-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Był, był — potwierdziła cichym tonem, przejeżdżając delikatnie nosem po szyi Williama. Łoś faktycznie był. Chociaż ona go nie widziała, ale wątpiła, by na prostej drodze, Patel zjechał prosto w drzewo. Zresztą teraz nie chciała się z nim kłócić. Był zaskakująco ciepły, przyjemny, a jedyne czego potrzebowała to bardziej ukryć się w jego ciele. Alkohol całkowicie zamroczył jej umysł, podobnie jak hasz. Jeśli wcześniej próbowałaby się jeszcze bronić, to teraz całkowicie nie miała na to siły.
— Nie zgonuję... — wymruczała, unosząc głowę, by musnąć wargami płatek jego ucha. To nie zgonowanie. Nie przypominało go w jej wersji. To najczystsza potrzeba bliskości obnażona przez procenty, przepływające przez jej żyły. Pewnie dalej by się wtulała, dalej jeszcze bardziej, by go zaczepiała, ale zaraz szli do namiotu Esmeraldy.
— Mocno tu pachnie... — stwierdziła ze zmarszczonym przeuroczo noskiem. Zdecydowanie zbyt intensywnie jak na jej gust. Rozejrzała się powoli po pomieszczeniu i przez dziwną magię zaczęła trzeźwieć. Zwłaszcza jak przy jej twarzy Esmeralda zaczęła wymachiwać jakimiś kadzidełkami. Cała się wyprostowała, spoglądając na kobietę z niezrozumieniem. Zaraz zaczęła mruczeć coś pod nosem, a sama Lotte poczuła się dziwnie nieswojo.
Wróżka przygotowała dwie świece, odpalając je. Na jednej z nich narysowany był symbol zodiakalnego lwa, a na drugiej symbol zodiakalnego koziorożca. Zaraz sięgnęła po miskę z czerwonym barwnikiem i choć Lotte była wcześniej niesamowicie zmulona, to zaczęła wraz z każdą chwilą coraz bardziej się rozbudzać. Źrenice się jej rozszerzyły, a przez niepokój chwyciła mocno Williama za dłoń, zaciskając na nim rękę.
— Capricorn, narysuj mu na obojczyku słońce, natomiast ty, Leo, narysuj jej na szyi stabilną górę — Charlotte nie do końca była w stanie uwierzyć w to, co się właśnie działo. Jeśli chodziło o ezoterykę i rytuały, to raczej w nie wierzyła. Mogła być zodiakarą, wierzyć w magię kart, ale gdy ktoś kazał jej namalować słońce, to zastanawiała się, gdzie wylądowała. Jednak wpierw chwyciła za guziki koszulki Patela, by je powoli rozpiąć, tak by mogła mieć do jego obojczyka. Dopiero wtedy zanurzyła palce, powoli rysując mu kształt słońca. Rytuał wcale nie okazał się taki... nudny, bo miała kolejną wymówkę do rysowania jego skóry, a on jej. To zdarzało się jeszcze rzadziej — teraz chwyćcie się za dłonie. Narysuj jej prostą linię, a ty mu falującą — jedną z dłoni chwyciła Williama, a drugą narysowała mu falę na dłoni. Kiedy było już wszystko gotowe, wróciła spojrzeniem do wróżki — razem tworzycie strukturalny chaos... Powiedźcie: nie jesteśmy tacy sami i to dlatego działa — w pierwszej chwili miała ochotę parsknąć, ale powstrzymała się, przegryzając dolną wargę. Finalnie powtórzyła słowa za Esmeraldą — czas na dalszą część rytuału, popatrzcie sobie głęboko w oczy — znów odwróciła wzrok w stronę Patela. Zaglądanie w jego ciemne tęczówki, w których teraz odbijały się światła świeczek, rozbłyski kryształów, iskrzących się dzięki płomieniom. Ta chwila mogłaby trwać nieustannie, gdyby nie fakt, że wróżka ponownie się odezwała.
— Leo powtarzaj: widzę Cię, nawet kiedy się chowasz — zaraz kazała powiedzieć Lottcie — rozumiem cię, nawet jeśli jesteś za głośno — i o ironio, pierwszy raz Charlotte poczuła, że to jest faktycznie o nich. Ona faktycznie się chowała za drzwiami własnego mieszkania, przed jego bliskością, przed jego dotykiem. Za to też potrafiła zrozumieć istotę zachowania Williama. Był głośny, czasami za głośny, ale polubiła ten chaos, który wprowadzał do jej życia.
— Zdejmijcie z siebie ciężar, to co was blokuje, ma odejść — i co miała zdjąć? Pierwszy raz się zaśmiała, ale Wróżka dotknęła ją jakimś magicznym kijkiem, by następnie pokazać wyimaginowany ciężar, którego miała się pozbyć z własnych ramion — Leo puszczasz dumę oraz potrzebę racji, a Capricorn kontrolę z dystansem — znowu miała rację? Charlotte za często kontrolowała, a przy Williamie próbowała się odsuwać. Czy wróżka miała zostać ich receptą na każdy problem? Ciekawe, co myślała o niewierności? Czemu akurat to przyszło jej na myśl, gdy odprawiali rytuał o c z y s z c z e n i a. Była lżejsza, przestała myśleć o Toronto, a jednak... dalej nie potrafiła przestać analizować. Może faktycznie powinna przestać wszystko kontrolować?
— Chwyćcie się za dłonie i weźcie ode mnie jajko jako przedmiot nowego narodzenia — zagryzła wewnętrzną część policzka, ale zabrała to jajko, by ułożyć jej dłonie z Williamem, tak by dzielili się jajem — powtarzajcie. Twoja siła mnie nie gasi, ani nie przytłacza. Tylko tworzy coś między nami — nabrała głęboko powietrza do płuc, wpatrzyła się w to jajko, ale powtórzyła. Finalnie uniosła wzrok na Williama i... może naprawdę tak było? Nieważne, co robili względem samych siebie, byli razem. Rozsadziła mu toaletę, on pogrążył ją matkę, a przecież siedzieli razem, we dwoje, trzymając się za dłonie z jajkiem po środku.
— Na sam koniec spójrzcie raz jeszcze w sobie w oczy i powiedźcie, co w sobie doceniacie — i to chyba było najgorsze ze wszystkich zadań. Mogła rysować po nim abstrakcyjne wzory, patrzeć mu głęboko w oczy, ale szczerze, miłe słowa zawsze przychodziły najtrudniej — doceniam... twoją wolność, fakt, że potrafisz sprawić, że zaczynam się uśmiechać, kreatywność i to że... po prostu jesteś — odłożyła jajko, by móc się w niego tak po prostu wtulić. Darli ze sobą koty, ale mógł ją zostawić, kiedy ktoś chciał ją wywieźć do burdelu w Afryce. Jednak był, został i pozwolił się sobą zaopiekowac.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Charlotte nigdy nie spodziewałaby się tego, co da im ta wyspa. Była pełna niespodzianek czyhających tuż za rogiem. Od gryzących palce jaszczurek, sobowtórów ludzi z Toronto, a kończąc na ich dwójce, wpatrzonych w siebie jak w najpiękniejsze istoty na kuli ziemskiej. Lotte nawet przez ułamek sekundy nie była w stanie oderwać od niego wzroku, od tych cholernie ciemnych tęczówek, w których odbijał się jedynie płomień świecy. W końcu jego żywiołem był ogień. Już na nowo wtulała się w jego gorące ramiona, chciała się w nich ukryć przed całym światem bardziej niż zazwyczaj. Tu na La Palma wiele się działo, a coraz bardziej nie chciała stąd odjeżdżać. Chciała mieć przy Williama, a jego słowa jedynie to pieczętują. Nawet nie wiedziała, w którym momencie do jej oczu napłynęły łzy wzruszenia. Pełne wdzięczności, potrzeby bliskości. Doskonale wiedziała, że nie mogła go wypuścić z własnych rąk.
— Co dzieje się na La Palma, dzieje się i jest pamiętane przez cały Wszechświat — powiedziała oficjalnie wróżka, przekreślając ich wspólnie wypowiadane tak często słowa. Charlotte zwróciła na to uwagę, ale liczył się dla niej ktoś inny, ktoś wyjątkowy i coraz bliższy jej sercu. O zgrozo, nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego z każdą minutą dostawał specjalne miejsce w jej sercu. Wystarczył jeden zmysłowy pocałunek, odwzajemniony po zaledwie kilku sekundach, by Kovalski odpłynęła. Nie wiedziała już, gdzie się znajdowała, liczyły się jedynie rumowe wargi Patela, które sprawiały, że jej ciało całe zaczynało drżeć. Wstrzymała kilka razy oddech, czując jego zaciskające się dłonie, Cholera, mogłaby mu się oddać w całości. Lotte z coraz większą posesywnością odwzajemniała pocałunki, przyciągając go do siebie dłonią położoną na jego karku, niemalże czuła kosmyki włosów splątane z jej dłońmi. Aż nie odsunęła się, słysząc głos wróżki.
— Moi drodzy, to nie jest żaden czerwony pokój — aż odchrząknęła głośno, by na pewno zrozumieli — proszę iść się bawić, gdzie indziej możecie robić dzieci — i puściła im oczko. Kovalski nie musiała dłużej czekać na zachętę. Wyszła z namiotu jak poparzona. Rytuał oczyszczenia? Czuła się obnażona, gdy położyła dłoń na klatce piersiowej. Zdała sobie sprawę, jak szybko serce jej bije w stronę Patela. Ułamek rzeczywistości wbił się w rytuał, przypominając jej o niewierności, ale gdy tylko poczuła na nowo ich splecione dłonie razem, zdała sobie sprawę, jak bardzo go potrzebowała.
— Ja... — zaczęła Charlotte, przyciągając go do siebie dłonią. Dłoń przyłożyła do jego torsu i rozpięła jeszcze kilka guzików koszuli. Ciekawiło ją, jakie miał dokładnie tatuaże i jak wyglądało słońce, na jego obojczyku — faktycznie czuję się po tym lepiej, Will — wymruczała, przejeżdżając palcami po wzorze, który jeszcze niedawno pieczołowicie namalowała. Wszelkie opory w jej umyśle wymazał albo alkohol, albo hasz, albo rytuał oczyszczenia.
— Chodź, tu jeszcze do mnie na moment... — dłoń przejechała jej z ramienia na policzek, już wchodziła na palce, by powtórzyc pocałunek z namiotu wróżki, kiedy zobaczyła ich. Totalnie losowych ludzi przeskakujących przez ognisko — czy to normalne, że oni skaczą przez ogień? — zagadnęła, odsuwając się na moment, a następnie jej wzrok trafił na ludzi z kulami — patrz, a tam szykują się do tańca z ogniem — skakanie przez ogień, oglądanie występu, tańce, czy picie. Wiele mieli opcji — co robimy?
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Bliskość oferowana przez Williama była dziwna. Nie potrafiła samej sobie wytłumaczyć, dlaczego przyciągał ją tak intensywnie. Wszelkie hamulce puszczały, niezależnie od tego, czy była na trzeźwo, czy nie. Wystarczyła chwila przyciągnięcia, by dać ponieść się magicznej chwili. Ten cały rytuał utwierdził ją jedynie w tym, że pragnęła jego bliskości. Gdyby nie przeskakujący Hiszpanie, gdyby nie szykujący się pokaz znów mogłaby odpłynąć. Schować się w jego ramionach przed całym światem i własnymi zmartwieniami. Przed wątpliwościami, które cały czas kołatały jej w głowie, bo... nie obieca jej wierności...
— Na pewno musisz? — spytała z pewnym wyrzutem? Choć to słowo nie było odpowiednie. W głowie widziała, mimo procentów i haszu, jak tyłek Patela jest pieszczony przez płomienie ognia oraz trawi je intensywnie. Wyobraźnia zrobiła swoje, pokazując jej nieszczęsne skutki wieczoru. Jeszcze nie zdążyła uleczyć mu poparzeń słonecznych, a dodawanie tych od ognia wydawało się jej kuriozalne. Na całe szczęście siadają, a Lotte skupia się na dudniących bębnów. Chwyciła za butelkę od Willa i upiła z niej solidny łyk, wykrzywiając usta. Na słowa o obrzydliwości jedynie kiwa głową. Obrzydliwe. Faktycznie okropne. Przynajmniej zaraz zaczyna się show, a Lotte wciska się w ramię Williama. Przy tej jednej kuli jedynie wzdrygnęła się, chwytając mocno jego koszuli. Charlotte Kovalski bała się ognia. Kolejny żywioł do odhaczenia w liście lęków, zwłaszcza gdy kula przeleciała tak blisko od niej. Na szczęście kolejny kubeczek trafia w jej rękę i z iście polskim gestem przechyla go. Zaraz znów się krzywi, jakby wypiła nagrzaną wódkę na słońcu. Jednym słowem prawdziwa masakra.
— Peach? — powtarza za Williamem Charlotte, przechylając przy tym delikatnie głowę. Nie tego się spodziewała. Faktycznie, kilka razy mrugnęła oczyma. Peach. Znały się dziewczyny, a gdy przechyliła głowę i napotkała wzrokiem na Clyde'a, to aż sama się zaśmiała. Nie, nie tego się spodziewała całkiem szczerze. A jednak nie Peach. Był Madox, Cassian, a teraz... ta całkiem urocza parka. Aż Charlotte miała ochotę się postrzelić, przypominając sobie w głowie ich ostatnie spotkanie. Typ był nędzny i miał kurwiki w oczach. Ten się niczym nie różnił. Nawijał jej trzy po trzy po hiszpańsku, a ona jedynie wywracała oczyma. Pijana Kovalski była jeszcze bardziej okropna niż trzeźwa. Tylko tego jeszcze William nie zdążył przeżyć. W końcu odwróciła głowę w stronę przedziwnych wygibasów Billy'ego. Przeuroczy. Zwłaszcza kiedy dostał na głowę. Na sekundę zamknęła oczy! To dosłownie była sekunda, a palmowy Clyde z Peach już lecieli mocno w ślinę. Machnęła na nich ręką, by później spleść dłoń razem z Williamem. Czas na powrót do hotelu.
— Dobrze się bawiłam... — zaczęła Lotte, zataczając się odrobinę na trasie. Rum, tequilla, wódka wszystko w jej żołądku zaczynało się mieszać.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Noc była najlepszym doświadczeniem, które Lotte przeżyła. Nie potrafiła wyjaśnić tego w jednoznaczny sposób. Wystarczyło spojrzenie na wszystkich dookoła, by uznać, że impreza dobiegała końca. Za to ona dalej wczepiona w niego z opartą głową o jego ramię i przymrużonymi oczami. Tylko tego brakowało jej do szczęścia. Spokoju, który czuła całym ciałem. Płonące ognisko, z którego unosiły się wysoko iskry w stronę nieba, delikatna bryza oceanu oraz bliskość Patela. To było wręcz irracjonalne, jak mocno się do niego zbliżyła w tym czasie, a jednak raz za razem sięgała po kolejny łyk alkoholu, po kolejnego bucha blanta, by w stu procentach zagłuszyć własne myśli. Nie powinna.
— Dobrze... — kiwnęła głową, podnosząc się na równe nogi. Ciało delikatnie kołysało się jej na boki i gestem ręki pożegnała się ze wszystkimi, by finalnie mocno chwycić Williama za dłoń. Splotła ich dłonie ze sobą. Szła równie radosnym głosem, choć jedynie potakiwała na jego wesołe, pijane pierdolenie. Mogliby cały czas trwać w tym stanie. Problemy zostawili w Toronto, a tu oddychali głęboko piersią, korzystając z każdej minuty razem.
— Hm? — mruknęła lekko zaspana, przechylając delikatnie głowę. Sama spojrzała w stronę oceanu. Promienie słońca zaczęły powoli odbijać się o toń wody, rozbłyskując na prawo i lewo — co — spytała, otrzeźwiając się w pierwszym odruchu. Źrenice od razu się jej rozszerzyły. Była pijana, zjarana, a jednak pływanie dalej powodowało w niej głęboki lęk — nie... — wycedziła w pierwszej chwili, a wzroku nie spuszczała z Williama. Ściągał z siebie kolejne warstwy ubrań, serce Lotty na sam ten widok zaczęło bić szybciej. Widziała go w całej okazałości i... kurwa był dla niej tak pociągający, że nie mogła oderwać wzroku.
— Dobra — kiwnęła głową, pociągając własną sukienkę ku górze. Odsłoniła się wtedy przez Williamem czarna, koronkowa bielizna, którą chwiejąc się na nogach ściągnęła — i co teraz? —dopytała, chwytając go za dłoń. I... faktycznie wbiegli do oceanu, wesoło krzycząc. Chłodna woda otrzeźwiała jej umysł. W końcu zatrzymała się lekko sparaliżowana, czując jak ciało, zostało okryte przez ocean — ja dalej nie umiem pływać, William — brała głęboki oddechy do płuc. Próbowała się rozluźnić. Procenty i hasz zawładnęły jej umysłem, ale nie na tyle, by całkowicie zignorować zagrożenie.
— Nie założyłeś dla mnie gaci? — spytała głośno, choć tak naprawdę to była jedna z myśli, pojawiających się w jej głowie. Dlaczego nie miał na sobie gaci w kolorze khaki?
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wciągnęła bardzo mocno powietrze do własnych płuc, próbując odnaleźć się w tej chwili. Jeśli jej na kimś zaczynało zależeć, to czuła się nieswojo, gdy lustrował jej ciało. Podobne spięcie pojawiło się wraz ze wzrokiem Williama. Pijana dalej czuła, jak pożera ją oczami. Serce zaczęło bić szybciej, bo czy właśnie to nie miało zadziać się w sylwestra? Ich ciała złączone razem, wręcz nierozerwalnie. Wzdrygnęła się, ale zaraz zanurzyli się we wodzie. Przyjemnie chłodnej, okalającej ich nagie ciała.
— Nie masz bokserek, czy same slipy nosisz? — spytała wprost, próbując rozluźnić atmosferę. Praktycznie wręcz czuła, jak ciało oczekuje kolejnego ich zbliżenia. Wystarczyłoby zwykłe chwycenie za rękę, a jej serce zabiłoby szybszym rytmem. Za to kolejne pytanie lekko zbywa ją z rytmu. Starała się specjalnie dla niego? Nadęła delikatnie poliki, analizując wszystko po kolei. Może faktycznie tak było?
— Ja... — zaczęła, odwracając wzrok w stronę pomarańczowej kuli, której delikatne promienie rozpływały się o taflę wody. Dla niego, czy dla niego? Obie odpowiedzi wydawały się być poprawne. Chciała mu się spodobać, by spojrzał na nią wygłodniałym wzrokiem, choć zawsze dbała o każdy szczegół wyglądu — koronki mam zawsze, ale dziś założyłam do pary — mruknęła pod nosem. Jego lisie uszy musiały wszystko usłyszeć. Był wścibski, a natura plotkary na pewno mu to umożliwiała. Z ulgą przyjęła zmianę tematu, jej myśli robiły się coraz bardziej figlarne i grzeszne.
— Nie — chodziła na zajęcia z yogi, ale była prawie że w stu procentach przekonana, że to nie oto chodziło Patelowi. Za nim zawsze stało coś magicznego, niezwykłego, co jej prawniczy świat potrafiło wywrócić do góry nogami — dobrze — próbowała wykonywać wszystkie jego ruchy, ale cóż, z Lotty nawet po pijaku śpiewaczka nie będzie. Niemalże czuje, jak jakaś gula stoi jej w gardle, a przy krzyczeniu kompletnie daje spokój. Przymknęła oczy, czując jakby ktoś posypywał jej powieki piaskiem. Tyle że po chwili już jest cała rozbudzona, gdy wyczuła jego gorący oddech na własnej twarzy. Sama zarzuciła dłonie przez jego ramiona, a później odwzajemniła czule pocałunek. Przestał liczyć się ocean, hotel, a w jej głowie istniał jedynie on.
— William... — wyszeptała w jego usta, unosząc wzrok, by móc mu spojrzeć prosto w oczy. W głowie nie miała żadnego rozwodu, braku segregacji śmieci, czy najbardziej bzdurnych spraw, o które się kłócili, był jedynie on i ciepło jego ciała. Zacisnęła mocniej dłonie na jego ramieniu, uśmiechając się delikatnie. Byli nadzy, wtuleni do siebie, a słońce powoli oświetlało ich sylwetki.
Nigdy nie spodziewałaby się, że do czegoś takiego mogło między nimi dojść.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski