ODPOWIEDZ
24 y/o
For good luck!
192 cm
ochroniarz w path
Awatar użytkownika
Run, baby, run, run for your life. I'ma tear out your heart, it'll always be mine.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nowe miasto, nowe możliwości. Tak pewnie pomyślałby każdy normalny człowiek, który z entuzjazmem zaczyna od zera w miejscu, gdzie nikt jeszcze nie zna jego imienia ani historii. Dla Zane’a jednak to zdanie zawsze brzmiało jak coś co ludzie powtarzają bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania. Bo on nie był tu z wyboru.
Przeprowadzka była czymś narzuconym – bez dyskusji, bez wyjaśnień, bez luksusu zadawania pytań na głos. Przynajmniej nie teraz. Na razie wystarczało mu jedno… przetrwać, nie zwracać na siebie uwagi i nie pozwolić, żeby przeszłość w jakikolwiek sposób zaczęła się za nim ciągnąć.
Toronto było inne niż się spodziewał. Żywe i głośne, pełne ludzi, którzy mijali się bez spojrzeń, jakby każdy był tu tylko na chwilę. Idealne miejsce, żeby się wtopić. Nie brakowało mu ani trochę brzędkolenia na gitarach ani dźwięków saksofonu, które czasami doprowadzały go wcześniej do szału. Nie był w końcu fanem jazzu.
Praca w galerii handlowej też mu to ułatwiała. Ochrona nie brzmiała spektakularnie, ale dawała mu dokładnie to czego potrzebował – stabilność, kontrolę i powód, żeby być wszędzie gdzie trzeba. Bez pytań i przede wszystkim bez tych zbędnych spojrzeń, jakby komuś matkę i ojca zabił. A jeśli ktoś przesadził zawsze miał bardzo prosty sposób, żeby przypomnieć gdzie kończy się udawanie chojraka i mógł ich kulturalnie wypieprzyć za drzwi.
Dzień minął spokojnie. Rutynowe obchody, sprawdzanie poziomów, kilka interwencji przy drobnych sprzeczkach, nic wartego zapamiętania. Centrum handlowe żyło trochę swoim życiem… sklepy, ludzie, windy sunące w górę i w dół, muzyka która docierała do niego zewsząd, bo przecież nie mogli w każdym sklepie puszczać tego samego.
Zane wychodził właśnie z zaplecza jednego z korytarzy technicznych, poprawiając kurtkę i obracając w dłoni kask, który miał już zabrać ze sobą. W planach było tylko jedno! Wyjść, zejść na parking i wrócić motocyklem przez miasto, zanim noc całkiem się rozkręci. Nie miał w planach pakować się dzisiaj w żadne tarapaty, kolejne dziwne relacje ani robić za bohatera. Chociaż kurwa ten jeden raz.
Przeszedł przez drzwi serwisowe i znalazł się na górnym poziomie galerii. Przestrzeń otworzyła się przed nim ogromnym, przeszklonym pomieszczeniem, światło z wiszących lamp odbijało się od barierki i ruchomych schodów, a na dole ludzie krążyli między sklepami i kawiarniami.
I wtedy to usłyszał. Śmiech. Kobiecy, lekki i wyraźnie wyróżniający się w tle kroków i muzyki z tych przeklętych głośników sklepowych. Zatrzymał się na moment przy barierce. Nie od razu spojrzał w dół, najpierw tylko przesunął wzrokiem nieco dookoła, jakby chciał sprawdzić czy to w ogóle coś wartego jego uwagi czy też może znów skupiał się na jakimś bezsensownym gównie. Dopiero po chwili jego spojrzenie zatrzymało się na źródle dźwięku.
Na jednym z niższych poziomów, w pobliżu sklepów i kawiarni, stała grupa ludzi a wśród nich pewna kobieta. Nie był do końca przekonany czy była trzeźwa czy też nie. Z takiej odległości ciężko cokolwiek wyczytać. Na chwilę przyjrzał się jej, jakby od niechcenia dopóki nie zjechał jeszcze niżej.
Nie kurwa, nie dzisiaj. Daj sobie spokój. Wracaj do domu, debilu.
Takie myśli przeplatały się przez jego głowę z prędkością światła, gdy wsunął na głowę kask i iście lamparcim tempem sunął w stronę parkingu, aby tylko ulotnić się z tego miejsca bez problemów.
I właśnie wtedy jego dzień przestał być zwykły. riley davis
muge
nothing scares me babe
30 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
strażaczka Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
just don't hang your hopes on me, I want to feel something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Riley mogła użalać się nad sobą w zaciszu swojego mieszkania.
Mogła też wyjść ze znajomymi i jak zwykle udawać, że wszystko jest w porządku. Tego wieczoru to właśnie ta druga opcja bardziej do niej przemawiała. Powoli zaczynała rozumieć, że samotność, która do tej pory była dla niej ukojeniem, ucieczką i - chyba przede wszystkim - była jej świadomym wyborem, coraz częściej stawała się już nie do zniesienia. Zamiast dawać jej upragniony spokój, niosła za sobą cierpienie.
Wieczór w pubie poprawił jej nieco humor. Spożyty alkohol sprawił, że na chwilę zdołała zapomnieć o tym, co prawie bezustannie ją trapiło. Smutek, szczególnie ten uparcie ukrywany i ignorowany, lubił często o sobie przypominać. Gdy tylko zdawało jej się, że cały ból i żałoba mijają - te wracały niespodziewanie i to ze zdwojoną siłą.
W towarzystwie innych osób, czy to w pracy, czy prywatnie, raczej tego nie okazywała. Zakopywała to co złe głęboko w sobie, mając przy tym nadzieję, że jeśli wystarczająco długo i przekonująco będzie grać szczęśliwą i normalną, to w końcu się to spełni.
Tym razem nie było inaczej. Bawiła się w najlepsze - piła, rozmawiała, śmiała się. Wszystko, byle tylko stworzyć ten pozorny obraz, że wszystko było w jak najlepszym porządku.
Udało jej się także nie myśleć o tym, że ten, na którego towarzystwie zależało jej w tamtym momencie najbardziej, był nieobecny. Nie sądziła, że tak bardzo ruszy ją to, że mężczyzna nie miał dla niej czasu; że nie przyleciał do niej jak wierny pies na najmniejsze skinienie jej palca i że miał ważniejsze sprawy na głowie. Ważniejsze od niej.
Swoją paczkę pożegnała już w podziemiu, bo ci, z zamiarem balowania do białego rana, oddalili się w stronę klubu. Davis zdecydowała się zakończyć tę zabawę przedwcześnie. Cel został osiągnięty - wyluzowała się i na te kilka godzin zapomniała o troskach. Obawiała się tego co mogłaby zrobić z nią większa ilość trunków tej nocy. Nie chciała odwalić jakiejś totalnej głupoty, co w przypadku zalanej w trupa Riley, było bardzo prawdopodobne. Wysłałaby jakieś kompromitujące głosówki do przyjaciela albo, co gorsza, pojechałaby do niego! O nie, nie.
Nie była tak zdesperowana. Chyba.
Na powierzchni uderzyło ją chłodne powietrze. Przystanęła i odetchnęła głęboko, rozglądając się przez chwilę, niepewna w którą stronę powinna pójść. Wyciągnęła telefon, by zamówić ubera, ale zanim zdążyła to zrobić, zastygła w miejscu. Zero powiadomień. Ścisnęła wargi, wpatrując się tępo w wyświetlacz i nie robiąc sobie przy tym nic z tego, że zaczęły rozpływać się na nim coraz większe krople deszczu. Na moment zupełnie się wyłączyła. Z oddali docierały do niej tylko dźwięki aut, mknących po mokrym asfalcie.
Tylko się nie popłacz. Zakpiła z samej siebie w myślach. Rozżalona i wściekła, wrzuciła telefon z powrotem do torebki, którą zaraz poprawiła na ramieniu.
Potem już wszystko działo się bardzo szybko.
Rozpędzający się, czarny motocykl, przejeżdżając blisko chodnika, gdzie stała, sprawił, że woda z kałuży, która zebrała się przy krawężniku, chlusnęła prosto na nią. A konkretniej na jej odkryte nogi i kawałek krótkiej sukienki, który natychmiast przykleił się do skóry.
W szoku, otworzyła usta z przeraźliwym jękiem, po czym ryknęła za winowajcą głośno, wymachując przy tym rękoma. — Pieprzony dawca organów! — czy naprawdę oczekiwała, że ją usłyszy? — Kurwa mać… — jęknęła znów zaraz, bliska histerii, próbując otulić się szczelniej skórzanym płaszczem, ale na niewiele się to zdało.
Zdziwiła się, widząc, że motocyklista zatrzymał się niedaleko. Spiesznym krokiem, ruszyła w jego stronę. Już ona mu pokaże! Pożałuje, że w ogóle wychodził z domu, a co!
Hej! Uważaj jak jeździsz, debilu! — krzyknęła, od razu wyciągając rękę w jego stronę, gdy tylko znalazł się w jej zasięgu i szturchnęła go w ramię, nie siląc się na delikatność. — Zobacz co narobiłeś!


zane marlowe
mów jak chcesz
angielskie wyjścia
ODPOWIEDZ

Wróć do „Path”