Nowe miasto, nowe możliwości. Tak pewnie pomyślałby każdy normalny człowiek, który z entuzjazmem zaczyna od zera w miejscu, gdzie nikt jeszcze nie zna jego imienia ani historii. Dla Zane’a jednak to zdanie zawsze brzmiało jak coś co ludzie powtarzają bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania. Bo on nie był tu z wyboru.
Przeprowadzka była czymś narzuconym – bez dyskusji, bez wyjaśnień, bez luksusu zadawania pytań na głos. Przynajmniej nie teraz. Na razie wystarczało mu jedno… przetrwać, nie zwracać na siebie uwagi i nie pozwolić, żeby przeszłość w jakikolwiek sposób zaczęła się za nim ciągnąć.
Toronto było inne niż się spodziewał. Żywe i głośne, pełne ludzi, którzy mijali się bez spojrzeń, jakby każdy był tu tylko na chwilę. Idealne miejsce, żeby się wtopić. Nie brakowało mu ani trochę brzędkolenia na gitarach ani dźwięków saksofonu, które czasami doprowadzały go wcześniej do szału. Nie był w końcu fanem jazzu.
Praca w galerii handlowej też mu to ułatwiała. Ochrona nie brzmiała spektakularnie, ale dawała mu dokładnie to czego potrzebował – stabilność, kontrolę i powód, żeby być wszędzie gdzie trzeba. Bez pytań i przede wszystkim bez tych zbędnych spojrzeń, jakby komuś matkę i ojca zabił. A jeśli ktoś przesadził zawsze miał bardzo prosty sposób, żeby przypomnieć gdzie kończy się udawanie chojraka i mógł ich kulturalnie wypieprzyć za drzwi.
Dzień minął spokojnie. Rutynowe obchody, sprawdzanie poziomów, kilka interwencji przy drobnych sprzeczkach, nic wartego zapamiętania. Centrum handlowe żyło trochę swoim życiem… sklepy, ludzie, windy sunące w górę i w dół, muzyka która docierała do niego zewsząd, bo przecież nie mogli w każdym sklepie puszczać tego samego.
Zane wychodził właśnie z zaplecza jednego z korytarzy technicznych, poprawiając kurtkę i obracając w dłoni kask, który miał już zabrać ze sobą. W planach było tylko jedno! Wyjść, zejść na parking i wrócić motocyklem przez miasto, zanim noc całkiem się rozkręci. Nie miał w planach pakować się dzisiaj w żadne tarapaty, kolejne dziwne relacje ani robić za bohatera. Chociaż kurwa ten jeden raz.
Przeszedł przez drzwi serwisowe i znalazł się na górnym poziomie galerii. Przestrzeń otworzyła się przed nim ogromnym, przeszklonym pomieszczeniem, światło z wiszących lamp odbijało się od barierki i ruchomych schodów, a na dole ludzie krążyli między sklepami i kawiarniami.
I wtedy to usłyszał. Śmiech. Kobiecy, lekki i wyraźnie wyróżniający się w tle kroków i muzyki z tych przeklętych głośników sklepowych. Zatrzymał się na moment przy barierce. Nie od razu spojrzał w dół, najpierw tylko przesunął wzrokiem nieco dookoła, jakby chciał sprawdzić czy to w ogóle coś wartego jego uwagi czy też może znów skupiał się na jakimś bezsensownym gównie. Dopiero po chwili jego spojrzenie zatrzymało się na źródle dźwięku.
Na jednym z niższych poziomów, w pobliżu sklepów i kawiarni, stała grupa ludzi a wśród nich pewna kobieta. Nie był do końca przekonany czy była trzeźwa czy też nie. Z takiej odległości ciężko cokolwiek wyczytać. Na chwilę przyjrzał się jej, jakby od niechcenia dopóki nie zjechał jeszcze niżej.
Nie kurwa, nie dzisiaj. Daj sobie spokój. Wracaj do domu, debilu.
Takie myśli przeplatały się przez jego głowę z prędkością światła, gdy wsunął na głowę kask i iście lamparcim tempem sunął w stronę parkingu, aby tylko ulotnić się z tego miejsca bez problemów.
I właśnie wtedy jego dzień przestał być zwykły. riley davis