-
I co, mam? - oczywiście, że miałem - przepuszczałem panie w drzwiach, płaciłem za pierwsze randki, słuchałem co mają do powiedzenia, bo ja kochałem kobiety, ale przede wszystkim po prostu szanowałem ludzi, niezależnie od ich statusu czy przekonań, no przynajmniej tych, którzy i mnie szanowali. To zwykle wystarczyło - normalna, ludzka uprzejmość -
Powinniśmy być dobrej myśli - zauważam, ja byłem. Chociaż wczoraj idąc na imprezę nad basenem też byłem, a już na początku wszystko się spierdoliło i zamiast wspólnej zabawy musieliśmy stawić czoła kolejnej poważnej rozmowie. Zastanawiam się chwilę nad jej słowami, bo znowu miała sporo racji, chociaż przez te kilka dni na wyspie właściwie nie miałem problemu z dogadywaniem się z Hiszpanami, nawet pomimo tego, że nie znałem hiszpańskiego - trochę łamanym angielskim, kilkoma słówkami, które zdążyłem poznać na La Palmie, na migi, zresztą po odpowiedniej dawce alkoholu wszelkie bariery przestawały mieć znaczenie -
Jak będziesz chciała wznieść toast to najprościej powiedzieć Salud! - tłumaczę, bo to może być coś co się przyda -
Słyszałem jeszcze, że mówią tak - pa arriba, pa abajo, pa centro, pa dentro - to już trochę bardziej skomplikowane, ale może zapamięta, była przecież wyjątkowo bystra -
Dobrze, że o mnie dbasz - poprawiam ją, bo prawda była taka, że gdyby nie ona to pewnie miałbym wyjebane, a poparzenia leczył lodem. Z drinków. Lubiłem te spontaniczne pocałunki, miała takie miękkie usta i tak ładnie pachniała, kwiatowymi perfumami, tak jak teraz, albo zapachem własnej skóry, tak jak wtedy kiedy spędzaliśmy wspólne poranki w hotelowej pościeli. Widzę, że każdy taki gest robi jej w głowie jeszcze większy mętlik, który obija się blaskiem we wpatrzonych w moją osobę, brązowych oczach. Może nie powinienem. Właściwie to na pewno nie powinienem, już ustaliliśmy, że nie mogłem jej dać tego, czego oczekiwała i rozsądnym by było gdybym już wtedy się wycofał, ale sęk w tym, że nie chciałem. Czasem nachodziła mnie refleksja, że to strasznie słabe z mojej strony, jednak skutecznie odsuwam od siebie niewygodne myśli, to nawet prostsze kiedy jest obok i czuję, że cała moja dusza wyrywa się w jej stronę. Może kiedyś byliśmy jedną energią krążąca gdzieś po wszechświecie, która rozpadła się na dwie części i trafiła do dwóch różnych ciał. Dlatego nie mogliśmy bez siebie żyć, niezależne od tego czy było źle czy dobrze - potrafiliśmy kłócić się i całować z taką samą pasją. Popalam kolejną porcję haszu, patrząc jak Kovalski pozbywa się zawartości jednej z butelek, potem się wymieniamy - lufka za flaszkę i znowu ma odwrót. Zatrzymuję się razem z nią, chowam rurkę do kieszeni i rzeczywiście wbijam spojrzenie w zachodzące słońce. Czerwone promienie malują niebiańskie płótno feerią barw, tworząc abstrakcyjne sploty oraz plamy, a kilka krótkich pojedynczych chmurek podświetlonych od dołu rzuca na wszystko nieco złota. Zachody nad wodą były wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju, po prostu przepiękne -
Mhm, fantastyczny - przyznaję, podchodząc bliżej. Kiedy nasze palce ponownie splatają się w uścisku, to przenoszę spojrzenie na dziewczynę przez chwilę obserwując ostatnie promienie słońca, które muskają jej skórę i tańczą w oczach, wiatr wiejący znad wody targa jej ciemne włosy. Wygląda przepięknie, mogłaby konkurować z tamtym widokiem i gdybym musiał wybierać to wybrałbym spoglądanie w jej wielkie ślepia -
Salud - odpowiadam, kiedy wznosi toast, a gdy skończy pić przejmuję butelkę, ale upijam tylko nieduży łyk, unosząc jedną brew kiedy nieśmiało zaczyna mówić. Nie przerywam dopóki nie wyrzuci z siebie wszystkiego, łącznie z tym, że jeśli chcę bawić się z innymi to lepiej powiedzieć teraz -
Chcę spędzić tę imprezę tylko z tobą, to znaczy... Bawiąc się z innymi, ale przede wszystkim będąc tam z tobą - przyznaję, zgodnie zresztą z prawdą -
Już wczoraj chciałem, ale odjeba -
łaś -
liśmy jak zwykle - wywracam oczami, chociaż ja przecież tylko przyjąłem rękawice, którą mi rzuciła. Ale to nie pora na roztrząsanie -
Tak, spędźmy ten wieczór razem - potwierdzam, jakby miała jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, a potem dodaję takim tonem, jakby właśnie mi się co najmniej oświadczyła -
Myślałem, że już nigdy nie zapytasz - śmieję się. Upijam jeszcze jeden, większy łyk rumu, zanim podam jej butelkę -
Chodź, zobaczymy jak to wygląda z bliska - uśmiecham się, po czym wyciągam do niej rękę, żebyśmy razem mogli ruszyć dalej. Z bliska ognisko robi jeszcze większe wrażenie - płomienie są wyższe od nas, w niebo ulatują gromady iskier, które znikają równie niespodziewanie co się pojawiły. Ocean zdążył już prawie połknąć słońce, a przestrzeń nad nami robi się coraz bardziej atramentowa, pojawiają się pierwsze mrugające gwiazdy, zaś znad wysokich drzew wyłania się prawie że okrągła tarcza księżyca, teraz, nisko nad lasem, który odcina nas od resztek cywilizacji, wygląda naprawdę zjawiskowo. Lekki wiatr porusza prowizorycznymi namiotami, niedbale rozstawionymi wokół - tworzą je wzorzyste chusty zaczepione na pokrzywionych kijkach. Na innych zwisają kolorowe światełka i papierowe ozdoby, a z niektórych unoszą się lampiony, co jakiś czas któremuś uda się wyrwać i leci wysoko w niebo dołączając do Oriona i reszty gwiezdnych postaci. Jest już sporo osób - ktoś leży na piachu i liczy ciała niebieskie, inni prowadzą żywe, głośne rozmowy przeplatane równie ekspresyjnymi wybuchami śmiechu, z któregoś z namiotów dociera do nas muzyka oraz zapach kadzideł wymieszany ze znajomym aromatem haszyszu -
Wygląda nieźle - rzucam do Lotty, a zanim zdążę powiedzieć coś jeszcze, podchodzi do nas jedyna znajoma twarz, zjarana i roześmiana. Boj hotelowy wita się ze mną zbijając piątkę, z Kovalski krótkim uściskiem -
Que tal? - pyta, a potem przechodzi na łamany angielski i zaczyna nam opowiadać, że będzie super, tyle ludzi ma wbić, tam w namiocie jest alko, wiec możemy się częstować, a jak mamy hasz to on chętnie później z nami zapali. Potem wskazuje po kolei na przypadkowych ludzi -
To jest Jose, to Juan, to Julio, to Jesus, a to Mitch - na koniec wskazuje jakiegoś chłopaka o bladej twarzy i rudych włosach, który macha do nas wesoło -
Mitch? - powtarzam, odmachując mu na powitanie -
Przyjechał z Irlandii piętnaście lat temu - tłumaczy Alejandro. Na koniec życzy nam miłej zabawy i odchodzi kawałek dalej, gdzie już wita kolejnych przybyszy zbijając z nimi piąteczki albo racząc krótkim uściskiem -
To co? Napijemy się jeszcze? - pytam Charlotte. Rzucam okiem naokoło, a jakaś dziewczyna macha do nas wesoło, przywołując gestem ręki i klepie wolne miejsce na starym, wzorzystym kocu. Wokół inni żywo o czymś rozmawiają. Zerkam na Kovalski z pytaniem wymalowanym na twarzy, ale chyba możemy się przysiąść? Może nawet uda się z kimś pogadać. Podchodzimy bliżej, na co cała gromada Hiszpanów i Hiszpanek reaguje głośnymi
hola! Odpowiadam tak samo. Przysiadamy na kocu, a ja wspieram jedną dłoń na talii Charlotte, jakbym chciał zaznaczyć, że jesteśmy tu razem, nie tylko jako znajomi. Dziewczyna zagaduje nas po hiszpańsku, ale kręcę głową i jej tłumaczę, że my tak średnio czaimy, więc przechodzi na perfekcyjny angielski -
Wy chyba nie jesteście stąd? - pyta, ktoś inny podaje mi na wpół opróżnioną butelkę z bliżej nieokreślonym trunkiem, więc od razu upijam łyka i podaję Lottcie -
Nie, z Kanady, przyjechaliśmy na wakacje - kiwam głową -
Z Kanady? To strasznie daleko, czemu akurat La Palma? Turyści zwykle wybierają inne kierunki - zauważa, przesuwając spojrzeniem ode mnie do Charlotte i w drugą stronę. Ktoś inny wcina się w rozmowę i rzuca, że
tam jest chyba bardzo zimno i są te... No... przykłada dwa palce po dwóch stronach głowy wydając z siebie głośne
muuuuu, na co wszyscy reagują śmiechem -
Krowy? One akurat są chyba wszędzie - śmieję się, ale chłopak kręci głową i tłumaczy, że
te takie wielkie z rogami, nie znam słowa -
Ach, łosie, jest pełno łosi, jeden nawet kiedyś prawie nas zabił - rzucam tajemniczo, a zebrane wokół twarze zwracają się w naszą stronę, więc zaczynam opowiadać trochę podkoloryzowaną historię o tym jak wyleciał nam na drogę i tylko dzięki moim ponadprzeciętnym umiejętnością kierowcy wyszliśmy z tego cało.
Charlotte Kovalski