego palcach to wciąż uciekająca krew, a nie ściekający z ubrań deszcz. Czuł jej zapach.
Spiął się jeszcze bardziej, gdy poczuł jak Paloma obejmuje go ramionami. Jakże prosty i ludzki odruch, tak zupełnie naturalny, gdy pragniesz przynieść drugiej osobie komfort, a taki dziwny dla nich obojga. Bywali ze sobą blisko, ale na zupełnie innych zasadach, kierowały nimi zupełnie inne uczucia. Tym razem było trudniej, przynajmniej na początku, bo z każdą mijającą sekundą jego ciało coraz bardziej ulegało. Położył dłonie na jej plecach, mimowolnie przyciągając ją bliżej. Wydawała się drżeć, a może to on wciąż niekontrolowanie dygotał? Schował twarz w kobiecych włosach, chłonąc ich zapach, napawając się chwilą bliskości – ciepła skóra, palce zaciskające się na materiale ubrań, wyczuwalne bicie serca. Potrzebował tego, być przy kimś, kto jest żywy i znajomy, kto na chwilę odciągał jego myśli od zamglonych oczu Martina, które gasły, tak jak gasną małe gwiazdy – gwałtownie i cicho.
Moment bliskości trwał, choć niezbyt długo. Rozumiał, że nie mógł zostać w tym stanie zawieszenia, bo rozsypie się w jej ramionach na dobre, a to coś, czego nie chciał robić. Wymknął się więc z uścisku, przełykając napływające łzy i ruszył do stolika, na którym stała butelka ginu. Nalał alkohol do szklanki, z której Paloma jeszcze niedawno sama korzystała i wypił zawartość jednym haustem, odczuwając niepokojącą ulgę, gdy gardło znów zapłonęło.
Musiałem ci powiedzieć. — Nie odwrócił się w jej stronę. Głos miał przytłumiony, słaby, choć już nie drżał przy każdym wypowiadanym słowie. — Nie wiedziałem do kogo pojechać. Ja… — zawahał się, ale w końcu zerknął w jej stronę, zastanawiając się jak beznadziejnie brzmią te wszystkie tłumaczenia. Nie potrafił powiedzieć wprost tego, że najzwyczajniej w świecie jej potrzebował, bo jako jedna z niewielu osób mogła zrozumieć ten ból, nie próbując go oceniać. — Chyba po prostu nie chciałem być sam. — Odwrócił się w jej stronę już w pełni, opierając się biodrami o sekretarzyk. Odważył się odszukać jej spojrzenie, chcąc zrozumieć, co kryje się za jej źrenicami. Ten sam strach? — Powinienem być przy Cassie, ale nie wiem jak. Jak mam to zrobić? Jak patrzeć na córkę, która straciła ojca? Wszystko mogłoby potoczyć się inaczej, gdyby tylko to Carlos dotarł na miejsce szybciej niż Martin. Jeśli to boski plan, był on okrutny. Jeśli to zrządzenie losu, było zupełnie niesprawiedliwe. Jeśli to celowe działanie, zasługiwało na zemstę. Nie będzie słodka i nie przyniesie odkupienia, ale może choć na chwilę uciszy wyrzuty sumienia.
Wyciągnął przemokniętą paczkę Du Maurier z kurtki. Jego palce wciąż drżały, gdy niesprawnie próbował wyciągnąć jednego papierosa.


Paloma Cortés
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”