ODPOWIEDZ
31 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdy zostawili auto na podjeździe i rozgościli się już w luksusowym domku w środku lasu pod Toronto, Charlie zaczął się zastanawiać, czy potrafił spędzić jeden weekend z narzeczoną, nie widząc przed oczami twarzy innej kobiety. To co działo się między nimi - między całą trójką - zaczynało mu przeszkadzać i czuł, jakby jedną nogą stał w wejściu, a drugą w wyjściu, i nie mógł się zdecydować, czy wchodzi, czy wychodzi. Zawsze brzydził się zdradą - nieważne, czy emocjonalną, czy fizyczną - a teraz nie mógł sobie poradzić ze świadomością, że właśnie jednej się dopuszczał. Charlie starał się uśmiechać, odpowiadać na pytania Blair i udawać, że widok lasu za oknem faktycznie go relaksuje, ale… czuł pod skórą dziwne napięcie, z którym nie potrafił sobie poradzić. Każdy gest Blair i każde jej przypadkowe muśnięcie wywoływało w nim odruch obronny, którego nie potrafił opanować i zastanawiał się, dlaczego tak właściwie było - przecież to z nią spędził już tyle lat, i przecież nagle nie przestał czuć do niej… tego, co cokolwiek do niej czuł. Stał teraz w kuchni, opierał się o chłodny, marmurowy blat i patrzył na butelkę wina, walcząc z myślami. Ta sytuacja była dla niego nowa i każda komórka jego ciała wręcz krzyczała, że powinien być w stosunku do Blair szczery, że powinien zerwać kontakt z Ivy i zacząć naprawiać swoją relację z Mayfield, aleee… Może jednak nie dzisiaj? Przecież dopiero co tutaj przyjechali. Nie chciał psuć jednego z niewielu ich wspólnych weekendów przykrymi tematami. Planował jej powiedzieć, ale… jeszcze nie teraz. Postanowił czekać na bardziej stosowną okazję, mimo że w głębi duszy czuł, że bardziej stosowna okazja nie istniała. Poza tym… dlaczego na samą myśl o zerwaniu kontaktu z Ivy poczuł dziwne ukłucie w sercu? Nagle usłyszał za sobą ciche kroki, więc powoli odwrócił się i uśmiechnął się do Blair, która akurat stanęła w drzwiach kuchni. - Szachy czy film? - zagadnął od razu, zanim zdążyła się odezwać, po czym wyjął z szafki po lewej dwa kieliszki do wina. - Mogę też rozpalić w kominku, jeśli chcesz - dodał zaraz, spokojnie otwierając kuchenne szuflady, jedna po drugiej, w poszukiwaniu korkociągu do wina. Tak, robił wszystko nadzwyczaj dokładnie i powoli, jakby tymi prostymi czynnościami chciał zagłuszyć chaos w głowie. Poza tym gdyby robił to szybko, pewnie drżałyby mu ręce, a na to nie mógł sobie pozwolić. Musiał być opanowany. Musiał być tym Charliem, którego znała Blair. Jednak… jakiego Charliego właściwie znała? Uch.

Blair Mayfield
30 y/o
For good luck!
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils can
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Byłaby głupia, gdyby nie miała choć kapki podejrzeń, że coś było nie tak. Po spotkaniu z Cherry miała ogromny mętlik w głowie, którego nie do końca umiała wyjaśnić, jednak późniejsza rozmowa po teatrze, wizja wspólnie spędzonego weekendu, zagłuszyła jej myśli do momentu, w którym usłyszała komentarz o przygotowywaniu do ślubu. Zbędne komentarze, nie brzmiące jak te, które były jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy planowali wspólną ucieczkę i sprzeciwieniem się rodzinom, a także ich wymaganiom odnośnie wielkiego, medialnego ślubu. Ta krótka wymiana zdań sprawiła, że w jej głowie lampka ostrzegawcza świeciła ciągłym, czerwonym światłem, a następnie dni, które dzieliły ich od wyjazdu sprawiały, że dioda zamieniła się w alarm. W ostatnich dniach nie spała dobrze, miała sporo stresu spowodowanego i pracą, i związkiem, a ilość scenariuszy nawiedzających jej myśli sprawiały, że ten stan tylko się pogarszał. Podejrzewała każdą opcję — może rzeczywiście bardzo nie chciał tego ślubu, może przestał ją kochać, może potrzebuje przerwy, a może nawet… miał inną? Ostatnią myśl odrzucała, bo wydawała się być kompletnie absurdalna. Jak Charlie mógłby ją zdradzić? Jak mógłby zadać jej jeden z najgorszych ciosów? Gryzło jej się to ze wszystkim i nawet jeśli odrzucała to daleko w głąb swojej podświadomości, to nie zniknęło to doszczętnie.
Na czas wyjazdu chciała wyłączyć myślenie. Pragnęła bardziej niż czegokolwiek, aby skupić się na nich, może szczerze porozmawiać i wyjaśnić swoje, a także jego wątpliwości, ale przede wszystkim, odzyskać ten ich dawny urok. Liczyła na spokój, przyjemne wieczorne spacery wokół pobliskiego jeziora i wszystko, co nie dotyczyło pracy, ale również zamartwiania się. Może po prostu potrzebowali samotności, cisza lasu mogła przynosić tylko i wyłącznie same korzyści, prawda? Rozgościli się w domku i w końcu zlądowała do kuchni, w której Charlie stał przy butelce wina. Stanęła w drzwiach i odwzajemniła jego uśmiech. Nie wmawiaj sobie nic, nie wmawiaj sobie nic. Czemu przy tym wszystkim czuła się tak dziwnie? — Może film? To ma być miły wyjazd, oszczędzę ci porażki w grze — rzuciła z lekkim rozbawieniem. Tuszowanie emocji przychodziło jej z zatrważającą łatwością. Wolała wybrać spokojny seans, bo w końcu obydwoje lubili wygrywać, więc ich gry były zawsze skupione; w cokolwiek by nie grali, dawali z siebie sto procent. Dzisiaj nie miała siły wytężać swojego umysłu aż do tego stopnia, naprawdę była zmęczona. Zaczął szukać korkociągu i przyglądała mu się przez krótką chwilę w zamyśleniu. Był jej szczęściem, rozumieli się bez problemu i kochała go. Teraz nieco sprawiał jej zmartwień, ale… ale jak mogłaby bez niego żyć? Podeszła do Marshalla, obejmując go i przytulając się policzkiem do jego pleców. Ciepło które znała zbyt dobrze i zapach perfum, które działały na jej układ nerwowy jak najlepsza zapora bezpieczeństwa. Była w domu, mimo że… czuła zmianę. — Jeśli będziesz przytulał mnie cały weekend, to obędzie się bez kominka — rzuciła, starając się ignorować natrętne myśli, które kwestionowały dosłownie wszystko. Czy mogła się po prostu wyłączyć?

Charlie Marshall
gall anonim
pisanie za pomocą ai
31 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dalej żył w błogiej nieświadomości, wierząc, że jego kłamstwa nie wychodziły na jaw. Łudził się, że stopniowe oddalanie się od siebie nie będzie miało większego wpływu na ich relację, a kilka wieczorów spędzonych w stu procentach osobno nie sprawi, że Blair straci do niego zaufanie. Nie miał pojęcia, że tamtego feralnego dnia Blair rozmawiała z Cherry, dokładnie wtedy, gdy nie tylko wyszedł wcześniej z pracy, ale i nie wrócił na noc do domu. Czuł się potencjalnie bezpieczny, bo w swoje kłamstwa wplątał również Theo, prosząc go o fałszywe alibi na tę feralną noc spędzoną z panną Harrison w rodzinnej stadninie. Dalej myślał, że ukrywał to wszystko przed nią po to, aby jej nie zranić. To wszystko było dla jej dobra. Dlaczego więc w głowie Charlesa odzywał się alarm za każdy razem, gdy Blair posłała mu zbyt długie spojrzenie albo westchnęła zbyt głośno przez sen? Jego niepokój potęgował również fakt, że w całą tę sytuację wciągnął również Bachmanna, przez co nie tylko on musiał pilnować swojej wersji wydarzeń, ale też liczyć na to, że Theo nie puści pary z ust. Może film? To ma być miły wyjazd, oszczędzę ci porażki w grze. Uśmiechnął się pod nosem. Za to właśnie uwielbiał Blair. Za tę niewiarygodną pewność siebie. - Oszczędzasz mi porażki? Jakie to wielkoduszne z twojej strony - odparł ze śmiechem, nie przerywając poszukiwań korkociągu w szufladzie. - Ale zgadzam się na film. Masz ochotę na jakiś konkretny? - zapytał, chcąc rzucić jej rozbawione spojrzenie przez ramię, ale ona przylgnęła do jego pleców, wtulając się. Poczuł ciepło jej ciała i na moment... zesztywniał, ale zaraz znalazł korkociąg i szybko się rozluźnił. Wszystko gra, wszystko jest okej. Baranki, łąka, kwiatki, harmonia. Cieszył się, że Blair nie widziała jego twarzy, bo na własną myśl o barankach zmarszczył brwi. Że niby baranki miały go uspokoić? Nie wiedział, dlaczego pomyślał akurat o nich. Odwrócił się ostrożnie w jej ramionach, by nie zerwać tego kontaktu zbyt gwałtownie. Objął ją w pasie, przyciągając do siebie i chowając twarz w jej włosach. To była bezpieczna pozycja - taka, w której nie widziała wyrazu jego twarzy. Idealnie. Wmawiał sobie, że w ten sposób chronił ich oboje. Jeśli będziesz przytulał mnie cały weekend, to obędzie się bez kominka. - W takim razie to będzie bardzo ciepły weekend - odpowiedział od razu, a zaraz odchrząknął i podał jej dwa kieliszki, sam zgarnął butelkę wina. Gestem wskazał jej salon i przepuścił ją w drzwiach, obdarzając ją miłym uśmiechem. Zaczęli powoli zmierzać ku salonowi, mieli do pokonania może kilkanaście kroków, ale cisza, która zapadła między nimi na te kilka sekund, wydawała mu się nienaturalnie głośna, wręcz oskarżycielska. Musiał ją czymś wypełnić. Czymkolwiek. - W ogóle muszę ci powiedzieć, że ten dom ma niesamowitą izolację, co nie? - zaczął nagle. - Rozmawiałem z właścicielem, jak rezerwowałem termin. Podobno ściany mają tu jakąś specjalną strukturę, która... trzyma ciepło. Może dlatego kominek to faktycznie tylko dekoracja... A propos dekoracji, widziałaś obrazy w przedpokoju? Ten z rozmazanymi polami przypomina mi trochę pensjonat, w którym byliśmy dwa lata temu, pamiętasz? W każdym razie, pomyślałem, że musimy kiedyś sprawdzić, kto to malował, bo pasowałoby nam coś takiego do sypialni - plótł trzy po trzy, dalej za nią idąc. Gdy znaleźli się w salonie, postawił wino na stoliku przy kanapie i rzucił przelotne spojrzenie w stronę okna. Było już ciemno, więc zbyt wiele nie mógł tam zobaczyć, ale... no, popatrzył się tam, zbierając myśli. - I wiesz co jeszcze? W drodze tutaj widziałem taką małą piekarnię na rogu, mieli tam podobno najlepsze rogaliki w okolicy. Może jutro rano podskoczę po nie, zanim się obudzisz? - dodał, siadając w końcu na kanapie. Dawno nie mieli wieczoru dla siebie i ta myśl odrobinę go stresowała, bo miał dziwne wrażenie, że Blair wie. - To co oglądamy? Oby nic o barankach - palnął na koniec, posyłając Mayfield krótkie spojrzenie i jeszcze bardziej przelotny uśmiech. Naprawdę. Powiedział. To. Na. Głos?

kryzysowa narzeczona
30 y/o
For good luck!
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils can
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Każdy kolejny dzień był jak kropla w bezkresnym morzu. Odkąd Blair miała świadomość, że ją okłamał, zrobiła się bardziej podejrzliwa. Nie straciła do niego całego zaufania, ale z większym sceptyzmem podchodziła do… wszystkiego. Do wieczorów, w których zostawał w pracy, do spotkań z Theo, bo w końcu mogły nie okazać się tym, czym były w oficjalnej wersji. Realnie zastanawiała się, czy wszystkie ciepłe słowa również nie były grą pozorów, jednak zaraz spływała na nią lawina pytań. Po co? Co mógł robić, kiedy ją okłamywał? Odpowiedź nasuwała się jedna, choć ucinała ją w momencie, gdy dochodziła na koniec jej języka. Kolejny dzień minął i kolejna kropla niepewności nie sprawiła, że jej bezkresne morze się wylało — pytanie jednak, czy w chwili apogeum jedynie jej się uleje, czy zaleje wszystko co możliwe? Starała się doszukiwać małych gestów, troski i czułości. Już zaczęła się zastanawiać, czy nie wariuje, czy nie doszukuje się drugiego dna, chcąc tylko zrobić problem z niczego. Wspominała sobie słowa Cherry, mówiącej o tym, że Charlie naprawdę ją kochał. Ona naprawdę kochała jego, ale pytanie, czy w ich życiu uczucie mogło wystarczyć, żeby pokonać całą resztę przeciwności. Nie zmienia to jednak faktu, że starała się być po prostu sobą. Pewność siebie była jej niezawodną okładką i sama lekko uniosła kąciki ust, gdy od boku dojrzała lekki uśmiech na jego twarzy. Wszystko będzie dobrze… — Nie mam nic konkretnego na myśli, możesz wybrać — wymamrotała w jego plecy, potrzebując tej chwili bliskości, ale jej uwadze nie umknęło chwilowe napięcie mięśni. Znała jego ciało wręcz na pamięć, znała wszystkie jego odruchy i przejawy jakiegokolwiek stresu. Może to przez brak wspólnego ostatnio czasu? Była w stanie wymyślić wytłumaczenie na poczekaniu, próbując usprawiedliwić wszystko, co ma z nim związek; ale czy naprawdę musiała to robić? Jej myśli odpuściły, gdy odwrócił się w jej stronę i ją przytulił; choć z pewnością nie żyłoby się jej lepiej, gdyby tylko wiedziała, że dla niego była to bezpieczna pozycja. Przez chwilę rozkoszowała się spokojem, biorąc głęboki oddech, zaciągając się znajomym zapachem i wypuszczając zaraz powietrze z ust, jakby chciała się tym pozbyć wszelkiego napięcia. Puściła go, chociaż było jej mało i przejęła kieliszki, idąc w kierunku salonu. Cisza niby jak każda, ale ta wydawała się być inna. Nim zdążyła się odezwać albo zawędrować gdzieś swoimi myślami, bo Marshall przykuł jej uwagę. Zamrugała w lekkim zdziwieniu, ale nie zdążyła się odezwać, bo Charlie prowadził dalej swój monolog o ociepleniach domu. Czy pamiętał, że jego narzeczona jest architektem? — Istnieje wiele metod izolacji budynków, może się przyłożył i skorzystał z kilku rozwiązań — zerknęła na niego kątem oka, będąc w szoku tego zagadnienia. A na domiar złego — dalej gadał. Gdyby znała go tydzień to stwierdziłaby, że jest z niego całkiem rozgadany chłopak, jednak po wspólnie spędzonych latach dobrze wiedziała, że nie była to standardowa gadka. — Dowiemy się co to za obraz — skomentowała krótko, nie będąc aż tak zaangażowaną, aby kontynuować ten wywód. Usiadła na kanapie i spojrzała na niego, mrugając oczyma i patrząc nieco niezrozumiałym wzrokiem. Od kiedy cisza zaczęła tyle ważyć? Od kiedy zbędne słowa były ważniejsze niż po prostu wspólnie spędzona chwila? — Wiesz, możemy też przejść się po nie razem. Dobrze ci zrobi wyspanie się, a nie zrywanie skoro świt — zasugerowała, bo chyba rozmawiali o spaniu do dziesiątej, choć Blair podejrzewała, że Charlie będzie mieć chęci wyrwać się na poranne bieganie. — Skąd ci się nagle wzięły baranki? — zapytała, marszcząc lekko brwi. Widać było po niej zdezorientowanie, niezbyt rozumiała, co właśnie się działo i co wpłynęło na to, że nagle tak się… zestresował? — Jesteś dziwny ostatnio, co się dzieje? — zadała to pytanie, które jej samej z trudem przechodziło przez gardło. Czy była gotowa na szczerą odpowiedź? Odpowiedź była prosta: nie. Ale nie umiała ignorować problemu, usiąść obok niego i powiedzieć, żeby puścił pierwsze lepsze romansidło. Zamiast tego wpatrywała się w niego swoimi niebieskimi ślepiami, w których tliła się gdzieś iskra nadziei na szczęśliwe zakończenie tej całej popapranej sytuacji. — Teneryfa teneryfą, rozumiem, że dużo się dzieje i to wszystko jest dla ciebie ważne, ale… — ugrzęzły jej słowa. Co miała powiedzieć? Że czuje, że ucieka? Że zmniejszona ilość czułości to największy sygnał alarmowy, jaki wyczuła w ostatnich tygodniach? Że cholernie za nim tęskni, ale nie jest w stanie zrozumieć, co zrobiła nie tak? — Ale coś jest inaczej — dokończyła po chwili milczenia i próbie zebrania odpowiedniego zdania. Inaczej to było pojęcie ogólne, a ona sama poczuła się cała spięta i gotowa, jakby właśnie miała stoczyć bitwę.

Charlie Marshall
gall anonim
pisanie za pomocą ai
31 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kochał Blair. Uwielbiał do niej wracać, mieć w niej oparcie, wspólnie podróżować. Problem polegał na tym, że jego serce samo zaczęło bić szybciej dla innej kobiety. Nigdy nie sądził, że jest zdolny do takiej emocjonalnej schizofrenii - z jednej strony chciał wierzyć, że wszystko będzie dobrze i jakoś samo się poukłada, a z drugiej... nie potrafił przestać myśleć o tej drugiej. O tej, o której nie potrafił powiedzieć Blair. Patrzył w jej błękitne oczy, o tym samym kolorze, ale to, co w nich widział, było tak odmienne od tego, co widział w oczach Ivy, że... cholera. W oczach Blair widział spokój i wspólne lata, a w spojrzeniu Ivy było coś takiego... nieprzewidywalnego, co sprawiało, że... czuł się wolny. Kiedy był z nią, zapominał o tym, jak sztywna była jego rodzina, jak wiele od niego oczekiwano, jak wielką odczuwał presję i jak wiele obowiązków posiadał. Przy Blair ciężko było mu oderwać się od rzeczywistości, bo była nierozerwalnie związana z rodziną Marshalli - nie tylko przyjaźniła się z Cherry i Corą, ale też była ulubienicą całej jego rodziny. Nie mam nic konkretnego na myśli, możesz wybrać. - "Interstellar"? - zaproponował mimochodem, automatycznie całując czubek jej głowy. Często to robił, nawet o tym nie myśląc, dlatego teraz zaczął się zastanawiać, czy Blair dostrzegła zmianę w jego zachowaniu...? Przecież... wiedziała o nim wszystko. Potrafiła odróżnić jego zmęczenie po ciężkim dniu od irytacji spowodowanej telefonem od ojca. Jak miał ukryć przed nią swoje zdenerwowanie? Był głupi, myśląc, że zdołałby ją oszukać. Jego ciało samo go zdradzało, a to wszystko, co się teraz działo, nie było reakcją na zwykły, przedślubny stres tylko na kłamstwo. Tak, teraz mógł otwarcie to przed sobą przyznać. Okłamywał ją, nie mówiąc jej prawdy. Istnieje wiele metod izolacji budynków, może się przyłożył i skorzystał z kilku rozwiązań. Jak dobrze, że zajął się otwieraniem wina, przez co mógł skupić swój wzrok na etykiecie i korku - gdyby spojrzał w jej oczy, byłby spalony. Oczywiście, że wiedziała te wszystkie rzeczy, przecież była architektem. Codziennie rozmawiała w pracy o ociepleniach budynków. Gdzie się podział jego chłodny umysł? - Możliwe, możliwe... Chcesz mi o tym opowiedzieć? O tych... rozwiązaniach? - zagadnął, zupełnie jakby co tydzień w piątek Blair zapoznawała go z kolejną porcją materiału prosto z wykładów architektury. Jednak skoro powiedział A, musiał powiedzieć B, dlatego dalej brnął w temat ociepleń, mimo że kompletnie go to nie interesowało. Blair również nie wyglądała na pasjonatkę ociepleń. Dowiemy się co to za obraz. - To może teraz? Chodź, ja go zdejmę, a ty odczytasz napis z tyłu - odłożył nieotwarte wino na stolik i zerwał się z kanapy, żeby szybko zniknąć w przedpokoju, zdjąć obraz ze ściany, wrócić do salonu i stanąć nad Blair z obrazem przy twarzy. - I co, widzisz, jest coś z tyłu? - zapytał, zmyślnie zasłaniając się obrazem, przez co Blair nie widziała jego głowy, bo miał... no, obraz na wysokości głowy, tak? Wiesz, możemy też przejść się po nie razem. Dobrze ci zrobi wyspanie się, a nie zrywanie skoro świt. Zmarszczył brwi, ale Mayfield nie mogła tego widzieć. - Razem? Myślałem, żeby iść pobiegać i... - zaczął bezmyślnie, ale przerwał, bo w końcu dotarł do niego ton, z jakim Blair się do niego zwracała. Przegiął? - Dobrze, wyśpimy się i pójdziemy razem - przytaknął, odkładając obraz na podłogę obok kanapy. Usiadł z powrotem na kanapie i wrócił do otwierania wina, znów zajmując sobie ręce jakimkolwiek zajęciem. Najchętniej poszedłby na samotny, wieczorny jogging, żeby uspokoić myśli i wrócić do Blair dopiero, gdy jego emocje też wrócą na swoje miejsce, czyli gdzieś głęboko, głęboko... gdzieś. Skąd ci się nagle wzięły baranki? Zacisnął usta w wąską kreseczkę, siłując się z korkiem. A, korkociąg, zapomniał o nim. Sięgnął po korkociąg ze stoliczka i od razu jakoś tak prościej się to wino otwierało. Baranki... Skąd się wzięły baranki? Hmm... - Widziałem baranki, jak tu jechaliśmy, no i... nie chcę już ich oglądać, bo się naoglądałem - wyjaśnił spokojnie, biorąc do ręki jeden z kieliszków i nalewając do niego wino. Podał go Blair, po czym zaczął napełniać drugi kieliszek. Nastała cisza, Charlie upił łyk wina - cholera, było bardzo dobre - i już miał wrócić do wspólnego wybierania filmu, kiedy Blair powiedziała, że był ostatnio jakiś dziwny. Zacisnął palce na nóżce od kieliszka i przechylił głowę na bok. W końcu odważył się na nią zerknąć - była śliczna, ale tak bardzo skonsternowana, że zbiła go z pantałyku wyrazem swojej twarzy. - Masz rację. Przepraszam, zachowuję się jak idiota - mruknął, próbując ratować sytuację uśmiechem, który zazwyczaj na nią działał. - Może to po prostu brak snu. Albo fakt, że ostatnio jedyny czas, jaki spędzamy razem, to ten w łóżku, gdy kładziemy się spać - dodał i wzruszył ramionami, znów upijając łyk wina. Wiedział, że był dziwny, ale co miał jej powiedzieć innego? Nie, przyznanie się do winy nie wchodziło w grę, nie był na to gotowy. Westchnął. Może zamiast oglądać film powinni iść spać? Nie, nie mógł zostawić Blair samej, kiedy w końcu mieli dla siebie wolny wieczór. Zresztą, kto chodził spać o dziewiętnastej w piątek? W międzyczasie przesunął dłonią po jej ramieniu, starając się odtworzyć ich dawną czułość, ale w głowie wciąż miał chaos i... kolejne słowa Blair bardziej go pogłębiły. Teneryfa Teneryfą, rozumiem, że dużo się dzieje i to wszystko jest dla ciebie ważne, ale… coś jest inaczej. Jego dłoń na jej ramieniu zamarła, on sam przełknął ślinę. Jeśli nie wiedziała, co się działo, to najwyraźniej się domyślała. - Co jest inaczej? - powtórzył po niej, przyglądając się jej badawczo. Wolał najpierw się dowiedzieć, co miała na myśli, bo może... chodziło o coś zupełnie innego? Poczuł nagłe wyrzuty sumienia. Blair była szczera i była tu dla niego, a on... Cholera. Przyciągnął ją do siebie, zamykając ją w uścisku, który dla niej miał być kojący, a dla niego był ucieczką. Nie musiał wtedy patrzeć jej w oczy. Mógł skryć twarz w jej włosach i udawać przed samym sobą, że to drżenie serca to tylko zmęczenie, a nie lęk przed tym, że właśnie stał się człowiekiem, którym obiecał nigdy nie być. - Tęsknię za nami, Blair - wymruczał w jej włosy, a ich zapach zaczął sprawiać, że... zaczął się uspokajać. Znała go na wylot. On znał ją na wylot. Spędzili z sobą wiele lat, więc ta reakcja nie powinna go dziwić. Tak samo jak fakt, że gdy była tak blisko, jego ciało reagowało z taką samą intensywnością jak wcześniej. Kiedy ostatnio uprawiali seks? Tamtego dnia, gdy ojciec wylądował w szpitalu? Bardzo... dawno. Charlie mógł być rozdarty emocjonalnie i mógł mieć głowę pełną Ivy Harrison, ale Blair Mayfield wciąż była pierwszą dziewczyną, którą pocałował w życiu.

𝑏𝑟𝑖𝑑𝑒-𝑡𝑜-𝑏𝑒
30 y/o
For good luck!
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils can
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Kiwnęła krótko głową, zgadzając się na propozycję filmu. W zasadzie było jej obojętne, co obejrzą, bo nie to było dla niej kluczowe. Liczyło się spędzenie wspólnej chwili, której ostatnio im brakowało. Ich codzienność była intensywna, wymagała odpowiedzialności i była przepełniona nadmiarem obowiązków. Czasami ciężko było im się odciąć od tego, co czekało na nich za drzwiami ich wspólnego mieszkania, bo wiele problemów dotyczyło ich dwójki, jednak zawsze potrafili znaleźć w sobie tę ciszę i spokój. Świat znikał, wyciszał się na niepożądane czynniki i wtedy byli sami. Jej ostatni niepokój być może miał gdzieś swoje powiązania z tym, że mieli coraz to mniej takich chwil. Wspólnych kolacji było coraz mniej, coraz rzadziej chowała się przed światem w jego bezpiecznych ramionach. Brakowało go w zwykłej codzienności, co było okropne, a zarazem zabawne — w końcu razem mieszkali. Chciała wierzyć, że był to etap przejściowy, że po sfinalizowaniu ważnego kontraktu ich życie wrócili na normalny bieg, ale gdzieś wewnętrznie Blair czuła, że nie tu był pies pogrzebany; i uzmysławiał jej to w pozornie małych szczegółach, a jednak krzyczały one wystarczająco, że bez problemu je dostrzegała. Nie znali się tygodnia, kilku miesięcy czy kilku lat. Spędzili ze sobą kawał swoich żyć i… nigdy nie pomyślałaby, że przez jej głowę przejdzie choć cień wątpliwości, że kiedyś może się to skończyć, i to nie za sprawą śmierci. Teraz dobrze, że był skupiony na butelce i nie widział jej spojrzenia. Choć czy musiał je widzieć? Jego ciągnięcie tematu było wręcz alarmujące, więc z pewnością czuł na swoim profilu intensywny wzrok, wręcz wyżerający dziurę w jego policzku. — Dom budujesz, że nagle jesteś taki zainteresowany ociepleniem i elewacją? — starała się, aby zabrzmiało to jak żart, jednak ciężko było jej opowiadać teraz kawały. — Nie chcę ci o tym teraz opowiadać — odpowiedziała szczerze, stawiając kawę na ławę. Spięła się, może bez widocznych na pierwszy rzut oka zmian, ale ścisk żołądka, który od kilku dni jej towarzyszył, na nowo się uaktywnił. Nie zdążyła odpowiedzieć, nie zdążyła jakkolwiek zareagować, a Charlie leciał już na korytarz, aby zdjąć obraz ze ściany i w trybie natychmiastowym dowiedzieć się, kto go namalował. Co się tu, kurwa, dzieje? Zadała sobie to pytanie w myślach, kiedy stał przed nią, z ramą na rękach, zasłaniając się wielkim płótnem. Patrzyła w miejsce, za którym prawdopodobnie była jego twarz, zastanawiając się, od kiedy spędzanie czasu stało się… dla niego niezręczne? Teraz Blair dostrzegała więcej szczegółów. Unikał jej spojrzenia, chował się to w jej włosach, to za obrazem, to skupiając spojrzenie na butelce. Przeniosła wzrok na dolny kąt podobrazia. — Monet — odczytała, marszcząc brwi. — Czyli replika — podsumowała. W gruncie rzeczy, nie zwróciła wcześniej uwagi na ten obraz, teraz też nie był on zbytnio interesujący. Razem? Myślałem, żeby iść pobiegać… Mayfield gwałtownie uniosła brwi w górę. Nie zajęło mu dużo czasu, aby się zreflektować, ale słowa zostały wypowiedziane. — To idź biegać, skoro wolisz wspólny weekend spędzać sam. — Skąd to rozdrażnienie? Te słowa potraktowała jako jego kolejną furtkę do ucieczki, a ona… nie chciała zabrzmieć oschle, lecz jednocześnie zastanawiała się, czy tymi słowami zreflektuje się bardziej, czy podpuści go na tyle, że zacznie zachowywać się normalniej. Czy spojrzy na nią, czy może powie coś, co realnie siedzi mu w głowie i co nie będzie dawać jej nieodpartego wrażenia, jakby coś wisiało między nimi w powietrzu. Bez większego skrępowania obserwowała jak otwierał wino i zastanawiała się, po jakim czasie zorientuje się, że otworzenie go bez korkociągu będzie niemożliwe. Jeśli sądził, że umknęło to jej uwadze to był w dużym błędzie, bo podlegał właśnie poważnej obserwacji. Widziałem baranki, jak tu jechaliśmy. Nie była w stanie zweryfikować tego zdania, bo to że ich nie dostrzegła, nie oznaczało, że ich nie było. Mógł widzieć je gdzieś w oddali lub po swojej stronie. Jednak zawsze nie obyło się to bez komentarza. Spójrz, baranki. Spójrz, krowy się pasą. Rozmawiali, wymieniali się ciekawymi spostrzeżeniami, nawet jeśli czasami brzmieli jak dzieci na wycieczce szkolnej. To właśnie jednak lubiła w ich wspólnych podróżach, wtedy byli tymi niezamartwionymi wersjami samych siebie, którymi chciałaby, żeby byli zawsze. Przechwyciła od niego napełnione szkło, przez chwilę przenosząc spojrzenie na alkohol. Delikatnym ruchem zamieszała lekko kieliszkiem i spróbowała wina. Było bardzo dobre, ale czemu nie smakowało jak zawsze? Przeniosła z powrotem wzrok na Charliego. Teraz jego uśmiech na nią nie działał — a przynajmniej nie widocznie. Dalej sprawiał, że jej serce żywo wyrywało się na ten widok, ale na jej barkach osiadł ogromny ciężar, który nie pozwalał jej celebrować małych momentów. — Nie chcę, żebyś przyznawał mi rację, tylko powiedział, dlaczego tak jest — zaczęła i zaraz wymyślił coś… znaczy, być może tak było. Dlaczego to podważała? Dlaczego nagle stawała się sceptyczna? — Nie będę wytykać palcami, kto wraca praktycznie po nocach. Bądź w ogóle nie wraca. Ostatnio nawet nie celebrowali wolnych, wspólnych wieczorów. — Błagam, tylko nie mów przepraszam i nie zasłaniaj się Teneryfą — dodała, zanim zdążył się jakkolwiek wytłumaczyć. Tu nie chodziło o przeprosiny, tu nie chodziło o pracę, której zawsze mieli dużo. Wiedzieli, że zawsze było coś ważnego, przynajmniej raz w roku zdarzał się ważny kontakt, bo ich firmy prężnie się rozwijały, a jednak tym razem było inaczej. Nie potrafili wygospodarować dla siebie nawet krótkiej chwili wieczorami. Chwili, która była dla nich nieodłącznym elementem codzienności, którą odwoływali zawsze z bólem serca, gdy coś naprawdę zrobiło porządnego fikołka i trzeba było ratować sytuację. Tutaj jednak chodziło o nich; o jedyną rzecz, o którą byli w stanie zadbać tylko oni. Co jest inaczej? Chciałaby bez wątpienia powiedzieć swoje wątpliwości, ale obawiała się, że fałszywe oskarżenia tylko pogłębią i tak już skomplikowaną sytuację. Utrzymała z nim kontakt wzrokowy, który miał w sobie ogromną intensywność. Tak, jak nigdy nie miała z tym problemu, tak tym razem prawie odpuściła; ale nie musiała, bo zaraz przyciągnął ją do siebie, zamykając w uścisku; a ten krótki, w gruncie rzeczy, błahy gest sprawił że…. że zaszkliły jej się oczy. Była to reakcja bardziej niż nienormalna, dlatego szybko zamrugała, chcąc pozbyć się tej chwili słabości. Nadal nie odpowiedziała mu na pytanie, które powtórzył po niej. Trwała w lekkim bezruchu, dopiero po kolejnych słowach Charlesa, oparła policzek o jego ramię. Długim spojrzeniem wpatrywała się w okno, za którym panowała ciemność. Zupełnie jak w jej głowie. Tęsknie za nami, Blair. Musiała włożył dużo siły w to, aby już w zarodku zdusić łzy, które piekły ją od wewnątrz. — Więc w którym momencie zaczęliśmy się tracić? — zadała cicho pytanie, które gdzieś od kilku dni przewinęło się po jej głowie parokrotnie. Kiedy nastąpiła ta chwila, w której wszystko powolutku i stopniowo zmieniało się na najgorsze? — Czy muszę mówić, co jest inaczej? Czy naprawdę tego nie widzisz? — czy może ona sama niepotrzebnie się nakręca? Może podchodziło to pod jakieś zaburzenia psychiczne, skoro tylko ona zdawała się to dostrzegać? Przymknęła oczy i jedyne, o czym teraz myślała, to żeby ten koszmar się skończył. O wielu rzeczach teraz marzyła. Chciała, żeby ta niebywała niepewność w końcu się skończyła. Chciała uciec z nim na drugi koniec świata, aby każdy w końcu dał im spokój. Chciała, aby po prostu już nigdy jej nie puszczał, a każde spojrzenie tak jak zawsze, było pewne i pełne miłości. Teoretycznie nie chciała wiele, a jednak teraz te marzenia zdawały się od niej uciekać.

heartbreaker
gall anonim
pisanie za pomocą ai
31 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dziś świat nie znikał, nie wyciszały się żadne niepożądane czynniki ani nie byli sami, bo Charliego pochłaniały jego myśli. Przede wszystkim, ciągle odczuwał stres - nie tylko ten związany z kłamstwem, ale też ten związany z pracą, ten związany z ojcem, Corą i jego osobistymi frustracjami, a także ten związany z Ivy, której nie potrafił bezpośrednio sklasyfikować. Nie była ani jego kochanką, ani nieznajomą - w tym momencie znajdowała się gdzieś pomiędzy i zastanawiał się, dlaczego pozwalał im przekraczać granicę coraz bardziej wbrew wszelkiemu rozsądkowi. Dlaczego rozmyślał o tym w tym momencie? Nie wiedział. Jego myśli najwyraźniej nie mogły być już dłużej spychane na drugi plan i same wypełzały na światło dzienne umysłu. - A chcesz ze mną wybudować dom? - odbił piłeczkę, zanim zdążył ugryźć się w język. Kolejne pytanie nie na miejscu, kolejne niepotrzebne wypowiedziane słowa... Co się z nim działo? Pokiwał głową, gdy Blair przyznała, że nie chce o tym rozmawiać. Dobrze. Może w ogóle powinni przestać ze sobą rozmawiać? Dobrze im to wychodziło. Nie rozumiał jej. Najpierw chciała rozmawiać, a potem nie chciała rozmawiać. Co prawda, nie chciała rozmawiać o tych przeklętych ociepleniach i architekturze, ale irytacja Charliego powolutku rosła. Nie wiedział, czego od niej potrzebował, ba, nie rozumiał sam siebie, więc jak w ogóle mógłby oczekiwać, aby Blair zapewniała mu komfort? Monet. Czyli replika. - Nie wiem, czy interesuje nas cena oryginału - zauważył Charlie czysto technicznie, mimowolnie zaczynając analizować, ile kosztowałby oryginał obrazu tego słynnego autora i czy chciałby wykładać na niego taką sumę, aby zdobił jego przedpokój. Naprawdę? Rozmyślał nad tym teraz? Zaskakiwał sam siebie. Najwyraźniej wszystko było ciekawsze od nieuniknionej konfrontacji z narzeczoną, od której stronił już od kilku tygodni. To idź biegać, skoro wolisz wspólny weekend spędzać sam. - Blair, to nie tak, źle mnie zrozumiałaś... - zaczął, ale pokręcił głową i westchnął, nie kontynuując. Nawet gdyby spróbował jej wyjaśnić, zapewne i tak by tego nie zrozumiała. Za odpoczynek uważał również ten czas spędzony w samotności. Co prawda nie był introwertykiem, ale od czasu do czasu potrzebował odrobiny czasu dla siebie, jak każdy człowiek. Odwracał teraz kota ogonem? O tak. Mieli spędzić razem wspólny weekend, a on wewnętrznie irytował się na Blair za to, że swoją reakcją nie pozwalała mu iść pobiegać. To wszystko było... pokręcone. Nie chcę, żebyś przyznawał mi rację, tylko powiedział, dlaczego tak jest. Przekręcił oczami. Mieli spędzić tutaj miły weekend, dlaczego atakowała go w ten sposób? Wiedział, że to on był przyczyną jej wątpliwości, ale... No nie było żadnych "ale". To była jego wina, w stu procentach. Gdyby poświęcał jej wystarczająco dużo czasu, gdyby dbał o ich relację, gdyby... nie zaczął spędzać czasu z drugą kobietą, nie siedzieliby obok siebie na tej kanapie i nie dyskutowali. Był zły na samego siebie, że nie ukrywał się lepiej, dlatego poczuł gromadzącą się pod skórą irytację. - Nie wiem, nie wiem dlaczego tak jest, do jasnej cholery - odpowiedział jej, nieznacznie podnosząc ton. Ta rozmowa zaczynała go męczyć, zdecydowanie nie miał na nią siły, a wyglądało na to, że zapowiadała się długa noc. Odczuwał dziwne wrażenie, że dziś Blair tak łatwo nie odpuści. Ostatnim razem udało mu się ją udobruchać, ale teraz widział wyraz jej twarzy i wiedział, że przegiął. Nie będę wytykać palcami, kto wraca praktycznie po nocach. Nagle ją to tak interesowało? No cóż, słusznie, bo do tej pory spędzali razem większość wieczorów. - Mówiłem ci, że mam dużo pracy, a jeszcze ten ślub i wesele, operacja ojca, sytuacja Cory... Theo też ma swoje problemy, a ja jestem jeden, Blair, jeden! A problemów jest całe mnóstwo! - wyrzucił z siebie. Czy właśnie porównał ślub i wesele do problemu? I guess. Odwzajemniał jej intensywnie spojrzenie, ale jeszcze trzymał nerwy na wodzy. Pytanie brzmiało - dlaczego nie przyszedł z tym do Blair wcześniej? Dlaczego jej się nie zwierzył, tak jak do tej pory miał w zwyczaju? Dlaczego myślał teraz o niewinnych oczach Ivy, zamiast skupić się na rozmowie z narzeczoną, której spojrzenie było teraz poirytowane? Błagam, tylko nie mów przepraszam i nie zasłaniaj się Teneryfą. Gdy usłyszał te słowa, aż się zapowietrzył. Naprawdę tak to widziała? Jako zasłanianie się Teneryfą? I od kiedy to przeprosiny były złe?! - Kurwa, Blair, nie zasłaniam się Teneryfą, to moja praca, spędzam w niej więcej czasu niż z tobą - wybuchnął Charlie, po czym wstał z kanapy, bo nie mógł tak dłużej po prostu siedzieć. Wziął głęboki oddech, próbując się uspokoić, ale przychodziło mu to z trudem. - Od kiedy przeprosiny to coś złego, Blair? - dodał jeszcze, marszcząc brwi i podpierając się pod boki. Chciał odpowiedzi, chciał spokoju, chciał... kurwa, sam nie wiedział, czego chciał! Dopiero gdy skończył przechadzać się po pokoju, zobaczył, że zeszkliły jej się oczy. Złość odrobinę opadła, gdy zobaczył, do czego doprowadził. Jednak... Znów miał ją przeprosić i przytulić? Jaki to miało sens? W jaki sposób rozwiązywało to ich sytuację? Cóż, wiedział, co na pewno rozwiązałoby sytuację, ale nie był na to gotowy. Więc w którym momencie zaczęliśmy się tracić? Przygryzł na moment dolną wargę, broniąc się przed odpowiedzią, ale wolał nie zostawiać więcej niedopowiedzeń. - Może w tym, w którym nasze matki zaczęły organizować nam ślub? - rzekł chłodno, po czym skrzyżował ręce na piersi. No, przynajmniej jedną rzecz powiedział dziś szczerze. Szkoda tylko, że była bolesna. Tak naprawdę... od tego się zaczęło. Od presji ze strony ich matek, przez którą zaczynał czuć się jak w złotej klatce. Tamtego dnia, w restauracji, powinni wyjechać do Vegas i wziąć ślub w towarzystwie świadków. Uniknęliby tego wszystkiego. Czy muszę mówić, co jest inaczej? Czy naprawdę tego nie widzisz? Widział. Widział i wiedział, że było inaczej. Po prostu nie chciał się przed nią do tego przyznawać - chciał, żeby żyła w błogiej nieświadomości. I żeby go kochała. I żeby dalej uważała, że był dobrym partnerem. Usiadł z powrotem obok niej i objął ją. - Blair... Nie wiem, co mam ci powiedzieć. Nie wiem, co się dzieje i dlaczego tak jest. Czy musisz to teraz wyciągać? Nie możemy mieć po prostu jednego miłego wieczoru? - wymruczał w jej włosy i pogładził ją po ramieniu, w dość znaczący sposób akcentując trzy ostatnie słowa, jakby od bardzo dawna nie spędzili miłego wieczoru tylko we dwoje. Brakowało mu jej bliskości fizycznej, ale jak mógł ją otrzymać, kiedy bliskość emocjonalna kulała, albo wręcz czołgała się po podłodze? Kurwa, co on najlepszego zrobił? Jak on ją potraktował? Kobietę, która miała zostać jego żoną? Co on wyprawiał? - Blair... - powiedział już ciszej, bardziej miękko. Nie chciał znów przepraszać.

pico bello
30 y/o
For good luck!
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils can
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Absurdalność pytań czasami ją zadziwiała. Spojrzała na niego z niedowierzającym spojrzeniem, ciesząc się mimo wszystko, że na nią nie patrzył. A może właśnie powinien się obrócić i to dojrzeć? Zwrócić uwagę, jak bardzo konfundują ją jego słowa? Już od ich ostatniego spaceru po teatrze, Charlie rzucał odpowiedzi odbijające piłeczkę na jej pytania i podważające światopogląd na ich temat. Teraz też tak było. — A czy nie jest to oczywiste, że chcę? — zapytała się, jakby była to najprostsza rzecz na świecie. Zaraz przyszło jej coś do głowy; chwila olśnienia, która była jak kolejna fala zwątpienia. — A ty nie chcesz wybudować ze mną domu? — pytanie niby konkretne, ale jednak dość metaforyczne. Dla Blair, pod wyrażeniem samego domu kryło się o wiele więcej. Multum pochodnych, zaczynając od takich poważnych jak wspólny plan na przyszłość, a tych błahych jak wybór odpowiednich kafelków do kuchni. Chciałaby, aby świat wyglądał prościej, aby umiejscowienie salonu po dobrej stronie domu było ich jedynym zmartwieniem, a żeby wspólne plany były z ich własnej, nieprzymuszonej woli. Nikt nie zmusił ich do tego, aby pokochać siebie nawzajem — w końcu mogli żyć w tej relacji jako partnerzy czysto biznesowi, pionki w fuzji firm, a jednak to nie było takie łatwe. Wiele komplikowały uczucia i Mayfield czuła, jak od nadmiaru emocji prawie że wybucha. Potrzebowała rozmowy. Potrzebowała wyjaśnienia wszystkiego, co siedziało między nimi, ale w tej chwili nie mogła znieść pogawędek o pierdołach, o pracy, które jeszcze dotyczyłyby cholernego ocieplania domów. Może powinna mu powiedzieć, że ciepło domu wynika z prowadzonych między ludźmi dialogów? — Myślę, że zamiast tego, jesteśmy w stanie wyszukać lepsze obrazy jeszcze żyjących artystów — stwierdziła. Jak już mieli coś wspierać, to lepiej tych, którzy dzięki wkładowi czy inwestycji, będą mogli się dalej rozwijać. Niepotrzebne było im opłacanie trupów i choć fajnie byłoby szczycić się obrazem Moneta w salonie, to jednak było to kompletnie niepotrzebne. Zamilkła na jego odpowiedź, jeszcze mając w sobie hamulce, aby powstrzymać swoje uszczypliwości. Nie zabraniała mu biegać, jednak doceniłaby takie wspólne aktywności, jak pójście po cholerne rogaliki. Doceniała, że chciał je przynieść jeszcze zanim wstanie, może żeby zjedli spokojnie śniadanie i choć przez chwilę poczuli, że życie wraca na swoje dobre tory. Jednak żeby tak mogło być, Blair czuła, że trzeba wyjaśnić niektóre sprawy. Nie zamiatać rzeczy pod dywan, czy nie wkładać głowy w piasek jak struś. Poczuła się jak tydzień temu, kiedy na jakiekolwiek wspomnienie o nich właśnie tak reagował. Gdzie pokazywał coraz bardziej, że to wszystko było dla niego zwyczajnym kłopotem, a nie jakąkolwiek radością, że zostanie jego żoną. Jej również nie podobały się okoliczności całego ślubu, ale potrafiła znaleźć w tym choć garstkę pozytywów. — Problemów jest całe mnóstwo, a w ostatnim czasie nie potrafisz ze mną na ich temat porozmawiać. Skąd mam wiedzieć, że coś jest nie tak, skoro przychodzisz do domu późnym wieczorem, nagle odkładając nasze wspólne priorytety na sam koniec swojej listy, jak i nie skreślając ich, i po prostu nic nie mówisz, jak zaklęty w kamień? — wyrzuciła z siebie. Problemy były zawsze, ale też zawsze byli dla siebie, aby móc o nich porozmawiać, przegadać, wymyślić jakieś rozwiązania. — Przy okazji dobrze wiedzieć, że nasz związek dołączył do twojej puli problemów — dodała zaraz. Tak właśnie odnosiła wrażenie, poprzez wspomnienie o ślubie. Jakby nagle cała ich relacja była mu kompletnie nie na rękę. Wiedziała, że problemy rodzinne potrafiły zżerać, ale nadal nie rozumiała, co się zmieniło, że przestał do niej z tym wracać. Kiedy skończył się czas, w którym wracał do domu o normalnej porze, kiedy podchodził do niej i po prostu ją przytulał, kryjąc się przed tym, co go tak przytłaczało danego dnia. Były to momenty, sporadyczne chwile, a nie codzienność, nie celebracja wspólnie spędzanego czasu na szereg różnych sposobów i aktywności, które robili razem wykonywać. — I może to jest właśnie problem — zauważyła, spoglądając na niego przygnębionym spojrzeniem. — Nie mam do ciebie żalu, że pracujesz, bo wiem, że wkładasz w to całe serce i naprawdę, rozumiem to. Ale nie znamy się dwóch miesięcy, żebym nie mogła dostrzec, że nagle coś się zmieniło i nie jesteśmy w stanie oddzielić naszego życia od jebanej pracy! — sama już się zdenerwowała, podnosząc się z kanapy i spoglądając, jak przechadzał się po pokoju. — Przeprosiny nie są złe, dopóki nie są odpowiedzią na każdy zarzut. Przepraszam, wiem, że zjebałem, muszę zostać dłużej w pracy, Przepraszam, ale muszę załatwić coś z kontraktem na Teneryfie. Ta Teneryfa to mój cholerny koszmar ostatnio — wyrzuciła z siebie. Początek roku był dla niej ciężki, a dopiero ostatnie zdarzenie i nakrycie na kłamstwie uświadomiło jej, że największym ciężarem były niewypowiedziane emocje. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że ta hiszpańska wyspa dopiero złamie jej serce. Jak mogła powstrzymać szklące się oczy? Jednak była Blair Mayfield, zakładanie maski było jej wizytówką, więc naprawdę ogrom sił wkłada w to, żeby wrócić do pokerowej twarzy. Robiła tak zawsze, głównie w pracy, ale też w życiu prywatnym, gdy czuła, że traci kontrolę. Tu ta kontrola najwidoczniej już się zagubiła, więc i przyjęcie obojętności było dla niej niesamowicie ciężkie. Chłód jego odpowiedzi sprawił, że po jej kręgosłupie przeszły nieprzyjemne ciarki. Czy powinna dawać się tak tłamsić? Czy powinna się teraz wycofać? Skoro powiedziała A, to powinna powiedzieć B. — Nie chcesz tego ślubu — stwierdziła, patrząc mu uważnie w oczy. — Nie chcesz ślubu nie tylko organizowanego przez nasze matki, ale jakiegokolwiek innego, prawda? — tu już zadała pytanie, nieznacznie wstrzymując oddech w oczekiwaniu na odpowiedź. Miała ogromną nadzieję, że zaprzeczy; nie liczyła na całkowite zaprzeczenie, lecz chociażby na częściowe. Póki co stała, wpatrując się w niego, aby zaraz klapnąć na kanapie z powrotem. Nie miała siły stać. Nie miała siły już na nic. Oni nigdy się nie kłócili. Wymieniali swoje zdania, dyskutowali, ale nie kłócili się ze sobą tak, że prawie, a może już nawet na siebie krzycząc. Łamało jej to serce, bo nadal go kochała, nadal uważała go za dobrego partnera… chciała wierzyć, że wyrzucenie z siebie kwasu po prostu wszystko naprawi, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Objęcie jej nie było dobrym ruchem — ale tylko i wyłącznie dla jej emocjonalności. W tym momencie miała ochotę rozpłakać mu się w ramię i chciałaby, że zrobił cokolwiek, aby w końcu było dobrze. Aby przestała mieć to poczucie, że z każdym krokiem są coraz dalej siebie. — A kiedy mam to wyciągnąć? Gdy wracasz do domu, a ja już praktycznie śpię? Czy kiedy ledwo pijemy rano razem kawę i już uciekasz? — zapytała, nie kontrolując tej jednej łzy, która znalazła ujście z jej oka, akurat w momencie, kiedy odsunęła się na niego i kiedy spojrzała z bliska na jego twarz. — Nie umiem bardziej wyargumentować tego, że boję się ciebie stracić, Charlie. A jednocześnie nie rozumiem, dlaczego nie jesteś ze mną szczery — zaczęła z rozpędu, zatrzymując się w pewnym momencie. Miała dwie opcje dialogowe — nawiązać do wcześniejszych argumentów o braku komunikacji na temat bieżących problemów albo wyrzygać mu, że wie, że jego późniejsze wyjście z pracy okazało się szybszym zwolnieniem, a nocowanka z Theo była… no właśnie, czym była?

where the hell is my husband
gall anonim
pisanie za pomocą ai
31 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Stracił czujność.

Po prostu stracił czujność i poniosły go emocje, które powoli wypełzły na zewnątrz, gdy już nie mógł dłużej dusić ich w środku. Jak dobrze, że był odwrócony plecami i Blair nie widziała jego wzroku. Wzniósł oczy ku niebu, jakby chciał poprosić niebiosa o cierpliwość do tej dyskusji, mimo że w ogóle nie był wierzący. A ty nie chcesz wybudować ze mną domu? - A nie jest nam dobrze w naszym apartamencie? - odwrócił kota ogonem i rozłożył ramiona, zanim zdążył ugryźć się w język. Sam zaczął ten temat, a teraz... mydlił jej oczy tanimi bzdurami. Słyszał w głosie Blair zwątpienie i czuł w kościach, że wielkimi krokami zbliżała się eskalacja. Miał dziwne wrażenie, że jutro każde z nich wróci do Toronto oddzielnym samochodem. Westchnął. W którym momencie Mayfield przestała mu ufać? Analizował w myślach ostatnie tygodnie, szukając tego jednego konkretnego momentu, w którym ich związek zaczął pękać. Czy to było wtedy, gdy jeździł do szpitala pod pretekstem odwiedzin u ojca, podczas gdy wzrokiem ciągle szukał Ivy Harrison, wodząc się na pokuszenie? A może wtedy, gdy sprawił sobie drugi telefon, teraz bezpiecznie zamknięty w szufladzie biurka w jego gabinecie, żeby mógł bez skrupułów pisać wiadomości do blondynki? A może wtedy, gdy nie wrócił do domu na noc... żeby spędzić ją z rezydentką w rodzinnej stadninie? Sam prosił się o to wszystko. Zastanawiał się jedynie, dlaczego nie potrafił być szczery z Blair? Dlaczego nie mógł przyznać się do winy? Czy aż tak bardzo bał się jej utraty, że wolał ją okłamywać? Z rozmyślań wyrwał go głos Blair. Myślę, że zamiast tego, jesteśmy w stanie wyszukać lepsze obrazy jeszcze żyjących artystów. - Masz jakieś… propozycje? - rzucił, niby od niechcenia, ale mając cichą nadzieję, że Blair połknie przynętę i po prostu zmieni temat, jednak nie udało się. Kłótnia wisiała w powietrzu, a Charlie nie wiedział, czy był na nią gotowy. Podwinął rękawy koszuli, dalej unikając wzroku narzeczonej.

Narzeczona. Co właściwie oznaczało to słowo? Jeszcze rok temu kojarzyło mu się z domykaniem kolejnego rozdziału razem z Blair, ale teraz... teraz stało się symbolem zobowiązania, z którego nie potrafił się wycofać, nie niszcząc przy tym wszystkiego, co razem zbudowali przez ostatnie lata. To słowo uwierało go niczym zbyt ciasny kołnierzyk koszuli, którego nie potrafił poluzować. Czy przerastała go odpowiedzialność, z jaką wiązało się małżeństwo? Na pewno nie mogło chodzić tylko i wyłącznie o to, że zdradził Blair z inną. Przynajmniej w myślach potrafił nazywać rzeczy po imieniu. Tak samo jak Blair, która płynnie przeszła z wypowiedzi o artystach do... eskalacji. Problemów jest całe mnóstwo... Charlie westchnął. To nie była ich pierwsza kłótnia, ale... w niczym nie przypominała tych poprzednich. Może dlatego, że wcześniejsze problemy nie były problemami tylko niedogodnościami do wyjaśnienia? Albo dlatego, że wtedy jego zdolność logicznego myślenia nie była zaślepiona przez wyrzuty sumienia? - Blair, jedyne o czym marzę w ostatnich dniach, to pięć minut ciszy - zaczął, siląc się na spokojny ton, ale w jego głosie można było wyczuć chłód. - Nie skreśliłem nas z listy, po prostu staram się, żeby ta lista w ogóle przetrwała ten miesiąc. Jeśli chcesz rozmowy, to proszę! Jestem zmęczony, osaczony i nie mam pojęcia, jak cię uszczęśliwić - znowu wypalił. Nie chciał się hamować, potrzebowali tej rozmowy. Po kłótni zawsze wschodziło słońce, prawda? Liczył, że tym razem wzejdzie szybciej niż zwykle, bo wolał mieć to już za sobą. Z jednej strony nie chciał bagatelizować uczuć Blair, ale z drugiej - chciał uspokoić swoje wyrzuty sumienia, rozwiać jej wątpliwości i zamydlić oczy jednocześnie. Jednak nie można było mieć wszystkiego. Przy okazji dobrze wiedzieć, że nasz związek dołączył do twojej puli problemów. Nie chciał zachowywać się jak dzieciak, ale go do tego zmuszała swoim zachowaniem. Przekręcił oczami. - Proszę cię, Blair, nie bądź męczennicą, to do ciebie nie pasuje - upomniał ją. Nie chciał brzmieć aż tak oschle, ale... właśnie budował wokół siebie mur, przez który - za kilka chwil - żadne słowa nie będą w stanie się przebić. Był zdecydowanie zbyt skoncentrowany na sobie i swoim komforcie. No i znów pojawiło się w jego głowie odwieczne pytanie - w którym momencie ich niewinna rozmowa o... między innymi artystach, przerodziła się w kłótnię? Westchnął ciężko, kolejny raz tego wieczoru. Nie zachowywał się zbyt dojrzale, choć biorąc pod uwagę ostatnie dni, nie było to nic dziwnego. Przestawał przypominać sam siebie. Zupełnie jakby wszystkie styki w mózgu mu się poprzepalały. Ale nie znamy się dwóch miesięcy, żebym nie mogła dostrzec, że nagle coś się zmieniło i nie jesteśmy w stanie oddzielić naszego życia od jebanej pracy! Prychnął pod nosem na jej słowa i uśmiechnął się gorzko. Naprawdę widziała to w ten sposób? Niesamowite, jak szybciutko doszła do takich wniosków. - Więc o to chodzi? O "zmianę"? Blair, na litość boską, życie to nie jest linia prosta - powiedział głośno, odwracając się do niej gwałtownie. Była taka pewna siebie w tej swojej złości. Taka... sprawiedliwa. To go drażniło najbardziej. Jej moralna wyższość sprawiała, że czuł się jeszcze mniejszy i jeszcze bardziej brudny niż był w rzeczywistości. W tamtym momencie, zamiast ją przeprosić, miał ochotę krzyknąć, że praca to jedyna rzecz, która w tym związku jest jeszcze prawdziwa. Reszta to teatr. Ale nie mógł, bo to nie była prawda. Kurwa, kochał ją, ale wolałby, żeby nie szukała dziury w całym - mimo że ich związek całego już dawno nie przypominał, bo Charlie umiejętnie, każdego dnia, tworzył w nim dziury nazywające się brakiem zaufania. - Tak, zmieniło się. Jestem starszy, mam na głowie więcej odpowiedzialności niż kiedykolwiek i tak, czasem nie potrafię zostawić "jebanej pracy" za drzwiami, bo ta praca pozwala nam prowadzić teraz tę dyskusję w tym miejscu - zauważył trafnie, machając ręką, aby pokazać na salon dookoła.

Zmierzył ją wzrokiem i przełknął ślinę, próbując się uspokoić, ale wyglądało na to, że to był dopiero początek. Ta Teneryfa to mój cholerny koszmar ostatnio. Gdy to usłyszał, to prawie się zapowietrzył. Koszmar? To słowo było jak policzek wymierzony w jego ambicję. Przez ułamek sekundy miał ochotę wybuchnąć gorzkim śmiechem, ale powstrzymał się. Dla niego Teneryfa była... jedynym logicznym uzasadnieniem wszystkich kłamstw i spóźnień, a jeśli ten kontrakt wypali - wszystko inne miało zostać mu wybaczone i uparcie w to wierzył. - Koszmar? Naprawdę, Blair? - powtórzył po niej, marszcząc brwi. - Wyjazd, który ma zapewnić nam bezpieczeństwo finansowe na kolejne lata, nazywasz swoim koszmarem, bo wymaga ode mnie spędzenia paru nocy poza twoim zasięgiem? Skoro przeprosiny cię nudzą, to przestań mnie do nich zmuszać. Przestań stawiać mnie pod ścianą za każdym razem, gdy robię to, co do mnie należy - wycedził przez zęby, postępując kilka kroków w jej stronę. Nie chcesz ślubu nie tylko organizowanego przez nasze matki, ale jakiegokolwiek innego, prawda? Wypuścił powietrze z płuc - kolejne słowa Blair odrobinę ostudziły jego irytację. Ślub. Ten pierdolony ślub spędzał mu sen z powiek. - Nie chcę tego ślubu w tej formie i w tym momencie - odparł bez ogródek, nawet nie zastanawiając się nad odpowiedzią. To była pierwsza prawdziwa rzecz, jaką powiedział jej od tygodni, nawet jeśli była wypowiedziana w złości. Czuł się osaczony jej oskarżeniami i wyrzutami, więc nie pozostało mu nic innego, jak gryźć, bo nie widział innej możliwości ucieczki. Nie przypominał tego samego wesołego Charliego, którego Blair znała z wakacji na Hawajach. To były ich ostatni beztroski urlop. Jedli wtedy mango... Dużo mango. Potem Charliego bolał brzuch, a Blair zaparzyła mu zioła i pilnowała, aby się nawadniał. Jeśli to nie była miłość, to nie wiedział, co nią było. A kiedy mam to wyciągnąć? Gdy wracasz do domu, a ja już praktycznie śpię? Czy kiedy ledwo pijemy rano razem kawę i już uciekasz? Westchnął. Nie chciał dłużej się kłócić. - Blair, ja po prostu nie mam już siły - zaczął, wzdychając. - Każdy ode mnie czegoś chce. Każdy ocenia. Myślałem, że jak przyjedziemy tutaj, to chociaż na chwilę zapomnę o tym, że muszę mieć na wszystko odpowiedź - kontynuował, wchodząc jej w słowo. Nie umiem bardziej wyargumentować tego, że boję się ciebie stracić, Charlie. A jednocześnie nie rozumiem, dlaczego nie jesteś ze mną szczery. Po tych słowach pokonał dzielący ich dystans i szybko znalazł się przy jej boku. Objął ją w talii, po czym jednym muśnięciem palca otarł z jej policzka tę nieszczęsną, pojedynczą łzę. - Nie jestem nieszczery dlatego, że coś ukrywam. Po prostu już sam nie wiem, co czuję. Chciałem, żeby ten weekend był dla nas szansą na… miłe spędzenie czasu, nie kolejną bitwą. Proszę, pozwól mi po prostu odpocząć… - zakończył błagalnie, przyciągając ją do siebie mocniej. Wtulił twarz w zagłębienie jej szyi, zaciągając się zapachem jej perfum, który wciąż kojarzył mu się z domem, spokojem i wszystkim tym, co tak drastycznie niszczył. Była w tym geście desperacka potrzeba bliskości, ale też tchórzliwa ucieczka. Dopóki milczeli, a jego dłonie delikatnie głaskały jej plecy, kłótnia musiała poczekać za drzwiami. Znów próbował zagłuszyć sumienie ciepłem jej skóry? Oczywiście, że tak. Może gdyby nie wypowiedział tak wielu raniących ją słów... może wtedy ten wieczór zakończyłby się o wiele milej.

𝑀𝑦 𝐺𝑟𝑎𝑐𝑒
30 y/o
For good luck!
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils can
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Towarzystwo z wyższych sfer miało jeden, szczególny mankament, którym było zgrabne odwracanie kota ogonem i branie pod włos. Miała wrażenie, że tę umiejętność każdy wypijał wraz z mlekiem matki, aby co pokolenie móc wzrastać w siłę tę zdolność. Blair była wyczulona na takie zachowanie i tak jak sama nie miała problemów z używaniem tego zabiegu, tak dostawała białej gorączki, gdy było to używane przeciwko niej. — Pytanie nie dotyczyło naszego obecnego miejsca zamieszkania — odpowiedziała, siląc się na spokój. Jej wcześniejsze pytanie było dla Mayfield metaforą, najwidoczniej niewystarczająco jasną dla wszystkich. Już nie chciała pogłębiać tego tematu i wyciągać argumentów odnośnie ich potencjalnej przyszłości. Tak, bo mimo że ślub wisiał ciężko na ich ramionach, mimo że obydwoje pędzili z dnia na dzień za pracą, własną ambicją, sukcesem i obecnymi sprawunkami, to i tak Charlie był dla niej przyszłością. Na wszystko miał przyjść czas, ale raz na jakiś czas myślała o tym, jak kiedyś będzie kształtować się ich życie. Czy symboliczna zmiana ich związku będzie wiązała się z jakimiś większymi zmianami w ich relacji? Czy rodzina w końcu da im upragniony spokój, gdy doprowadzą do tego, o czym ich rodzice tak bardzo marzą? Czy ich życie będzie szczęśliwe? Czy może apartament w centrum Toronto kiedyś nie stanie się dla nich za mały? Miała wiele pytań i myśli, które pozostawiała bez pytania, bo w jej życiu nie było czasu na chodzenie z głową w chmurach. Akcja reakcja, choć w zasadzie jedyne czyny działy się nie z ich własnej woli. Nie potrzebowała rozwijać dalej tego tematu, zwłaszcza teraz, gdy czuła że jakiekolwiek pytanie o ich wspólną przyszłość zadziałałoby na Charlesa jak płachta na byka — i w gruncie rzeczy nie do końca rozumiała, dlaczego przynosiło to taki skutek. — Nic co przyszłoby mi ot tak do głowy — ucięła temat obrazu, bo była to ostatnia rzecz, na temat której miałaby ochotę teraz rozmyślać. Miała kilku ulubionych artystów, którzy ze swoimi pracami wkomponowali by w ich wnętrza, jednak teraz nie było przestrzeni, aby przywoływać sobie w myślach twórców i tytuły dzieł. Choć może poczułaby się lepiej, patrząc na rozmyte zachodzące słońce i spokojne morze?
To co budowali od lat, przybierało różne formy. Przyjaźń, całkowite zaufanie, lojalność, partnerstwo, aż w końcu miłość. Dotarli do ostatniego etapu poznając siebie i akceptując te wszystkie mankamenty, które drażniły resztę społeczeństwa, a które oni potrafili u siebie wzajemnie opanować. Wszystko jednak co było między dwoma kluczowymi punktami, między przyjaźnią a miłością, w ostatnim czasie skakało góra dół, jakby ktoś zaczepił je na bungee i puścił w bezwład. Ta kłótnia była dołożeniem ognia do pieca, który grzał się od jakiegoś czasu, a jednak nie było sposobności, aby puścić kotłującą się parę. — Czyli mamy już całkiem przestać rozmawiać? — zapytała, rzucając na niego swoje nieco zmęczone spojrzenie. Wszelkie pretensje powinien kierować do reszty świata, która nie dawała mu chwili wytchnienia, a nie do narzeczonej, z którą już i tak spędzał stosunkowo mało czasu. — Zarzucasz mi, że cię osaczam? Od kiedy nasze rozmowy są dla ciebie osaczające? — zapytała z niedowierzaniem. — Charlie, masz rozwiązanie tego na wyciągnięcie ręki. Potrzebuję rozmowy, tak, bo bez tego nie jestem w stanie zrozumieć, o co ci ostatnio chodzi. — Wydawało jej się, że przestaje go rozumieć, co było niespotykane. Wiedziała, że po części stres związany z pracą i poważnym kontraktem robił swoje; było to naprawdę spore przedsięwzięcie, lecz jednocześnie nigdy nie izolował się od niej w ten sposób. Rozmawiali o problemach, dyskutowali i wymieniali się spostrzeżeniami albo milczeli, gdy jedno jasno sygnalizowało temu drugiemu, że potrzebuje ciszy. Jednak zawsze byli obok siebie, gotowi, aby wesprzeć się nawzajem. A teraz? Spięła się, słysząc jego upomnienie. Chłodnym, oschłym tonem, jakby popełniła właśnie jakąś towarzyską gafę lub błąd, który potrzebował nagany. Poczuła się jak nastolatka, słysząca upomnienie od własnej matki bądź babci. Weź głęboki oddech, a potem głowa do góry, plecy wyprostowane. Pamiętaj, kim jesteś. A nazywała się Mayfield i nie miała w swoim życiu miejsca na potknięcia. Zrobiła dokładnie to, co kazały brzmiące w jej głowie słowa rodzicielki. Uniosła lekko podbródek, prostując kręgosłup, a spojrzenie miała chłodne, z przebijającym się gdzieś w tle żalem. — A co do mnie pasuje? — zapytała gorzko, patrząc mu prosto w oczy. — Siedzenie cicho i potakiwanie na wszystko, co każdy ode mnie chce? A może spełnianie cudzych oczekiwań i gubienie się w tym wszystkim, bo inni mają już wizję na moje życie? Może ty też masz już gotowy scenariusz na tę rozmowę? Proszę, przedstaw go — wyrzuciła z siebie. Każdy czegoś od niej oczekiwał, a ona powoli zaczynała się gubić w tym, co było jej zachcianką, a co było czymś, co ktoś od niej wymagał. Usłyszenie tego upomnienia z ust osoby, z którą podobno jechało się na jednym wózku, było jak wbicie noża w plecy. Równie dobrze mogłaby teraz wyjść, zdenerwowana wszystkim, co do tej pory padło, jednak Blair Mayfield nie opuszcza kłótni w trakcie. Na tym etapie wiedziała, że musi wyłączyć choć część uczuć, bo już teraz kosztowało ją to dużo emocji. A nóż jeszcze usłyszy, że łzy do niej nie pasują — co nie byłoby zaskakujące, bo jednak taka wylewność uczuć nie była u niej często spotykanym zjawiskiem. — Dziękuje za to spostrzeżenie, zdążyłam już zauważyć po trzydziestu latach życia — stwierdziła, wywracając oczami. Ich życie nigdy nie było proste, choć dla niektórych mogłoby być spełnieniem marzeń. W rzeczywistości żyli w ułudzie i czasami nawet nierealnych oczekiwaniach. Uwięzieni w klatce nie mieli dużego pola manewru, chyba że w końcu uda im się znaleźć klucz albo wyważyć drzwi. — Fantastycznie, bardzo jestem wdzięczna, że możemy prowadzić rozmowę w tym pięknym miejscu i nigdy nie było inaczej, ale przypominam ci, że również pracuję, również mam milion rzeczy na głowie, projektów, kontraktów, ale nie użalam się nad sobą i nie znajduję w tym przykrywki na odwoływanie większości planów — wyrzuciła z siebie, w tej jednej sekundzie przypominając sobie o dniu, który kłuł ją najbardziej. Dzień, w którym po raz pierwszy najbardziej zwątpiła we… wszystko. Zwątpiła w jego szczerość i po raz pierwszy była w stanie przyznać przed sobą, że nie wierzyła w jego wiadomość. — Gdzie byłeś w dniu, kiedy w Northland Power było spotkanie zarządu, przedstawiające Hartleya? Mówiłeś, że zostajesz dłużej w pracy, a jednak wyszedłeś z niej szybciej — zapytała, nim zdążyła przemyśleć, czy chce się z nim tym dzielić. Czy chciała znać odpowiedź na to pytanie? Czuła uciążliwą gulę w gardle, ale starała się uspokoić, wmawiając sobie, że przecież i tak odwróci kota ogonem.
Przez chwilę zaczęła zastanawiać się, czy nie przesadzała. Nie chciała okazywać braku szacunku do jego ciężkiej pracy, bo w tej całej dyskusji nie o to jej chodziło — chciała mu uzmysłowić, jak rzeczy, które kiedyś nie były przeszkodą, nagle zaczynały uwierać ich prywatne życie. — Gdybyś posłuchał mnie uważnie, to zrozumiałbyś, że chodzi mi o wtykanie Teneryfy w każde możliwe uzasadnienie do przełożonego spotkania albo spóźnienia. Już w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy to na pewno ona jest powodem — parsknęła gorzko, tracąc kontrolę nad tym, co naprawdę myślała, a nad tym co chciała mu powiedzieć. Nie zarzucała mu nic wprost, nie był w stanie udowodnić jej, że oskarża go o cokolwiek po tej dość niejasnej wypowiedzi; ale to co pomyślała to jej, prawda? — Kiedy zmuszałam cię do przeprosin? Wtedy, kiedy ciągle ci powtarzam, że nie masz mnie przepraszać? — zapytała, twardo stojąc przed nim i chłodno prowadząc tę dyskusję. Już zaczynała podejrzewać siebie o chorobę dwubiegunową, bo może w momencie, gdy wykazywała mu ogrom zrozumienia, mózg robił jej psikusa i z ust wydobywały się słowa zupełnie inne, niż chciała powiedzieć? Patrzyła teraz na człowieka, który stał naprzeciwko niej i zastanawiała się, skąd wyniknęło między nimi tyle nieporozumienia. W którym momencie zaczęła podważać większość jego słów, część biorąc do siebie z pewną dozą wątpliwości? Oczekiwała na jego słowa jak na wyrok. I z jednej strony miała świadomość, że ślub w tej formie nie był tym, czym chcieli i że najchętniej odłożyliby go w czasie, a mimo to zakuło ją to gdzieś w sercu. — Dobrze, po powrocie porozmawiamy na ten temat z rodzicami — odpowiedziała z chłodnym, ale pozornym spokojem. Potrzebowała wyłożenia niektórych spraw jak kawę na ławę, sprzeciwienia się i odetchnięcia z ulgą, że choć coś odpadło z jej barków. Na ten moment czuła, że problemów i spraw do ogarnięcia było tylko i wyłącznie coraz więcej. Blair, ja po prostu nie mam już siły. Sama była zmęczona tą całą przepychankom. Oprócz tej pojedynczej łzy, udało jej się schować pozostały smutek do kieszeni, choć gdzieś w podświadomości wiedziała, że gdyby nie jej psychiczna bariera to z bezradności mogłaby mu się tu po prostu rozpłakać. Nadal miała w sobie dystans, wywołany przez te wszystkie słowa, które padły w przeciągu ostatniej godziny. Jednak wewnątrz siebie chciała, aby ją przytulił, dzięki czemu wszystko, co w ostatnim czasie się rozsypało, nagle odnalazłoby swoje prawidłowe miejsce. — Charlie… chce od ciebie tylko rozmowy i szczerości, tak jak zawsze. Nie oceniam cię, nie chcę gotowych odpowiedzi na wszystko, chcę po prostu żebyś był i nie uciekał. Staram się wspierać ciebie na każdym kroku i gdy myślę, że naprawdę jestem wyrozumiała, to nagle dowiaduję się, że jestem jędzą i manipulantką. — Stawia go pod ścianą, wymusza przeprosiny, nie docenia tego, że jest ambitny i zaangażowany w pracy. Nie docenia tego, co jej daje i tego, jak mogą spędzać czas. To wszystko nie mieściło jej się w głowie. Nie ruszyła się nawet kiwnięciem małego palca, gdy się do niej zbliżył. Znajome ciepło dłoni na jej policzku było palące, przez ilość gorzkich słów, które dziś padły, a jednocześnie przynosiło ulgę i chwilowe upewnienie, że był tutaj i nigdzie się nie wybierał. Milczała przez dłuższą chwilę, nie wyrywając się z jego uścisku a jedynie opierając czoło o jego tors. Jej wzrok był idealnie skierowany na dłoń z pierścionkiem zaręczynowym, która lekko zacisnęła palce na materiale jego koszuli. Przyglądała się chwilę biżuterii, która była symbolem ich lojalności. Symbolem miłości i tego, że w przyszłości razem przejdą przez wszystko, co złe. Po paru sekundach oderwała spojrzenie od przedmiotu, i dopiero po dłuższej chwili objęła go w pasie, przytulając się. Oparła policzek o jego klatkę piersiową, słuchając niespokojnego bicia serca, a w jej głowie huczały jego słowa. Po prostu już sam nie wiem, co czuję. — Kochasz mnie jeszcze? — zapytała cicho, nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy, żeby nie dopatrzeć się w nich czegoś, czego nie chciała widzieć.

my happiness
gall anonim
pisanie za pomocą ai
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”