-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Może inaczej podchodziłby do sytuacji, gdyby nie to, że po ostatniej nocy widział w ciemnowłosej więcej, niż piękną, zadzierającą nosa panią prezes, którą znali inni. Pozwoliła mu się poznać z innej strony, ale nawet po ich głębszej rozmowie, podczas której oboje trochę się na siebie otworzyli, wciąż go zaskakiwała. Była jednocześnie krucha i czuła, jak i miała w sobie ogień oraz siłę. Pewnie dlatego nie przestawała go fascynować. I dlatego coraz mniej podobało mu się, że rodzice próbowali się we wszystko wtrącać.
Jakby tego było mało, Cherry znów świadomie go unikała, wypełniając swój kalendarz milionem spotkań. A on starał się nie robić niczego na siłę i nie komplikować tego bardziej, wiedząc, że prędzej czy później i tak dojdzie do konfrontacji twarzą w twarz. Zastanawiało go tylko, co się wtedy wydarzy.
Dni upływały mu na analizie danych, na czym postanowił w pełni skupić swój umysł, ale ilekroć ciemnowłosą mijał gdzieś na korytarzu, zastanawiało go, ile osób widziało jej tatuaż znajdujący się na linii żeber, oczami wyobraźni powracał do chwil, jak jej kołyszące się biodra potrafiły czynić cuda, a słysząc jej głos, przypominał sobie jej krzyki wypełniające jej mieszkanie. Jego wspomnienia, przywoływane w miejscu pracy, wydawały mu się kompletnie abstrakcyjne. Ale nie dało się ich wyprzeć.
Czekał na piątkowe spotkanie, bo wiedział, że ona też na nim będzie. Nie omijała okazji do stałej kontroli swoich pracowników, tym bardziej, jeśli chodziło o tygodniowe raporty. Tego poranka jednak podczas picia kawy zaalarmowały go dźwięki powiadomień na telefonie. Ich natarczywość sprawiła, że od razu poczuł mimowolny niepokój, ale kiedy tylko wziął komórkę do ręki i przeczytał pierwsze nagłówki, nie potrafił ukryć zaskoczenia. Jednocześnie od razu w jego myślach pojawiła się Cherry. Czy ona wiedziała o tym wcześniej? Jak to przyjęła?
Nie spodziewał się jej w biurze, a jednak dotarła do firmy, o tej samej porze, co zawsze. Z tą samą siłą i uniesioną wysoko brodą, jakby pozostawała niewzruszona na ekscesy z gazet. Mimo wszystko na popołudniowym spotkaniu się nie pojawiła. Przez cały czas jego trwania Ethan spoglądał w zamyśleniu na puste miejsce naprzeciwko swojego, nie potrafiąc pozbyć się uporczywych myśli z głowy. Coś ewidentnie było nie tak.
Nawet nie był świadomy, jak znalazł się pod drzwiami jej biura. Zapukał cicho do drzwi i je uchylił.
— Pani Prezes, mogę? - zapytał, pamiętając o zachowaniu pozorów w pracy, po czym obrzucił szybkim spojrzeniem jej biuro, upewniając się, że ciemnowłosa była sama, i zamknął za sobą drzwi. - Nie przyszłaś na spotkanie… - zaczął i urwał, gdy na nią spojrzał. Już w pierwszej chwili dostrzegł bladość jej skóry, a jej rozkojarzenie było do niej niepodobne. Jego serce przyspieszyło swoje obroty. - Co się stało, Cherry? - ściągnął brwi, podchodząc do jej biurka, a w jego głosie brzmiała troska. Teraz naprawdę się martwił.
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Noc z Ethanem.... zakończyła się. Jednak nie potrafiła przebywać we własnym mieszkaniu. Rozglądała się po nim, widząc ich razem. Przypominała sobie jego pewny dotyk, rozkosz, którą jej ofiarował, a przede wszystkim zapamiętała jego obecność. Była dla niej czymś, czego nie była w stanie zapomnieć, czymś wyjątkowym, niepowtarzalnym. Niestety, wraz z zakończeniem nocy musiała przestać o nim myśleć. Wróciła do starego trybu bezlitosnej pani prezes, która zaledwie unosiła kąciki ust. Oczywiście, że go unikała. Bardzo świadomie to robiła, byle nie spojrzeć mu prosto w oczy. Obawiała się, że wystarczyłoby jedno, ukradkowe spojrzenie, zajrzenie w jego zielone tęczówki, a nogi by się jej ugięły. Nie mogła sobie na to pozwolić. Nawet jeśli... czasami specjalnie przechodziła obok jego biura, by zobaczyć, co się dzieje. Czy nie myślał o innej kobiecie? Cholera, miała do niego słabość i coraz bardziej zdawała sobie z tego sprawę.
Tego dnia wszystko miało wyjść na jaw. Cora... Cora nie była jej siostrą. Znaczy, była. Nie łączyły jej więzy krwi, a ktoś ze szpitala postanowił o wszystkim poinformować prasę. Nie wiedziała, co się działo. Telefony się urywały. Ludzie zaczęli do niej pisać, a ona pragnęła się od tego odciąć. W końcu blondynka wychowała się z nią. Mogły drżeć razem koty, ale cały czas należała do rodziny. Była pierdolonym Marshallem jak ona. W biurze nawet na nikogo nie spojrzała. Dźwięk jej obcasów wybrzmiewał wszędzie. Pewny krok, uniesiona ku górze broda. Tyle jej wystarczyło, by nikt z jej otoczenia nie postanowił poruszyć tematu. Tyle jej odpowiadało. Zamknęła się we własnym gabinecie, opuszczając rolety. Nie chciała, by ktokolwiek na nią spoglądał, by ktoś widział jakąkolwiek jej słabość. Marshalle jej nie pokazywali, nie płakali przy innych. Wszystkie słabości okazywali za zamkniętymi drzwiami.
Miała iść na spotkanie. Nieszczęsne spotkanie z jeszcze bardziej nieszczęsnym Ethanem Hartleyem. Na samą myśl kolana się jej uginały, tyle że... wtedy dostała telefon. Christopher Marshall. Albo inaczej Christopher kutas Marshall. To określenie zdecydowanie bardziej pasowało. Krótka rozmowa z ojcem była wystarczająca. Kolejna groźba. Charity Marshall, zostaniesz moim dawcą wątroby. Charles zajmie się firmą i nie chcę słyszeć sprzeciwu. Usłyszał go. Od razu dostała groźby i zdała sobie sprawy, że jest ptaszkiem w złotej klatce. Odmowa równała się z utratą stanowiska. Do jej oczu napłynęły łzy. Nie mogła się powstrzymać. Godzinę płakała, nie wychodząc z biura. Ominęła spotkanie, a sama pogrążyła się w ciemności. Dopiero pukanie do drzwi wydawało się ją ocucić. Uniosła wzrok nieobecny wzrok na Ethana. Musiała udawać, że wszystko jest w porządku. Wyprostowała się, unosząc do góry brodę. Cholera, wiedział, kiedy wejść.
— Dzień dobry, panie Hartley — chłodny ton wypływał z jej głosu. Przyszedł, kiedy przechodziła załamanie nerwowe, to nie mogło być przypadkiem, ale inni obserwowali ich — oczywiście, zapraszam — nie mogła mu odmówić. Chciała uciec z własnego gabinetu. Ze szuflady wyjęła mokre chusteczki, by przetrzeć twarz. Wyglądała żałośnie. Blada cera, stróżki łez, które nie zdążyły wyschnąć i brak jakiejkolwiek próby walki.
— Widziałeś na pewno nagłówki — mógł się domyślić. Na pewno widział, na pewno zdawał sobie sprawę, co działo się dookoła niej. Życie stopniowo zaczynało się kruszyć, traciła grunt pod nogami — poza tym szykuję się do mojej kilkutygodniowej nieobecności w firmie — odchrząknęła. Powinna o tym mówić? Informować kogokolwiek o tym? Charlie przejmie na jakiś czas jej obowiązki — jakieś raporty są pilne? Coś do podpisania mam? — wrócenie do trybu zadaniowego było ważniejsze. Może wtedy nie pęknie przy Hartleyu.
-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Był rozdarty, bo jednocześnie po zobaczeniu jej o poranku, w pierwszym odruchu chciał pójść do jej biura, ale jednocześnie za taktowne uważał uszanowanie jej przestrzeni. Dlatego czekał do spotkania, na którym ostatecznie się nie pojawiła i dopiero wtedy wewnętrzny głos sprowadził go pod jej drzwi. Tego, w jak ciężkim była stanie, nie zauważył w pierwszej chwili, ale wystarczyło podejść kilka kroków bliżej, żeby momentalnie pożałował, że nie przyszedł wcześniej. Jej zapłakane policzki i chłód bijący z zaszklonych oczu rozdzierał go na kawałki. Bez względu na to, co było powodem jej załamania, przez jego myśl przeszło mu, że nie zasługiwała na ten stale ciągnący się za nią smutek.
Na jej wspomnienie o nagłówkach gazet skinął głową.
— Tak. Współczuję, że musicie przez to przechodzić. Jak się miewa Cora? - zagadnął. To musiał być cios dla nich wszystkich. - Jak Ty się czujesz? - dopytał cicho, ciepłym tonem. Właściwie zastanawiało go, od jak dawna o tym wiedziała. Był zdegustowany tym, jak bezduszne były tabloidy, gdy udawało im się wywęszyć jakiś soczysty news. Przecież doskonale pamiętał, jak jeszcze niedawno podbijały sobie statystyki tragedią Hartleyów.
Następne jej wyznanie sprawiło, że na sekundę uniósł wysoko brwi, żeby w następnej chwili je ściągnąć, a trybiki w jego głowie zaczęły pracować intensywniej. To było do niej niepodobne, musiało więc wydarzyć się coś jeszcze. Jej wybieg na temat podpisów puścił więc mimo uszu. Nie odwróci jego uwagi czymś tak bzdurnym. Obszedł jej biurko, żeby znaleźć się tuż przy niej i, rozpinając guzik od marynarki, przysiadł na skraju biurka.
— Powiedz mi, co się dzieje, Cherry - obrócił jej krzesło delikatnie w swoją stronę i położył swoją dużą, ciepłą dłoń na zaciskanej przez nią na podłokietniku dłoni, po czym spojrzał w jej brązowe oczy. - Czemu płakałaś? - zapytał z największą łagodnością i troską, która odbijała się również w jego zielonym spojrzeniu, gdy skupiał je na niej. W tej chwili nie obchodziło go, gdzie byli, bo liczyła się tylko ona.
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
˗ˏˋ
Nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Przyszedł do niej, wtargnął znów do jej przestrzeni osobistej, zakłócając wszystko po drodze. Jedną z rzeczy działających na nią jak płachta na byka, było oglądanie jej słabości przez kogoś innego. Ethan nie należał do bliskich jej osób. Jedna noc nie mogła tego zmienić, jedna noc nie dawała jej tyle bezpieczeństwa, by móc czuć się teraz bezpiecznie. Obróciła się na fotelu, wpatrując się w pustą przestrzeń, szukając czegokolwiek by nie zawiesić oka na Hartleyu.
— Sam się jej spytaj — wycedziła Charity, czując wewnętrzny gniew, który wypełni całe jej serce. Nie potrzebowała jego zrozumienia, nie chciała widzieć jego spojrzenia. Jakikolwiek kontakt wzrokowy spowodowałby zniszczenie samej siebie na milion kawałków — źle. Jakby miała się czuć? Prasa na pewno nie ułatwia sprawy — westchnęła finalnie, odwracając głowę w stronę panoramy Toronto. Była cudowna. Przepiękne promienie słońca odbijały się o okna budynków, rozbłyskując dookoła. Szkoda, że Marshalle nigdy nie mogli mieć tyle szczęścia. W ich życiu cały czas krążyły burzowe chmury, które były wręcz nie do powstrzymania.
— Nic się nie dzieje, Hartley — wymruczała w pierwszej chwili, bo o ile niechęć przed pokazaniem własnej słabości była w niej silna, to powstrzymywała się na tyle, ile była w stanie. Zwłaszcza czując jego dłoń na niej miała wrażenie, że coś zaczyna w niej pękać. Życie nigdy nie było ani łatwe, ani proste, a Christospher Marshall nigdy nie ułatwiał sprawy, tak czuła to łamanie się serca na pół — miałeś nie mówić w firmie do mnie po imieniu — głos się jej powoli łamał. Chciała komuś o wszystkim opowiedzieć, ale był jej pracownikiem. Znajdowali się obecnie w miejscu pracy i nic nie było w stanie tego zmienić. Wielki budynek Northland Power z przepięknym widokiem na panoramę Toronto stał się dla niej własnym więzieniem. Kochała pracę, a jednocześnie ona uniemożliwiała jej normalne, standardowe funkcjonowanie.
— To nie jest ważne. — wciąż bała się spojrzeć mu w zielone tęczówki, nawet jeśli zdawała sobie sprawę, co dokładnie w nich zobaczy. Był to spokój, przed którym nie byłaby w stanie uciec. Ethan przypominał las, w którym zbłąkana dusza mogła zaznać odrobiny spokoju. Za to Cherry nie mogła do niego wejść, nie tu, nie teraz — nie jest też ważne to, co się dzieje — powiedziała finalnie, opuszczając wzrok. Nic się w tym momencie nie liczyło, wszystko wydawało się błahe, a i oni mieli między sobą umowę, którą miała zamiar dotrzymać — noc się skończyła — zawibrował jej telefon. Na ekranie pojawił się napis tata wraz z wiadomością: pamiętaj, by dotrzymać umowy, słonko. Tyle mógł zobaczyć. Sama Marshall na wygaszanym telefonie też i to wystarczyło, by do jej oczu znów napłynęły łzy.
— Oddaje ojcu wątrobę i tyle. — jej głos był praktycznie niesłyszalny, pierwszy raz spojrzała na Hartleya i niemalże czuła, jak mocno serce przestaje jej bić — możesz już stąd wyjść? Chcę być sama. — nie chciała. Tyle że i do tego nie mogła się przyznać. W świecie Marshalli często powinność była nad tym, co tak naprawdę ludziom siedziało w sercach.
-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
— Pytam Ciebie - odparł z przekonaniem, kompletnie ignorując czającą się w jej głosie nutę złości. Mogła się na niego denerwować, jeśli to miało jej w czymś pomóc, ale on nie zamierzał kryć się z tym, że zależało mu na jej samopoczuciu. Było to o tyle osobliwe, bo nie znał jeszcze każdego skrawka jej umysłu i nie potrafił przewidzieć wszystkich jej reakcji, niemniej już w tym momencie wzbudzała w nim przedziwne poczucie protekcji, którego sam nie potrafił zrozumieć. Na wspomnienie o prasie westchnął ciężko i mimowolnie zacisnął szczęki. - Co na to Christopher? - niemal wyszeptał, w obawie, że wybrzmiałe pytanie postawi przed nimi jeszcze większy mur. Z głową rodu Marshallów nie miał zbyt dużej styczności, poznał go z perspektywy Cherry i z miejsca go nie polubił. Jednak interesowało go wszystko, co miało wpływ na piękną ciemnowłosą patrzącą na panoramę Toronto.
Niepokój wyznaczał rytm jego sercu, gdy przysiadł przy niej, ujmując jej delikatną, chłodną dłoń. Kiedy tylko otoczył ją ciepłem swojej dłoni, w tym samym momencie zrozumiał, że brakowało mu jej bliskości. Mimo jej zaprzeczenia, że nic się nie działo, miał pełną świadomość tego, że to nieprawda, jedynie Cherry nie chciała się przed nim otworzyć. Usilnie próbował wymyślić sposób na to, by to zmienić.
— Miałem nie mówić tak w niesprzyjających okolicznościach. Nie obiecywałem, że nie będę mówić Ci po imieniu, gdy będziemy sami - przypomniał jej łagodnym tonem, nieco marszcząc brwi. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że potrafił dotrzymywać obietnic. I że nie potrafił utrzymać między nimi dystansu. Coś zdecydowanie za bardzo go do niej przyciągało.
— To jest ważne. Ty jesteś ważna - zaprzeczył, nieco zbyt szybko, żeby przemyśleć swoje słowa, a jego serce zabiło mocniej. Mimo to nie wycofał swoich słów. - Nie odpychaj mnie od siebie - dodał już bardziej miękkim tonem. Cherry usilnie wmawiała im, że bańka, którą stworzyli tamtej nocy, już na zawsze pękła, ale to nie musiało tak wyglądać. Ethan wciąż nie chciał, żeby tak to wyglądało. Męczyło go to, że nie mogli ze sobą rozmawiać normalnie, tak, jak tamtej nocy w łóżku, kiedy wszystkie bariery między nimi opadły. Dręczył go ten dystans fizyczny i mentalny, jakby naprawdę nic się między nimi nie wydarzyło. Tym bardziej zabolało go stwierdzenie, które Cherry powtarzała niczym mantrę, niemal tak, jak tamtej nocy jego imię dźwięczące w ścianach jej mieszkania.
Nie zdążył się odezwać, gdy ciszę między nimi przerwał dźwięk wiadomości w jej telefonie. Machinalnie zerknął na wyświetlacz, odczytując smsa i zacisnął mocniej szczęki, tym samym kontury jego twarzy poddając intensywniejszym rysom. To nie było nic. Podniósł spojrzenie na ciemnowłosą, której oczy momentalnie się zaszkliły, przez co jego serce zaczęło rozrywać się na kawałki. Ale dopiero jej wyznanie sprawiło, że prawie całe się rozsypało. Gdy w końcu na niego spojrzała, jej brązowe oczy przepełniało tyle bólu, żalu i smutku, że na chwilę wstrzymał powietrze.
— Cherry… - westchnął w końcu, nie będąc w stanie powiedzieć nic więcej i uścisnął mocniej jej dłoń. Mimo wszystkiego, co robiła dla ojca, nadal mu się poświęcała. Traciła część siebie dla niego, i to dosłownie. Nie znał słów, które mogłyby opisać, jak bardzo źle czuł się z tą świadomością. A co dopiero musiała czuć ona. - Nie, nie zostawię Cię samej - odparł z pełną powagą i pewnością w głosie. Potrzebowała go, czuł to każdą cząstką siebie, i wyjście stąd w tym momencie byłoby najgorszym, co mógł zrobić. A on pragnął pokazać, że był tu dla niej. - Chodź do mnie - w wyszeptanych słowach odczuwalna była prośba, gdy patrzył na nią, czując prawie namacalnie jej ból. W tym samym momencie pociągnął ją delikatnie za rękę, by wstała, gotów zrobić to samo. Nie pragnął teraz niczego więcej, jak zamknąć ją w swoich ramionach, jakby mógł w ten sposób ochronić ją przed całym światem.
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Irytacja przychodziła jej łatwiej niż zrozumienie. Serce zaczynało bić jej coraz szybciej. Pierwszy raz ktoś doprowadził ją do chęci ucieczki z własnego gabinetu. Był od dla Cherry niczym prawdziwa jaskinia lwicy. To tu czuła się bezpiecznie, mogła kontrolować całą firmę, a zaledwie jedno pytanie o siostrę i dziwna troska ze strony Ethana, doprowadzały ją do furii. Nie mogła tego zrozumieć. Dlaczego on zachowywał się wobec niej w ten sposób? Zaciągnęła mocno powietrze do płuc. Krzyczenie nie wchodziło w grę. Wszyscy mogli ją usłyszeć. Utrata wizerunku obdarłaby ją ze wszelkich słabości. Złość ponad pokazania słabości była prostszym wyborem.
— Jak widzisz nie jestem blondynką, nie wiem, co czuje Cora — zwierzanie się ze spraw rodzinnych pracownikowi nie wchodziło w grę. Rozmawianie o tajemnicach rodzinnych podobnie. Wiele mogło dziać się u Marshalli, ale pewne kwestie były nie do podważenia. To co się działo za zamkniętymi drzwiami, lub w budynku szpitala, tam powinno pozostać. Marshall nie mogła przejść obojętnie wobec kolejnego pytania. Christopher? Aż uniosła wysoko brwi, czując niesamowity ścisk żołądka. Mówił do jej ojca po imieniu? Po jej ciele przeszły niesamowicie chłodne dreszcze. Nie powinna mu się z niczego zwierzać, o niczym mu opowiadać. Mógł pełnić funkcję rodzinnej wtyki dla jej tatusia — nie chcę wiedzieć — wiedziała. Wystarczyła jedna telefoniczna rozmowa z ojcem, by wiedzieć, że był wściekły. Na zmarnowane pieniądze wobec własnego dziecka. Na ich matkę ukrywającą przed nim prawdę. Christopher był osobą niecierpiącą oszustw, kłamstw, a przed innymi został durniem. Był klaunem w momencie, w którym był najbardziej wrażliwy na atak. Nie mógł sobie pozwolić na zostawienie tej sprawy bez żadnego komentarza — pewnie ją wydziedziczy — warknęła, byle się od niej odsunął. Byle pozwolił jej odejść daleko do własnego świata. W tym krótkim momencie odliczała sekundy by wstać i zniknąć z własnego biura.
Tylko dotyk jego ciepłej ręki sprawił, że została na miejscu. Siedziała, jak wryta powoli rozpadając się na miliony kawałeczków. Dlatego nie mogła znieść jego dotyku. Dystans fizyczny pozwalał jej trzeźwe myślenie, a każdy jego dotyk sprawiał, że rozpadała się na miliony kawałeczków. Bariery przestawały istnieć, ale Cherry walczyła. Całą swoją silną wolą próbowała.
— Jesteśmy w pracy, Hartley — też mu przypominała. Byli w sytuacji oficjalnej, nawet jeśli znajdowali się za zamkniętymi drzwiami — zachowuj się, jakbyś był dyrektorem finansowym, a nie moim kochankiem — zakuły ją własne słowa. Hartley mógł zrobić wszystko. Jednak zderzenie się z jej układem nerwowym, z jej obroną było niesamowicie trudne. Te słowa nie miały zaboleć go, zabolały ją samą. Tamta noc była jedyna w swoim rodzaju, ale zakończyła się. Musiała to powtarzać niczym mantrę.
Ty jesteś ważna. Uniosła głowę. Nie mogłaby przejść wobec takich słów obojętnie. Musiała zajrzeć w jego zielone tęczówki. Poruszył ją. Nawet jeśli umysł próbował uciec, to ciało ponownie potrzebowało znaleźć się w jego objęciach.
— Noc się skończyła... — powtórzyła raz jeszcze coraz to słabszym głosem. Wciągnęła powietrze do płuc. Bariery, mur, pudełko. Charity przypominała górę lodową. To co było widoczne dostępne było dla wszystkich, ale pod spodem skomplikowanie osiągało coraz to nowy poziom. Wystarczyły wibracje telefonu, by wszystko opadło. Nie mogła powstrzymać łez, wypełniających jej oczy. Ani szlochu wypełniającego pomieszczenie. Serce się jej łamało. Wolałaby zniknął. Pragnęła bezsilnie stąd uciec, ale i na to nie miała siły. Wystarczyło pociągnięcie jej za dłoń, by schowała się w jego ramionach.
— Proszę... — wyszeptała, zaciskając dłonie na jego ubraniach — zostaw mnie — nie był to rozkaz, ani nawet prośba. Bezskuteczny system obronny poddał się jego ciału. W nim była w stanie się schować, wyciszyć własne myśli, chociażby na krótki moment. Jego miejsce przy nim wydawało się wręcz naturalne. Nawet jeśli z tyłu głowy wiedziała, że musiała dać się pokroić dla własnego ojca. To jedyne na czym się skupiała, to bliskość Hartleya.
-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Na jej odpowiedź odnośnie Cory westchnął niepostrzeżenie, postanawiając nie kontynuować tematu. Choć największą poszkodowaną była blondynka, tak taka informacja musiała odbić się na nich wszystkich, łącznie z siedzącą przy biurku ciemnowłosą, na którą Ethan patrzył z rosnącym niepokojem.
Rozumiał powody, dla których włożyła na siebie zbroję i jak walczyła z nim, by nie powiedzieć mu za dużo. By nie złamać bariery, którą postawił sobotni poranek. Płakała, a więc musiała to przeżyć bardziej, niż próbowała mu to udowodnić. I może złapałby się na tę grę pozorów, a może nawet darowałby sobie próbę pocieszenia Cherry, z tym że on tak samo dobrze znał otaczający ich świat i ambitnych rodziców, którzy narzucali im, by nie obnażać się ze swoich słabości. Dostrzegał, jak czasem z uporem maniaka odgrywali silne role, nie wiedząc, przed kim tak właściwie mogliby złożyć broń. Cherry zachowywała szczególną ostrożność.
Bez względu na to, co kobieta próbowała osiągnąć, znalazł się przy niej, ciepłem swej dłoni próbując dodać jej otuchy i dowiedzieć się, co stało za zaschniętymi na jej policzkach łzami.
— A co powiesz na przyjaciela? Dyrektor finansowy mógłby nim być - uniósł nieznacznie brew do góry, nie odpuszczając, choć bijący od niej chłód wywołał w nim mimowolne ukłucie w klatce. Osobiście miał w głębokim poważaniu, gdzie się znajdowali i co inni mogliby o nich pomyśleć, ale musiał brać pod uwagę także ją i jej reputację, która była dla niej cholernie ważna. Nie zamierzał jednak cofać dłoni ani gryźć się w język z tym, co targało nim w środku. Mógłby być dla niej jedynie przyjacielem, jeśli tylko w ten sposób pozwoliłaby sobie pomóc.
Napływające do jej oczu łzy były dla niego szczególnie rozpaczliwym widokiem. Gdy na nią patrzył z łamiącym się sercem, upewniał się w przekonaniu, że gdyby tylko mógł, zabrałby od niej cały ten ból, byle ją uwolnić od wszystkich przepełniających ją emocji. Automatycznie podniósł się z miejsca, widząc, że uległa wpływowi jego prośby, a jego silnie zbudowane ramiona zamknęły w objęciach jej filigranowe ciało. Czując na sobie bijące od kobiety ciepło, westchnął cicho, wreszcie czując, że znajdowała się we właściwym miejscu.
— Nie, Cherry. Nie mogę - wyszeptał, a wiedząc, że w tym momencie i tak mu nie ucieknie, pogładził dłonią jej plecy, oparł brodę o jej głowę i przymknął oczy. Mówił prawdę. Nie mógł jej opuścić, gdyż każda jego komórka ciała lgnęła do niej, nie pozwalając na jakąkolwiek między nimi przestrzeń. - Po każdej nocy nadchodzi dzień, w trakcie którego nadal możesz na mnie liczyć - dodał jeszcze. Co prawda tamta noc dobiegła końca, ale po niej przyszedł dzień, w którym potrzebowała wsparcia, które bez wahania jej ofiarowywał. Nie mówił już nic więcej. Tuląc ją do siebie mocno, stanowiąc dla niej pełne oparcie, pozwalał jej na to, by podzieliła się z nim całym swoim bólem, który wciąż tkwił w niej niczym zadra, której nie dało się usunąć.
Nie miał pojęcia, jak długo tak stali razem wtuleni w siebie, ale słysząc jej miarowy oddech i czując opanowujący ją spokój oraz rozluźniające się ciało, sam poczuł ogarniającą go ulgę.
— Już lepiej? - zapytał łagodnie, składając na jej czole czuły pocałunek. Nadal niespiesznie przesuwał dłonią po jej plecach, gestem mówiącym, że przy nim była bezpieczna.
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Przyjaciel? Gdyby nie łzy na jej twarzy, na jej twarzy wymalowałoby się szczere niezrozumienie. Oni we dwoje przyjaciółmi? Po tamtej intensywnej nocy? Przecież było to praktycznie niemożliwe. Ciało Cherry pamiętało bliskość oraz czułość ofiarowaną przez Hartleya. Ich wspólna noc nie przypominała niezobowiązującego seksu, w którym była jedynie namiętność i usilna chęć pozbycia się pożądania. Nie. Tego nie było. Tamta noc pozbyła jej jasnej granicy w kontaktach z Ethanem. Dlatego nie mogła pozwolić sobie na kontaktowanie się, na spoglądanie w jego zielone tęczówki. Już wcześniej pozbywał się przy niej dystansu. Teraz zrobił to samo, trzymając ją za rękę.
— Nie chcę mieć w Tobie przyjaciela — wymruczała, przecierając wolną dłonią twarz od spływających powoli łez. Przyjaźń to zdecydowanie zbyt mocne słowo. Kochanek na jedną noc? Kochanek na wiele nocy? Przyjaciel z bonusami? Partner? Wszystkie brzmiały okropnie i tworzyły w jej głowie chaos, którego nie była w stanie powstrzymać. Nie dość, że musiała walczyć o rodzinę. Nie dość, że musiała ogarnąć kwestię rodziny, jej wydziedziczenie, jej problemy życiowe, to na głowie miała jeszcze własne. Całą korporację, niewytłumaczalną relację z Ethanem i ojca wymagającego od niej, by oddała mu część wątroby. Jasne, później się ona regenerowała. Nie miało to żadnego wpływu na to, co będzie dalej. Tyle, że na obecny stan miało. Dlatego musiała schować się w jego ramionach. To było jak instynkt. Jedna sekunda wystarczyła, aby schować się przed całym światem.
Nie mógł jej zostawić? Zacisnęła jeszcze mocniej palce na jego eleganckiej, czarnej koszuli. Dlaczego nie był w stanie tego zrobić? Życie byłoby łatwiejsze, gdyby... jednak to zrobił. Nie musiałaby się zastanawiać, co będzie dalej, jaki krok powinien być kolejnym. Po każdej nocy przychodzi dzień, w trakcie której możesz na mnie liczyć. Naprawdę mogła? Przez całe jej ciało rozlała się przyjemna fala ciepła. Długo płakała. Aż w końcu oddech zaczynał się jej uspokajać, a z oczy przestały wypływać łzy. Ze wszystkich osób na całej planecie to on musiał dawać jej tyle poczucia bezpieczeństwa, komfortu i spełnienia? Nie była w stanie tego pojąć. Mur został zburzony po raz drugi. Wystarczyły kolejne słowa, by uniosła wzrok. Musiała raz jeszcze zajrzeć w jego zielone tęczówki. Spokojne, spoglądające na nią z czułością.
— Tak... — powiedziała miękkim tonem, unosząc łagodnie kąciki ust. Raz jeszcze mocniej zacisnęła na nim ręce, próbując zapamiętać ten moment, po czym odsunęła się na krok. Powrót do rzeczywistości. Ktoś musiał wykonać pierwszy krok i go zrobić — możemy wrócić do pracy. — stwierdziła, kiwając głową. Jakby sama siebie próbowała upewnić w tym, że dobrze postępowała. Bliskość oznaczała rany. Raz komuś zaufała, a on nie był w stanie się nią zaopiekować i dać jej tego, co najlepsze — Dlaczego do mnie przyszedłeś? Coś się stało? — spytała wprost. Chyba jej nieobecność na spotkaniu nie mogła być jedynym powodem jego pojawienia się tutaj? Chciała móc w to wierzyć, że nie przyszedł sprawdzić jej samopoczucia. To by ją złamało.
-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Jej wyznanie wywołało na jego twarzy nieznacznie ściągnięcie brwi. Przez kilka sekund milczał, analizując jej słowa, na końcu języka mając pytanie, które huczało mu w głowie: A więc kim chciałabyś, żebym dla Ciebie był? Mimo to nie zadał go na głos, obawiając się, że ciemnowłosa znów odwróci kota ogonem i stworzy między nimi dystans. A do tego nie mógł w obecnej chwili dopuścić.
— Taką wersję możemy przyjąć dla postronnych - stwierdził w zamian spokojnym tonem. Według niego nie musieli się ograniczać żadnym określeniem, po prostu pozwalając sobie być we wspólnej przestrzeni i zobaczyć, co z tego wyniknie. A widząc, co się obecnie w jej życiu działo, nie zamierzał na nic naciskać, jedynie pragnąc ją uświadomić, że mogła na niego liczyć. W każdej chwili, gdy tylko tego potrzebowała.
Dlatego ją do siebie przytulił i gładził ją czule po plecach, aż wyzbyła się z siebie wszystkich negatywnych emocji, z czasem wreszcie łapiąc głębszy, spokojniejszy oddech. Gdy na jego ciche pytanie podniosła głowę, obdarzył ją głębokim ciepłem bijącym z jego zielonych tęczówek, w jej brązowych dostrzegając potwierdzenie jej słów. Nie chciał wypuszczać jej z ramion, więc kiedy finalnie odsunęła się o krok, z ledwie dostrzegalnym westchnieniem zsunął swoje dłonie z jej pleców, które opadły z rezygnacją wzdłuż jego ciała. Mimo to przyglądał się jej uważnie, starając się rozszyfrować jej nagłą zmianę zachowania.
— Myślę, że to ostatnie, co teraz powinnaś robić - przyznał zdecydowanym głosem. Ona chciała teraz pracować? Wyglądało to prędzej na ucieczkę w pracę przed własnymi myślami. Znał na to lepsze sposoby. Jej nagłe pytanie zaskoczyło go, ale zawahał się tylko przez moment, zanim odparł:
— Martwiłem się. Nie omijasz takich spotkań. - Proste wyznanie, bez owijania w bawełnę. Wypowiedzenie go na głos tylko utwierdziło go w przekonaniu, co było powodem jego wewnętrznego niepokoju przez cały dzień, którego kumulacja nastąpiła podczas spotkania. W obecnej chwili odczuwał jedynie spełnienie, że pozwoliła mu być częścią tej nierównej walki. A mógł zrobić dla niej jeszcze więcej.
— Ucieknijmy stąd - rzucił i zbliżył się do niej, ręką otaczając jej talię, po czym powiódł spojrzeniem po jej pięknej twarzy, zanim zatrzymał się na jej oczach. Przez jego głowę przeszła mu myśl, że z nią mógłby uciec wszędzie, gdzie tylko by chciała. - Przynajmniej na chwilę. Z dala od spojrzeń innych, kamer i całego tego syfu. Tylko Ty i ja - dodał zaraz, zanim mogła uznać go za kompletnego szaleńca. - Znam do tego odpowiednie miejsce. Co prawda, to nie jest sawanna czy norweska kraina lodu, ale jest blisko, i co najważniejsze, nie ma tam zasięgu - w jego oku pojawił się błysk. Tak, słuchał jej uważnie. Zawsze. - I obiecuję, że jeśli pójdziesz tam ze mną, później będziesz mogła wrócić do pracy. A najlepiej prosto do domu. A ja obietnic dotrzymuję, pamiętasz? - przez jego twarz przebiegł cień zawadiackiego uśmiechu. - Poza tym ten dzień i tak dobiega już końca. Od rana był skazany na porażkę, chociaż zakończmy go pozytywnym akcentem. - Zegarek na ścianie jej biura wskazywał na prawie wpół do szesnastej. A to znaczyło, że większość ludzi z biura już myślami znajdowała się w domu. O wiele łatwiej będzie im przemknąć przez korytarze firmy bez wzbudzania większych podejrzeń.
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Pytanie, choć nie wypowiedziane, zawisło między nimi. Zarówno Ethan i Cherry chcieli znać na nie odpowiedź. Kim tak dla siebie byli? Kim był Ethan Hartley dla niej? Wrzodem na tyłku, dyrektorem finansowym, a na pewno kimś, kto usilnie próbował przekroczyć każdą, możliwą granicę, byle dostać się wprost do jej serca. Widziała jego gesty. Obdarzał ją chęcią opieki, nawet jeśli usilnie próbowała mu odmówić. Uniosła delikatnie brodę, by spojrzeć mu prosto w oczy. Kolejne słowa również niczego nie rozwiązywały.
— Przyjaźń dla postronnych nie zamknie plotek — stwierdziła niezwykle oschłym tonem. To była przecież prawda, od której nie mogli uciec. Ludzie obserwowali szefostwo na najwyższym szczeblu. Każde zachowanie ponad normę było komentowane. Choć nikt nie pozwoliłby sobie na komentowanie Marshall w Northland Power, wystarczyło wsłuchać się w ciszę, która wybrzmiewała raz, za razem. Nabrała powietrza do płuc głęboko, by spróbować się otrzeźwić. Nie było żadnego, racjonalnego rozwiązania tej sprawy. Za to tkwiła w jego ramionach tak długo, aż musiała się odsunąć.
— Prawda. — Charity Marshall przyznała się, że nie powinna pracować. Ten fakt był warty zapisania w kalendarzu. Rzadko nie pracowała. Jeszcze rzadziej czuła potrzebę odpoczynku. Kąpiel z bąbelkami, dobrym winem i maseczką na twarzy. Tyle że nie powinna pić. Nawet palić już nie mogła. Jej organizm powinien być idealnie czysty. Martwił się o nią. Kącik ust na sekundę uniósł się ku górze. Przecież była silną kobietą, radziła sobie sama, a praktycznie nigdy nie prosiła nikogo o pomoc. Na każdym kroku musiała podkreślać własną pozycję. To wyznanie sprawiło, że serce jej miękło. Nabrała raz jeszcze powietrza do płuc. Co on z nią robił? Ludzie nie mówili do niej w ten sposób, nie spoglądali z troską, nie próbowali ją rozpracować. Miał rację. Nie ominęłaby żadnego, zaplanowanego spotkania. Wszystko przez ojca. Na pewno on jej to wypomni. Przypomni o powinności względem rodziny. O jej wątrobie, którą miała mu oddać.
— Słucham? — spytała z zaskoczeniem, słuchając jego słów. Brwi niemalże od razu poszybowały ku górze. Ucieczka. Brzmiała zachęcająco. Mogłaby zniknąć, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu, ale była zbyt p o t r z e b n a, by móc sobie na to pozwolić. Firma, rodzina, Cora, Koko. — niby gdzie? — wystarczyła sekunda, by zadać to pytanie. Chwila, blisko, bez lodowej pustyni, czy bezkresnych suchych łąk. Cholera, to w nie chciałaby uciec, by odciąć się całkowicie od świata. Wyłączyć telefon, odciąć się od rzeczywistości. Cokolwiek chodziło Ethanowi po głowie, zapragnęła tego samego.
— Pamiętam. — każda obietnica tamtej nocy została spełniona. Nie mogła temu zaprzeczyć — niech będzie, ale tylko na chwilę — odwróciła wzrok gdzieś w bok. Uległa mu. Przyjemny akcent na koniec dnia ją skusił i nie chciała temu zaprzeczać — tak czy siak muszę wrócić do pracy i ogarnąć kwestię medialną, zanim całkowicie pochłonie wszelkie media — zablokować je, zaakceptować oświadczenie, później wysłać je Corze.
— Nie rozumiem, dlaczego tak się dla mnie starasz — stwierdziła, wracając do niego wzrokiem. Dlaczego się do niej przyczepił i usilnie nie próbował sobie jej odpuścić? Tego pytania nie dało się nie zignorować.