Widział, że w tej chwili, mimo pozostania sam na sam, bez niepotrzebnych świadków, Cherry wciąż go unikała, zarówno spojrzeniem, jak i swoją chłodną postawą. Doskonale pamiętał ich umowę, że to, co między nimi było, miało skończyć się wraz z upływem nocy i jego powrotem do własnego mieszkania. Zależało jej na dystansie i powrocie do codzienności, co próbował uszanować, ale widząc ją tak nieszczęśliwą, nie był w stanie nie zareagować inaczej, jak szczerą troską o ciemnowłosą. Przystanął na ten układ, choć nie był naiwny - tamtą noc pełną wrażeń nie dało się jej wymazać z pamięci, ale teraz jej przejmujący smutek sprawiał, że tamta umowa przestała mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie.
—
Pytam Ciebie - odparł z przekonaniem, kompletnie ignorując czającą się w jej głosie nutę złości. Mogła się na niego denerwować, jeśli to miało jej w czymś pomóc, ale on nie zamierzał kryć się z tym, że zależało mu na jej samopoczuciu. Było to o tyle osobliwe, bo nie znał jeszcze każdego skrawka jej umysłu i nie potrafił przewidzieć wszystkich jej reakcji, niemniej już w tym momencie wzbudzała w nim przedziwne poczucie protekcji, którego sam nie potrafił zrozumieć. Na wspomnienie o prasie westchnął ciężko i mimowolnie zacisnął szczęki. -
Co na to Christopher? - niemal wyszeptał, w obawie, że wybrzmiałe pytanie postawi przed nimi jeszcze większy mur. Z głową rodu Marshallów nie miał zbyt dużej styczności, poznał go z perspektywy Cherry i z miejsca go nie polubił. Jednak interesowało go wszystko, co miało wpływ na piękną ciemnowłosą patrzącą na panoramę Toronto.
Niepokój wyznaczał rytm jego sercu, gdy przysiadł przy niej, ujmując jej delikatną, chłodną dłoń. Kiedy tylko otoczył ją ciepłem swojej dłoni, w tym samym momencie zrozumiał, że brakowało mu jej bliskości. Mimo jej zaprzeczenia, że nic się nie działo, miał pełną świadomość tego, że to nieprawda, jedynie Cherry nie chciała się przed nim otworzyć. Usilnie próbował wymyślić sposób na to, by to zmienić.
—
Miałem nie mówić tak w niesprzyjających okolicznościach. Nie obiecywałem, że nie będę mówić Ci po imieniu, gdy będziemy sami - przypomniał jej łagodnym tonem, nieco marszcząc brwi. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że potrafił dotrzymywać obietnic. I że nie potrafił utrzymać między nimi dystansu. Coś zdecydowanie za bardzo go do niej przyciągało.
—
To jest ważne. Ty jesteś ważna - zaprzeczył, nieco zbyt szybko, żeby przemyśleć swoje słowa, a jego serce zabiło mocniej. Mimo to nie wycofał swoich słów. -
Nie odpychaj mnie od siebie - dodał już bardziej miękkim tonem. Cherry usilnie wmawiała im, że bańka, którą stworzyli tamtej nocy, już na zawsze pękła, ale to nie musiało tak wyglądać. Ethan wciąż nie chciał, żeby tak to wyglądało. Męczyło go to, że nie mogli ze sobą rozmawiać normalnie, tak, jak tamtej nocy w łóżku, kiedy wszystkie bariery między nimi opadły. Dręczył go ten dystans fizyczny i mentalny, jakby naprawdę nic się między nimi nie wydarzyło. Tym bardziej zabolało go stwierdzenie, które Cherry powtarzała niczym mantrę, niemal tak, jak tamtej nocy jego imię dźwięczące w ścianach jej mieszkania.
Nie zdążył się odezwać, gdy ciszę między nimi przerwał dźwięk wiadomości w jej telefonie. Machinalnie zerknął na wyświetlacz, odczytując smsa i zacisnął mocniej szczęki, tym samym kontury jego twarzy poddając intensywniejszym rysom. To nie było nic. Podniósł spojrzenie na ciemnowłosą, której oczy momentalnie się zaszkliły, przez co jego serce zaczęło rozrywać się na kawałki. Ale dopiero jej wyznanie sprawiło, że prawie całe się rozsypało. Gdy w końcu na niego spojrzała, jej brązowe oczy przepełniało tyle bólu, żalu i smutku, że na chwilę wstrzymał powietrze.
—
Cherry… - westchnął w końcu, nie będąc w stanie powiedzieć nic więcej i uścisnął mocniej jej dłoń. Mimo wszystkiego, co robiła dla ojca, nadal mu się poświęcała. Traciła część siebie dla niego, i to dosłownie. Nie znał słów, które mogłyby opisać, jak bardzo źle czuł się z tą świadomością. A co dopiero musiała czuć ona. -
Nie, nie zostawię Cię samej - odparł z pełną powagą i pewnością w głosie. Potrzebowała go, czuł to każdą cząstką siebie, i wyjście stąd w tym momencie byłoby najgorszym, co mógł zrobić. A on pragnął pokazać, że był tu dla niej. -
Chodź do mnie - w wyszeptanych słowach odczuwalna była prośba, gdy patrzył na nią, czując prawie namacalnie jej ból. W tym samym momencie pociągnął ją delikatnie za rękę, by wstała, gotów zrobić to samo. Nie pragnął teraz niczego więcej, jak zamknąć ją w swoich ramionach, jakby mógł w ten sposób ochronić ją przed całym światem.
Cherry Marshall