Take you like a drug...
Bardzo często sobie zaprzeczała. I, o dziwo, było to nawet urocze.
Urocze? Przewrócił oczami sam na siebie, poważnie zaczynając podważać własną poczytalność. Uścisk jej dłoni w jego dłoni wydawał się dziwnie naturalny. Jakby robił to już wcześniej wiele razy, mimo że nigdy nie robił czegoś tak po prostu - tylko dlatego, że chciał jej coś pokazać, zrobić dla niej coś bez tej typowej, egoistycznej myśli, że ostatecznie i tak chodzi tylko o zaciągnięcie jej do łóżka. Zaśmiał się cicho, kiedy usłyszał jej komentarz o mężczyznach mówiących po francusku. Spojrzał na nią z udawaną obojętnością.
- O tyle dobrze, że znam też inne języki. - Dodał to, zanim usiadł w taksówce. Sam w sumie nie był pewien, skąd wzięła się w nim ta zaborczość, ale nie narzekał. Po części nawet podobała mu się ta zmiana w samym sobie.
- Chyba wszyscy z czasem dowiadujemy się o sobie czegoś nowego, eh? - zacisnął jej dłoń i posłał jej szczery uśmiech, spoglądając na nią.
⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘
- A skąd masz taką pewność, że potrzebuję, żeby drzwi się przede mną otwierały? - spojrzał na nią, unosząc brew. Przez całe życie drzwi otwierały się przed nim w ten czy inny sposób. Najpierw przez edukację, po którą musiał sięgnąć tysiące kilometrów od domu, tylko dlatego, że jego rodzice chcieli mieć pewność, że nie zawali nauki. Młody Caspian nie był szczególnie wdzięcznym uczniem, ani synem. W sumie nawet teraz wciąż miał swoje za uszami. Pakował się w tarapaty, czasem nawet nie próbując się w nie pakować. A co najzabawniejsze? Z tych kłopotów niemal zawsze potrafił wyjść z uśmiechem na twarzy, poznając po drodze przypadkowych ludzi, od których - tak jak teraz - mógł pożyczyć klucze do restauracji i dostać się tutaj, żeby zrobić coś zupełnie nie w jego stylu dla kogoś wyjątkowego. Dla
niej.
Nie był pewien, co było w niej tak szczególnego. Może ta aura. Te
o ś l e p i a j ą c e światło, które na początku raziło w oczy, ale momentami przygasało na tyle, że można było spojrzeć na nią naprawdę. Przez tę jedną krótką chwilę, kiedy zsuwała maskę perfekcyjności i pokazywała, że jednak zostały na jej duszy jakieś rysy. Widział to w jej oczach, zwłaszcza kiedy mówił po włosku. Jakaś iskierka, malutki ognik, zapalał się w nich na moment, by chwilę później znowu przygasnąć. Może właśnie dlatego tak bardzo go zainteresowała, bo znał to spojrzenie aż za dobrze. Szczególnie wtedy, gdy patrzył na własne odbicie w lustrze o trzeciej nad ranem, budząc się z kolejnego koszmaru przesyconego gęstą czerwienią. Może w pewnym sensie ta odskocznia, ten wieczór w jej towarzystwie, był też czymś dla niego. Dla własnego spokoju ducha. Nie był pewien, ale wiedział jedno - samo posiadanie jej numeru w telefonie nie było dla niego wystarczające. Chciał jeszcze chwilę ogrzać się w promieniach jej o b e c n o ś c i. Przy niej było mu po prostu jakoś... cieplej.
- Łabądku, to ja je zamykam - dodał, chcąc jej udowodnić, że nie potrzebował żadnych dodatkowych możliwości. Już je miał. Wszystko zależało wyłącznie od tego, czy chciał z nich skorzystać.
Przyglądał się jej, kiedy siedziała, choć chwilkę wcześniej przekazała mu te krótkie spojrzenie, które wręcz krzyczało, żeby był dżentelmenem - po chwili ruszył w jej stronę, opierając się o laskę. Drugą dłonią chwycił oparcie krzesła i przesunął je, aż ustawił je dosłownie obok niej. Przodem do niej, nie do stołu. Nie interesowało go to, co przygotował Marcel. To ona była tutaj największą atrakcją. Oparł laskę obok krzesła, potem nachylił się do niej, chwycił za podłokietniki i jednym sprawnym ruchem przesunął ją także tak, by siedziała zwrócona dokładnie w jego stronę. Nie wiedział, co nim kierowało. To wszystko było po prostu silniejsze. Przyglądał się jej twarzy - tym subtelnym rysom, pełnym ustom, pojedynczym pieprzykom rozsianym po skórze jak ślad od szczęki aż po szyję, którą mógłby całować bez końca. I tym oczom. Odcieniowi brązu, jakiego, mógłby przysiąc, jeszcze nigdy wcześniej nie widział. Kojarzyły mu się z miodem spływającym po ciemnej korze drzewa. Znowu to samo - ciemność i jasność w jednym. Przerażało go to, ale jednocześnie zachwycało... Mógłby porównać Elenę jednocześnie do Hadesu i Edenu. Chciał zejść w głąb tej ciemności i poznać ją lepiej, albo może po prostu się wycofać i nie zaprzątać sobie nią głowy. Albo znaleźć schody prowadzące w górę, wejść do tego cholernego ogrodu i zerwać zakazane jabłko. Tak. To było to. Cholerny impuls, który krzyczał do niego...
d z i a ł a j
Nie miał nic do stracenia, prawda? Więc wysunął rękę po jabłko, a tak naprawdę po nią. W stronę jej szyi. Chwycił ją lekko, podnosząc się, chciał sięgnąć po laskę, żeby się podeprzeć, ale ta - jak na złość - przewróciła się obok, więc nachylił się szybciej, gwałtowniej, opierając wolną rękę o podłokietnik jej krzesła. Przechylił twarz, zbliżając się do niej niebezpiecznie blisko. Znowu to samo. Ten zapach. Poczuł ścisk w żołądku i ten dziwny nurt przepływający przez serce. Spojrzał na jej usta, a chwilę później znowu w jej oczy.
- Puoi iniziare dal dessert. - Chytry półuśmiech przemknął po jego twarzy dosłownie na moment, zanim znowu skierował wzrok na jej usta. Przymknął oczy i zbliżył się do niej, łącząc ich wargi w długim pocałunku. Smakowała słodko. Jak coś, od czego mógłby się szybko uzależnić, gdyby pozwolił sobie na zbyt wiele.
Nie był pewien, jak zareaguje, a nie chciał też wystraszyć jej własną nachalnością, więc po chwili, po dwóch dodatkowych, krótkich muśnięciach, które ukradł tylko po to, by jeszcze przez moment czuć jej smak na ustach, odsunął twarz od jej twarzy i odbił się od podłokietnika, żeby z powrotem usiąść na krześle. Wyprostował nogę, na której zaczął czuć ciężar, i przeklął po polsku pod nosem - jedno z pierwszych słów, jakie podłapał, mieszkając tam przez dwa miesiące, zanim wyjechał do Ukrainy. Oparł się ciężko o krzesło, spojrzał na nią, potem na wino. Chwycił butelkę, nalał czerwonego do obu kieliszków i przysunął jeden w jej stronę. Nie odzywał się. Nie był pewien, czy zaraz nie obleje go tą zawartością. Chwycił swój kieliszek, upił łyk i dopiero wtedy wyrzucił z siebie,
- Se ne vuoi ancora, ti invito a dare un'occhiata qui - poklepał dłonią miejsce na swojej zdrowej nodze, zapraszając ją, żeby zamieniła to cholerne krzesło na, według niego, o wiele wygodniejsze miejsce.
...I taste you on my tongue
picollina