outfit
Alvaro był zaskoczony telefonem od Sergio; nie spodziewał się, że ten będzie chciał się z nim spotkać i to w dodatku sam, bez Salazara. Mimo wszystko argumenty, którymi rzucił, wydawały się przekonujące: odnowienie znajomości, chęć pogratulowania mu zaręczyn (cholera, jak te informacje szybko się rozchodziły!) i przede wszystkim rozmowa, żeby nadrobić stracony czas. Zgodził się więc, a nawet się ucieszył, bo dobrze było sobie czasem z kimś porozmawiać, a skoro Santiago był teraz nieobecny, to pozostali mu jedynie koledzy z pracy, a z nimi nie zawsze miał ochotę rozmawiać o czymkolwiek więcej poza projektami, nad którymi wspólnie pracowali. Nie miał potrzeby jakiegoś większego zaprzyjaźniania się z tymi ludźmi, po prostu.
Zaprosił Sergio na osiemnastą; zdążył przez ten czas wrócić z pracy, wstąpić po młodego, który na czas jego pracy przebywał ze swoją matką, a potem wrócić do domu. Prysznic wziął u przyjaciółki - i jednocześnie matki swojego syna - uznając, że w domu woli mieć młodego na oku i nie będzie go zostawiał przecież samego, a prysznic po pracy był jednak przydatnym wynalazkiem. Przebrał się też w czyste ciuchy; miał u niej swoje rzeczy, bo jeszcze jakiś czas temu przecież u niej mieszkał, a jakieś tam jego ciuchy jeszcze się znajdowały, chociażby właśnie na takie wypadki, jak ten.
Po powrocie krzątał się chwilę po kuchni, uznając, że przygotuje może jakieś przekąski i wkrótce postawił na stoliku w salonie tacę z serami, wędlinami, kiełbasą, sosami i grillowanymi chlebkami; ot, hiszpańskie tapas, które nie wymagało specjalnie wielkiego wysiłku. Podczas tych przygotowań młody siedział w krzesełku dla dzieci i jadł papkę owocową, chociaż to jego jedzenie w większości lądowało na jego śliniaczku, niż w buzi, ale Alvaro był do tego przyzwyczajony. Słysząc dzwonek do drzwi wziął młodego na ręce i poszedł otworzyć, witając przyjaciela z uśmiechem na ustach.
-
No witam, witam - rzucił melodyjnie, przyjmując od niego butelkę wina i zamykając za nim drzwi, a potem gestem zaprosił go do środka. -
Dziękuję bardzo. Rozsiądź się, zaraz do ciebie dołączę.
Zdjął młodemu śliniaczek, a potem rozłożył mu kocyk na podłodze, dał tam tam trochę jego zabawek i położył syna na kocyku, uznając, że może się bawić w pobliżu pod ich okiem i nic złego nie powinno się stać, a oni sobie spokojnie pogadają. Zaraz potem przyniósł kieliszki i usiadł obok Sergio na kanapie, opierając kostkę jednej nogi o kolano drugiej i nalał im wina, podając jeden z kieliszków przyjacielowi.
-
Jak wyglądały zaręczyny...? - zapytał niepewnie, przez chwilę przyglądając się swojemu kieliszkowi. -
Właściwie ciężko stwierdzić. To znaczy... nie poszły zgodnie z moim planem, bo nie wiedziałem, że Santiago załatwi z recepcjonistką, że będę mógł zostać na noc; zakładałem, że ośrodek nie zgodzi się na to, bym nocował w tej klinice, więc zostawiłem pierścionek zaręczynowi i mój szkic z obrączkami i pytaniem czy za mnie wyjdzie w jego walizce, uznając, że odpowie mi na to pytanie, gdy już będę w hotelu albo w drodze do niego. - parsknął krótkim, niewesołym śmiechem i podrapał się z zażenowaniem po karku. -
Ale zgodzili się, żebym został na noc w ośrodku, a on znalazł to wszystko dość szybko. Potem... potem rozmawialiśmy. Tłumaczył mi dlaczego uważa, że to kiepski pomysł, mówiąc o tym, że poprzednie małżeństwa rozpadły się z jego winy, a poza tym nie chce mnie wiązać, chce dać mi możliwość odejścia, jeśli będę miał dość tego wszystkiego, no i nie chce mnie obciążać i w ogóle to raczej niezbyt dobry pomysł, żebyśmy brali ślub. - wzruszył ramionami, że niby go to nie obeszło, ale widać było po jego oczach, że to nieprawda. -
Powiedziałem mu, że nie zamierzam go zostawiać i spytałem czy naprawdę ma mnie za kogoś takiego: za kogoś, kto by go zostawił, gdy zrobi się ciężko. Powiedział, że nie. Ja... uznałem, że może to nie takie nieprawdopodobne i opowiedziałem o facecie, z którym byłem, ale którego zostawiłem, gdy zrobiło się zbyt poważnie, bo wystraszyłem się tego, że układam sobie życie, że jestem szczęśliwy i poczułem się jakbym go zdradzał. - przełknął ślinę. -
Rozmawialiśmy jakiś czas... zapewniłem go, że poczekam na niego i że nie musi mi odpowiadać teraz, że przechowam pierścionek i dam mu w odpowiedniej chwili. Nie chciał mi oddać tego pudełeczka. - uśmiechnął się lekko. -
A gdy kładliśmy się spać... powiedział, że tak; że nie wie jeszcze jak wygląda sprawa z jego żoną, w sensie sytuacja prawna, ale tak. No i... wyjąłem pierścionek z jego kieszeni, bo okazało się, że chodził z nim na te wszystkie badania i rozmowy z lekarzami, klęknąłem przed nim jeszcze raz, złożyliśmy sobie coś w rodzaju przysięgi małżeńskiej i podał mi dłoń, żebym mógł założyć mu na palec ten przeklęty pierścionek, a ja to zrobiłem. - uśmiechnął się nieco szerzej i napił się wina, żeby zamaskować to, że mówiło mu się z każdą chwilą coraz ciężej, a jego głos drżał coraz mocniej.
Sergio Martinez