-
Ale faza, ja pierdole - zwracam się do Charlotte kiedy opuszczamy namiot rozpus... Znaczy się oczyszczenia. Właściwie to wychodzę tylko dlatego, że Kovalski wystrzeliwuje z niego jak z łuku, słowa wróżki nie robią na mnie większego wrażenia, zawsze przecież można było ją zaprosić. Albo poprosić żeby wyszła. Niemniej stoimy na zewnątrz, a ona znowu przyciąga mnie do siebie, nie zamierzam stawiać oporów, więc tylko przyglądam się jak rozpina kolejne guziki mojej koszuli i przesuwa palcami po symbolu słońca wymalowanym tuż nad obojczykiem. Sam sięgam jeszcze dłonią do rozmazanej już góry na dziewczęcej szyi, trochę barwnika mam też na ustach i w okolicach warg -
Ja też - kiwam lekko głową, zadziałała potęga podświadomości najwidoczniej, skoro obydwoje rzeczywiście poczuliśmy się w pewien sposób oczyszczeni. Zresztą cała ta podróż wydaje się być w pewnym sensie przełomowa, jeżeli chodzi o nasze relacje. Nastąpił zwrot o 180 stopni, czy się utrzyma? No może po tym rytuale tak, czas pokaże -
Mhm - mruczę pod nosem, kiedy nasze twarze znowu znajdują się niebezpiecznie blisko siebie, mrużę lekko ślepia, ale zamiast kolejnego słodkiego pocałunku, słyszę jej równie rozkoszny głos. Otwieram szerzej powieki, odwracając się za jej spojrzeniem. Faktycznie kilku śmiałków przeskakiwało przez płomienie, dosłownie widzę jak języki ognia prawie liżą im tyłki, jeden z wesołych Hiszpanów ląduje na krawędzi, prawie że wpadając w ogień, na co kilka osób reaguje głośnymi krzykami. Ja zresztą również głośno wciągam w płuca powietrze -
Łoooo kurwa, było blisko - zauważam, chwytając się za serce -
Oooo, chodź, muszę tego spróbować - jak się podpalę to będzie przypał, szczególnie, że jedno poparzenie mam już na koncie, ale chuj, druga okazja może nie nadarzyć się nigdy. Ciągnę za sobą Charlotte, żebyśmy podeszli bliżej. I kiedy jesteśmy już obok, to właśnie zaczyna się pokaz. Głębokie dźwięki bębnów roznoszą się w powietrzu, odbijając echem od każdej napotkanej przeszkody, basy są tak mocne, że prawie czuję drżenie ziemi pod naszymi stopami, hałas przenika całe ciało aż do kości. Siadam na piachu i znowu ciągnę Lottę w dół, żeby usiadła obok mnie. Ktoś od razu podaje mi butelkę tequili. Mam mocno ambiwalentny stosunek do tequili - ostro jebie mnie w beret, chyba bardziej niż jakikolwiek alkohol, robię się po niej jeszcze bardziej pojebany. Jednocześnie naprawdę nie znoszę tego smaku, jeszcze z solą i cytrynką nawet przejdzie, ale sama? Paskudztwo. Niemniej mój wewnętrzny chlor postanawia to olać i upijam duży łyk, przełykam bardzo szybko, a mocny trunek ora mi cały przełyk, w żołądku czuję rozchodzące się po całym ciele ciepło. Ten okropny smak sprawia, że krzywię się mocno, ale podaję butelkę Kovalski -
Obrzydliwe - rzucam do niej, zanim zamilknę, wpatrzony w duet, który właśnie zaczyna swoje szoł. Wygląda to wręcz doskonale - obydwoje mają duże kule na długich sznurach. Czuć zapach benzyny, kiedy obie płoną żywym ogniem i zaczynają swój dziki taniec wokół dwóch sylwetek - jednej damskiej i drugiej męskiej. Płomienie śmigają nad głowami i wokół oświetlonych ciał, jak planety w układzie słonecznym. Czasem jedna wystrzeliwuje w kierunku publiczności i dosłownie w ostatniej chwili wraca na swoje tory ściągnięta mocnym szarpnięciem przez jednego z artystów. Za pierwszym razem mam wrażenie, że dosłownie wleci w tłum, więc spomiędzy moich warg wydobywa się stłumiony okrzyk, cofam się instynktownie, opadając w piach na łokcie -
O kurwa, blisko było - rzucam, bardziej nawet do siebie niż kogokolwiek, chociaż mniemam, że był to zamierzony zabieg. Cały ten taniec wygląda bardzo dziko i pierwotnie, szczególnie w połączeniu z iście plemienną muzyką. Kiedy pokaz dobiega końca wszyscy zebrani wokół zaczynają wyć jak indianie, uderzając w usta otwartymi dłońmi. Wokół lecą kolejki alkoholu, które trafiają też w nasze ręce - rum, tequila, coś bliżej nieokreślonego w papierowym kubku, po smaku ciężko stwierdzić co to, chociaż czuć, że mocne. Podnoszę się z ziemi, żeby zbliżyć do tancerzy i wtedy dostrzegam, że dziewczyna ma bardzo znajomą twarz, co więcej wygląda jak moja współlokatorka Peach. Ale co jeszcze bardziej popierdolone jej partner do złudzenia przypomina byłego już chłopaka Pepper, Clyde'a. Mrugam kilka razy w wyrazie zaskoczenia -
Peach? - przecież miała nagrywać reality show dla Netflixa, ale kiedy uśmiecha się do mnie delikatnie i zaczyna coś pierdolić po hiszpańsku to dociera do mnie, że znowu mam do czynienia z kimś, kto tylko wygląda jak ona. Niesamowite, że na tej niewielkiej wyspie aż się roiło od sobowtórów ludzi z Toronto. A może Charlotte tak naprawdę też była tylko sobowtórem mojej upiornej sąsiadki? Boże, czemu w ogóle przychodzi mi to do głowy? Przez moment patrzę na nią trochę podejrzliwie, chociaż wiem, że to nierealne. Przecież mnie znała. W każdym razie ja do niej po angielsku, ona do mnie po hiszpańsku, obydwoje na migi i jakoś się dogadujemy. Co prawda nie daje mi bawić się ogniem, bo na bank bym coś podpalił, ale ma też takie kule, które same świecą i tymi daje mi popróbować, nawet pokazuje kilka prostych ruchów, które próbuję powtarzać, chociaż idzie mi mocno średnio. Chyba tylko cudem udaje mi się nie przywalić sobie w łeb, kilka sytuacji wygląda naprawdę niebezpiecznie, na co tamta dwójka reaguje głośnym śmiechem. To trudniejsze niż mi się wydawało, na szczęście nie dali mi igrać z ogniem bo na bank bym się podpalił. Albo kogoś. Chłopak w tym czasie cały czas gada coś do Kovalski po hiszpańsku, w ogóle nie zwracając uwagi na to, że go nie rozumie.
Charlotte Kovalski