-
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Blair Mayfield
-
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils cannieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Na czas wyjazdu chciała wyłączyć myślenie. Pragnęła bardziej niż czegokolwiek, aby skupić się na nich, może szczerze porozmawiać i wyjaśnić swoje, a także jego wątpliwości, ale przede wszystkim, odzyskać ten ich dawny urok. Liczyła na spokój, przyjemne wieczorne spacery wokół pobliskiego jeziora i wszystko, co nie dotyczyło pracy, ale również zamartwiania się. Może po prostu potrzebowali samotności, cisza lasu mogła przynosić tylko i wyłącznie same korzyści, prawda? Rozgościli się w domku i w końcu zlądowała do kuchni, w której Charlie stał przy butelce wina. Stanęła w drzwiach i odwzajemniła jego uśmiech. Nie wmawiaj sobie nic, nie wmawiaj sobie nic. Czemu przy tym wszystkim czuła się tak dziwnie? — Może film? To ma być miły wyjazd, oszczędzę ci porażki w grze — rzuciła z lekkim rozbawieniem. Tuszowanie emocji przychodziło jej z zatrważającą łatwością. Wolała wybrać spokojny seans, bo w końcu obydwoje lubili wygrywać, więc ich gry były zawsze skupione; w cokolwiek by nie grali, dawali z siebie sto procent. Dzisiaj nie miała siły wytężać swojego umysłu aż do tego stopnia, naprawdę była zmęczona. Zaczął szukać korkociągu i przyglądała mu się przez krótką chwilę w zamyśleniu. Był jej szczęściem, rozumieli się bez problemu i kochała go. Teraz nieco sprawiał jej zmartwień, ale… ale jak mogłaby bez niego żyć? Podeszła do Marshalla, obejmując go i przytulając się policzkiem do jego pleców. Ciepło które znała zbyt dobrze i zapach perfum, które działały na jej układ nerwowy jak najlepsza zapora bezpieczeństwa. Była w domu, mimo że… czuła zmianę. — Jeśli będziesz przytulał mnie cały weekend, to obędzie się bez kominka — rzuciła, starając się ignorować natrętne myśli, które kwestionowały dosłownie wszystko. Czy mogła się po prostu wyłączyć?
Charlie Marshall
-
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
kryzysowa narzeczona
-
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils cannieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Charlie Marshall
-
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
𝑏𝑟𝑖𝑑𝑒-𝑡𝑜-𝑏𝑒
-
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils cannieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
heartbreaker
-
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
pico bello
-
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils cannieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
where the hell is my husband
-
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Po prostu stracił czujność i poniosły go emocje, które powoli wypełzły na zewnątrz, gdy już nie mógł dłużej dusić ich w środku. Jak dobrze, że był odwrócony plecami i Blair nie widziała jego wzroku. Wzniósł oczy ku niebu, jakby chciał poprosić niebiosa o cierpliwość do tej dyskusji, mimo że w ogóle nie był wierzący. A ty nie chcesz wybudować ze mną domu? - A nie jest nam dobrze w naszym apartamencie? - odwrócił kota ogonem i rozłożył ramiona, zanim zdążył ugryźć się w język. Sam zaczął ten temat, a teraz... mydlił jej oczy tanimi bzdurami. Słyszał w głosie Blair zwątpienie i czuł w kościach, że wielkimi krokami zbliżała się eskalacja. Miał dziwne wrażenie, że jutro każde z nich wróci do Toronto oddzielnym samochodem. Westchnął. W którym momencie Mayfield przestała mu ufać? Analizował w myślach ostatnie tygodnie, szukając tego jednego konkretnego momentu, w którym ich związek zaczął pękać. Czy to było wtedy, gdy jeździł do szpitala pod pretekstem odwiedzin u ojca, podczas gdy wzrokiem ciągle szukał Ivy Harrison, wodząc się na pokuszenie? A może wtedy, gdy sprawił sobie drugi telefon, teraz bezpiecznie zamknięty w szufladzie biurka w jego gabinecie, żeby mógł bez skrupułów pisać wiadomości do blondynki? A może wtedy, gdy nie wrócił do domu na noc... żeby spędzić ją z rezydentką w rodzinnej stadninie? Sam prosił się o to wszystko. Zastanawiał się jedynie, dlaczego nie potrafił być szczery z Blair? Dlaczego nie mógł przyznać się do winy? Czy aż tak bardzo bał się jej utraty, że wolał ją okłamywać? Z rozmyślań wyrwał go głos Blair. Myślę, że zamiast tego, jesteśmy w stanie wyszukać lepsze obrazy jeszcze żyjących artystów. - Masz jakieś… propozycje? - rzucił, niby od niechcenia, ale mając cichą nadzieję, że Blair połknie przynętę i po prostu zmieni temat, jednak nie udało się. Kłótnia wisiała w powietrzu, a Charlie nie wiedział, czy był na nią gotowy. Podwinął rękawy koszuli, dalej unikając wzroku narzeczonej.
Narzeczona. Co właściwie oznaczało to słowo? Jeszcze rok temu kojarzyło mu się z domykaniem kolejnego rozdziału razem z Blair, ale teraz... teraz stało się symbolem zobowiązania, z którego nie potrafił się wycofać, nie niszcząc przy tym wszystkiego, co razem zbudowali przez ostatnie lata. To słowo uwierało go niczym zbyt ciasny kołnierzyk koszuli, którego nie potrafił poluzować. Czy przerastała go odpowiedzialność, z jaką wiązało się małżeństwo? Na pewno nie mogło chodzić tylko i wyłącznie o to, że zdradził Blair z inną. Przynajmniej w myślach potrafił nazywać rzeczy po imieniu. Tak samo jak Blair, która płynnie przeszła z wypowiedzi o artystach do... eskalacji. Problemów jest całe mnóstwo... Charlie westchnął. To nie była ich pierwsza kłótnia, ale... w niczym nie przypominała tych poprzednich. Może dlatego, że wcześniejsze problemy nie były problemami tylko niedogodnościami do wyjaśnienia? Albo dlatego, że wtedy jego zdolność logicznego myślenia nie była zaślepiona przez wyrzuty sumienia? - Blair, jedyne o czym marzę w ostatnich dniach, to pięć minut ciszy - zaczął, siląc się na spokojny ton, ale w jego głosie można było wyczuć chłód. - Nie skreśliłem nas z listy, po prostu staram się, żeby ta lista w ogóle przetrwała ten miesiąc. Jeśli chcesz rozmowy, to proszę! Jestem zmęczony, osaczony i nie mam pojęcia, jak cię uszczęśliwić - znowu wypalił. Nie chciał się hamować, potrzebowali tej rozmowy. Po kłótni zawsze wschodziło słońce, prawda? Liczył, że tym razem wzejdzie szybciej niż zwykle, bo wolał mieć to już za sobą. Z jednej strony nie chciał bagatelizować uczuć Blair, ale z drugiej - chciał uspokoić swoje wyrzuty sumienia, rozwiać jej wątpliwości i zamydlić oczy jednocześnie. Jednak nie można było mieć wszystkiego. Przy okazji dobrze wiedzieć, że nasz związek dołączył do twojej puli problemów. Nie chciał zachowywać się jak dzieciak, ale go do tego zmuszała swoim zachowaniem. Przekręcił oczami. - Proszę cię, Blair, nie bądź męczennicą, to do ciebie nie pasuje - upomniał ją. Nie chciał brzmieć aż tak oschle, ale... właśnie budował wokół siebie mur, przez który - za kilka chwil - żadne słowa nie będą w stanie się przebić. Był zdecydowanie zbyt skoncentrowany na sobie i swoim komforcie. No i znów pojawiło się w jego głowie odwieczne pytanie - w którym momencie ich niewinna rozmowa o... między innymi artystach, przerodziła się w kłótnię? Westchnął ciężko, kolejny raz tego wieczoru. Nie zachowywał się zbyt dojrzale, choć biorąc pod uwagę ostatnie dni, nie było to nic dziwnego. Przestawał przypominać sam siebie. Zupełnie jakby wszystkie styki w mózgu mu się poprzepalały. Ale nie znamy się dwóch miesięcy, żebym nie mogła dostrzec, że nagle coś się zmieniło i nie jesteśmy w stanie oddzielić naszego życia od jebanej pracy! Prychnął pod nosem na jej słowa i uśmiechnął się gorzko. Naprawdę widziała to w ten sposób? Niesamowite, jak szybciutko doszła do takich wniosków. - Więc o to chodzi? O "zmianę"? Blair, na litość boską, życie to nie jest linia prosta - powiedział głośno, odwracając się do niej gwałtownie. Była taka pewna siebie w tej swojej złości. Taka... sprawiedliwa. To go drażniło najbardziej. Jej moralna wyższość sprawiała, że czuł się jeszcze mniejszy i jeszcze bardziej brudny niż był w rzeczywistości. W tamtym momencie, zamiast ją przeprosić, miał ochotę krzyknąć, że praca to jedyna rzecz, która w tym związku jest jeszcze prawdziwa. Reszta to teatr. Ale nie mógł, bo to nie była prawda. Kurwa, kochał ją, ale wolałby, żeby nie szukała dziury w całym - mimo że ich związek całego już dawno nie przypominał, bo Charlie umiejętnie, każdego dnia, tworzył w nim dziury nazywające się brakiem zaufania. - Tak, zmieniło się. Jestem starszy, mam na głowie więcej odpowiedzialności niż kiedykolwiek i tak, czasem nie potrafię zostawić "jebanej pracy" za drzwiami, bo ta praca pozwala nam prowadzić teraz tę dyskusję w tym miejscu - zauważył trafnie, machając ręką, aby pokazać na salon dookoła.
Zmierzył ją wzrokiem i przełknął ślinę, próbując się uspokoić, ale wyglądało na to, że to był dopiero początek. Ta Teneryfa to mój cholerny koszmar ostatnio. Gdy to usłyszał, to prawie się zapowietrzył. Koszmar? To słowo było jak policzek wymierzony w jego ambicję. Przez ułamek sekundy miał ochotę wybuchnąć gorzkim śmiechem, ale powstrzymał się. Dla niego Teneryfa była... jedynym logicznym uzasadnieniem wszystkich kłamstw i spóźnień, a jeśli ten kontrakt wypali - wszystko inne miało zostać mu wybaczone i uparcie w to wierzył. - Koszmar? Naprawdę, Blair? - powtórzył po niej, marszcząc brwi. - Wyjazd, który ma zapewnić nam bezpieczeństwo finansowe na kolejne lata, nazywasz swoim koszmarem, bo wymaga ode mnie spędzenia paru nocy poza twoim zasięgiem? Skoro przeprosiny cię nudzą, to przestań mnie do nich zmuszać. Przestań stawiać mnie pod ścianą za każdym razem, gdy robię to, co do mnie należy - wycedził przez zęby, postępując kilka kroków w jej stronę. Nie chcesz ślubu nie tylko organizowanego przez nasze matki, ale jakiegokolwiek innego, prawda? Wypuścił powietrze z płuc - kolejne słowa Blair odrobinę ostudziły jego irytację. Ślub. Ten pierdolony ślub spędzał mu sen z powiek. - Nie chcę tego ślubu w tej formie i w tym momencie - odparł bez ogródek, nawet nie zastanawiając się nad odpowiedzią. To była pierwsza prawdziwa rzecz, jaką powiedział jej od tygodni, nawet jeśli była wypowiedziana w złości. Czuł się osaczony jej oskarżeniami i wyrzutami, więc nie pozostało mu nic innego, jak gryźć, bo nie widział innej możliwości ucieczki. Nie przypominał tego samego wesołego Charliego, którego Blair znała z wakacji na Hawajach. To były ich ostatni beztroski urlop. Jedli wtedy mango... Dużo mango. Potem Charliego bolał brzuch, a Blair zaparzyła mu zioła i pilnowała, aby się nawadniał. Jeśli to nie była miłość, to nie wiedział, co nią było. A kiedy mam to wyciągnąć? Gdy wracasz do domu, a ja już praktycznie śpię? Czy kiedy ledwo pijemy rano razem kawę i już uciekasz? Westchnął. Nie chciał dłużej się kłócić. - Blair, ja po prostu nie mam już siły - zaczął, wzdychając. - Każdy ode mnie czegoś chce. Każdy ocenia. Myślałem, że jak przyjedziemy tutaj, to chociaż na chwilę zapomnę o tym, że muszę mieć na wszystko odpowiedź - kontynuował, wchodząc jej w słowo. Nie umiem bardziej wyargumentować tego, że boję się ciebie stracić, Charlie. A jednocześnie nie rozumiem, dlaczego nie jesteś ze mną szczery. Po tych słowach pokonał dzielący ich dystans i szybko znalazł się przy jej boku. Objął ją w talii, po czym jednym muśnięciem palca otarł z jej policzka tę nieszczęsną, pojedynczą łzę. - Nie jestem nieszczery dlatego, że coś ukrywam. Po prostu już sam nie wiem, co czuję. Chciałem, żeby ten weekend był dla nas szansą na… miłe spędzenie czasu, nie kolejną bitwą. Proszę, pozwól mi po prostu odpocząć… - zakończył błagalnie, przyciągając ją do siebie mocniej. Wtulił twarz w zagłębienie jej szyi, zaciągając się zapachem jej perfum, który wciąż kojarzył mu się z domem, spokojem i wszystkim tym, co tak drastycznie niszczył. Była w tym geście desperacka potrzeba bliskości, ale też tchórzliwa ucieczka. Dopóki milczeli, a jego dłonie delikatnie głaskały jej plecy, kłótnia musiała poczekać za drzwiami. Znów próbował zagłuszyć sumienie ciepłem jej skóry? Oczywiście, że tak. Może gdyby nie wypowiedział tak wielu raniących ją słów... może wtedy ten wieczór zakończyłby się o wiele milej.
𝑀𝑦 𝐺𝑟𝑎𝑐𝑒
-
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils cannieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
To co budowali od lat, przybierało różne formy. Przyjaźń, całkowite zaufanie, lojalność, partnerstwo, aż w końcu miłość. Dotarli do ostatniego etapu poznając siebie i akceptując te wszystkie mankamenty, które drażniły resztę społeczeństwa, a które oni potrafili u siebie wzajemnie opanować. Wszystko jednak co było między dwoma kluczowymi punktami, między przyjaźnią a miłością, w ostatnim czasie skakało góra dół, jakby ktoś zaczepił je na bungee i puścił w bezwład. Ta kłótnia była dołożeniem ognia do pieca, który grzał się od jakiegoś czasu, a jednak nie było sposobności, aby puścić kotłującą się parę. — Czyli mamy już całkiem przestać rozmawiać? — zapytała, rzucając na niego swoje nieco zmęczone spojrzenie. Wszelkie pretensje powinien kierować do reszty świata, która nie dawała mu chwili wytchnienia, a nie do narzeczonej, z którą już i tak spędzał stosunkowo mało czasu. — Zarzucasz mi, że cię osaczam? Od kiedy nasze rozmowy są dla ciebie osaczające? — zapytała z niedowierzaniem. — Charlie, masz rozwiązanie tego na wyciągnięcie ręki. Potrzebuję rozmowy, tak, bo bez tego nie jestem w stanie zrozumieć, o co ci ostatnio chodzi. — Wydawało jej się, że przestaje go rozumieć, co było niespotykane. Wiedziała, że po części stres związany z pracą i poważnym kontraktem robił swoje; było to naprawdę spore przedsięwzięcie, lecz jednocześnie nigdy nie izolował się od niej w ten sposób. Rozmawiali o problemach, dyskutowali i wymieniali się spostrzeżeniami albo milczeli, gdy jedno jasno sygnalizowało temu drugiemu, że potrzebuje ciszy. Jednak zawsze byli obok siebie, gotowi, aby wesprzeć się nawzajem. A teraz? Spięła się, słysząc jego upomnienie. Chłodnym, oschłym tonem, jakby popełniła właśnie jakąś towarzyską gafę lub błąd, który potrzebował nagany. Poczuła się jak nastolatka, słysząca upomnienie od własnej matki bądź babci. Weź głęboki oddech, a potem głowa do góry, plecy wyprostowane. Pamiętaj, kim jesteś. A nazywała się Mayfield i nie miała w swoim życiu miejsca na potknięcia. Zrobiła dokładnie to, co kazały brzmiące w jej głowie słowa rodzicielki. Uniosła lekko podbródek, prostując kręgosłup, a spojrzenie miała chłodne, z przebijającym się gdzieś w tle żalem. — A co do mnie pasuje? — zapytała gorzko, patrząc mu prosto w oczy. — Siedzenie cicho i potakiwanie na wszystko, co każdy ode mnie chce? A może spełnianie cudzych oczekiwań i gubienie się w tym wszystkim, bo inni mają już wizję na moje życie? Może ty też masz już gotowy scenariusz na tę rozmowę? Proszę, przedstaw go — wyrzuciła z siebie. Każdy czegoś od niej oczekiwał, a ona powoli zaczynała się gubić w tym, co było jej zachcianką, a co było czymś, co ktoś od niej wymagał. Usłyszenie tego upomnienia z ust osoby, z którą podobno jechało się na jednym wózku, było jak wbicie noża w plecy. Równie dobrze mogłaby teraz wyjść, zdenerwowana wszystkim, co do tej pory padło, jednak Blair Mayfield nie opuszcza kłótni w trakcie. Na tym etapie wiedziała, że musi wyłączyć choć część uczuć, bo już teraz kosztowało ją to dużo emocji. A nóż jeszcze usłyszy, że łzy do niej nie pasują — co nie byłoby zaskakujące, bo jednak taka wylewność uczuć nie była u niej często spotykanym zjawiskiem. — Dziękuje za to spostrzeżenie, zdążyłam już zauważyć po trzydziestu latach życia — stwierdziła, wywracając oczami. Ich życie nigdy nie było proste, choć dla niektórych mogłoby być spełnieniem marzeń. W rzeczywistości żyli w ułudzie i czasami nawet nierealnych oczekiwaniach. Uwięzieni w klatce nie mieli dużego pola manewru, chyba że w końcu uda im się znaleźć klucz albo wyważyć drzwi. — Fantastycznie, bardzo jestem wdzięczna, że możemy prowadzić rozmowę w tym pięknym miejscu i nigdy nie było inaczej, ale przypominam ci, że również pracuję, również mam milion rzeczy na głowie, projektów, kontraktów, ale nie użalam się nad sobą i nie znajduję w tym przykrywki na odwoływanie większości planów — wyrzuciła z siebie, w tej jednej sekundzie przypominając sobie o dniu, który kłuł ją najbardziej. Dzień, w którym po raz pierwszy najbardziej zwątpiła we… wszystko. Zwątpiła w jego szczerość i po raz pierwszy była w stanie przyznać przed sobą, że nie wierzyła w jego wiadomość. — Gdzie byłeś w dniu, kiedy w Northland Power było spotkanie zarządu, przedstawiające Hartleya? Mówiłeś, że zostajesz dłużej w pracy, a jednak wyszedłeś z niej szybciej — zapytała, nim zdążyła przemyśleć, czy chce się z nim tym dzielić. Czy chciała znać odpowiedź na to pytanie? Czuła uciążliwą gulę w gardle, ale starała się uspokoić, wmawiając sobie, że przecież i tak odwróci kota ogonem.
Przez chwilę zaczęła zastanawiać się, czy nie przesadzała. Nie chciała okazywać braku szacunku do jego ciężkiej pracy, bo w tej całej dyskusji nie o to jej chodziło — chciała mu uzmysłowić, jak rzeczy, które kiedyś nie były przeszkodą, nagle zaczynały uwierać ich prywatne życie. — Gdybyś posłuchał mnie uważnie, to zrozumiałbyś, że chodzi mi o wtykanie Teneryfy w każde możliwe uzasadnienie do przełożonego spotkania albo spóźnienia. Już w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy to na pewno ona jest powodem — parsknęła gorzko, tracąc kontrolę nad tym, co naprawdę myślała, a nad tym co chciała mu powiedzieć. Nie zarzucała mu nic wprost, nie był w stanie udowodnić jej, że oskarża go o cokolwiek po tej dość niejasnej wypowiedzi; ale to co pomyślała to jej, prawda? — Kiedy zmuszałam cię do przeprosin? Wtedy, kiedy ciągle ci powtarzam, że nie masz mnie przepraszać? — zapytała, twardo stojąc przed nim i chłodno prowadząc tę dyskusję. Już zaczynała podejrzewać siebie o chorobę dwubiegunową, bo może w momencie, gdy wykazywała mu ogrom zrozumienia, mózg robił jej psikusa i z ust wydobywały się słowa zupełnie inne, niż chciała powiedzieć? Patrzyła teraz na człowieka, który stał naprzeciwko niej i zastanawiała się, skąd wyniknęło między nimi tyle nieporozumienia. W którym momencie zaczęła podważać większość jego słów, część biorąc do siebie z pewną dozą wątpliwości? Oczekiwała na jego słowa jak na wyrok. I z jednej strony miała świadomość, że ślub w tej formie nie był tym, czym chcieli i że najchętniej odłożyliby go w czasie, a mimo to zakuło ją to gdzieś w sercu. — Dobrze, po powrocie porozmawiamy na ten temat z rodzicami — odpowiedziała z chłodnym, ale pozornym spokojem. Potrzebowała wyłożenia niektórych spraw jak kawę na ławę, sprzeciwienia się i odetchnięcia z ulgą, że choć coś odpadło z jej barków. Na ten moment czuła, że problemów i spraw do ogarnięcia było tylko i wyłącznie coraz więcej. Blair, ja po prostu nie mam już siły. Sama była zmęczona tą całą przepychankom. Oprócz tej pojedynczej łzy, udało jej się schować pozostały smutek do kieszeni, choć gdzieś w podświadomości wiedziała, że gdyby nie jej psychiczna bariera to z bezradności mogłaby mu się tu po prostu rozpłakać. Nadal miała w sobie dystans, wywołany przez te wszystkie słowa, które padły w przeciągu ostatniej godziny. Jednak wewnątrz siebie chciała, aby ją przytulił, dzięki czemu wszystko, co w ostatnim czasie się rozsypało, nagle odnalazłoby swoje prawidłowe miejsce. — Charlie… chce od ciebie tylko rozmowy i szczerości, tak jak zawsze. Nie oceniam cię, nie chcę gotowych odpowiedzi na wszystko, chcę po prostu żebyś był i nie uciekał. Staram się wspierać ciebie na każdym kroku i gdy myślę, że naprawdę jestem wyrozumiała, to nagle dowiaduję się, że jestem jędzą i manipulantką. — Stawia go pod ścianą, wymusza przeprosiny, nie docenia tego, że jest ambitny i zaangażowany w pracy. Nie docenia tego, co jej daje i tego, jak mogą spędzać czas. To wszystko nie mieściło jej się w głowie. Nie ruszyła się nawet kiwnięciem małego palca, gdy się do niej zbliżył. Znajome ciepło dłoni na jej policzku było palące, przez ilość gorzkich słów, które dziś padły, a jednocześnie przynosiło ulgę i chwilowe upewnienie, że był tutaj i nigdzie się nie wybierał. Milczała przez dłuższą chwilę, nie wyrywając się z jego uścisku a jedynie opierając czoło o jego tors. Jej wzrok był idealnie skierowany na dłoń z pierścionkiem zaręczynowym, która lekko zacisnęła palce na materiale jego koszuli. Przyglądała się chwilę biżuterii, która była symbolem ich lojalności. Symbolem miłości i tego, że w przyszłości razem przejdą przez wszystko, co złe. Po paru sekundach oderwała spojrzenie od przedmiotu, i dopiero po dłuższej chwili objęła go w pasie, przytulając się. Oparła policzek o jego klatkę piersiową, słuchając niespokojnego bicia serca, a w jej głowie huczały jego słowa. Po prostu już sam nie wiem, co czuję. — Kochasz mnie jeszcze? — zapytała cicho, nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy, żeby nie dopatrzeć się w nich czegoś, czego nie chciała widzieć.
my happiness